wtorek, 20 kwietnia 2021

Małgorzara Boryczka - O perspektywach rozwoju małych miasteczek [recenzja]

 

Wydawnictwo: Nisza

Warszawa 2021


Opowiadania mają się dobrze, szczególnie te pisane przez kobiety. Osobną sprawą, niekoniecznie przyjemną jest systematyzowanie literatury z podziałem na płeć, ale ulegając uwarunkowaniom kulturowym i wychowawczemu chomątu, powielam ten przykry podział. Bo łatwy.

Popracuję nad sobą, obiecuję, a teraz: Małgorzata Boryczka i jej nieobojętna opowieść o prowincji. Takiej, w której żywa jest pamięć o Karelu Gottcie, gdzie wciąż stoi ruski czołg, a w sobotę w knajpie dają "koncert starych pierdzieli". 

Ta prowincja to także "Scheda" co drugie pokolenie, gdzie wśród kobiet dziedziczone jest słyszenie myśli ludzi wokół, gdzie lekarz jest nadal najbardziej szanowanym obywatelem, a wszystko co w jakimkolwiem stopniu odstaje od ogółu jest uznawane na nienormalne, a to prosta droga do potępienia, stąd  zabiegi przytomnej babci mające na celu ocalenie wnuczki przed małomiasteczkowym potępieniem.

W snutych przez Autorkę opowieściach relacje rodzinne to zwykle problematyczna materia: matka, która wiecznie wisi na telefonie, nie interesując się rodzinnym życiem; matka, która nie chce dowiedzieć się prawdy o córce, która przeszła piekło, dla której pozory gwarantują domowy mir. 

Mężczyźni nie lepsi - są słabi: uciekają od żon, zasiewają niebezpieczny ferment (ksiądz plotkarz, niszczący życie kobiecie), piją, stosują przemoc seksualną, to nieudacznicy, z byle powodu (np. słabość do siekiery) wpadają w tarapaty. 

Prowincja ma swoje problemy. Najsilniej doskwierały mi w "Źródle", gdzie zawiść i plotka potrafią zniszczyć wszystko. To bardzo dojmujące opowiadanie, parzące analogią do historycznych pogromów, które pokazuje, a nas czytelników przestrzega, że do słowa do czynu jest bardzo krótka droga, od fasynacji do tępego amoku ledwie krok. A wszystko ukryte za grą pozorów, sąsiedzkimi uśmiechami i pozorną niewinnością, tych o największym w społeczności autorytecie.

Kolejna mocna historia to "Krzyżówka", tocząca się na kanapie pozornie niewinna, podskórnie traumatyczna opowieść, która nie zostaje opowiedziana. Między kolejnymi hasłami krzyżówki rozwiązywanymi przez matkę, nastoletnia córka próbuje zwierzyć się, podzielić, uzyskać pomoc w kwestii najbardziej traumatycznego zdarzenia jej życia. Ta historia to mocny cios w fasadowość relacji rodzinnych, atrapę uczuć i związków na linii: rodzic-dziecko. Porażający i przerażający finał jest mocnym akcentem całego zbioru. 

Mam wrażenie, że Autorka obserwuje swoich bohaterów z dystansu, pokazując ich dominujące cechy w stonowany sposób. Nie wyolbrzmia, nie mitologizuje, nie ulirycznia. Tytułowe perspektywy rozwoju są mżonką, potrzebną, by istnieć, konieczną, by być, ale faktycznie to blaga. Ludzie od wieków są tacy sami: małomiasteczkowi (w znaczeniu: zawistni, knujący, tchórzliwi, okrutni). Wielkość reprezentowana przewrotnie przez dziewczyną naznaczoną metafizycznymi zdolnościami, czy przez niskorosłego "Giganta", który troszczy się o ludzi i środowisko są skazani na porażkę, odstają od perspektywicznie rozwojowego ogółu.

sobota, 17 kwietnia 2021

Dorota Kotas - Cukry [recenzja]

 

Wydawnictwo Cyranka

Warszawa 2021

Czekałam na tę książkę.

We wstępie Autorka pisze: "świat potrzebuje wszystkich mózgów", tych uznawanych za zwyczajne i tych neurorożnorodnych. Zgadzam się w całej rozciągłości. 

Sam wstęp to bardzo mocne wprowadzenie w nieneurotypowy świat. Autorka uchyla gardę, odsłania przed Czytelnikiem wrażliwe, intymne wręcz szczegóły ze swego życia, zyskując przy tym ogromną sympatię, ale też stawiając publikę w trudnej sytuacji. Gdyśmy odgrodzeni kreacją literacką czujemy się bezpieczni, ta zamierzona i wtłoczona we wstęp prywatność pozbawia nas przyjemnej osobności, anonimowości. Nagle stajemy się częścią świata Autorki, poznajemy Jej perspektywę. Spokój znika.

"Napiszę książkę tak, żeby wpuścić wszystkich, którzy ją przeczytają, do środka mojej głowy".  Stąd też wiele miejsca zajmuje opowieść o postrzeganiu codzienności, relacji międzyludzkich, o trudnościach z prowadzeniem rozmów i radzeniem sobie z przebodźcowaniem. Stąd też autotematyczne historie o pisaniu, które jest bezpiecznikiem, stałą niezachwialną i swego rodzaju drogowskazem prowadzącym przez pełne wybojów życie.

Zupełnie niezwykle wybrzmiewają bolesne wspomnienia, które przybierają tutaj rodzaj relacji z przeszłości, bez silnego nacechowania emocjonalnego. Dotyka samotność i smutek dziecka nierozumianego przez rodziców. Ta opowieść o osobie, która jest nieneurotypowa, nieheteronormatywna, nieprzywiązująca wagi do płci, której przyszło się wychowywać w latach 90. w słabo wykształconej rodzinie katolickiej w Garwolinie. Ważną częścią są te fragmenty poświęcone matce ("Matka mnie zabije, jak to przeczyta"). Zimna, wciąż rozdrażniona, zniecierpliwiona, rozczarowana córką, może zła, że urodziła ją za wcześnie i pozbawiła się beztroskiej młodości? Napięcie na linii matka - córka jest tak silne, że nie pozwala im na utrzymywanie kontaktów. Ta podstawowa, zdawałoby się relacja, tutaj nie istnieje.  "Pisząc daję też znać samej sobie, że moje doświadczenie jest ważne". 

W "Cukrze" obecny jest też na szczęście humor, który chwilami ściąga nadmiar ciężaru z czytelnika. Niektóre fragmenty, jak choćby ten o spalonej w kontrolowanym pożarze wersalce czy sąsiedzkich pracach odkrywkowych w piwnicy, pokazują skrzą się humorem, mają w sobie pewien dystans i serdeczność. 

Jednak większą część lektury zajmuje wzruszenie i identyfikowanie się z bohaterką, jak wtedy, gdy pragnie nad wszystko mieć własnego kota, jak wtedy gdy już Ritę ma. Bezbronna, próbująca uczyć się ludzi dziewczyna, która najbardziej ludzkie cechy odnajduje w zwierzęciu. 

Niech ta lektura będzie przewodnikiem po człowieczej różnorodności, niech będzie alfabetem akceptacji, tutorialem człowieczeństwa i empatii. 


sobota, 3 kwietnia 2021

Natalia Fiedorczuk - Odmieniec [recenzja]

 

Wydawnictwo Wielka Litera

Warszawa 2021


Jak dobrze, że powstała ta książka!

Jak niefortunnie, że powstała ta książka!

Tak, mam świadomość antynomii. 

Dobrze,  że powstała, ponieważ przywraca pamięć o niesłusznie zapomnianym artyście, Bolesławie Biegasie.

Niefortunnie, że powstała, ponieważ kostium historyczny nie leży Autorce, dialogi są drewniane, drętwe, nużące, przez narrację przebija się współczesny duch, barwa, sposób rozumowania, co wpływa na wiarygodność i przyswajalność treści. 

Preparowane fabularnie listy, wątek romansowy i rewolucyjny, nakreślanie przeszłości bohatera, która jednak pisana jest mocno współczesnym językiem (chwilowe wtrącenia anachroniczne nie wpływają znacząco na odbiór stylu) powodują, że cała ta konstrukcja wygląda na mocno chybotliwą i kompletnie niewiarygodną.

Sam podmiot opowieści, Bolesław Biegas to absolutny strzał w dziesiątkę, idealny materiał na niejedną powieść, niejeden film. Uboga wiejska sierota otoczona protektoratem kolejnych mecenasów (w tym samego Aleksandra Świętochowskiego, który na kształcenie Biegasa organizował zbiórki wśród społeczeństwa) trafia na studia do krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych, później zdobywa medale i wyróżnienia, był członkiem secesji wiedeńskiej, stypendystą Zachęty pracującym w Paryżu, gdzie również wyróżniał się pracami, był dostrzegany i chwalony.

Dokumentalna, historyczna i archiwalna praca Autorki każe mi chylić czoła przed Jej zaangażowaniem i benedyktyńską skutecznością: docieranie do strzępków dokumentów, szukanie hinduskiej księżniczki, wiązanie źródeł robi na mnie wielkie wrażenie. 

Sięgnięcie po życiorys tego niezwykłego człowieka zasługuje na wielkie wyróżnienie i rozgłos. Opowieść o człowieku z nizin, chłopskim synu, którego talent zaprowadził na szczyt brzmi jak filmowy scenariusz niemożliwy do zrealizowania w rzeczywistości. Ta kariera, społeczny awans jest tak druzgocąco niebotyczny, że aż trudno weń uwierzyć. Niepiśmienny do 16 roku życia skończył na paryskim Montparnasse'ie, przyjaźniąc się z wielkimi artystami tamtych czasów, stąd  też trudno przejść do porządku dzienniego nad ciszą i zapomnieniem jakie zabrały się nad postacią Biegasa.

Pośród kontrowersji dotyczących jego twórczości (od zachwytów po brak zrozumienia, od uznania po szufladkowanie jego sztuki jako naiwnej) bez wątpienia zasługuje on na poczesne miejsce w historii.

To wielkie zwycięstwo Fiedorczuk - wywołanie Biegasa z odmętów niepamięci. Jej porażką jest zaś forma  w jakiej postanowiła to uczynić. Do mnie kompletnie nie trafia.

piątek, 2 kwietnia 2021

Rebecca Solnit - Matka wszystkich pytań [recnezja]


 Przekład: Barbara Kopeć-Umiastowska

Wydawnictwo Karakter

Kraków 2021


Można by spisywać z "Matki wszystkich pytań" kolejne cytaty, a z nich tworzyć hasła na transparenty strajku kobiet, choć, jak marastycznie stwierdzam, i tak nic to nie da. Strajkujemy, efekty marne. Choć, z drugiej strony nie ma rady, trzeba walczyć, by zakończyć ponury stan milczenia, który "jest dla kobiet stanem historycznym, przez stulecia odmawiano im wykształcenia, odmawiano funkcji publicznych". 

Złość na teraźniejszość buduje się z każdą stroną, rośnie w równym tempie. Czytając o przemocy wobec kobiet czuję wściekłość, być może równie tępą jak motywacje jej sprawców, tych, którzy negują głosy przynależności i samookreślenia kobiet. Pośród przemocy płciowej, seksulanej, ustawodawczej czy płacowej wybijają się historie ofiar gwałtów na uniwersyteckich kampusach, przypadki bitych i gwałcownych żon.

I, choć debata publiczna o przemocy seksulanej ulega pewnym zmianom należy pamiętać, że bez zmiany kultury nic się nie da zrobić. Feminizm potrzebuje mężczyzn, bez zmiany ich postrzegania problemu proces ten będzie długotrwały i rwany.

Dawno minęły czasy wiernej Penelopy, która siedzi w domy, podstępem opędza się od ponad setki zalotników, podczas gdy Odyseusz nie raz używa życia (od Kirke po Kalipso). 

Autorka wspomina słowa Hannah Arendt, która przyznawała, że kondycja kobieca rzadko wykraczała poza produkowanie potomstwa, co jest ewidentnym podtrzymywaniem mitu o słabości płci.

Niestety, lektura książki szarpie nerwy, kłuje tematyką, dając jasno do zrozumienia, że mimo iż nastał nam XXI wiek, to wciąż nurzamy się w ciemnogrodzie, trochę tylko rozświetlonym. 

Autora zwraca uwagę na rozróżnienia współczesnego żargonu - od biologicznej płci po konstrukt społeczny za jaki uważa się gender. 

Przedstawia punkt widzenia feministek i lesbijek na fundamentalne sprawy, ale zwraca też uwagę na ich optykę widzenia pornografii (od rozrywki po instruktaż). Pisze o gwałtach jako aktach woli, gdzie aktorem jest gwałciciel.

Wiele niewygodnych, bolesnych zagadnień porusza Solnit. Wiele z nich jest wciąż w fazie opóźnienia, niestaranności, zacofania.

Na koniec cytat, wiele mówiący, rzecz jasna: "w życiu warto zadawać sobie wiele pytań, więc być może kiedyś staniemy się mądrzejsze i zrozumiemy, że na wszystkie trzeba odpowiadać".

Salve!

wtorek, 30 marca 2021

Katarzyna Michalczak - Mam na imię nie mam [recenzja]


 Wydawnictwo Cyranka

Warszawa 2021


Nic nie jest takie jak być powinno. 

Szybko się o tym przekonujemy, bo niejedno z opowiadań to życzeniowa fantasmagoria, która w finale poraża brutalnym smutkiem ludzkiego nieszczęścia. 

Bo, mimo postulatów codziennych radości i normalności, pozostają one tylko w sferze życzeń. Tak naprawdę rodziny są dysfunkcyjne: ojcowie to przemocowi nieudacznicy i brutale, którzy tyranią kompensują sobie własne braki ("tatuś wisi nade mn a jak topór"). Matki są nieszczęśliwe, przepracowane, z całym domem na głowie ("Mamo, a dlaczego ty nigdy nie musisz spać po dyżurze? (...) - A kto by ci zrobił obiad, córciu?"). Dzieci zaś marzą o rodzicielskim cieple, uwadze, zaangażowaniu, miłości.

Najmocniej te dzieci wybrzmiewają mi w opowiadaniu "Wymarzona historia", w której nierozumiane, zaniedbywane przez matkę rodzeństwo tworzy sobie wewnętrzny obraz idealnej matki, jakże różny od prawdziwego.

Podobnie jest w "UFO" historii dodatkowo podkręconej scenerią lat 90. Lekarska córka, psychicznie porzucona przez rodziców zmaga się z samotnością, niezauważaniem, rodzinną przezroczystością, ale też izolacją od grup rówieśniczych, niepopularnością, która rzutuje na jej samoocenę i poczucie własnej wartości. 

Dzieciaki z opowiadań są głęboko nieszczęśliwe, czasem bite, czasem molestowane seksulanie, innym zaś razem katowane psychicznie, bądź traktowane jako zło konieczne. Sfera imaginacji jest dla nich szansą i ucieczką. Czasem poznajemy je po latach, gdy same są dorosłe i próbują niepowtarzać błędów własnych rodziców, nierzadko z marnym skutkiem. Młode pokolenie często używa języka skargi na zastany świat, tak popieprzony, że aż nieopisywalny.

Dziewczyny wkraczające w dorosłość napotykają przetrąconych partnerów, którzy poza chwilową fascynacją oferują im oziębłość, dystans i rezerwę, a finalnie mało elegancie rozstanie, czasem też z wątkiem przemocowym. Te dziewczyny mają kiepską pracę, marne zarobki, fatalną umowę, a do tego feedback pracowy oznajmujący, że są najsłabszym i niepotrzebnym ogniwem w zawodowym konglomeracie. Niespełnione, rozczarowane, mające problemy z przeżyciem do pierwszego, często obarczone dziećmi (bez tatusia lub z tatusiem dochodzącym), które kiedyś też zostawią je bez słowa, balansują na granicy sensu.

Niewesoła jest diagnoza społeczeństwa opisywanego przez Katarzynę Michalczyk. Ewidentnie mamy problem. Niejeden. Ten z tożsamością, empatią, widzeniem drugiego człowieka, panowaniem nad własnym ja (o ile gdzieś po drodze go nie zgubimy). Jakimś wyjściem jest ucieczka w ułudę i krainę marzeń. Gorzej, że kiedyś trzeba będzie zeskoczyć z uroczej chmurki, by chwilę pożyć naprawdę, a co wtedy?

niedziela, 28 marca 2021

Zyta Oryszyn - Najada [recenzja]

Wydawnictwo Drzazgi
Czersk 2021

W mitologii greckiej najada to nimfa wód lądowych: potoków, strumieni, jezior. 
W powieści Oryszyn najada to skradające się przeznaczenie: trapiące, ukradkowe, nieuchwytne, konspiracyjne, zawsze frustrujące, ale też intrygujące, mimo całej tej kasandrycznej lamówki.
Czytam i czuję (i z góry wiem), że poszczególne losy nie będą skąpane w blasku fortuny, do bohaterów nie będzie się uśmiechać opatrzność ni pojedyncze jej zrządzenie, dobry los nawet na krótki moment nie zaszczyci ich swym wyniosłym spojrzeniem. 
A mimo to lecę jak ćma do ognia, wiedząc, że katastrofa nieunikniona, ale za to jakże intrygująca!
Oryszyn jest odkryciem na wielką miarę. Te wszystkie porównania do Myśliwskiego, Redlińskiego czy Pilota biorą się chyba z bezsilności, bo Oryszyn nie powinno się z nikim porównywać. 
Bezsilność, że nie ma wzroców żeńskiej prozy wiejskiej/chłopskiej/ludowej. A we mnie budzi się niezgoda na te porównania, które z zasady chyba mają nadać nazwisku i tytułowi odpowieni ciężar.
Nie zgadzam się. Oryszyn sama sobie niech będzie kryterium i wskaźnikiem. Jej twórczość w pełni na to zasługuje.
Jaka jest wieś w "Najdzie"? Pamiętliwa i chodząca na kominki. Pracowita i bachusowata. Zabobonna i gnająca do plebana. Żyjąca z pracy na wsi i uciekająca do pracy w mieście. Są zdrady, sfary, utarczki (jak najbardziej cielesne), bijatyki, pijatyki, złe myśli i złe czyny.
Jest babka spędzajaca płody, której boją się całe wsie, jest samotność młodych (strach przed wykorzystaniem, mezaliansem, przegapieniem szansy), samotność starych - matka Białawska pisząca list do syna myśli o błędach jakie w życiu popełniła, na ile jej oschłość i introwertyczność wpłynęły na relacje z dziećmi, teściem, na ile odsunęły od niej bliskich. Te rozmyślania samotnej, przetrąconej pracą i ciężkim życiem kobiety są według mnie clou powieści. Mąż zamordowany w czasie wojny (ludzie pamiętają przeszłość, ta wojenna, choć mocno spychana na margines myśli wciąż żyje w pamięci mieszkańców), ona sama z małym synem i w  ciąży, ma do pomocy tylko teścia, wdowca, samotnika, żyjącego wspomnieniami i żalem za utraconym światem. Wyobraźmy sobie zatem sytuację kobiety wiejskiej w czasie wojny: małe dziecko, drugie dziecko w drodze, brak nadziei na powrót męża, strach i walka o byt, ciężka praca, która nie poczeka do jutra, która nie da odpocząć w dowolnym momencie. Ot, codzienne wiejskie życie zwyczajneh heroski.
Tej Białawskiej mi najbardziej żal, to jej postać najmocniej zapadła mi w pamięć i serce. Zwykła wiejska kobieta, która tyle musiała znieść, udźwignąć, przeżyć, a nikt przy niej nie był, nie pomógł, nie wsparł. Niepojęte dziś. Kiedyś mniej albo wcale. Samotność jako codzienność i zwyczajność i norma. Refleksja nad sobą widziana jako fanaberia i kaprys. 
Jest też para outsiderów, Marychna, córka Białawskiej i Sawka, specjalista z państwowej hodowli świn.  Oboje wrażliwi, w myślach ludzkich widziani jako inni, deprymujący. Mają swoje marzenia i pragnienia. Ciągnie ich do siebie, ale są przecież te mącące, przeklęte najady!
Oryszyn stworzyła witalną, tętniącą życiem i namiętnościami opowieść w której napięcie miesza się z przaśnością, regionalizmy skrzą się barwnością, a niepokój podsycany jest rodzajem przyśpiewu czy refrenu na który składają się historie kolejnych bohaterek: utrudzonych, pozostawionych samym sobie, stojących przed niewybieralnym wyborem czy zrzuconych na margines społeczności, twardej i bezwględnej. Takie bogactwo treści, charakterów, modeli świata.
Niezwykła książka, wielkie poruszenie.

Georgi Gospodinow - Fizyka smutku [recenzja]

 

Przekład: Magdalena Pytla

Wydawnictwo Literackie

Kraków 2021


"Kim jestem? Czterdziestoczteroletnim mężczyzna, w piwnicy o grubych betonowych ścianach, dawnym schronie. Mówię, że mam czterdzieści cztery lata, ale dodajcie do tego wiek mojego dziadka, urodzonego w 1913 roku, wiek mojego ojca urodzonego pod koniec drugiej wielkiej wojny (...), dodajcie wiek innych ludzi zasiedlanych przeze mnie krócej lub dłużej (...). Dodajcie do tego wszystkiego niepoliczany wiek minotaura, który nigdy nie opuszczał domu mego ciała". 

Narrator, a zarazem spiritus movens powieściowych działań ma niezwykłe zdolności empatyczne, potrafi wczuć się w uczucia osób, których historię właśnie opowiada. Robi to na tyle sugestywnie, że wręcz staje się wspomnieniami, cudzymi historiami. Im narrator jest starszy tym trudniej mu przychodzi owo przenikanie, w dorosłości zmuszony jest wręcz skupować historie, które kolekcjonuje i które dają mu poczucie ciągłości niegdysiejszych umiejętności.

Między kolejnymi fragmentami bułgarskich skrawków (często komunistycznej) rzeczywistości pojawiają się opowieści o Minotaurze - porywające, olśniewające, odkrywcze. Jak bardzo zmieni się antyczna narracja gdy z potwora zrobimy ofiarę: samotną, zdradzoną, porzuconą? Bardzo interesujące są uwagi Gospodinowa, jego spojrzenia i stanowiska wobec dydaktyki płynącej z antyku. Szukanie stycznych z kontekstami świata współczesnego, transponowanie starożytnych tragedii na bliższe oku sytuacje z XX wieku nadają wątkowi tej świeżości i ciekawości, jaka czyni literaturę zapadającą w pamięć.