piątek, 30 stycznia 2026

Fiodor Dostojewski - Potulna [recenzja]

 

Przekład: Gabriel Karski

Państwowy Instytut Wydawniczy

Warszawa 1974


Dostojewski to fascynująca postać. Gdy rewolucyjne (i socjalistyczne) ciągoty przyczyniły się do wyroku śmierci, jego ratunek był iście epicki: niemal pięć minut przed egzekucją, w ostatnim momencie został ułaskawiony przez cara Mikołaja I. Karę śmierci zamieniono na cztery lata katorgi, które zmieniły go i wzmogły ataki epilepsji. 

Mając, mgliste nawet, pojęcie o jego biografii zupełnie inaczej czyta się poszczególne dzieła Mistrza. Badacze twórczości Dostojewskiego mówili o nim: "okrutny talent".

Opowiadanie "Potulna" drukował w czasopiśmie "Grażdanin". Sam Autor wspominał, że stworzenie tegoż zajęło mu większą część miesiąca. I, choć, dał mu podtytuł "fantastyczne", to uważał, że jest jak najbardziej realne. Fantastyczna, według Autora jest forma, nie treść. Już na początku widzimy bohatera, męża, który jest silnie wzburzony samobójczą śmiercią żony.  Mąż, z gatunku tych, którzy sami ze sobą rozmawiają. Dlatego też referuje do siebie, wyjaśnia sobie to, co zaszło. Raz siebie usprawiedliwia, obarczając za wszystko żonę, to znów ucieka myślami w poboczności. Kluczy, coraz to bliżej zbliżając się do prawdy.

Sama opowieść zajmuje kilka tylko godzin i jest dość zawikłana: od wspomnianych wyżej samorozmów bohatera, po zwroty do wyimaginowanego sędziego, to znów wracając do momentu poznania żony, by znów uciec w dalszą przeszłość do własnej służby wojskowej. Jest rodowitym szlachcicem, emerytowanym sztabs - kapitanem ze świetnego pułku. Ona, samotna, wcześnie odumarła przez rodziców, trafiła na niełaskę okrutnych ciotek, które postanowiły ją sprzedać. Chodziła do niego, do prowadzonego przezeń (i nienawidzonego przezeń) lombardu, gdzie wyprzedawała marne pamiątki po swoim życiu, by uratować się przed strasznym losem. On miał 41 lat, ona 16. Ona była płochliwa i przerażona, on ujęty poczuciem nierówności, które prezentowała ich relacja. To poczucie było dlań miłe, bardzo miłe. Gdy oświadczał się w bramie wspomniał jej, że nie jest ani nazbyt dobry, a nawet, że jest dość tanim egoistą, ale w sytuacji bez wyjścia dziewczyna zgodziła się na zamążpójście. Od początku uśmiechała się niedowierzająco i głucho, i tak jakoś niedobrze, jakby wiedziała, że trafia w zło i puste milczenie. On decydował o wszystkim: wydatkach, przyjemnościach ("raz w miesiącu będziemy chodzić do teatru - i to elegancko: do krzeseł"), on nie pozwalał jej wychodzić z domu samej, wychodzili razem na wieczorny spacer, po zamknięciu interesu. 

Matnia, więzienie, kraty reguł i podporządkowanie zasadom męża, oto rzeczywistość młodziutkiej, niepełnoletniej żony, która ze złego trafiła w gorsze?

Dostojewski jest bardzo subtelny w mówieniu o uczuciach i namiętnościach. Widać w tym opowiadaniu jak bardzo jest on w stanie zrozumieć najgłębsze ludzkie przeżycia i jak je pokazać czytelnikowi. To opowiadanie jest bez wątpienia ważne w twórczej ewolucji pisarza, bo podejmuje mocno nurtujący pisarza temat ludzi potulnych, pokornych i bezbronnych. I to opowiadanie jest głośnym protestem przeciwko krzywdzącym stosunkom społecznym.

czwartek, 29 stycznia 2026

Paweł Sołtys - Monolok [recenzja]

 

Wydawnictwo Czarne 

Wołowiec 2026


Rzadko kiedy w literaturze coś mnie zaskoczy. Jeszcze rzadziej coś mi się spodoba. A już sytuacja w której ze zdziwieniem i niechęcią kończę czytać, bo muszę wysiadać ze środka transportu w którym pochłaniałam lekturę jest prawdziwie rzadka. 

No i przytrafiło się to wszystko o czym wyżej. Paweł Sołtys i jego "Monolok" mnie zaskoczyli, spodobali mi się i spowodowali, że w biegu zbierałam swoje rzeczy wysiadając ze środka lokomocji. W oczarowaniu, ciekawości, przyjemności przekładałam kolejne kartki, w uciesze prawdziwej.

Lirycznie, nostalgicznie, a przede wszystkim gawędziarsko zjednuje sobie Autor czytelniczkę, z każdym akapitem bardziej. Wracają do mnie grochowskie uliczki, własne wspomnienia miejsc i ludzi, budynków i trotuarów. Miasto, jego dzielnica, jego codzienność, zbudowane z pamięci i niepamięci. Z rozmów o ludziach, którzy byli, wspomnieniach mocniejszych i lżejszych, postaciach, które widać bardziej i tych zacierających się. Prawdziwych i zmyślonych, takich, którzy żyli głośniej, i takich, którzy cicho i powoli spełniali swój los. Grochów stworzony ze wspomnień i o wspomnieniach, które sączą się powoli na fryzjerskim fotelu. I dużo ciszy, i dużo milczenia, i wszystko to co jest pomiędzy słowami - urzekające, oddające szacunek i pamięć. Potrzeba uważności na ludzki los, na zwyczajność i codzienność są tak niedzisiejsze i nieoczywiste, a tutaj są solą opowieści,.

Bardzo dobrze się czyta tę grochowską gawędę, nie tylko dzięki swobodzie w prowadzeniu wątków, w odwołaniach do rzeczywistych miejsc i danych geograficznych, ale, przede wszystkim, przez łaskawość i przychylność do bohaterów. A przez to chce się żyć wolniej. Choć przez chwilę, choć na czas lektury. Za to Autorowi dziękuję.


niedziela, 18 stycznia 2026

Dorota Grabek - Zmartwychwstanki [recenzja]

 

Wydawnictwo Czarne

Wołowiec 2025


Debiut. Opowiadania ubrane bardzo przyjemny kolaż na okładce. Już on wskazuje nam kierunek z którego dobrze jest spoglądać na zbiór, jaki otrzymujemy. Będzie dziwnie, niepasująco, czasem odpychająco, czasem bez zrozumienia, a czasem cudacznie.

Wydaje mi się, że większość utworów jest pozą, sztucznością, tworem zaprojektowanym tak, by zamanifestować wyjątkowość i niepowtarzalność prozy Autorki, ale proza ta zbyt jest mała, by się wybronić. Koncepty też nie są nadzwyczajne, a całość zamyka się w zwyczajności przyprawionej zwietrzałą dość "oryginalnością". Są też bon moty, które streścić można tym cytatem: "Jak oryginał i podróbki; prawdziwa historia to kamień szlachetny, a wyobrażone scenariusze to kolorowe szkiełka".

Pierwsze opowiadanie w zbiorze - "Po jednym palcu" to historia klaustrofobiczna, a jednocześnie światowa. Z jednej strony: winda, która jest głównym miejscem dziania się fabuły, z drugiej winda, która jest miejscem wymiany poetyckiej, zagadki, tajemnicy, twórczość "melancholijnego szczupaka". 

"Włosy" - o złodziejce ściętych włosów. Fryzjerce z zacięciem łupieżcy, która uważa, że "włosy to najmilsza część ciała". Klient z ekspresowo rosnącymi włosami, przyjaciółka od rzucania klątw i klęska urodzaju pod postacią pigwy - oto esencja tego opowiadania. Surrealistyczne tempo wzrostu, cicha obserwatorka - fryzjerka, które narracja przywodzi na myśl kino noir, ale nim nie jest. 

"Piesek kiwaczek" - o człowieku, który nie chce spać. Postanawia pobić rekord w niespaniu, w zmęczeniu i wysiłku zaczyna inaczej patrzeć i inaczej widzieć rzeczywistość. W pewnym momencie odbywa dialog z kosmitką, wciąż marząc o tym, by zostać psem kiwaczkiem. Bardzo swobodne przechodzenie ze świata realnego w imaginacyjny sprzyjają narracyjnej ciągłości i wiarygodności, a dla czytelnika są naturalnym sposobem na zaangażowane czytanie.

Im dalej w las, tym lepiej. Mimo początkowej nieufności, z każdym kolejnym opowiadaniem miałam coraz większą radość i ciekawość czytania.



poniedziałek, 5 stycznia 2026

Tobias Wolff - Oto początek naszej historii [receznja]

 

Przekład: Krzysztof Umiński

Wydawnictwo Czarne 

Wołowiec 2025


Wszystkie kolejne opowiadania kojarzą mi się z niepewnością i ulotnością. Bohaterowie trafiają w nasze ręce (przed nasze oczy) w momentach życia, które ukazują ich jako zagubionych, skrzywdzonych i (znów chciałabym powtórzyć niepewnych) wahających się. 

W nastroju ponurego poczucia braku i odrzucenia przemierzają kolejni bohaterowie kolejne strony tworząc spójną opowieść o swoich smutkach i niedolach: bardzo przemyślaną, klarowną, ujętą w literacko bogatą i wyraźną rzeczywistość, która swoją sugestywnością i konceptem czaruje czytelnika.

"Palacze" przejmują powidokiem walki o wpływy i zaszczyty. Pokazują na ile można się wystawić, pozbyć wartości, skryć je głęboko, by zyskać dobra materialne i pozycję w społeczeństwie.

"Myśliwi na śniegu" z trwającym cały czas niepokojem i niepewnością, kruchością relacji i ich zafałszowaniem są wyczerpujące, ale i wciągające czytelnika zarówno w zależności między bohaterami, jak i śrubujące ciekawość co do finału.

"W ogrodzie północnoamerykańskich męczenników" to jedno z moich ulubionych w tomie, co powinno mnie mocno zaniepokoić, bo to rzecz o manipulacji i wykorzystywaniu ludzi. Również w środowisku akademickim, co nie jest żadnym wyznacznikiem człowieczeństwa, bo zawód i tytuł nie świadczą o etyczności.

"Kłamca"  - rzecz o solipsyście, człowieku, który z kłamania zrobił swój sposób na życie. Uważając, że stwarza wszystko wokół siebie, definiując rzeczywistość na własną korzyść.

"Epizod z życia prof. Brooke'a" kolejne z ulubionych opowiadań pokazujące jak ciasnota umysłowa, posługiwanie się stereotypem, utartym schematem i poleganie na pozorach definiuje niektórych ludzi. Na poły moralizatorska, na poły prześmiewcza historia o kanciastych poglądach i pułapkach w jakie można z tego powodu wpaść.

Tytułowe opowiadanie ze swoim znakomitym zdaniem rozpoczynającym: "Znowu wcześnie nawiało mgły". Pyszna wprost opowieść rodem z San Francisco, gdzie w jednej z restauracji z widokiem na Golden Gate poznajemy kończącego zmianę kelnera, który wracając do domu wstępuje do kawiarni i tam mimochodem, a później już z pełną premedytacją podsłuchuje rozmowy czwórki klientów.

Świetna jest także opowieść "Zaginiony", w której ksiądz Leon, od początku swej duszpasterskiej kariery wystawiany jest na ciągłe próby i wyzwania. Gdy trafia do klasztoru opanowanego przez 'rozbrykane mniszki" jego życie ulega kompletnej zmianie. Nie ma tu żadnych odniesień do Iwaszkiewiczowskiej "Matki Joanny od Aniołów", choć może dezynwoltura w zachowaniu wszystkich bohaterów będzie pewnym nawiązaniem. Ksiądz, pieniądze, kłamstwa, podróże, siedlisko zła, jakim można tytułować Las Vegas, a także mierzenie się z własnymi słabościami i demonami będą drogą i solą Leonowej podróży przez "Zaginionego". 

Znakomite są opowieści Wolffa. Wyraziste, intensywne, jaskrawe, z dobrze zarysowanym wprowadzeniem, wejściem w historię, z pełnymi, opracowanymi i wymyślonymi bohaterami, a także przesłaniem (czy to demaskującym zło, zgniliznę, egoizm, konturowość, czy opisującym codzienność zwykłych ludzi różnych stron Ameryki, czy też moralizującym i puszczającym oko do świata odbiorców).

Bardzo polecam.

piątek, 2 stycznia 2026

Joanna Rudniańska - Obudziła się zimną nocą [recenzja]

 

Wydawnictwo Nisza

Warszawa 2025

Pierwszy jest utwór dramatyczny pod tytułem "Marznący deszcz". W dialogu biorą udział On i Ona, mówią o doświadczeniu spod białoruskiej granicy, o klątwie dziedziczonej co drugie pokolenie, o śmierci w różnych okolicznościach. W nastroju rezygnacji, zwątpienia i bezradności próbują poradzić sobie z doświadczeniem tego co widzieli. Przemykają różne obrazy, choć najmocniej przemawia nawiązanie do literackiej i filmowej dziewczynki w czerwonym płaszczyku, która w TYM lesie ma czerwony kombinezon.

W kolejnej odsłonie poznajemy inną perspektywę. kobiet zza granicy. Spowita dymem papierosowym, smutkiem, troską, niepokojem o niewłasne (choć może przez to własne) dziecko boryka się z codziennością, wykluczeniem, kontrolami, łowcami, dla których dziecko robi laurki z karabinami.

Jedna z kobiet mieszka w domu, który jest granicą, druga w lesie. E-ściana i zimno lasu. Każdy fragment, każda mała forma zawarta w tym zbiorze przedzielona jest od innej fotograficzną granicą, a każde zdjęcie jest autorstwa Rudniańskiej. Każde przygnębiające, niepokojące, bolesne. Albo wywołuje smutek, albo niepokój. Jak i cały ten zbiór.

Czytelnik ma czuć niewygodę. Ma mieć poczucie niepewności, czasem może zmieszanie wynikające z tego, że czyta książkę siedząc w wygodnym otoczeniu, cieple i bezpieczeństwie. Marastyczne ujęcia przygnębiają, ale nie odpychają od lektury - jej siła tkwi w szczególnej poetyce, stylistyce. Język Rudniańskiej jest mocno osadzony w literackim artyzmie. Plastyczny, sugestywny, czasem dosadny, ale bez grubiaństwa - dosadny sensem, nie leksem.

I, choć po stokroć bardziej wolę wcześniejsze odsłony twórczości Autorki, to polecam ten zbiór, będący mocnym, osobistym akcentem i deklaracją wobec współczesności i geopolityki europejskiej.

czwartek, 1 stycznia 2026

Ota Pavel - Jak tata przemierzał Afrykę [recenzja]

 

Przekład: Mirosław Śmigielski

Wydawnictwo Stara Szkoła

Wołów 2024


Nikt tak jak Ota Pavel nie pisał o sporcie. Jego reportaż z biegu maratońskiego z Sieni do Koszyc to wspaniała literacka przygoda, która ukazuje sportowego ducha Etiopczyka Bikile, Japończyków Nakao i Wakanabe czy praskiego lekarza Vaclava Chudomela. Dopingujemy, wspieramy, choć zwycięzca był jeden, typowany długo przed biegiem.

Mecz hokejowy dziennikarzy czeskich i kanadyjskich to mały majstersztyk, zaś "Pisanie to moja praca" wzrusza najmocniej osobistą historią Autora. 

Często pisał o trudnych, smutnych sprawach, ale zawsze ubierał je w pocieszenie będące łagodnym żartem, ciepłą anegdotą. Historie ludzi z małych miejscowości Beskidów, Karkonoszy, Niżnych Tatr, którzy pieką harule, budują wyciągi, obsługują turystów, uczą dzieci obsługi skrzynkowego aparatu fotograficznego - są bohaterami dnia codziennego. Dzięki językowi Pavla ich zwyczajność zmienia się  w niezwykłość i wyjątkowość, nabiera wyrazistości, ciepła, serdeczności. Bo każdy bohater kreślony piórem Autora ma wrażliwość i nieprzeciętność, blask i urok. 

Każdy element zbioru - od wspomnień afrykańskich ojca po anegdoty sportowe, wędkarskie opowieści czy historie z czeskiej prowincji są pełne czułości dla ludzi i ich życia. Dal historii, wspomnień, relacji i decyzji. Ota Pavel sam wiele przeżył, stąd płynące z jego doświadczenia wyrozumiałość i otwartość na bohatera i to co z sobą niesie.

Wspaniały, jak zawsze, podszyty, jak zawsze, głębokim smutkiem. Wielki talent.

piątek, 26 grudnia 2025

Yuri Lee - Brokułowy cios [recenzja]

 

Przekład: Zuza Olszewska

Wydawnictwo Art Rage

Warszawa 2025

Podoba mi się kierunek w jakim podąża wyobraźnia Autorki. Jej debiutancki tom opowiadań jest odważny, szalony, pełen fantazji i temperamentu. Jest w tej prozie radość tworzenia, siła kreatywności, osobliwości, groteska, zabawa. Jak dobrze doświadczać tego świata. 

Jednocześnie pod warstwą szalonej formy kryje się baczna obserwacja koreańskiej współczesności ludzi młodych. W opowiadaniach wybrzmiewa ich samotność, dystans, zamknięcie, strach, ale też miłość, oddanie (również muzycznym idolom).

Wspaniale jest poruszać się po światach tak odległych kulturowo, gdzie codzienność jest dla (czytelnika stąd) niecodzienna, ale też przyciągająca, fascynująca, nowa. Gdzie relacje międzyludzkie oprawione są w inne ramy, poruszanie się po procesie socjalizacji napotyka na inne miny, zaś zawieranie znajomości emocjonalno-uczuciowych rządzi się trochę innymi technikami i regułami. Wszystkie te spostrzeżenia etnograficzno-socjologiczne i tak toną w surrealistycznym sosie, gdzie ludzie zamieniają się w rośliny, mają roślinnych i ludzkich potomków, innym wyrastają z ramion brokuły, a jeszcze inni są śledzeni przez przybyszów z kosmosu. Osobność i wyjątkowość kolejnych postaci daje Autorce pole do twórczego działania, do rozwinięcia prozatorskich skrzydeł.

Niech frunie. Będę czekać na kolejne jej książki.