sobota, 11 lipca 2026

Arek Kowalik - Dźwięki ptaków [recenzja]

 

Wydawnictwo Art Rage

Warszawa 2025


"Przez okna" - pierwsze opowiadanie z tomu. Ma w sobie siłę ulewy (która w nim występuje) i niepokój burzy (która w nim występuje) i moc słów (które w nim występują).

Dalej jest "Dziewczyna i lis" - intrygująca opowieść zanurzona w realizmie magicznym, która płynie przez kolejne strony budząc i zainteresowanie i niepokój. Wiodącą cechą tego utworu jest i precyzyjny realizm i naturalna magia, a może raczej jaskrawy nonsens, który nakazuje bohaterom jechać przez Polskę w poszukiwaniu dolnej części ciała dziewczyny.

Język Kowalika jest prosty, codzienny, nieskrywany i nieudawany. Przekaz zdaje się być uczciwy, dialogi prostolinijne, a przez to serdeczne i trafiające do odbiorcy. Czytam i ufam, czytam i lubię jego bohaterów.

Opowiadanie "Miękkość serca" przypada u mnie na czas najwyższej temp. jaką odnotowano w Polsce od czasów wprowadzenia pomiarów. Pewnie stąd czytanie o letnim deszczu, letnim uczuciu trafia mocniej niż pozostałe. A poza nim młodość, pasja, uczucie. Poznawania się, odkrywanie świata emocji i romansów. Pierwsze związki (ale czy związki), rozgryzanie mimiki, ruchów, gestów, ale też wiadomości tekstowych i rozmów. Nabieranie wprawy w relacynej dyplomacji. 

Nie będę rozpisywać streszczeń kolejnych opowiadań, nie w tym rzecz. Ważne jest to, że Autor inteligentnie i w przemyślany sposób serwuje nam biografie swoich bohaterów i ich życiowe epizody. Postaci zapadają w pamięć, są pełnokrwiste, zróżnicowane. Tak samo jak ich tło obyczajowe, geograficzne, a także napięcie fabularne, wyczucie ciszy, wypracowane i przemyślane operowanie tempem i nastrojem.

Bardzo sprawne opowiadania, zaskakujące i wciągające.

Z dużym zainteresowaniem przewracałam kolejne kartki, by poznać kolejną odsłonę talentu Autora.


czwartek, 18 czerwca 2026

Jeanette Winterson - Po co ci szczęście, jeśli możesz być normalna? [recenzja]

 

Przekład: Kaja Gucio

Wydawnictwo: Czarne

Wołowiec 2026

"Diabeł zaprowadził nas do złej kołyski" - mówi matka do adopcyjnej córki w chwilach złości. 

Inny cytat: "Pisanie pozwala nam przekazać nie tylko opowieść, ale także milczenie. Słowa są tą częścią milczenia, którą można wypowiedzieć".

Albo wiele innych, które następują później i które można wrzucić do kajeciku ze złotymi myślami. 

Winterson jest przenikliwa, bezpretensjonalna i bardzo otwarta. Czy to wspominając kary jakie dostawała od adopcyjnej matki, czy mówiąc o głodzie, twardych zasadach domowych, poczuciu odrzucenia i tym jak najbliższe środowisko reagowało na jej budzącą się seksualność.

Adoptowana dziewczyna, będącą rozczarowaniem dla prawnej opiekunki, która oczekiwała przyjaciółki i kumpelki, a zetknęła się z bardzo wrażliwą, pełną emocji dziewczyną. Poczucie wyobcowania, samotność, potrzeba uczuć, namiętności, akceptacji, tyle ważnych, podstawowych haseł przewija się przez kolejne strony wspomnień Autorki. Ileż dzieci cierpi na brak tych fundamentów. 

Kilka razy przeszła mi przez myśl wstrząsająca powieść Douglasa Stuarta "Shuggie Bain", gdzie poza szerokością geograficzną i przemocą niewiele jest spójności, a jednak sama atmosfera opowieści, jej ciężar, narracja dziecięca powodują, że pojawia się poczucie, że coś te powieści łączy.

Cierpienie dziecka opowiadane przez dorosłą osobę ma w sobie, poza dystansem czasu i miejsca także wiele przemyśleń, czasem uzupełnionych o usprawiedliwienia czy wybaczenie. Przecież Pani Winterson ma całe zaplecze usprawiedliwień na jakie można się powołać gdy trzeba będzie usprawiedliwić jej okrucieństwo.

Ważna społecznie opowieść o odwadze, walce o siebie z, mimo wszystko, optymizmem. Wiemy z jakiego punktu opowiada Autorka, jaki sukces osiągnęła, cofając się w przeszłość widzimy jak wiele ją ta droga kosztowała. 

poniedziałek, 15 czerwca 2026

Patryk Zalaszewski - Luneta z rybiej głowy [recenzja]

 

Wydawnictwo Czarne

Wołowiec 2024


"(...) dziadek był brakiem. Brakowało w nim miłości, ciepła, radości (...) a najbardziej brakowało jego, tak po prostu".  I ta opowieść o dziadku pełnym pustki i ciszy i samotności jest mocna i iluminacyjna - pokazuje wszystko takim jakim jest: z całą boleścią, odchodzeniem, prawdą. Duża sztuka, a "cisza lepka i gęsta".

Później przychodzi rozdział o braciach Podporowych. Szumi morzem, przejmuje wiatrem, jest nieprzychylny jak sztormowa plaża. Jest opowieść o wuju Zenku, który wychodzi do życia na chwilę, a potem wraca do swojego pokoju i zamyka się w nim na czas nieokreślony, wynurzając się co jakiś czas, by opowiadać o swych przygodach zmyślonych bądź nie. Tylko chłopcu-narratorowi mówi o tym z czym jest i tylko jemu odsłania duszę.

A później wydarza się coś nieokreślonego, co wyłącza uwagę, powoduje, że zanika miarowość, lotność, pojawia się wtórność, która nie jest zarzutem jako takim, ale w tym konkretnym przypadku powoduje, że cały świat przedstawiony rozciąga się i ciągnie niemożebnie tracąc koncentrację czytelnika. 

Opowieść o lękach, samotnościach i śnieniu. Tęsknocie i marzeniu. Trochę zanurzona w morskiej, bałtyckiej pianie, trochę w onirycznym letargu, a trochę w niebycie. 

Z uwagą będę śledzić kolejne próby literackie Autora.

niedziela, 14 czerwca 2026

Sylwia Trojanowska - Król tanga [recenzja]

 

Wydawnictwo: Marginesy

Warszawa 2026


Tadeusz Miller zaraz po wojnie wyruszył ze swoją żoną, Luną na Ziemie Odzyskane. On był fotografem, ona weterynarką. Szukali swego miejsca w Szczecinie. Rok 1946 był trudnym czasem, który wciąż pozostawiał ludzi w zawieszeniu między wojną a pokojem: bandyckie bandy okradające i siejące grozę wśród przyjezdnych, zajmowanie mieszkań i domów po Niemcach, rabunki i gwałty mające miejsce w odleglejszych dzielnicach, nieufność napływających, spryt i walka o własny kąt w tym obcym przecież mieście.

Fabularyzowana biografia zapomnianego piosenkarza, który wyśpiewał takie utwory jak: "Zielony kapelusik", "Noc w Zakopanem", "Idziemy razem Nowym Światem" czy "Bo jedno serce". Pracował w Polskim Radio Szczecin, w ciągu roku nagrał aż 63 utwory!

Książka ta, zawiera listy, opisy koncertów, które są, jak wspomina sama Autorka, wytworem jej wyobraźni "choć możliwie jak najbardziej uprawdopodobnionym", cokolwiek to znaczy.

Czytam te dialogi, uprawdopodobnione dialogi, widzę fabułę zarysowaną wokół życia Millera i historii powojennego Szczecina i nie potrafię się wgryźć w tę historię. Nie chwyta mnie ta fikcyjna część, będącą wytworem wyobraźni Trojanowskiej. Mały fragment jego życia, z tragicznym finałem jest solą tej opowieści. Na końcu pojawia się biografia z fotografiami rodzinnymi. 

Dobrze, że pojawiła się ta opowieść, wspominająca Artystę i Szczecin lat 40. Jednak jej styl jest nieznośny.

Maryla Szymiczkowa - Tajemnica domu Helclów [recenzja]

 

Wydawnictwo Znak

Litera Nova

Kraków 2025


Wspaniała okładka projektu Kiry Pietrek nie raz powodowała, że zamykałam książkę wracając do obwoluty właśnie. Tajemnica, mrok, pastisz, przepych jako składowe tej ilustracyjnej kompozycji z typografią podkreślającą retro tematykę powieści są do niej najlepszym wprowadzeniem.

Dalej jest Kraków, jego dorożki, błocko utrudniające mieszczańskie życie w deszczowe dni, a także cała potęga galicyjskiego towarzystwa, w którym zmienne wiatry wymagają coraz to nowych dyplomatycznych zabiegów. Powracające i cofające się fale popularności wymagają od mieszkańców ciągłego obserwowania przyjaciół i wrogów, bo nigdy nie wiadomo, kogo jakim tytułem będzie można określać w danym czasie. Strasznie dużo energii musiało kosztować trwanie w rankingach popularności i rozpoznawalności krakusów. Na tym podłożu i w tych okolicznościach swą niespożytą energią chwali się profesorowa Szczupaczyńska. Dzięki świeżo zdobytemu przez męża tytułowi rościła ona sobie prawa do społecznego awansu, a skoro miała prawo, zaczęła z niego raźno korzystać. Jak? Pojawiając się w teatrze, uczestnicząc z zbiórkach charytatywnych, odważając się nawet na tworzenie własnych loterii na rzecz potrzebujących.

W trakcie poszukiwań patronów swoich działań trafia do domu starości w pałacu Helclów, mając nadzieję na pozyskanie znaczących nazwisk do swoich działań. Tam, zupełnym przypadkiem trafia w chwili, gdy jedna z pensjonariuszek pada ofiarą morderstwa. I tutaj zaczyna się przygoda życia profesorowej: ze swadą i zaangażowaniem zaczyna prywatne śledztwo, które prowadzone jest pośród żądlących i opancerzonych podejrzanych. Wśród, potraktowanego z przymrużeniem oka, krakowskiego mieszczaństwa profesorowa bada i tworzy własny styl detektywistycznej roboty, często ubrany w ironiczny i błyskotliwy głos. 

Mierząc się z niechęcią c.k. aparatu policyjnego, z szowinizmem, mając na głowie kolejno zatrudniane służące, opracowywanie menu na nadchodzące tygodnie Szczupaczyńska dziarsko i z odwagą notuje w notesie kolejne skróty myślowe.

I, choć sama intryga jest interesująca to dla mnie po wielokroć większą wartość na inteligencja i wiedza Autorów, którzy czynią z tej powieści okazję do pochwalenia się własną erudycją, znajomością prasy i historii cesarskiego Krakowa. Wspaniały jest ich dystans, językowa swada, sięganie po przepyszne archaizmy w rodzaju antyszambrowania. 

Pyszna zabawa. Pyszna!


sobota, 13 czerwca 2026

Marta Grzywacz - Radość soboty. Archiwum życia i śmierci [recenzja]

 

Wydawnictwo: Czarne

Wołowiec 2025


Emanuel Ringelblum to dla mnie bardzo ważna postać historyczna. Deklaracja cokolwiek niepopularna w dzisiejszym świecie, jednak całkowicie prawdziwa i niewzruszenie niezmienna.

15 grudnia 1940. Hersz Wasser, sekretarz Oneg Szabat pisze: "Dziś jest pierwsza rocznica mojego ślubu - podarowałem mojej Blimele mój sen o pokoju i sny o szczęściu dla wszystkich ludzi. Na następna rocznicę chciałby jej już zrobić prezent ze zrealizowanych fantazji". Bardzo mnie porusza ten wpis. Z jednej strony wiem jak skończy się praca i historia całej organizacji, z drugiej wiem też, że zarówno Hersz, jego żona Bluma, jak i Rachela Auerbach, jako jedyni członkowie Oneg Szabat przeżyją wojnę. Poza tym przetrwają zbiory archiwalne, których lokalizację Hersz wskaże po wojnie.

Nieludzki, niewyobrażalny czas, o którym napisano tak wiele, o którym wciąż powinniśmy pamiętać, ku przestrodze, ale przede wszystkim ku pamięci ofiar.

Autorka pisze swoją wersję tej historii skupiając się na ludziach, którzy ją tworzyli. To najbezpieczniejsze, ale też najlepsze podejście, ponieważ zaczynając od ich biografii, wyborów życiowych,  dróg zawodowych, pochodzenia, mamy pełniejszy obraz. 

Podziemne archiwum getta tworzyło ponad 50 osób (w tym kopiści, maszynistki, pracownicy techniczni). Byli to ludzie o bardzo różnych wykształceniu, światopoglądzie. Biedni i pochodzący z elit, religijni i zasymilowani, kochający język jidysz i lewicowcy, pracujący w grochowski kibucu. Jak pisał Ringelblum, byli jednolitą korporacją, połączonych jedną ideą. Tą ideą było zobrazowanie i zachowanie dla potomnych życia w getcie.

Trzeba oddać Autorce, że prowadzi swoich czytelników w płynny, naturalny sposób, zostawiając uwagę przy kolejnych postaciach, dając czas na ich poznanie i moment na empatyzowanie z nimi. 

Jest skrupulatna, pracująca ze źródłami, zaangażowana w przedstawianą sprawę. Nawet całą książkę dedykuje nieznanemu sobie Nachumowie Grzywaczowi, w przypadku którego zbieżność nazwisk jest przypadkowa. Pielęgnując i przekazując dalej dzieło Oneg Szabat wpisuje się w wielowiekową archiwistyczną tradycję, ale, co ważniejsze z perspektywy tej konkretnej opowieści, kontynuuje ideę Ringielbluma, który chciał, by ludzie wiedzieli, by pamiętali.


wtorek, 9 czerwca 2026

Alicja Kobza - Graficzki. Nieopowiedziane historie polskich projektantek grafiki użytkowej 1945-1989 [recenzja]

 

Wydawnictwo Karakter

Kraków 2026


Liliana (Baczewska) Lampert w liście z Kanady do Henryka Tomaszewskiego: "(...) straciłam resztkę wiary w swoje możliwości TFUrcze. Znów ten sam problem - nikt tego nie potrzebuje, nie mam żadnego dopingu, a widocznie mam za słaby charakter, żeby sama iść pod prąd".

Ten cytat dobrze oddaje nastrój jakim hojnie ulegają kolejne bohaterki tej niezwykłej książki. Bożena Janowska w pierwszych słowach wywiadu powiedziała: "Myślałam, że już nie istnieję". Porażające, jak bardzo twórczynie grafiki użytkowej z czasów PRL-u były pomijane w annałach, jak bardzo nie poświęcano ich twórczości uwagi. W publikacjach dotyczących tamtych lat dominuje (drastycznie wręcz) twórczość mężczyzn.

Alicja Kobza, Autorka tej publikacji, a także absolwentka Wydziału Grafiki ASP w Warszawie zapragnęła poznać zapomniane artystki, a także wyrazić swoją niezgodę na wykluczanie twórczości kobiet ze zbiorowych narracji. I tak rozpoczęła pracę badawczą, w której poznawała i gromadziła informacje, kompletowała archiwum dzieł. 

Bo trzeba wam wiedzieć, że zbiór ten gromadzi wspaniałe prace plakacistek, projektantek okładek książek, płyt winylowych. Jest tam moc prac autorek znaków graficznych, opakowań, materiałów promocyjnych, reklamowych.

W swoich wyborach Autorka skupiła się na wyodrębnieniu tych graficzek, których twórczość bogata i różnorodna jest najlepiej zachowana, a ich działania różnorodne. Co istotne, większość z nich związana była z Warszawą. Obok szkiców biograficznych są rozmowy z ich bliskimi, ich wspomnienia. A co najwspanialsze, są reprodukcje dzieł, artefakty mówiące tak wiele, tak pięknie! Pokazujące, że wyobraźnia, kreatywność, sposób patrzenia na świat, inteligencja, dystans, dowcip i wielka ciekawość świata tworzyły te wyjątkowe postawy twórcze. Nie sposób oderwać się od tej książki. Nie sposób przestać patrzeć na wspaniałe, niepowtarzalne, urzekające i zachwycające prace, tak pięknie zróżnicowane stylistycznie i formalnie, często z widocznym wypracowaniem własnego, rozpoznawalnego języka twórczego.

Książka mówi przede wszystkim o zawodowej stronie życia bohaterek, ale jest jeszcze ta prywatna: skomplikowana i dojmująca - opowieść o wyborach, barierach, problemach. O tym, że prócz pracy twórczej musiały, przede wszystkim, znaleźć czas na rodzinę, dzieci, zarobek, a w chwilach wolnych od codzienności, poświęcały się sztuce. Często nie mając na to dobrych warunków lokalowych. Graficzki ulegały hierarchizacji płci - jako niby predestynowane do określonych ról społecznych miały mocno pod górkę w świecie sztuki. Dźwigały wiele etatów: obowiązki domowe, w których mężczyźni - artyści zwykle nie brali udziału, praca zarobkowa, wychowywanie dzieci. Do tego dochodziła jeszcze niechęć zmaskulinizowanego środowiska, które nieskoro dopuszczało kobiety do niektórych profesji artystycznych i technicznych. Jak pisze Małgorzata Fidelis w książce "Kobiety w Polsce 1945-1989. Nowoczesność, równouprawnienie, komunizm": "Napięcie pomiędzy obietnicą równouprawnienia a praktyką dyskryminacji ze względu na płeć stanowiło być może najgłębszą i najtrwalszą ambiwalencję komunistycznej polityki". 

Autorka chce odzyskać historie swoich bohaterek, oddać im należne w sztuce miejsce. Ich język wizualny, dorobek, jest elementem polskiej szkoły graficznej. Dlatego też każdy powinien zajrzeć do tej książki, by mieć szansę na obcowanie z tą wspaniałą, znamienitą sztuką. Bardzo polecam!