niedziela, 17 października 2021

Iza Michalewicz - Ballady morderców. Kryminalny Wrocław [recenzja]

 

Wydawnictwo: W.A.B.

Warszawa 2021


Sześć rozdziałów, a każdy jak zstępowanie do kolejnego piekielnego kręgu. Zamiast Wergiliusza mamy Izę Michalewicz. By była jasność - to koniec porównań z Dantem, nic więcej ich nie łączy, może jeszcze poza złem.

Żyjąc w swojej wygodnej banieczce codziennie mijam ludzi wierząc w wypełniające ich dobro i serdeczność. Naiwniaczka. 

Autorka, reporterka śledcza skutecznie rozprawia się z moim frajerskim samoczopoczuciem. Michalewicz bierze na warsztat sześć historii, z których każda miała miejsce we Wrocławiu, całkiem zresztą niedawno.

Najpierw jest trup, dla przykładu ciężarnej w trzecim trymestrze, jest też historia Miss Polski. Później opis miejsca zbordni, relacje świadków, rodzin. Jest też zabójca/czyni: chora z miłości, zazdrosna lekarka, seryjny morderca, bestialski zabójca ukryty w ksiażkach pisarza. 

Niby zwykli ludzie, czasem szanowami, czasem niezauważani, czasem mający rodziny, dzieci, czasem samotni, zawsze zaś pozornie zwykli. Co czai się w człowieku? Nie chcę jednoznacznie mówić, że zło, bo to stygmatyzujące, ale jest i tak.

Iza Michalewicz krok po kroku dociera do prawdy, pyta śledczych prowadzących śledztwa, czyta tomy (czasem kilometry) akt, dociera do osób blisko związanych z ofiarami, szuka poszczególnych elementów śmiercionośnych układanek. Z reporterską dociekliwością sprawdza poziom śledztw (nie zawsze były prowadzone rzetelnie i z poszanowaniem procedur), przepytuje adwokatów, szuka współczesnych śladów skazanych, ale przede wszystkim szuka odpowiedzi na to najważniejsze pytanie: dlaczego?

Jak różne są motywacje, jednocześnie jak ograniczone jest pole widzenia/myślenia, gdy obraz zasnuwa wizja zbrodni. Skóra cierpnie na myśl, że to się zdarzyło naprawdę. Prześledzenie procesu decyzyjnego, poznanie stymulantów, zbliżenie się choć o krok do pobudek morderców jest procesem tyleż fascynującym co zatrważającym. Dlaczego? Wytłumaczeniem niech będzie dwojako pojmowana rola ciekawości, niektórzy z morderców mogą odbierać jako rodzaj nagrody i podziwu. 

I tak, autorka pobudza ciekawość, otwiera oczy na świat, a także pokazuje, że nic nie jest takim na jakie pozornie wygląda. Porzekadło mówi o beczce soli, którą trzeba zjeść z kimś, by go poznać. To chyba jednak za mało.


Za egzemplarz książki dziękuję wydawnictwu:



środa, 6 października 2021

Louise Nealon - Snowflake [recenzja]

 

Przekład: Radosław Madejski

Wydawnictwo: Muza 

Warszawa 2021


Wchodzenie w dorosłość jest trudne. Dla każdego. Gdy dodamy to tego zderzenie światów sytuacja robi się po stokroć poważniejsza.

Deborah (imię po babci) rozpoczyna studia w Dublinie, oddalonym od wsi w której mieszka o godzinę drogi. Dzieciństwo spędzone pośród mlecznych krów, pastwisk i niecodziennej rodziny (chora psychicznie matka, jej o wiele lat młodszy kohabitant i wujek z przyczepy kempingowej przyjaźniący się z butelką whiskey) są dla dziewczyny jedyną znaną do tej pory rzeczywistością.

Nagły zwrot, jakim jest wkroczenie w szeregi braci studenckiej odmienia życie Debbie. Najlepiej podsumowuje ją na jednej z imprez Griffin, nowo poznany chłopak: "Jesteś taka nietutejsza". Cała prawda, która dla jednych jest urocza i zniewalająca, dla innych zaś jest wyrazem ciasnoty umysłowej, zaściankowości i ponurej, prowincjonalnej biedy.

Debbie z trudem szuka dla siebie miejsca pośród fancy, modnych, wyluzowanych i obytych młodych ludzi, dla których studia to tylko kolejny etap do odhaczenia, moment na mapie życia, który jest szczeblem na drabinie kariery. Wrażliwa i delikatna bohaterka przeżywa swoisty szok obyczajowy i kulturowy. Domowa rzeczywistość, jakże różna od świata uczelnianego nie zawsze jest dobrą podstawą do radzenia sobie w samodzielnym, dorosłym życiu.

Na szczęście, na swej drodze spotyka ludzi, którzy są swego rodzaju drogowskazem, pomocą i wsparciem w przedzieraniu się przez życiową dżunglę pełną prymusów, walczecznych frontmanów, którzy goniąc za wiatrem nie raz potrącają ludzi mijanych na drodze.

Debbie musi mierzyć się ze swoją naiwnością, łatwowiernością, często nietrafioną oceną zachować i motywacji. Chce być sobą, chce być kimś, ale na drodze wciąż stają kolejne przeszkody.

Czytając "Snowflake" wciąż czułam napięcie, pewien smutek i niepokój o to, co przyniesie kolejna strona. Dysfunkcyjna rodzina kształtuje Debbie. To nie jest ułatwienie. Niestety.


Za egzemplarz książki dziękuję wydawnictwu:




niedziela, 3 października 2021

Jerzy Waldorff - Wielka gra. Rzecz o konkursach chopinowskich [recenzja]

 

 Wydawnictwo: Znak

    Kraków 2021


 Konkurs ruszył, a wraz z nim zaczynają się muzyczne emocje. Dziś  pierwszy dzień przesłuchań, zachyty (lub ganienie) nad melodią, fakturą, techniką, szybkością rąk, muzykalnością, płynnością prowadzenia frazy,  nasycenia dźwięku, osadzenia w klawiaturze, różnicowaniem narracji, brakiem (lub nadmiarem) póz, emfazy. Ach.

I, w związku z powyższym, bardzo, ale to bardzo się cieszę, że Znak postanowił wznowić wyjątkową, niepowtarzalną książkę Jerzego Waldorffa. Sam autor, człowiek legenda wciąż brzmi mi w uszach swym wyjątkowym, tubalnym, charakterystycznym głosem. Charyzmatyczny, pełen polotu i uroku czaruje swoją opowieścią, najpierw serwując krótką biografię Fryderyka Chopina, z później relacje z poszczególnych edycji konkursu.

Szczególnie interesująco jawi się pierwszy konkurs z 1927 roku, czasu gdy sama idea tworzyła się, nabierała formy i stylu. Dzięki patronatowi prezydenta Mościckiego sprawy nabrały barw. Początkowo w jury zasiadali tylko polscy sędziowie, panowało wówczas przekonanie, że należy standaryzować styl interpretacji do narodowego, polskiego, niby miarodajnego wobec całego świata.

Z czasem ten trend szczęśliwie uległ zmianie.

Pierwszy konkurs trwał tydzień, miał dwa etapy i... radzieckiego zwycięzcę, Lwa Oborina. Wówczas w sztuce nie było politycznych kompromisów, wygrał ten, który był najlepszy, bez zaglądania w paszport.

Jerzy Waldorff przysłuchiwał się wszystkim kolejnym edycjom festiwalowym. Przy czym tej pierwszej poprzez... radiodbiornik. Duży, zasilany akumulatorami typu superheterodyna zdobił podpoznański dwór rodziców Autora. 

Drugi konkurs to już międzynarodowe jury, a także, dla mnie niespodzianka, powieściopisarz Juliusz Kaden-Bandrowski oraz dwóch krtyków Stanisław Niewiadomski i Franciszek Brzeziński. Dlaczego? Według relacji Waldorffa miało za zapobiec "ocenom gry opartym jednostronnie na profesjonalnej rutynie". 

"Wielka gra" to cudowna opowieść o dawno minionym świecie, o społecznym budowaniu filharmonii, perypetiach jakie zmuszały władze do wynajmowania poszczególnych pomieszczeń różnym mniej lub bardziej szacownym instytucjom, by przetrwać i się utrzymać.

Niezwykłe opisy foyer, historie fundatorów, budowniczych, anegdoty dotyczące artystów, sytuacji (pies na widowni), reakcji publiczności są kopalnią serdecznych, pięknych, trącących już myszką dykteryjek, okraszonych nadzwyczajnym talentem gawędziarskim Waldorffa.

To wielka przyjemność móc znów wrócić do tej książki, pięknie wydanej, pięknie opowiedzianej, mówiącej o pięknie muzyki.


Za egzemplarz książki dziękuję wydawnictwu:



niedziela, 26 września 2021

Eddie Jaku - Najszczęśliwszy człowiek na Ziemi [recenzja]


Przekład: Katarzyna Lipnicka-Kołtuniak

Wydawnictwo: MUZA SA

Warszawa 2021

Nie ma jak pisać o historiach Ocalałych z Shoah.
To co przeżyli predestynuje ich do nietykalności. 
To jak o swej przyszłości opowiadają, nie ma bowiem znaczenia, ważne, że mają siłę i potrzebę dzielenia się swoją hostirą z otoczeniem.
Nie chcę nawet sobie wyobrażać jak bolesne było ich życie. Pozbawieni rodzin, bliskich, ograbiani z człowieczeństwa musieli mierzyć się z bestialstwem oprawców. 
Niewyobrażalne.
Stąd też, moim zdaniem, każde świadectwo, każde wspomnienie, które przypomina, że "ludzie ludziom zgotowali ten los" jest ważne i potrzebne.
Rodzina Eddiego wyemigrowała z Polski do Lipska, tam też urodził się nasz bohater. Narodził się jako Abraham Salomon Jakubowicz.
W Niemczech dorastał, kształcił się, tam też trafił do pierwszego obozu konentracyjnego. 
Opowieść o trudach, jakie cała rodzina musiała ponieść, by uciekać z nazistowskich Niemiec, o perypetiach granicznych, walce o przetrwanie, w końcu o etapie końcowym, czyli Auschwitz.
Mimo wszystko splot okoliczności, niezaprzeczalna siła Eddiego, a także wola przertwania powodują, że książka ma pozytywny wydźwięk.
Już samo to, że popełnił ją mając sto lat robi wrażenie.
Cała struktura opowieści jednoznacznie kojarzy mi się z wystąpieniami na platformie TEDEX. 
Sposób prowadzenia opowieści, język, styl, nawet wtrącenia, mające na celu zaangażowanie czytelnika/słuchacza najmocniej przywodzą na myśl tedexowe perory.
To nie zarzut, to obserwacja.


Za egzemplarz książki dziękuję wydawnictwu:



Zyta Rudzka - Ślicznotka doktora Josefa [recenzja]

 

Wydawnictwo: W.A.B.

Warszawa 2021


Starość: "naruszanie ciemności", "grzebanie w mroku". Gnijące lub wysychające ciała, rzygowiny, siki, "usta otwarte, jęzor wywalony, siny, sztywny". Niepamięć, samotność, upokorzenia serwowane w stołówce domu starców. Piramidalny dramat.

Ludzie zatopieni w swoich ograniczeniach, postępującej starości, która objawia się w różnych przykrych formach, czy to fizjologicznych czy umysłowych. 

Pensjonariusze domu spokojnej starości kryją wiele sekretów z przeszłości. Jednych skrzętnie pilnują, by nie wyszły na światło dzienne, inne mitologizują przerabiając w heroiczne opowieści. Tak jest z panią Czechną, zadbaną wdową, wciąż podkreślającą swoją atrakcyjność fizyczną. Jako dziecko trafiła do Auschwitz, gdzie była obiektem zbrodniczych pseudonaukowych działań Josefa Mengele. 

Po latach, z perspektywy wiklinowego fotela stojącego w ogrodzie domu starców wszystko wygląda inaczej. Nawet narracja pani Czechny, która teraz w rozmowach siebie przedstawia jako "Miss Auschwitz", ulubienicę Doktora Śmierć, istotę nieziemskiej piękności, której zewnętrzna powłoka nie tylko uratowała wtedy życie, ale też nadała miano legendy, skrzętnie podtrzymywane podczas small talków przy poobiednich sjestach.

Zarówno Czechna, jak i pozostali znani nam mieszkańcy domu starców żyją przeszłością, w której realizowali plany, byli poważani i potrzebni, mieli wyjątkowe przygody, czyniono im rozmaite awanse.

Gorzej z dziećmi. Te, jeśli tylko pojawiają się gdzieś w opowieściach, są nikłym cieniem, mało widocznym zza wachlarza sukcesów zawodowych i obyczajowych. Dzieci ich nie chcą, oddali zgrzybiałych, nieatrakcyjnych seniorów pod klucz opieki całodobowej, tymczasem sami spieniężają majątki rodziców, podróżują, raz do roku ślą kartkę z informacją, że wpadną w sierpniu przyszłego roku, a mamusia niech grzecznie zjada posiłki, bo przecieć cała emerytura przelewana jest na konto ośrodka.

Samotni, zapomniani, pełni traum, czasem jeszcze ukrywają kawałki chleba w różnych miejscach, czasem już wyzwalają się z tego etapu poobozowych urazów. 

Ta gorzka, chyba jednak pozbawiona pierwiastka optymistycznego opowieść wstrząsa. Autorka w swoim narracyjnym stylu, w komponowaniu opowieści z powtarzających się trwale fragmentów, oglądanych tylko z różnych stron, ale wciąż krążących wokół jednego tematu jest nieustępliwa i stanowcza. 

Pokazując dramatyczny, pozbawiony radości i perspektyw obraz starości, daje pole do przemyśleń, tylko, idąc dalej tropem nastroju dominującego w książce, czy znajdą się tacy czytelnicy, których ta opowieść prawdziwie poruszy?


Za egzemplarz książki dziękuję wydawnictwu:



środa, 15 września 2021

Bernardine Evaristo - Dziewczyna, kobieta, inna [recenzja]

Przekład: Aga Zano

Wydawnictwo Poznańskie

Poznań 2021


Amma - alternatywna reżyserka teatralna, która rozpoczyna karierę dyrektorki w The National. 

Yazz - córka Ammy, sama o sobie mówi "kozak humanitarystka".

Dominique - z przemocowego związku z kobietą trafia wprost na amerykańskie wybrzeże, gdzie robi zawrotną karierę w produkcji wydarzeń artystycznych.

Carol - "dialog akcji, kontraktów i modelowania finansowego", genialna analityczka.

LaTisha - równolatka Carol, urodziła trójkę dzieci przed 21 rokiem życiem, każde ma innego ojca, ona sama walczy o przetrwanie, ale i rozwój.

Shirley, Winsome, Penelope, Morgan... Każda z nich kryje w sobie kawałek traumy, każda z nich każdego dnia walczy ze stereotypami, nierównością płciową i rasową, każda z nich ma mniej lub bardziej ciemny kolor skóry. Każda otarła się o Londyn, mieszka w nim lub już w nim nie mieszka, każda idzie na wojnę z systemem, rodziną, postrzeganiem świata. I tak, jedna zadaje kłam paskudnemu stereotypowi, że piękna znaczy głupia, druga nie zgadza się na dominat płci, więc każe się do siebie zwracać w trzeciej osobie, nierzadkie są tu przypadki nastoletnich ofiar gwałtów, przemocowych rodziców, problemów z tożsamością i samotnością przede wszystkim. 

Wspaniała jest ta złość Autorki, która wtłaczana w zachowania i wypowiedzi poszczególnych bohaterek nabiera mocy i manifestuje poglądy feministyczne wielu czytelniczek. Jakże wspaniały jest język Evaristo - rześki, mocny, pewny swego, przewrotny, lubiący interakcje, kontrę, opozycję do tego co utarte, pewne, łatwe w odbiorze. Czytając te soczyste, krzyczące, mocne w swej postawie i wymowie historie poszczególnych boahterek wciąż miałam poczucie siostrzeństwa, siły i wsparcia. Girl power w wersji bezkompromisowej. 

Prowokowacyjna, co rusz wracająca do problemu akceptacji i postrzegania osób nieheteronormatywnych, jest jednocześnie dobry świadectwem niezgody na traktowanie seksulaności, tożsamości płciowej jako tematu tabu. 

Dobrym zabiegiem było konfronotwanie perspektyw, oddawanie głosów powiązanym ze sobą bohaterkom, bo to pokazało całe przebogate spektrum postaw, wizji i przeżyć poszczególnych bohaterek.

Wspaniała książka, zaś Wydawnictwo Poznańskie po raz kolejny punktuje świetnym doborem tłumaczonej literatury!

środa, 8 września 2021

Anna Koprowska-Głowacka - Opowieści z kraju nad Wilią. Baśnie i legendy litewskie [recenzja]

 

Ilustracje: Justyna Sokołowska

Wydawnictwo: BOSZ

Olszanica 2021


Po pierwsze: spokój. Ten, który bije z okładki urzeka i hipnotyzuje, powodując w Czytelniku natychmiastową chęć  sięgnięcia po książkę.

Po drugie: wydanie. Staranne, wysmakowane, jednocześnie wyszukane i skromne. Piękne w obezwładniający sposób.

Po trzecie: tematyka. Bardzo przecież bliska, a tak daleka przez lata zapomnienia. Autorka przybliża nam podania i legendy zza bliskiej granicy, pokazała wielokulturową, bogatą tradycję, pełną mnogości wierzeń i obyczajów, przenikania kultur, bogatych w baśniowe otuliny.

Buńczuczni władcy przeciwstawiający się postanowieniom bóstw. Zuchwali młodzieńcy lekceważący stare porządki, dyskredytujący postawę szacunku wobec starszych. Są też przestrogi dla lekkomyślnych dziewcząt oraz historie o tym, że warto zaufać miłości. 

Wybrane przez Autorkę teksty zostały słusznie uwspółcześnione, dzięki czemu ich język stał się łatwiejszy  w odbiorze dla coraz bardziej wymagającego teraźniejszego odbiorcy.

Warto podkreślić, że w niektórzych przypadkach Autorka nadała swoim bohaterom imiona, mimo iż we wcześniejszych znanych wersjach baśni i legend byli bezimienni.  Ten celowy zabieg również miał na celu ułatwienie odbioru. W tym przypadku muszę stanąć na kontrze, ponieważ uważam, że dominujący w niemal każdej dziedzinie życia trend polegający na upraszczaniu jest tyleż nieznośny co ogłupiający ludzkość - warto się zmęczyć, pomyśleć, aniżeli dostać wszystko na tacy. Wiem, że ta postawa jest mniejszościowa, dobrze mi jednak w zasiekach pełnych wymagań. 

Zostawiając jednak ten sporny temat chcę jeszcze podkreślić dbałość o nastrój, autentyczność i wyjątkowość miejsc z których poszczególne legendy pochodzą. 

Baśnie ze zbioru jasno pokazują jak bardzo uniwersalne i ponadczasowe są treści w nich zawarte, dotyczy to zarówno morałów, typów i charakterów ludzkich, ich rozterek i wartości, a także kolei losów.

Swoją drogą to musiało być wyzwanie wybrać do zbioru tylko 25 opowieści. Pozostaje mi tylko wierzyć, że Autorka zaintryguje Czytelnika na tyle, że sięgnie on po kolejne utwory z litewskiej strony.


Za egzemplarz książki dziękuję wydawnictwu:




niedziela, 5 września 2021

Alex Michaelides - Boginie [recnezja]

 

Przekład: Agnieszka Patrycja Wyszogrodzka-Gaik

Wydawnictwo: W.A.B.

Warszawa 2021


W podziękowaniach Autor zaznacza, że większość książki powstała w czasie pandemii. Uwięziony wówczas w londyńskim zamknięciu, długie miesiące skupiał się na pracy twórczej. 

To cenna wskazówka, która jest dla mnie dobrym wytłumaczeniem ogólnej formy pisarskiej Autora. Delikatnie mówiąc nienajlepszej. Niestety.

Dlaczego tak sądzę? Przyczyn jest wiele: od wydumanej fabuły, której karkołomny finał przynosi markotne wyjaśnienia rozwiązania akcji (zresztą jej zawiązanie również nie ma solidnych podstaw logicznych). Umieszczenie akcji pośród akademickich sal i badaczy antycznych artefaktów literackich trąci kiczem, by nie powiedzieć pozerstwem, szczególnie w cytatach i miałkich nawiazaniach do wielkich greckich dzieł. Wątek kryminalny zestawiony z psychologicznymy aspektami pracy głównej bohaterki plus jej obyczajowe zaplecze obejmujące traumy i tęsknoty dają razem potężne poczucie dysharmonii, męcząc kakofonią pomysłów, jakie Autor chciał upchnąć w jednej książce. Zbyt wiele w niezbyt wielkim stylu. 

Kolejna bolączka to postaci i ich charaktery. Prawie zawsze niekomplente lub niedorzeczne. Od Zoe, siostrzenicy głównej bohaterki  po Freda, napotkanego w pociągu młodego naukowca, który na dalszych kartach książki coraz natarczywiej (i bez logicznego uzasadnienia) zaczyna odgrywać rolę amanta, tylko skąd mu się to wzięło? Profesor Fosca tak papierowy, że aż szkoda słów. Z kolei główna bohaterka, Mariana zdaje się być usypiająco drętwa wymiennie z nużąco bezbarwną. 

Nic tutaj nie jest dopracowane, potraktowane poważnie i przemyślane: pomysły ledwo tknięte, zasygnalizowane, nigdy nie są zamkniętą całością.

Warstwa dialogowa bez życia i dość przypadkowa.

Jednak wciąż będę bronić Autora - pisał w pandemii. Wszystkim nam dała ona w kość.

Skrót fabuły na koniec: na uniwersytecie w Cambridge mordowane są kolejne studentki należące do tajnego stowarzyszenia Bogiń. Terapeutka Mariana rusza do swej alma mater, by zadbać o bezpieczeństwo Zoe, swej siostrzenicy i ostatniej żyjącej krewnej, a także odkryć kim jest morderca. Ma swój typ i robi wszystko, by udowodnić swoją teorię.


Za egzemplarz książki dziękuję wydawnictwu:



 


poniedziałek, 16 sierpnia 2021

Jakub Małecki - Przemytnik cudu [recenzja]

 

Wydawnictwo: Red Horse

Lublin 2008


Horror.

I wcale nie chodzi mi o gatunek literacki.

Szukam słów, które najlepiej oddałyby odczucia po lekturze i jak ponury natręt coraz głośniej wraca rzeczony "horror". 

Spośród dość (niestety) pokaźnej palety zarzutów, na pierwszy plan wybija się brak konsekwencji w konstruowaniu postaci, porzucanie wątków, logika wysłana daleko na antypody i epizody fabularne po nic (flagowy przykład - drukarka biurowa drukująca rowerowe szprychy, które po wydrukowaniu przestają być dla Autora widoczne; groteska jest wspaniałym wentylem dla wszystkich gatunków literackich, ale by zagrać swą rolę, musi mieć ona mieć zakotwiczenie w fabule/logice/sensie wątku, rzucona ot tak w fabularną przestrzeń staje się niezręczna).

Pomysł na księżkę niezły, ukazanie mechanizmów działania i zdobywania popularności i poklasku (Bogdan) pokazane sprawnie i w swej prostocie porażające, zostawiają w głowie mocne obrazy upadku ludzkiego morale. To jednak za mało, by obrnonić "Przemytnika cudu".

Poznań staje się miejscem niepokojących wydarzeń, mrocznych, spływajacych krwią i plugawą historią z odległej przeszłości. Zostawmy wspomnienie ożywających pomników (jak do tej pory najlepiej ten motyw opisała lata temu w  "Karolci" Maria Kruger) czy instalacji z odciętych ludzkich stóp.

Znudzony pracą w banku Hubert i udręczona opieką nad chorą matką sprzątaczka Joasia stają się uczestnikami dziwnych sytuacji, w których nieznane gra pierwsze skrzypce. Jęczące głosy dzieci, legenda o hostii, grasujący w nocnych autobusach rębacz kolekcjonujący ludzkie odnóża i zmarli, którzy szukają zemsty. Do tego litry krwi wypływające ze studzienek (akurat) na ulicy Żydowskiej. 

Tym sposobem spłyciłam i sprofanowałam Państwu lekturę "Przemytnika". Kurtyna.


czwartek, 12 sierpnia 2021

Bartosz Sadurski "Rzeszot" [recenzja]

 


Wydawnictwo: Książkowe Klimaty

Wrocław 2021

A ja znów w komentatorskim rozkroku. Z jednej strony w zachwycie nad kipiącym od bogactwa językiem Autora, z drugiej udręczona wielością wątków i postaci, które nijak nie dają odpocząć i prawdziwie męczą, zagracając fabułę, czyniąc ją mniej mi bliską i przeżywalną.

Tytułowy rzeszot byłby tu na miejscu, zadbałby o odsianie nadprogramowych informacji, bo przecież w prostocie siła.

Rozumiem potrzebę rozwijania pawiego ogona językowego talentu, onieśmielania czytelnika inwencją twórczą, inteligencją i pomysłowością, szatkowaniem, mieszaniem i ugniataniem konwencji, wspaniałym dystansem i ukochaną moją ironią. Rozumiem. Prawdziwie rozumiem.

Potrzebne jest jeszcze miejsce na ciszę, pauzę i refleksję czytelnika. U Sadulskiego tak wiele się dzieje na wszystkich dostępnych płaszczyznach, że nie zostawia on nawet kawałka przestrzeni dla nas, czytających.

Fikcyjne postaci (począwszy od bezimiennego Pana Podedwornego, spiritus movens całej historii) występują naprzemiennie/symultanicznie/i jak tam jeszcze chcecie wraz z tymi historycznymi, którym przypisywane są pewne zdarzenia i przeżycia ubarwione i wykreowane przez Autora. Przyznam szczerze, bywał ten zabieg momentami nieznośny, stąd przetrwanie pierwszego rozdziału było dla mnie wyzwaniem. Na szczęście później nastąpił drugi, mniej wykreowany, pozbawiony wielkoświatowych pierwiastków rozdział, w ktróym za serce chwyta opowieść chłopskiej córki. Świat widziany oczyma dziewczynki jest dużo prostszy, wolniejszy, bardziej zrozumiały niż wydumane, przekłamane, wyolbrzymione słowa Podedwornego, który był sprawcą niemal całej historii świata.

I, mimo całej tej teatralnej otoczki jaka dzieje się coraz mocniej i bardziej intensywnie na naszych oczach prawdziwą wartością jest historia (choć opowiadziana a rebours). Dotyka ona wydobycia ropy naftowej w Galicji. Daleko jej do amerykańskich historii w rodzaju: od zera do milionera. Raczej na zerze poprzestańmy. Awanse społeczne, emigracje, pojedynki, ucieczki, bieda piętrowa, dziedziczona, a także tworzenie własnego mitu, jakże korzystnego dla przyszłych decyzji i koncekcji (od rzekomej przyjaźni z Mickiewiczem, Słowackim czy Dickensem po współpracę z Łukaszewiczem).

Pojawia się też pytanie o samą ropę, troski jakie generuje. Coraz większe, prawda?


sobota, 12 czerwca 2021

Vivian Gornick - Przywiązania [recenzja]


 Przekład: Łukasz Witcza

Wydawnictwo Filtry

Warszawa 2021


Jestem oczarowana pisarstwem Gornic - wyraźnym, klarownym, intensywnym i żywym. 

Błyskotliwa i energiczna, nieznająca tabu i bezwględna dla siebie i otoczenia. Pisząc o własnej relacji z matką jest uważna, zasadnicza, ale też pełna oddania i skrywanej czułości.

I, co istotne, jej relacja z rodzicielką to istny poligon emocjonalny, naszpikowany wybuchowymi charakterami obu pań. Toczące ze sobą całożyciową walkę o dominację i tron w kwestii wiedzy o świecie, ludziach i obyczajach, nieustannie się sprawdzają i wystawiają na słowne wojenki. Ranią się przy tym, opamiętują, zazdrośnie śledzą relacje z postronnymi.

Niezwykle interesująca jest dla mnie opowieść o dzieciństwie i młodości, jaka toczy się w nowojorskiej kamienicy gdzieś na Bronksie. Przekrój środowiska, paleta charakterów, teatr sąsiedzkich gier i podglądań, a do tego krótkie biografie co ciekawszych i barwniejszych mieszkańców. Jidysz - "język ironii i buntu" przeplata się z angielskim, ekspresja i siła kobiet zajmujących się domem i życiem sąsiadów zestawiana jest z życiem dorosłej już narratorki - swobodnej seksulanie, wyzwolonej, o socjalistycznych poglądach i ciętej ripoście.

Siłę i urok tej książki można mierzyć błyskotliwością i inteligencją oraz świadomością Autorki. Przeprowadza nas ona przez epoki, zmieniajacą się wizję i pozycję kobiety w społeczeństwie, gdzie od kury domowej przechodzimy przez etap kobiet pracujących i kompletnie wyzwolonych, samodecydujących o sobie, strzepujące z ramion patriarchalne pyłki. Mężczyźni cały czas są dodatkiem do życia, czasem idealizowanym (zmarły ojciec), czasem szczęśliwie nieżywym (mąż Nettie), innym razem są obiektem seksulanych wyładowań, czasem mylnie branych za wybranków serca.

Wszystkie te reminiscencje dzieją się podczas spacerów starej matki z mocno już dojrzałą córką. 

Aż nabrałam ochoty na nowojorski spacer.

czwartek, 13 maja 2021

Andrzej Stasiuk - Przewóz [recenzja]

 

Wydawnictwo Czarne

Wołowiec 2021


Najpierw pojawia się zaskoczenie: Stasiuk podaje powieść, i do tego osadzoną w latach 40. XX w. 

Spodziewałam się standardowej Stasiukowej opowieści drogi, pełnej kaukaskiego piachu i niewygodnych dróg, między którymi żyją niezwykli ludzie, pełni niezwykłych spostrzeżeń ubranych w zwykłe słowa. A tu taka siurpryza.

Wczesne lato 1941 roku. Przygraniczna wieś, niby senna, a pełna rozgorączkowanych dziań. Z jednej strony przewoźnik, Lubko, jak głosi wieść gminna najlepszy w okolicy, nocami (za dobre pieniądze) przerzuca przez rzeczną granicę tych, którzy muszą zniknąć z ziem zajętych przez hitlerowców. 

Z drugiej, niedobitki partyzantów, w których ostatki żołnierskiej przyzwoitości walczą z wojenną barbaryzacją.

Z trzeciej widok z rzeki: po lewej eleganccy nazi oficerowie, po prawej nkwd-owskie szuje, z obu stron bieda i strach, szpicle i donosiciele, uciekinierzy i oprawcy, a także ci, którzy starają się żyć jak najbardziej po prostu.

Codzienność miesza się z niezwykłością czasów. Gęste, gorzkie upodlenie łączy się z heroizmem tych, którzy, choć na chwilę ocalić złudzenie normalności. 

Pośród wątków jakie przewijają się przez powieść najmocniej zapada mi w sercu historia dwójki młodych żydowskich uciekinierów. Podróżujący z Dorą Max marzy o dalekim Birobidżanie, wydaje mu się, że przekroczenie rzeki będzie zbawieniem. Walczący z głodem, zmęczeniem, ukradkowym nocnym przemieszczaniem się lasami i polami karmią się opowieściami o azjatyckiej ziemi obiecanej, która poza demokracją i czynnym udziałem w budowaniu państwowości oferuje pracę i wolność. Chyba nikt poza Maxem nie wierzy w tę bajkę, a jednak brną dalej, napotykając na swej drodze istotną przeszkodę pod postacią rzeki. Inteligenckie wychowanie, dobrobyt lat dziecinnych i nastoletnich,  zestawiony jest z obezwładniajacym strachem przed śmiercią, z brudem, podartymi koronkami, zniszczonymi ubraniami, dającymi jednak blade pojęcie o ich kosztownym pochodzeniu.  Na nic zdają się paryskie wspomnienia, języki obce, wtrącenia związane ze sztuką, pomizerniałe wspomnienia niegdysiejszych śniadań podawanych przez służącą. Wojenny upadek jest więcej niż bolesny, jest druzgocący. Przyszłość niepewna. Jak dla mnie oczywista. Ale pośród lektury żyłam nadzieją, że jednak nieoczywista.

Max i Dora mają nadzieję na długie życie w Stolicy Żydowskiego Obwodu Autonomicznego. Nie mają nawet pojęcia skąd nadejdzie kres, jak bezsensowny i tragiczny będzie, dokonany przez odczłowieczonych z nazwy tylko ludzi. Ten wątek najbardziej boli, najmocniej dotyka, najdłużej dopingowałam powodzeniu birobidżańskiej misji. By choć im się udało. Na próżno.

Partyzanci udają mężczyzn, sami przed sobą imitują ważność i niezastąpialność. Smutne to, choć bardziej chyba groteskowe, ale nie ma dla nich innej drogi. Muszą udawać, taką rolę przypisała im wojna. Raz nie radzą sobie z nielegalnym przecież świniobiciem, innym zaś razem wpadają w pograniczne kłopoty, które wiążą się z bezpośrednim zagrożeniem życia. Chyba jeszcze nie do końca zdają sobie sprawę z powagi sytuacji: piją bimer, palą raz lepsze, raz gorsze papierosy, liczą tanki, snują się. 

Dla przeciwwagi nad wątkiem desperackich uciekinierów i bezsensem partyzanckich niedobitków stawia przed nami Autor kobietę. Wdowę, która łączy wszystkie wątki, poszczególni bohaterowie bądź poznają z nią życie, bądź są przez nią karmieni, ukrywani, pocieszani. Inni zaś po prostu patrzą na przykuciniętą, wyciszoną, obserwującą postać, która swą życiową, hm, zaradnością, mądrością, a także przystosowaniem  jest najbardziej wyważoną i jaśniejącą bohaterką. Silna, odważna, gotowa wiele poświęcić, by ocalić drugiego człowieka. Niezwykła w swej empatii i przenikliwości, jest symbolicznym drogowskazem, oparciem i stałą, do której ciągną wszyscy, bez względu na wojenną pozycję: i zwyciężeni i zwycięzcy.

Stasiuk, poza tą lepką wojenną gęstością, daje dużo miejsca na ciszę, wcale nie bezwładną, raczej grzmiącą. Ten marny oksymoron ma tylko podkreślić, że między słowami kryje się wielka siła. Zazwyczaj jest to siła zła. Niestety. 





sobota, 1 maja 2021

David Sedaris - Calypso [recenzja]

 

Przekład: Piotr Tarczyński

Wydawnictwo Filtry
Warszawa 2020

"Rodzina, ach rodzina (...) nie cieszy, gdy jest (...) lecz kiedy jej nima samotnyś jak pies" - słowa piosenki Jeremiego Przybory idealnie pasują do opowieści Serdarisa.
Opowieści, która w pozornie lekki i przyjemny sposób snuje się wokół perypetii familii bliższej i dalszej Autorowi.
Cień zmarłej matki alkoholiczki, starość ojca, konfrontowanego z wizerunkiem z przeszłości, gdy silny i władczy manewrował rodzinnym, pełnym dzieci okrętem Sedarisów.
Autor, mimo rozlicznych, nie zawsze korzystnych bilansowo rozrachunków z rodzicami i rodzeństwem, to właśnie w nich widzi swoją przyszłość: rozmowy, spotkanie, wspólne wakacje, podróże wyznaczają kolejne pory roku i lata, pośród których Sedaris obserwuje dorastające dzieci rodzeństwa, przeżywa samobójczą śmierć siostry - trochę temat tabu, który przewija się przez cały zbiór, za każdym razem nie tyle spowolniając narrację, co wprowadzając ciszę, minutę pamięci ku czci zmarłej, będącą też chwilą konsterancji i wyrzutów sumienia całej żyjącej rodziny.
Sedaris długo czakał na swoją literacką szansę. Nie miał wsparcia w rodzinie, demotwywowany przez ojca, teraz świeci największym blaskiem, nie żywiąc urazy za brak zrozumienia z czasów młodości.
Czytamy wesołkowate, komiczne, zabawne zdania Sedarisa i czujemy smutek, współczucie, żal. Śmierć, starość, strach przed chorobą, samotnością, to coraz częstsze motywy przewijające się przez zbiór. 
Obserwowanie rzeczywistości z szufladki komika i stand-upera pozwala na więcej: noszenie dziwacznych japońskich ubrań, zadawania absurdalnych pytań i nocnego sprzątania przydrożnych śmiecie na  brytyskiej wiosze.
Momenami rozpaczliwe szukanie kontaktu z rzeczywistością, próba przekucia jej na własny język świata jest formą jakby stworzoną dla Sedarisa.
Nie wiem i nie chcę wiedzieć na ile wątki poruszane w książce są prawdziwe, na ile wykreowane i podkolorowane. 
Rzecz w tym, by mieć w sobie ironię (ze szczególnym naciskiem na autoironię), pewną dozę samoświadomości własnych i cudzych słabości, a także gogolowski humor.
Zamknę cytatem z "Rewizora", znów idealnie pasującego do Sedarisa: "Z czego się śmiejecie? Z samych siebie się śmiejecie".

wtorek, 20 kwietnia 2021

Małgorzara Boryczka - O perspektywach rozwoju małych miasteczek [recenzja]

 

Wydawnictwo: Nisza

Warszawa 2021


Opowiadania mają się dobrze, szczególnie te pisane przez kobiety. Osobną sprawą, niekoniecznie przyjemną jest systematyzowanie literatury z podziałem na płeć, ale ulegając uwarunkowaniom kulturowym i wychowawczemu chomątu, powielam ten przykry podział. Bo łatwy.

Popracuję nad sobą, obiecuję, a teraz: Małgorzata Boryczka i jej nieobojętna opowieść o prowincji. Takiej, w której żywa jest pamięć o Karelu Gottcie, gdzie wciąż stoi ruski czołg, a w sobotę w knajpie dają "koncert starych pierdzieli". 

Ta prowincja to także "Scheda" co drugie pokolenie, gdzie wśród kobiet dziedziczone jest słyszenie myśli ludzi wokół, gdzie lekarz jest nadal najbardziej szanowanym obywatelem, a wszystko co w jakimkolwiem stopniu odstaje od ogółu jest uznawane na nienormalne, a to prosta droga do potępienia, stąd  zabiegi przytomnej babci mające na celu ocalenie wnuczki przed małomiasteczkowym potępieniem.

W snutych przez Autorkę opowieściach relacje rodzinne to zwykle problematyczna materia: matka, która wiecznie wisi na telefonie, nie interesując się rodzinnym życiem; matka, która nie chce dowiedzieć się prawdy o córce, która przeszła piekło, dla której pozory gwarantują domowy mir. 

Mężczyźni nie lepsi - są słabi: uciekają od żon, zasiewają niebezpieczny ferment (ksiądz plotkarz, niszczący życie kobiecie), piją, stosują przemoc seksualną, to nieudacznicy, z byle powodu (np. słabość do siekiery) wpadają w tarapaty. 

Prowincja ma swoje problemy. Najsilniej doskwierały mi w "Źródle", gdzie zawiść i plotka potrafią zniszczyć wszystko. To bardzo dojmujące opowiadanie, parzące analogią do historycznych pogromów, które pokazuje, a nas czytelników przestrzega, że do słowa do czynu jest bardzo krótka droga, od fasynacji do tępego amoku ledwie krok. A wszystko ukryte za grą pozorów, sąsiedzkimi uśmiechami i pozorną niewinnością, tych o największym w społeczności autorytecie.

Kolejna mocna historia to "Krzyżówka", tocząca się na kanapie pozornie niewinna, podskórnie traumatyczna opowieść, która nie zostaje opowiedziana. Między kolejnymi hasłami krzyżówki rozwiązywanymi przez matkę, nastoletnia córka próbuje zwierzyć się, podzielić, uzyskać pomoc w kwestii najbardziej traumatycznego zdarzenia jej życia. Ta historia to mocny cios w fasadowość relacji rodzinnych, atrapę uczuć i związków na linii: rodzic-dziecko. Porażający i przerażający finał jest mocnym akcentem całego zbioru. 

Mam wrażenie, że Autorka obserwuje swoich bohaterów z dystansu, pokazując ich dominujące cechy w stonowany sposób. Nie wyolbrzmia, nie mitologizuje, nie ulirycznia. Tytułowe perspektywy rozwoju są mżonką, potrzebną, by istnieć, konieczną, by być, ale faktycznie to blaga. Ludzie od wieków są tacy sami: małomiasteczkowi (w znaczeniu: zawistni, knujący, tchórzliwi, okrutni). Wielkość reprezentowana przewrotnie przez dziewczyną naznaczoną metafizycznymi zdolnościami, czy przez niskorosłego "Giganta", który troszczy się o ludzi i środowisko są skazani na porażkę, odstają od perspektywicznie rozwojowego ogółu.

sobota, 17 kwietnia 2021

Dorota Kotas - Cukry [recenzja]

 

Wydawnictwo Cyranka

Warszawa 2021

Czekałam na tę książkę.

We wstępie Autorka pisze: "świat potrzebuje wszystkich mózgów", tych uznawanych za zwyczajne i tych neurorożnorodnych. Zgadzam się w całej rozciągłości. 

Sam wstęp to bardzo mocne wprowadzenie w nieneurotypowy świat. Autorka uchyla gardę, odsłania przed Czytelnikiem wrażliwe, intymne wręcz szczegóły ze swego życia, zyskując przy tym ogromną sympatię, ale też stawiając publikę w trudnej sytuacji. Gdyśmy odgrodzeni kreacją literacką czujemy się bezpieczni, ta zamierzona i wtłoczona we wstęp prywatność pozbawia nas przyjemnej osobności, anonimowości. Nagle stajemy się częścią świata Autorki, poznajemy Jej perspektywę. Spokój znika.

"Napiszę książkę tak, żeby wpuścić wszystkich, którzy ją przeczytają, do środka mojej głowy".  Stąd też wiele miejsca zajmuje opowieść o postrzeganiu codzienności, relacji międzyludzkich, o trudnościach z prowadzeniem rozmów i radzeniem sobie z przebodźcowaniem. Stąd też autotematyczne historie o pisaniu, które jest bezpiecznikiem, stałą niezachwialną i swego rodzaju drogowskazem prowadzącym przez pełne wybojów życie.

Zupełnie niezwykle wybrzmiewają bolesne wspomnienia, które przybierają tutaj rodzaj relacji z przeszłości, bez silnego nacechowania emocjonalnego. Dotyka samotność i smutek dziecka nierozumianego przez rodziców. Ta opowieść o osobie, która jest nieneurotypowa, nieheteronormatywna, nieprzywiązująca wagi do płci, której przyszło się wychowywać w latach 90. w słabo wykształconej rodzinie katolickiej w Garwolinie. Ważną częścią są te fragmenty poświęcone matce ("Matka mnie zabije, jak to przeczyta"). Zimna, wciąż rozdrażniona, zniecierpliwiona, rozczarowana córką, może zła, że urodziła ją za wcześnie i pozbawiła się beztroskiej młodości? Napięcie na linii matka - córka jest tak silne, że nie pozwala im na utrzymywanie kontaktów. Ta podstawowa, zdawałoby się relacja, tutaj nie istnieje.  "Pisząc daję też znać samej sobie, że moje doświadczenie jest ważne". 

W "Cukrze" obecny jest też na szczęście humor, który chwilami ściąga nadmiar ciężaru z czytelnika. Niektóre fragmenty, jak choćby ten o spalonej w kontrolowanym pożarze wersalce czy sąsiedzkich pracach odkrywkowych w piwnicy, pokazują skrzą się humorem, mają w sobie pewien dystans i serdeczność. 

Jednak większą część lektury zajmuje wzruszenie i identyfikowanie się z bohaterką, jak wtedy, gdy pragnie nad wszystko mieć własnego kota, jak wtedy gdy już Ritę ma. Bezbronna, próbująca uczyć się ludzi dziewczyna, która najbardziej ludzkie cechy odnajduje w zwierzęciu. 

Niech ta lektura będzie przewodnikiem po człowieczej różnorodności, niech będzie alfabetem akceptacji, tutorialem człowieczeństwa i empatii. 


sobota, 3 kwietnia 2021

Natalia Fiedorczuk - Odmieniec [recenzja]

 

Wydawnictwo Wielka Litera

Warszawa 2021


Jak dobrze, że powstała ta książka!

Jak niefortunnie, że powstała ta książka!

Tak, mam świadomość antynomii. 

Dobrze,  że powstała, ponieważ przywraca pamięć o niesłusznie zapomnianym artyście, Bolesławie Biegasie.

Niefortunnie, że powstała, ponieważ kostium historyczny nie leży Autorce, dialogi są drewniane, drętwe, nużące, przez narrację przebija się współczesny duch, barwa, sposób rozumowania, co wpływa na wiarygodność i przyswajalność treści. 

Preparowane fabularnie listy, wątek romansowy i rewolucyjny, nakreślanie przeszłości bohatera, która jednak pisana jest mocno współczesnym językiem (chwilowe wtrącenia anachroniczne nie wpływają znacząco na odbiór stylu) powodują, że cała ta konstrukcja wygląda na mocno chybotliwą i kompletnie niewiarygodną.

Sam podmiot opowieści, Bolesław Biegas to absolutny strzał w dziesiątkę, idealny materiał na niejedną powieść, niejeden film. Uboga wiejska sierota otoczona protektoratem kolejnych mecenasów (w tym samego Aleksandra Świętochowskiego, który na kształcenie Biegasa organizował zbiórki wśród społeczeństwa) trafia na studia do krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych, później zdobywa medale i wyróżnienia, był członkiem secesji wiedeńskiej, stypendystą Zachęty pracującym w Paryżu, gdzie również wyróżniał się pracami, był dostrzegany i chwalony.

Dokumentalna, historyczna i archiwalna praca Autorki każe mi chylić czoła przed Jej zaangażowaniem i benedyktyńską skutecznością: docieranie do strzępków dokumentów, szukanie hinduskiej księżniczki, wiązanie źródeł robi na mnie wielkie wrażenie. 

Sięgnięcie po życiorys tego niezwykłego człowieka zasługuje na wielkie wyróżnienie i rozgłos. Opowieść o człowieku z nizin, chłopskim synu, którego talent zaprowadził na szczyt brzmi jak filmowy scenariusz niemożliwy do zrealizowania w rzeczywistości. Ta kariera, społeczny awans jest tak druzgocąco niebotyczny, że aż trudno weń uwierzyć. Niepiśmienny do 16 roku życia skończył na paryskim Montparnasse'ie, przyjaźniąc się z wielkimi artystami tamtych czasów, stąd  też trudno przejść do porządku dzienniego nad ciszą i zapomnieniem jakie zabrały się nad postacią Biegasa.

Pośród kontrowersji dotyczących jego twórczości (od zachwytów po brak zrozumienia, od uznania po szufladkowanie jego sztuki jako naiwnej) bez wątpienia zasługuje on na poczesne miejsce w historii.

To wielkie zwycięstwo Fiedorczuk - wywołanie Biegasa z odmętów niepamięci. Jej porażką jest zaś forma  w jakiej postanowiła to uczynić. Do mnie kompletnie nie trafia.

piątek, 2 kwietnia 2021

Rebecca Solnit - Matka wszystkich pytań [recnezja]


 Przekład: Barbara Kopeć-Umiastowska

Wydawnictwo Karakter

Kraków 2021


Można by spisywać z "Matki wszystkich pytań" kolejne cytaty, a z nich tworzyć hasła na transparenty strajku kobiet, choć, jak marastycznie stwierdzam, i tak nic to nie da. Strajkujemy, efekty marne. Choć, z drugiej strony nie ma rady, trzeba walczyć, by zakończyć ponury stan milczenia, który "jest dla kobiet stanem historycznym, przez stulecia odmawiano im wykształcenia, odmawiano funkcji publicznych". 

Złość na teraźniejszość buduje się z każdą stroną, rośnie w równym tempie. Czytając o przemocy wobec kobiet czuję wściekłość, być może równie tępą jak motywacje jej sprawców, tych, którzy negują głosy przynależności i samookreślenia kobiet. Pośród przemocy płciowej, seksulanej, ustawodawczej czy płacowej wybijają się historie ofiar gwałtów na uniwersyteckich kampusach, przypadki bitych i gwałcownych żon.

I, choć debata publiczna o przemocy seksulanej ulega pewnym zmianom należy pamiętać, że bez zmiany kultury nic się nie da zrobić. Feminizm potrzebuje mężczyzn, bez zmiany ich postrzegania problemu proces ten będzie długotrwały i rwany.

Dawno minęły czasy wiernej Penelopy, która siedzi w domy, podstępem opędza się od ponad setki zalotników, podczas gdy Odyseusz nie raz używa życia (od Kirke po Kalipso). 

Autorka wspomina słowa Hannah Arendt, która przyznawała, że kondycja kobieca rzadko wykraczała poza produkowanie potomstwa, co jest ewidentnym podtrzymywaniem mitu o słabości płci.

Niestety, lektura książki szarpie nerwy, kłuje tematyką, dając jasno do zrozumienia, że mimo iż nastał nam XXI wiek, to wciąż nurzamy się w ciemnogrodzie, trochę tylko rozświetlonym. 

Autora zwraca uwagę na rozróżnienia współczesnego żargonu - od biologicznej płci po konstrukt społeczny za jaki uważa się gender. 

Przedstawia punkt widzenia feministek i lesbijek na fundamentalne sprawy, ale zwraca też uwagę na ich optykę widzenia pornografii (od rozrywki po instruktaż). Pisze o gwałtach jako aktach woli, gdzie aktorem jest gwałciciel.

Wiele niewygodnych, bolesnych zagadnień porusza Solnit. Wiele z nich jest wciąż w fazie opóźnienia, niestaranności, zacofania.

Na koniec cytat, wiele mówiący, rzecz jasna: "w życiu warto zadawać sobie wiele pytań, więc być może kiedyś staniemy się mądrzejsze i zrozumiemy, że na wszystkie trzeba odpowiadać".

Salve!

wtorek, 30 marca 2021

Katarzyna Michalczak - Mam na imię nie mam [recenzja]


 Wydawnictwo Cyranka

Warszawa 2021


Nic nie jest takie jak być powinno. 

Szybko się o tym przekonujemy, bo niejedno z opowiadań to życzeniowa fantasmagoria, która w finale poraża brutalnym smutkiem ludzkiego nieszczęścia. 

Bo, mimo postulatów codziennych radości i normalności, pozostają one tylko w sferze życzeń. Tak naprawdę rodziny są dysfunkcyjne: ojcowie to przemocowi nieudacznicy i brutale, którzy tyranią kompensują sobie własne braki ("tatuś wisi nade mn a jak topór"). Matki są nieszczęśliwe, przepracowane, z całym domem na głowie ("Mamo, a dlaczego ty nigdy nie musisz spać po dyżurze? (...) - A kto by ci zrobił obiad, córciu?"). Dzieci zaś marzą o rodzicielskim cieple, uwadze, zaangażowaniu, miłości.

Najmocniej te dzieci wybrzmiewają mi w opowiadaniu "Wymarzona historia", w której nierozumiane, zaniedbywane przez matkę rodzeństwo tworzy sobie wewnętrzny obraz idealnej matki, jakże różny od prawdziwego.

Podobnie jest w "UFO" historii dodatkowo podkręconej scenerią lat 90. Lekarska córka, psychicznie porzucona przez rodziców zmaga się z samotnością, niezauważaniem, rodzinną przezroczystością, ale też izolacją od grup rówieśniczych, niepopularnością, która rzutuje na jej samoocenę i poczucie własnej wartości. 

Dzieciaki z opowiadań są głęboko nieszczęśliwe, czasem bite, czasem molestowane seksulanie, innym zaś razem katowane psychicznie, bądź traktowane jako zło konieczne. Sfera imaginacji jest dla nich szansą i ucieczką. Czasem poznajemy je po latach, gdy same są dorosłe i próbują niepowtarzać błędów własnych rodziców, nierzadko z marnym skutkiem. Młode pokolenie często używa języka skargi na zastany świat, tak popieprzony, że aż nieopisywalny.

Dziewczyny wkraczające w dorosłość napotykają przetrąconych partnerów, którzy poza chwilową fascynacją oferują im oziębłość, dystans i rezerwę, a finalnie mało elegancie rozstanie, czasem też z wątkiem przemocowym. Te dziewczyny mają kiepską pracę, marne zarobki, fatalną umowę, a do tego feedback pracowy oznajmujący, że są najsłabszym i niepotrzebnym ogniwem w zawodowym konglomeracie. Niespełnione, rozczarowane, mające problemy z przeżyciem do pierwszego, często obarczone dziećmi (bez tatusia lub z tatusiem dochodzącym), które kiedyś też zostawią je bez słowa, balansują na granicy sensu.

Niewesoła jest diagnoza społeczeństwa opisywanego przez Katarzynę Michalczyk. Ewidentnie mamy problem. Niejeden. Ten z tożsamością, empatią, widzeniem drugiego człowieka, panowaniem nad własnym ja (o ile gdzieś po drodze go nie zgubimy). Jakimś wyjściem jest ucieczka w ułudę i krainę marzeń. Gorzej, że kiedyś trzeba będzie zeskoczyć z uroczej chmurki, by chwilę pożyć naprawdę, a co wtedy?

niedziela, 28 marca 2021

Zyta Oryszyn - Najada [recenzja]

Wydawnictwo Drzazgi
Czersk 2021

W mitologii greckiej najada to nimfa wód lądowych: potoków, strumieni, jezior. 
W powieści Oryszyn najada to skradające się przeznaczenie: trapiące, ukradkowe, nieuchwytne, konspiracyjne, zawsze frustrujące, ale też intrygujące, mimo całej tej kasandrycznej lamówki.
Czytam i czuję (i z góry wiem), że poszczególne losy nie będą skąpane w blasku fortuny, do bohaterów nie będzie się uśmiechać opatrzność ni pojedyncze jej zrządzenie, dobry los nawet na krótki moment nie zaszczyci ich swym wyniosłym spojrzeniem. 
A mimo to lecę jak ćma do ognia, wiedząc, że katastrofa nieunikniona, ale za to jakże intrygująca!
Oryszyn jest odkryciem na wielką miarę. Te wszystkie porównania do Myśliwskiego, Redlińskiego czy Pilota biorą się chyba z bezsilności, bo Oryszyn nie powinno się z nikim porównywać. 
Bezsilność, że nie ma wzroców żeńskiej prozy wiejskiej/chłopskiej/ludowej. A we mnie budzi się niezgoda na te porównania, które z zasady chyba mają nadać nazwisku i tytułowi odpowieni ciężar.
Nie zgadzam się. Oryszyn sama sobie niech będzie kryterium i wskaźnikiem. Jej twórczość w pełni na to zasługuje.
Jaka jest wieś w "Najdzie"? Pamiętliwa i chodząca na kominki. Pracowita i bachusowata. Zabobonna i gnająca do plebana. Żyjąca z pracy na wsi i uciekająca do pracy w mieście. Są zdrady, sfary, utarczki (jak najbardziej cielesne), bijatyki, pijatyki, złe myśli i złe czyny.
Jest babka spędzajaca płody, której boją się całe wsie, jest samotność młodych (strach przed wykorzystaniem, mezaliansem, przegapieniem szansy), samotność starych - matka Białawska pisząca list do syna myśli o błędach jakie w życiu popełniła, na ile jej oschłość i introwertyczność wpłynęły na relacje z dziećmi, teściem, na ile odsunęły od niej bliskich. Te rozmyślania samotnej, przetrąconej pracą i ciężkim życiem kobiety są według mnie clou powieści. Mąż zamordowany w czasie wojny (ludzie pamiętają przeszłość, ta wojenna, choć mocno spychana na margines myśli wciąż żyje w pamięci mieszkańców), ona sama z małym synem i w  ciąży, ma do pomocy tylko teścia, wdowca, samotnika, żyjącego wspomnieniami i żalem za utraconym światem. Wyobraźmy sobie zatem sytuację kobiety wiejskiej w czasie wojny: małe dziecko, drugie dziecko w drodze, brak nadziei na powrót męża, strach i walka o byt, ciężka praca, która nie poczeka do jutra, która nie da odpocząć w dowolnym momencie. Ot, codzienne wiejskie życie zwyczajneh heroski.
Tej Białawskiej mi najbardziej żal, to jej postać najmocniej zapadła mi w pamięć i serce. Zwykła wiejska kobieta, która tyle musiała znieść, udźwignąć, przeżyć, a nikt przy niej nie był, nie pomógł, nie wsparł. Niepojęte dziś. Kiedyś mniej albo wcale. Samotność jako codzienność i zwyczajność i norma. Refleksja nad sobą widziana jako fanaberia i kaprys. 
Jest też para outsiderów, Marychna, córka Białawskiej i Sawka, specjalista z państwowej hodowli świn.  Oboje wrażliwi, w myślach ludzkich widziani jako inni, deprymujący. Mają swoje marzenia i pragnienia. Ciągnie ich do siebie, ale są przecież te mącące, przeklęte najady!
Oryszyn stworzyła witalną, tętniącą życiem i namiętnościami opowieść w której napięcie miesza się z przaśnością, regionalizmy skrzą się barwnością, a niepokój podsycany jest rodzajem przyśpiewu czy refrenu na który składają się historie kolejnych bohaterek: utrudzonych, pozostawionych samym sobie, stojących przed niewybieralnym wyborem czy zrzuconych na margines społeczności, twardej i bezwględnej. Takie bogactwo treści, charakterów, modeli świata.
Niezwykła książka, wielkie poruszenie.

Georgi Gospodinow - Fizyka smutku [recenzja]

 

Przekład: Magdalena Pytla

Wydawnictwo Literackie

Kraków 2021


"Kim jestem? Czterdziestoczteroletnim mężczyzna, w piwnicy o grubych betonowych ścianach, dawnym schronie. Mówię, że mam czterdzieści cztery lata, ale dodajcie do tego wiek mojego dziadka, urodzonego w 1913 roku, wiek mojego ojca urodzonego pod koniec drugiej wielkiej wojny (...), dodajcie wiek innych ludzi zasiedlanych przeze mnie krócej lub dłużej (...). Dodajcie do tego wszystkiego niepoliczany wiek minotaura, który nigdy nie opuszczał domu mego ciała". 

Narrator, a zarazem spiritus movens powieściowych działań ma niezwykłe zdolności empatyczne, potrafi wczuć się w uczucia osób, których historię właśnie opowiada. Robi to na tyle sugestywnie, że wręcz staje się wspomnieniami, cudzymi historiami. Im narrator jest starszy tym trudniej mu przychodzi owo przenikanie, w dorosłości zmuszony jest wręcz skupować historie, które kolekcjonuje i które dają mu poczucie ciągłości niegdysiejszych umiejętności.

Między kolejnymi fragmentami bułgarskich skrawków (często komunistycznej) rzeczywistości pojawiają się opowieści o Minotaurze - porywające, olśniewające, odkrywcze. Jak bardzo zmieni się antyczna narracja gdy z potwora zrobimy ofiarę: samotną, zdradzoną, porzuconą? Bardzo interesujące są uwagi Gospodinowa, jego spojrzenia i stanowiska wobec dydaktyki płynącej z antyku. Szukanie stycznych z kontekstami świata współczesnego, transponowanie starożytnych tragedii na bliższe oku sytuacje z XX wieku nadają wątkowi tej świeżości i ciekawości, jaka czyni literaturę zapadającą w pamięć.

piątek, 26 marca 2021

Szmuel Josef Agnon - Przysięga wierności [recenzja]

 

Przekład: Piotr Paziński

Wydawnictwo: Nisza

Warszawa 2020


Najwspanialsza w tej powieści jest oniryczność, nienachalna, bardzo subtelna, niedopowiedziana, znakomicie wkomponowana w fabułę.

Po drugie: Jaffa początków XX wieku, już wtedy zjawiskowa, pachnąca cytrusami i wiatrem od morza, pełna chwilowych przybyszów, zapracowanych mieszkańców, szukajacych rozrywki młodych, którzy urządzali sobie spacery po wybrzeżu. 

Po trzecie: walka starego z nowym: utalentowowany, acz ubogi Jakob Rechnitz, dzięki pomocy konsula Ehrlicha kończy szkołę, zdobywa nagrodę i wyjeżdża do Jafy, by tam uczyć młodzież i rozwijać swą botaniczną pasję. Porzuca Europę, stary porządek, ruszając do kraju, którego wciąż nie ma, gdzie osadnicy i pionierzy budują miasta, walczą o każdą piędź pustyni i nie zawracają sobie głowy wydumanymi problemami zza morza. Wykształcony, skromny, nie wywższający się i lubiamy Jakob staje się atrakcyjnym towarzyszem rozmów, proszonych kolacji itp. Zderzenie światów jest jaskrawe - w Europie był tylko biednym chłopcem, polegających na wsparciu bogacza, tutaj jest równorzędnym, atrakcyjnym partnerem do działania i tworzenia nowego kraju. 

Po czwarte: uczucie. Dawna przysięga, piękna dziewczyna i decyzja co robić - czy niegdysiejsze ustalenia, jeszcze ze starego kontynentu mają moc w nowej rzeczywistości? Czy dla młodego człowieka z aspiracjami, marzeniami, możliwościami i otwartymi drzwiami kariery związek będzie końcem marzeń czy trampoliną do dalszych osiągnięć?

Po piąte: Ziemia Święta bez religii. Agnon, jeden z ojców literatury hebrajskiej wydał opowiadanie, które poza bladym wspomnieniem chanuki i pesachu nic nie ma wspólnego z religijnością. Umysły zajmuje praca, postęp, osiągi naukowe, rozwój portu, odkrywanie nowych gatunków roślin, nie zaś rozmodlenie i życie w przykazaniach. Z drugiej zaś strony (jak wspomina wspaniały tłumacz Piotr Paziński) jest tu bardzo czytelne nawiazania zarówno do "Pieśni nad pieśniami", jak i "Księgi Koheleta".

Agnon był mistrzem formy, znakomitym symbolistą, ale też sprawym twórcą modernistycznym, bo i za takiego go uważam. Wybornie operuje on metaforą, wciąż wciaga Czytelnika w nowe sidła przemyśleń i decyzji. 

Pozostawienie otwartej formuły w całej opowieści, ale również w przypadku finału daje wielką przestrzeń, otwiera przed Czytelnikiem nizemierzoną wręcz liczbę możliwości pokierowania losem bohaterów, co jest elementem bogactwa formy Agnonowego pisarstwa.

I na koniec: tłumacz. Piotr Paziński. To wystarcza za wszelkie pochlebstwa. 

Książka do wracania, smakowania, przeżywania wciaż na nowo. W tej ulotnej, przemijalnej, lotnej atmosferze jak ze snu.

Alice Feeney - Zabójcza przyjaźń [recenzja]

 

Przekład: Agnieszka Walulik

Wydawnictwo: W.A.B.

Warszawa 2021


Gdyby tak zostać przy tytule oryginału, byłoby lepiej. Mając na szali "His and hers" oraz "Zabójczą przyjaźń" nie mam specjalnych wątpliwości co do wyboru, postawiłabym na to pierwsze. A tutaj mamy jednoznacze skojarzenie, które zdradza na początek zbyt wiele, sugerując pewne zabiegi fabularne.

Idźmy dalej. 

Autorka polega na sprawdzanym i wykorzystywanym od lat patnecie, który dzieli relację i narrację między więcej niż jedną osobę (w tym mordercę, ukrytego za przemyśleniami i komentarzami do tego co dzieje się w fabule). Jest to zgrany zabieg, który dość się już opatrzył, jednak dla Autorki jest na tyle atrakcyjny, że wykorzystała go w tej powieści.

W małym miastecku Blackdown zostaje zamordowana szefowa fundacji dobroczynnej. Za fasadą profesjonalizmu kryła się zepsuta, przebiegła osoba, o czym wiedziało wielu. Nie tłumaczy to w żaden sposób jej końca, ale jasno wskazuje na obecność wrogów w jej życiu.

Sprawą zajmuje się nadkomisarz Jack Harper, zapuszczony, zblazowany i przegrany życiowo londyński emigrant, który prowincję traktuje z góry, myśląc, że tutaj nic mu się nie przytrafi. Okazuje się, że znał ofiarę. 

Skoro jest morderstwo, jest także zainteresowanie prasy. BBC wysyła do miasteczka Annę Andrews, dziennikarkę i prezenterkę, która pochodzi z Blackdown. Także ona znała zmarłą, także ona miała z nią relacje i wspólną przeszłość.

Gdy atmosfera wokół śmierci zaczyna gęstnieć, podejrzenia padają na coraz szerszy krąg. Morderca nie powiedział zaś ostatniego słowa.

Zdradzam, że będzie więcej niż jeden trup, choć sam polski tytuł zdradza o wiele więcej, czuję się więc usprawiedliwiona. 

Stosowane przez Autorkę zabiegi mające na celu wyprowadzenie Czytelnika w pole są dość naiwne, rzadko kiedy uzasadnione i logiczne, a już wybór mordercy szczerze mnie zawiódł. Feeney poległa na tym froncie sromotnie. Okazało się, że talentu do thrillerów nie ma, niestety, za grosz. Całość dość tenedencyjna, grubymi nićmi szyta, a prz tym kolejne wybiegi dowodowe są tak słabo skonstruowane, że łatwo można popaść w zabawę obalającą kolejne decyzje fabularne Autorki.

Rozczarowanie.

sobota, 13 marca 2021

Pascal Garnier - Daleko, dalej [recenzja]

 

Przekład: Gabriela Hałata

Wydawnictwo Claroscuro

Warszawa 2021

Ależ wiele uczuć budzi pisarstwo Garniera.

Na początku jest mgliście, mrocznie, trochę w klimacie noir. Później pojawia się nutka marazmu, wcale nie nazbyt nachalna. Jest miejsce na sarkazm, kpinę i dystans.

Znużony swoim życiem Marc popada w otępienie. Nic go nie cieszy, przytłacza go miałokość codzienności, raz ucieka z kolacji z przyjaciółmi, podczas spotkań towarzyskich jest nieobecny i mrukliwy, patrzy na codzinność z boku, myśląc o niej naprawdę źle.

Nadzieję na poprawę widzi w całkowitej zmianie środowiska. Ucieczka, podróż, nieznane, brak planu są dlań rodzajem wyzwolenia i oddechu od demonów, które trawią jego duszę.

Marc postanawia zabrać w tę spontaniczną podróż także swoją dorosłą już córkę, Anne, która od lat przebywa w zakładzie psychiatrycznym. Ta niezwykła, kompletnie do siebie niepasująca, i, na dobrą sprawę niezająca się para to gotowy scenariusz na obyczajową osobliwość. 

Jesienne nadmorskie francuskie miasteczko pozbawione turystów, ziejące nudą, goszczące emerytów, z pozamykanymi atrakcjami i ratujacym sytuację plażowym piaskiem i szumem morza, jest scenerią dla części akcji. Nowa sytuacja, pozorne uspokojenie i wyciszenie są tylko na chwilę.

Kiedy wydaje się, że wiemy wszystko, że sytuacja nabrała znamion constansu, Garnier wytrąca nas z przyjemnego poczucia komfortu. Robi to bezpardonowo i nielitościwie. Poprzez to działanie finał nie tylko zapada w pamięć, ale także nokautuje harmonię i ład duchowy czytających. Emocjonalny roller coaster.

Garniera zaliczam odtąd do pisarzy dręczących duszę, wystawiających na próbę zacność czytelnika, jego poczucie estetyki, a czasem też cierpliość.

Poprzez szokujące, obrazoburcze działania narracyjne zwraca on uwagę na ludzką samotność, pozorność relacji, brak komunikacji między bliskimi sobie ludźmi, ich samotność w związkach i rozpaczliwą niemoc w określaniu własnych celów i istoty życia. Ludzie na skraju poczucia sensu.

Katherine Mansfield - Opowiadania [recenzja]

 

Przekład: Magda Heydel

Wydawnictwo Officyna

Łódź 2020

Od pierwszych słów jestem oczarowana językiem Mansfield. Po chwili dołącza zachwyt nad stylem, konceptem, inteligencją i humorem Autorki, jej polotem i dystansem do świata. Przestaje mnie też dziwić opinia Wirginii Woolf, która skomentowała twórczość Katarzyny Mansfield jako jedyną wzbudzającą jej zazdrość.

Wspaniałe jest rozpoczynające tom opowiadanie "Niemcy przy stole": rozwiązle gastronimocznie, ukazujące próżność, płytkość i brak taktu biesiadników, ich wąskie horyzonty, kompletny egozim, jałowość i miłość własną. Mahelzeit!

Poruszające jest opowiadanie "Jak uprowadzono Pearl Button" - o tym jak strasznie smutne jest życie osoby, która ma wszystko prócz miłości. "Kiszone ogórki" - o milczeniu, które w zależności od sytuacji zbliża lub kategorycznie oddala ludzi, paląc mosty. Uchwycenie samotności, niewypowiedzianych tęsknot i ta ulotność uczuć, namiętności, cudowna subtelność w opowiadaniu z jednoczesną mocą wyważonych słów. 

Kolejne opowiadanie, które wywarło na mnie wrażenie to głębokie "Je ne parles frances" o mroku duszy, tchórzostwie, zawiści, zdradzie. Bardzo to nowoczesne opowiadanie z odważną linią relacjonowania, aż trudno uwierzyć, że powstało w 1918 roku.

"Rozkosz" historia o 30-latce, która nie chciała poddać się konwenansom, miała wiarę w świat i ludzi, jednak pewnego wieczoru podczas wydawanej przez nią kolacji wszystko się zmieniło.

Wstrząsająca jest opowieść zatytułowana "Filmy", której bohaterką jest panna Moss - kontralcistka, laureatka srebrnego medalu za śpiew, która z braku pracy zmuszona jest szukać pracy statystki w filmie. Towarzyszymy jej w dniu, w którym ubiega się o angaż, a także w jego finale, gdy zrezygnowana trafia do Cafe de Madrid, gdzie spotyka zażywnego dżentelmena, który ma dla niej niemoralną propozycję. Do czego jest zdolna głodująca, pozbawiona pracy dziewczyna, gdzie kończy się jej moralność?

Ta wyjątkowa uważność Mansfield, czułe spojrzenie na bohaterów, zasłuchanie w ich historie potęguje moc i siłę opowieści. 

Cały czas zdumiewa ponadczasowość jej historii, fakt, że powstawały na początku XX wieku niepokoi i zadziwia - wiele z nich ma bowiem nieograniczony czasem termin przydatności, zarówno w kwestii traktowania kobiet, jak i uczuć i relacji międzyludzkich. 

Opowieść o niedoświadczonej, ufnej guwernantce jadącej samotnie do nowego pracodawcy pociągiem wybrzmi równie mocno i dziś. Niebezpieczeństwa czyhające na młodą dziewcznynę z każdej strony. Podobnie jest z relacjami małżeńskimi, pełnymi niedopowiedzeń, czasem zadr, ran i zdrad.

Wraca stara prawda, że nie zmieniają się ludzie, zmieniają się tylko dekoracje dziejowe.

Soczysty, pewny, mocny i klarowny styl Mansfield sytuuje ją wsród moich ulubionych Twórców. Jej odwaga, zarówno lingwistyczna, jak i, a może przede wszystkim, tematyczna podnosi morale i daje wiarę w misyjność literatury, a także jej terapeutyczne właściwości.

Mansfield to mistrzyni krótkiej formy. Zjawiskowa.


czwartek, 11 marca 2021

Jakub Małecki - Dygot [recenzja]

 

Wydawnictwo Sine Qua Non

Kraków 2015

Nie wiem jak zacząć. Z jednej strony cieszę się na poruszoną w książce tematykę, z drugiej sposób jej przedstawienia wcale mnie nie porwał. 

To poprawna książka, uważna i zaangażowana, brak jej jednak tzw. iskry bożej, lotności, wirtuozerii, nerwu. Wiem, wiem, to moja subiektywna opienia, wiele będzie osób przeciwnego zdania. I dobrze.

Jak dla mnie "Dygot" można porównać do pracy rzemieślnika, który podpatruje mistrza, odtwarza, wykonuje solidną pracę, która jednak daleka jest od odkrywczości, perfekcji. Jest solidną robotą, bez znamion wybitności. 

Prowincja jest trudna. Zawsze była. Przed wojną, po i teraz też jest. Wszyscy wszystkich znają, mówią o sobie nawzajem (rzadko dobrze, rzadko bez zawiści i przekłamań), wiedzią i widzą wszystko, nawet to czego nie ma.

Jana Łabendowicza całe dorosłe życie będą wyczerpywać wspomnienia Niemki, której odmówił pomocy pod koniec wojny. Klątwa, którą nań rzuciła, będzie go prześladować do końca. To na nią zrzuci albinostwo syna, zawiść i niechęć środowiska lokalnego, które bało się niezwykłości małego Wiktora. Zabobon, strach przez nowym, nieoczywistym, złe podszepty, które potrafią doprowadzić do największej tragedii, taka jest prowincja z "Dygotu".

Dygot to strach przed życiem, znojną prowincjonalną codziennością, mrocznymi ludźmi, wojenną przeszłością, wspomnieniami i zaniechaniami, złą wolą, ale także obawa przed tym co nadejdzie.

Gdy poznajemy Łabendowiczów i ich historię, od razu wiemy, że nie bedzie łatwo. Gdy ich losy złączą się z Geldami, również pokiereszowanymi przez los, mam poczucie, że zbyt wiele się zdarza, że to już granica realności. U Geldów historia poparzonej dziewczynki. Powieść łączy ją z Witkorem, białym chłopcem od Łabendowiczów. Dwoje odmieńców to zbyt wiele jak na małomiasteczkowe warunki. Nieszczęście wisi w powietrzu.

Stopniowo poznajemy koleje ich losów, na jaw wychodzą mniej i bardziej mroczne tajemnice. Autor ujawnia motywy i źródła zachowań, efekty podejmowanych decyzji lub ich braku. Decyzji wojennych, tych z czasów PRL-u, wczesnego kapitalizmu, szaleństw wolnego rynku. 

Na naszych oczach dzieje się historia poturbowanego kraju, oćwiczonych do granic możliwości obywateli. 

A mnie brak głębi psychologicznej, przeżyć wewnętrznych bohaterów, ich doznań, emocji, sposobu odbierania świata. Wtedy łatwiej byłoby mi w "Dygot" uwierzyć. 

wtorek, 23 lutego 2021

Arto Paasilinna - Rok zająca [recenzja]

 

Przekład:Sebastian Musielak

Wydawnictwo: Książkowe Klimaty

Wrocław 2020

A może by tak rzucić wszystko i zniknąć?

Zostawić nurzącą pracę, w której trzeba ścierać się z paskudnymi oportunistami, żonę sekutnicę, goniące terminy i nasilające się poczucie bezsensu?

Redaktor helsińskiej gazety, Vatanen jest  cynicznym facetem w wieku średnim, jego oczekiwania wobec życia „spełniły się nie tyle nie do końca, ile nie spełniły się wcale”.

Gdy staje się świadkiem potrącenia zająca, rzuca się w las, by odnaleźć ranne zwierzę. W ten sposób kończy swoją przygodę ze stacjonarnym, poukładanym życiem męża i redaktora. Zaczyna żyć NAPRAWDĘ, bez planu, tak z dnia na dzień. Z zającem u boku.

Seria dziwnych, czasem fortunnych, innym zaś razem niefortunnych zdarzeń, jakie stają się jego udziałem, pozwalają mi pisać o jego przygodach  jako o zdarzeniach sowizdrzalskich, czasem szelmowskich. Nagle zza kart powieści wartkim strumienie wylewa się wolność: bez trosk o dach nad głową, płacenie rachunków, wizytę lekarską, deadline w redakcji. Vatanen staje się panem samego siebie: idzie gdzie chce, mówi z kim chce, robi co chce. Takiej wolności nie da się łatwo unieść. Nie wiem czy każdy by potrafił nie martwić się na zapas, nie planować, nie wydawać w myślach niezarobionych jeszcze pieniędzy, nie gromadzić kolejnych zbędnych rzeczy.

Vatanen je marnie, ubiera się tak, by nie marznąć, czasem, gdy trafi do miejsca w biblioteką naczyta się świetnych powieści na zapas, a potem rusza dalej, czasem do przyrody (tak, nauczył się wyrąbywać drzewa podczas pracy sezonowej).

Spotyka na swej drodze całą furę dziwnych ludzi: od Kaartinena, instruktora narciarstwa, niegdysiejszego seminarzysty duchownego, który zrzucił sutannę, bo w głowie ma własną, mocno osobliwą religię. Nasz były redaktor ma szczęście do ludzi, gdy trafia na największego pijackiego drwala, Cysorza, od razu przypadają sobie do gustu, na tyle mocno, że Vatanen uczy go pływać, co przyniesie w przyszłości pewne finansowe profity, niekoniecznie zgodne z prawem.

Osobną sprawą są perypetie ze zwierzętami, od złośliwego, cwanego kruka, po równie uciążliwego niedźwiedzia, który zmusza ex redaktora do nielegalnych przekroczeń granicy. A wszystko to w lekkim i dowcipnym tonie.

Nasz Vatanen, może i cudzołożnik, może i włóczęga, profanator zwłok, czy nielegalny pośrednik w sprzedaży zdobyczy wojennych, może tak jest. Jednak, przede wszystkim, to wolny, swobodny, czerpiący przyjemność z życia człowiek.

Uczciwy wobec świata, lekki od trosk, wolny od sztucznych potrzeb i namiętności, ceniący prostotę i życie po prostu.

Wariat? Może, ale za to jaki wyzwolony!

poniedziałek, 22 lutego 2021

Maciej Płaza - Golem [recenzja]

 

Wydawnictwo W.A.B.

Warszawa 2021

Dostajemy opowieść, która dzieje się w początkach XX wieku, ale równie dobrze mogłaby ona istnieć w wieku XIX i wcześniej. Sztetl to w końcu zdumiewająca konstrukcja trwająca w zawieszeniu, pełna niezmiennych, spiżowych wartości i powinności, utartych ról i trwałych podziałów. Czasem bywa to pokrzepiające (cytuając Poetę:"trwałość, czym jest na świecie trwałość?"), czasem złudne ("tym czym brzęczenie kastanietów").

Za przewodnika początkowo mamy Rafaela, pokracznego drągala o wielkiej sile, którego prowadzą psalmy. Podpowiadają mu one postępowanie w każdej niemal sytuacji, sa drogowskazem i celem. To one obajśniają mu miasteczko, każą tak a nie inaczej postępować z kolejnymi napotykanymi na drodze ludźmi. 

Niektórzy z nich zajmują w powieści więcej miejsca - tak jak moja ulubiona Szira - podwójna wdowa z wartkim umysłem oraz Jakow - pogubiony chasyd, który nie potrafi sprostać oczekiwaniom najbliższej rodziny.

Wiele tu odniesień do trudów codziennego życia biednych żydowskich rodzin, w których to przede wszystkim na barkach kobiet tkwi troska o byt dzieci i uczonych mężów. Wiele tu także rozterek chasydów, którzy też miewają wątpliwości co do słuszności obranej przez siebie drogi. 

Przedstawiane nam żydowskiej miasteczko pełne jest poszarzałych ze starości chałatów, długich bród, wychudzonych mędrców i nieustającej troski o bezpieczeństwo i spokój. Współpraca, współistnienie w mieście z gojami nie jest łatwe, szczególnie w bliskości żydowskich świąt, które roją straszne wizje i rozsiewają piramidalne plotki: "goje widzą w nas to, czego się boją i czym się brzydzą, pokorę i pychę, cichość i gniew, a najbardziej ciemność i trwogę wspólnej ludzkiej rozpaczy. Kto zniesie, by mu stale o tym przypominać?". Pogrom wisi w powietrzu.

Wespół z Rafaelem przemierzamy miejskie uliczki, czujemy woń błota, słyszymy hałas targu, wystawiamy twarz do wiatru, który polscy i ruscy handlarze zwali "czarcim weselem", smakujemy gałki muszkatołowej i cynamonu, a także rodzynkowego wina, doświadczamy świętobliwości Królowej Szabatu. To bardzo piękna, ale i znojna podróż: "ból (...) to coś, w czym myśmy wszyscy wyrośli. Myśmy z nim połączeni, rozsialiśmy go i rozpalili, rozprowadzliśmy go po całym świecie".

Pocieszeniem są wspomniki o tych, którzy dostali szyfkody uprawniające do emigracji za ocean. Wiedząc co będzie się działo w czasie wojny czuję prawdziwą radość, że Zysmanowie niebawem odpływają statkiem z Hamburga.

Pocieszeniem, choć dużo mniejszym, (w głowie wciąż wizja Shoah) jest wątek chasydzkiej pobożności, która realizuje się poprzez śpiew i taniec. Bez względu na to, czy zawodzą niguny, czy tańczą horę, muzyka jest pięknem i spełnieniem, "zawiera wszystkie tony świętości, które Wiekuisty pozwolił słyszeć człowiekowi, od najsmutniejszego do najweselszego, bo takie jest przeznaczenie muzyki, pozwala odsłonić pełnię".

Ta książka to prawdziwa podróż, nie wiem tylko czy zrozumiała dla każdego. Jeśli ktoś ma mgliste pojęcie o ruchu chasydzkim, o świecie przedwojennych sztetli, o judaiźmie być może będzie mieć trudności z odnalezieniem się w lekturze. Tak przypuszczam, ale nie mam pewności.


sobota, 13 lutego 2021

Sally Rooney - Rozmowy z przyjaciółmi [recenzja]

 

Przekład: Łukasz Witczak

Wydawnictwo W.A.B.

Warszawa 2021


Frances to mieszkająca w Dublinie 21-letnia studentka i poetka, która szuka własnej drogi. Obserwuje, doświadcza, smakuje życia i ludzi, ot, naturalna kolej rzeczy w przypadku osoby, która dopiero wkracza w dorosłość - z reguły ponurą i pełną zakrętów.

Postrzegana jako dojrzała, jest jeszcze bardzo nieukształtowaną, momentami naiwną młodą kobietą, pełną ufności, ale też drobnych egoizmów. Polecę frazesem, ale tak, ta dziewczyna to tabula rasa w kwestii relacji społecznych.

Przypadkowa znajomość z wziętą dziennikarką Melissą, jej mężem Nickiem, aktorem teatralnym, a także ich środowiskiem, skutkuje dla Frances wielkimi zmianami. Nagle przeobrażają się jej życiowe dekoracje: miejscem spotkań są już nie tylko księgarnie slamowe, ale zasobne wille i letnie domy na francuskim wybrzeżu, rauty, wystawne kolacje itp.

Wyjątkowo mocno zarysowuje się tutaj granica między skromnym domem z którego pochodzi, a burżuazynym towarzystwem, aż krasieniącym od dobrobytu. Zresztą, wątek różnic ekonomicznych nie jest wiodący, pokazuje rozpiętość problematyki, pozostając w cieniu bardziej palącego problemu, jakim są złożone relacje towarzyskie i intymne. Pozorność kontaktów, interesowność, jednorazowość, a nade wszystko strach i samotność są podstawą tych relacji. Trwające i tworzące się związki również ulegają wspołczesnym modelom - są okrojone z prawdy, bez całkowitego otwarcia na partnera, ze świadomością tymczasowości i koniecznością posiadania backup'u pod postacią kochanka lub dwóch. Świat jest na chwilę, świat jest dany na określony czas, ludzie także.

Frances próbuje poradzić sobie z nabierającą intensywności fascynacją Nickiem. Wie, że jest żonaty, starszy, pochodzi z zupełnie innego świata, ma inne doświadczenia i życiowy start. Ale, przecież nie od dziś wiadomo, że ćmę ciągnie do ognia... Frances pierwszorzędnie odnajduje się w roli ćmy, obijającej się o wyfiokowanych, przeintelektualizowanych i bogatych znajomych Melissy i Nicka.

Jedni patrzą na nią jak na buntowniczkę, inni odrealnioną poetkę, ile ludzi tyle twarzy. Dziewczyna po prostu uczy się życia, siebie, poznaje swoje pragnienia i możliwości ich realizowania. Czasem ten proces jest irytujacy, innym razem bolesny, a nieraz rozczarowujący. 

Nie uważam, by ta książka była przykładem wyjątkowego talentu. Widzę ją raczej jako próbę opowiedzenia o współczesnych relacjach w schematyczny, uproszczony, podkoloryzowany środowiskiem sposób, przez co pachnie to trochę naiwnością i wtórnością.