sobota, 5 września 2026

Sylvie Aprile, Maryla Laurent, Elżbieta Łątka-Likh, Monika Salmon-Siama, Janine Ponty - Polki w polu. Nieznana historia polskich chłopek we Francji [recenzja]

 

Przekład: Elżbieta Łątka-Likh

Wydawnictwo Marginesy

Warszawa 2026


Książka opiera się na prawdziwych historiach młodych kobiet, które w latach 30. XX wieku wyjechały z rodzimych wiosek do pracy na francuskich farmach.

Zwykle nie wiedziały dokąd trafią, nie znały języka, rzucone w kompletnie inną od znanej do tej pory rzeczywistość musiały mierzyć się z wyzyskiem, okrutnie ciężką pracą, zwykle ponad siły, przemocą słowną i fizyczną, a także dojmującą samotnością, trudami rozłąki, czasem macierzyństwem na obczyźnie. Bardzo trudne.

Dużą rolę odgrywa w zbiorze Julia Lachowicz-Duval, opiekunka społeczna i inspektorka, która poświęciła się ratowaniu polskich emigrantek pracujących na francuskich polach. Nazywały ją "Kochaną Mamusią" i "Aniołem stróżem". Jej postać zasługuje na oddzielną opowieść: zdobyła prawo jazdy, podróżowała po francuskiej prowincji, by nieść pomoc kobietom, które nie dostawały uposażenia, mierzyły się w przemocą fizyczną (także seksualną). Miała odwagę, by konfrontować się z nieuczciwymi pracodawcami. Wspierała kątem uciekinierki, pomagała zgwałconym, a dzięki zachowanej przez nią korespondencji możemy dziś czytać wybrane fragmenty bardzo poruszających listów, jakie trafiały do niej od pracownic fizycznych. 

Czekając na biografię tej niezwykłej kobiety wracam do kolejnych listów z których płynie skarga, błaganie o pomoc i ratunek w trudnych, czasem okrutnych sytuacjach.


Weronika Kostyrko - Tancerka i Zagłada. Historia Poli Nireńskiej [recenzja]

 

Wydawnictwo Marginesy

Warszawa 2026

Ta opowieść pełna jest rozpaczy i buntu. Niezgody i dociekliwości. Te pierwsze dotyczą bohaterki książki, kolejne zaś Autorki jej biografii. 

Pola Nireńska jest albo niepamiętana, albo pamiętana jako żona Kuriera z Warszawy. A była to niezwykła tancerka, kobieta o wielkim charcie ducha, o ogromnej motywacji do spełnienia własnych marzeń, której największym nieszczęściem było życie w tragicznym momencie historii.

Była "artystką tańca wyzwolonego", interesowała ją emocja, pasja, proces. Była uczennicą samej Mary Wigman w Niemczech, później tańczyła w Londynie, Waszyngtonie. Tańczyła dla polskich żołnierzy na frontach, tańczyła dla warszawskiej publiki chwilę przed II wojną. W czasie Shoah straciła kilkudziesięciu członków rodziny, w tym ukochaną siostrę Frankę. 

Szukanie śladów Poli jest bardzo trudne i wymagało od Kostyrko wielkiej skrupulatności w przeszukiwaniu dokumentów. Bardzo często musiała zadowolić się dociekaniem, bo nie zostało po Poli zbyt wiele. Szukanie śladów Poli łączy z szerokim kontekstem: opisuje działalność Mary Wigman, historię jej szkoły, a także jej wojenne wybory, pisze o ulicach warszawskiej dzielnicy Północnej, o przedwojennych, szaleńczych zupełnie, maratonach tanecznych, gdzie uczestnicy padali z wycieńczenia. Łączy wiele wątków, wiele opowieści, szukając po drodze wskazówek i obrazów związanych z główną bohaterką.

To także mój jedyny zarzut - poboczności i odbieganie od bohaterki, nadawanie szerokiego kontekstu bardzo rozwadnia historię, czuję, że jest mniej ważna, że umyka w powodzi osób, znaczeń, historii.

A jednak bardzo chciałam przeczytać tę opowieść. Z niecierpliwością czekam na sztukę Mai Kleczewskiej o Poli Nireńskiej, w której główną rolę zagra wspaniała i jedyna Agnieszka Przepiórska. 

Yael Van Der Wouden - W dobrych rękach [recenzja]

Przekład: Justyn Hunia

Wydawnictwo Znak

Kraków 2025


Podobało mi się, że cała historia opowiadana jest niespiesznie, z czujnością i skupieniem na geście, tembrze głosu, niedopowiedzeniach. Na złości, tajemnicy i pomrukiwaniach, które wyrażały najczęściej niechęć, ale czasem też dyskrecję. 

Postaci, dość topornie nakreślone, w finale okazały swą marną konstrukcję. To, co pozostawało w sferze domysłów, a może nawet nie istniało w świadomości, nagle objawiło się jako prawda i to zaserwowane w tak trywialny sposób, że cała sympatia dla wcześniejszej fabuły siadła.

Nie chodzi o temat. Nie chodzi o historyczne ujęcie, rzecz w sposobie ujmowania historii. A raczej w jej nieudolnym prowadzeniu. Płaska, naiwna, toporna linia narracyjna zarżnęła opowieść. 

Ku mojemu zdumieniu zalążek historii był bardzo interesujący, choć zmarnotrawiony tym co wyżej, no i jeszcze postaci bez głębi psychologicznej i logicznego rysu psychologicznego. A mogło być tak dobrze: wplecenie w samotność po stracie rodzica własnych pragnień i namiętności. Połączenie historii II wojny światowej z powojenną rzeczywistością Holandii to kolejny bardzo interesujący wątek. I co z tego skoro wpadł w nieforemne słowa, które rozczarowują?

Holandia lat. 60. XX wieku. Około 30-letnia Isabel spotyka się w restauracji ze swoimi dwoma braćmi: Hendrikiem i Louisem. Ten drugi przychodzi ze swoją partnerką, Evą. Od początku czuć napięcie między kobietami, bracia bardziej żartują z nieokrzesania, prostactwa Evy. Louis prosi siostrę, by przyjęła Evą do ich rodzinnego domu na czas jego podróży służbowej. Kobiety zamieszkują razem. Opowieść się toczy. 


niedziela, 16 sierpnia 2026

Wolfgang Hilbig - Pić się chce. Opowiadania [recenzja]

Przekład: Ryszard Wojnakowski

Wydawnictwo Ossolineum

Wrocław 2025


Hilbig jak nikt pisze o samotności, o mierzeniu się z traumą historii, pochodzenia, losów zwykłych ludzi, którym przyszło żyć w kraju z niechlubną przeszłością.

Autor układa swoje historie w przestrzeniach, które same w sobie są odpychające, nieprzytulne, nieludzkie. To tereny fabryk, ruiny zakładów, tereny przemysłowe, ponure, zimne, brudne, opuszczone, tajemnicze. Pośród tych trudnych przestrzeni dzieje się słowo: równie nieprzeniknione, gęste, naznaczone niedomówieniem, ciszą, pauzą. Zdania wolne, długie, namyślone, zatrzymane w czasie. Nastrój niepokoju, niepewności przywodzi na myśl prozę Kafki, często też wracały do mnie porównania z prozą Schulza, a to przez odczuwalną wręcz gęstość powietrza, opisy odczuć, zapachów, faktur i tekstur nastrojów i przestrzeni. Czasem odnajdywałam w jego opowiadaniach mroczny, hipnotyzujący i melancholijny nastrój poezji Poe, gdzie utracony (a może nigdy niedoznany) spokój, dojmujące, choć wolno sączące się cierpienie identyfikują bohatera.

Autor nie opowiada skończonych historii, dokonuje prób przetransponowania doświadczeń na słowa, badając język, pamięć, jej kontury i kształt. Bohaterowie nie są do końca określeni, ich tożsamość jest ledwie zarysowana, szczątkowa. Mamy tylko jej fragment, to w jakim miejscu opowiadania ich spotkaliśmy, bez rysu charakterologicznego. Jakbyśmy obserwowali pasażerów w komunikacji, mamy ich tylko przez czas podróży, nie wiemy o nich nic więcej. 

Hilbig potrafi wprowadzić czytelnika w stan niepokoju, czuwania i napięcia. Zarówno gdy opisuje sytuację miasta, które zamyka się popołudniami, bo wówczas fabryka wytwarzająca komponenty do produkcji środków piorących rozpoczyna produkcję, jak i wtedy gdy podróżny próbujący sforsować drzwi gospody walczy ze strachem jaki budzi w nim i miasto i jego mieszkańcy. Równie mocno odbija się na emocjach czytelnika krótka historia o końcu nocy, która jest ostatnią spokojną, po niej zaś strach i spustoszenie, może nawet śmierć?

Jest też historia o alter ego pisarza, który pracował jako palacz w kotłowni (w opowiadaniu palacz w piekarni). W opowiadaniu staje się właścicielem subterrani, władczej, przerażającej rośliny, która zabierała i oddawała moc i siłę pisarza. W treści tego budzącego grozę utworu pojawia się wiele odniesień do faszyzmu, II wojny światowej, niewyobrażalnie trudnych wyborów, jakie ludzie musieli dokonywać w tamtych czasach. Metaforyczne ujęcie tematu jeszcze mocniej go otwiera przed czytelnikiem, powoduje, że jest bardziej dojmujące, o wyrazistszych barwach.

Niesamowita jest poetyka Hilbiga, jego wrażliwość, wyobraźnia, moc twórczej gorączki. Ten zbiór to przygoda, to magia, a przede wszystkim przepastne horyzonty przebogatej wyobraźni Autora. Polecam.

sobota, 15 sierpnia 2026

Angelika Kuźniak - Skłodowska-Curie. Rebeliantka [recenzja]

 

Wydawnictwo Literackie

Kraków 2026


Kuźniak umie w biografie! Ale jak! Zachwycająco!

Przeczytałam każdą jaką napisała, czekam na kolejne. Uwielbiam tę o Stryjeńskiej, o Papuszy, o Boznańskiej. A teraz, dzięki Kuźniak, pokochałam Skłodowską. Nie da się bez emfazy, nie da się - biografia Noblistki pióra Kuźniak jest intrygująca, soczysta, pełna faktów, bez fabularyzowania, za to z siłą materiałów źródłowych, które logicznie ułożone w biograficzną całość dają portret prawdziwej rebeliantki, tytanki pracy, kobiety, którą pchał głód wiedzy i przyzwoitości. 

Rewolucjonistka, która z pewnością i siłą przekraczała nieprzekraczalne wówczas granice: obyczajowe, polityczne, dyplomatyczne, naukowe. Co za umysł, co za człowiek! Ponadto: czujna matka, kochająca żona, cierpiąca wdowa, ale też namiętna kochanka. Nie można mieć wszystkiego? Popatrzcie na Marię! 

Precyzja z jaką Kuźniak dawkuje informacje o Marii, jak oddziela to co ważkie od tego co mniej istotne, to jak tka portret, jak wybiera spośród dostępnych źródeł to prawdziwa sztuka. W gąszczu biografii wcześniej powstałych ta najnowsza tchnie świeżością, czułością i szacunkiem. Nie sposób się oderwać, nie sposób zapomnieć!

Wzrusza mnie jej przywiązanie, miłość do Piotra, dobroć, rozsądek, serdeczność jakie płyną z listów zarówno do męża, jak i do ojca. Niezwykłe było to, że jako stypendystka Aleksandrowiczów jako jedyna po studiach zwróciła całe stypendium. Miała niezachwiany hart ducha - od bladego świtu do 2 w nocy przebywała w uniwersyteckim laboratorium, w bibliotece, a po pracy szlifowała francuski. Jeździła rowerem, codziennie ćwiczyła, uczyła córki pływania, chodzenia po górach, rozpoznawania drzew i krzewów. Na studiach grała w teatrze, czasem Polskę kruszącą kajdany. Z mężem Piotrem brała udział w seansach spirytystycznych, by badać ich jonizację. Jedna postać, tak wiele życ!

Dzięki źródłom prywatnym - listom, wspomnieniom, wycinkom Maria przestaje być tylko genialną wynalazczyniom, staje się skrzącą się osobowością, uczuciami kobietą pełną życia i apetytem na nie. Rozdarta między życie zawodowe a prywatne, dzieląca pasję z mężem, tęskniącą z rodziną w zaborze rosyjskim, walcząca o Instytut dla rodzącej się Polski. Odważna i bezkompromisowa - jeżdżącą na front I wojny z aparatem rentgenowskim, co jest mocnym akcentem jej życia, ale nie jedynym! Cała jej historia o pełnia kontrastów: warszawskie czasy i zarabianie jako guwernantka, zimny pokój podczas studiów w Paryżu, determinacja pracy w laboratorium, która przez lata odbierała jej zdrowie.

"Rebeliantka" to dla mnie także przewodnik po tym jak wiele trzeba poświęcić, jak grubą trzeba mieć skórę, jak wielkie trzeba czuć człowieczeństwo, by osiągnąć sukces, a wpierw do niego doprowadzić i pozostać sobą. Ówczesny patriarchalny świat, niesprzyjający widzeniu spoza soczewki, był twierdzą nie do zdobycia, a jednak Maria go zdobyła. Mizogini, malkontenci, zazdrośnicy, wszyscy po trosze próbowali dyskredytować i niszczyć osiągnięcia naukowczyni. Wojna, polityka, obyczajowość, wszystko na przekór niezłomnej i wcale niekryształowej Marii. Na kartach książki śledzimy proces przyznawania nagrody Nobla i widzimy jak nieprzychylne kobietom naukowczyniom środowisko próbuje ją z tej nagrody ograbić. Maria chciała reformować szkolnictwo. Założyła nawet z przyjaciółmi "Spółdzielnię", gdzie uczono przez rozmowę i eksperymenty. Do szkoły uczęszczały także jej córki, które, jak wynika ze wspomnień, zupełnie inaczej zapamiętały dzieciństwo: Irena serdeczniej, Ewa podkreślała, że nie miała szczęśliwego dzieciństwa. W chwilach trudności Maria powtarzała córkom, że nieszczęścia trzeba rozchodzić. Niespiesznie je przejść. Sama miała wiele powodów do spacerów: od życia uczuciowego, po pojedynkujących się o jej dobre imię redaktorów gazet, nagonkę na jej pochodzenie. Wszystko udźwignęła.

Albert Einstein podziwiał u Marii: "czystość charakteru, surowość wymagań wobec siebie samej, obiektywizm, nieskazitelne poglądy". To najbardziej skondensowana charakterystyka wielkiej uczonej.

Wszystko jest tutaj na miejscu: fakty, układanka z nich, język, powściągliwość, talent literacki Autorki i bohaterka, którą będę uwielbiam po wsze czasy.


Anna Rudnicka-Litwinek - Mistrz Prusz. Więcej niż jedno życie [recenzja]

 

Wydawnictwo Marginesy 

Warszawa 2026


To zawsze radość, gdy powstaje książka, która przywraca pamięć o zapomnianym Artyście. 

Tadeusz Pruszkowski, do tej pory, należał do tej właśnie grupy. Mało kto pamięta legionistę Piłsudskiego, malarza portrecistę, lotnika, rektora ASP, reżysera, piewcę Kazimierza Dolnego nad Wisłą. Człowieka o wielkiej intuicji, odwadze, ciekawości świata. Studiowali u niego Fangor, Roszkowska, Kramsztyk, Ford. 

Przekraczał granice, a może je ignorował, czerpał z życia pełnymi garściami, zauważając innych i służąc im radą, pomocą, wsparciem merytorycznym, w zależności od przypadku. Co za energia, co za potrzeba wspierania i dodawania skrzydeł innym Artystom. Działał społecznie, angażował się w lotnictwo, pisał. Trudno pomieścić aktywności jakie były jego udziałem, a mimo to nie było do tej pory biografii Artysty. 

Studiował u Krzyżanowskiego, był zwolennikiem sztuki narodowej, która miała związki z klasycyzmem i historyczną stylizacją, doskonały rysunek i finezyjny modelunek. Organizował plenery malarskie w ukochanym Kazimierzu i Sandomierzu. Pisał artykuły krytyczne o sztuce. Nakręcił western "Szczęśliwy wisielec, czyli Kalifornia w Polsce". 

W czasie wojny angażował się w pomoc Żydom. Zginał w 1942 roku zamordowany przez hitlerowców podczas próby ucieczki z konwoju jadącego na Pawiak.

Pojawiał się jako wspomnienie w annałach innych twórców, ale sam nie wychodził przed szereg pamięci i historii. 

Autorka ponad 15 lat śledziła archiwa, dostępne dokumenty, pracowała nad ostatecznym kształtem książki.

To mocno widoczne w kompozycji książki. Najbardziej zaś widać jak bardzo zależało jej na ukazaniu tła obyczajowego i historii ówczesnej. Mocno przeszkadza to na początku opowieści, ponieważ trudno połapać się w tym czy jesteśmy w biografii człowieka czy czasów. Wielość tematów, dygresji jest przytłaczająca i powoduje, że sam Prusz (znów!) jest tematem pobocznym. Z czasem ta tendencja ulega zmianie, ale przez kilkadziesiąt stron miałam wątpliwości o czym jest opowieść. 

Z drugiej strony ciekawa jest poboczna historia o bracie Prusza, Stanisławie, który prowadził Fabrykę Cukrów jest interesująca, szczególnie graficznie.

Warto zatem sięgnąć po tę opowieść, mając jednak na uwadze, że Prusz znów jest trochę z boku, zaś jego biografia to znaczący, acz dodatek do materiałów jakie o Polsce i świecie zebrała Anna Rudnicka-Litwinek.

piątek, 24 lipca 2026

Kasper Bajon - Poznań kolonialny. Rodzinna historia z Tanzanią w tle [recenzja]

Wydawnictwo Czarne

Wołowiec 2025


Bardzo interesujący pomysł na reportaż, który już tytułem mocno zwraca uwagę czytelnika. Prowadzić to może do pewnego rodzaju rozczarowań, ponieważ tytuł jest tylko sygnałem, nie może zaś być traktowany jako obietnica.

Uległam temu czarowi, poczułam rozczarowanie, a później zawróciłam z drogi zniechęcenia i podążyłam za strumieniem myśli Autora. Bo tak naprawdę nie historia jest tu ważna - z perspektywy czytelniczki mającej za sobą finał opowieści, wiem, że to on jest istotny, a jeszcze ważniejsze są odczucia i emocje Autora, który przemierza współczesną Tanzanię i daje obraz tamtejszej rzeczywistości przefiltrowanej przez własne wyobrażenia. 

Są tam zamieszczonefragmenty jego dzienników podróży, opowieści o wydarzeniach, jakie towarzyszyły poszczególnym wizytom na kontynencie afrykańskim, spotkaniom z tamtejszymi mieszkańcami i rezydentami, a także z surowością obserwuje skutki jakie przyniosła XIX wieczna kolonizacja tamtych ziem.

Najbardziej interesujące były dla mnie fragmenty o samym Poznaniu, szczególnie o Jeżycach, tamtejszych mieszkańcach, mapach rodzinnych przeprowadzek, koligacji, codzienności. O tym jak wyglądało ówczesne życie, relacje międzyludzkie, wybory życiowe. Jak Stanisław Bajon budował jeżycki kościół, zaś jego szwagier, Paul Fenster leczył ludzi i zdawał się być zwolennikiem teorii Ludwika Pasteur'a. Obaj wyjechali swego czasu do Niemieckiej Afryki Wschodniej, losy, choć w szczątkowej części, próbuje odtworzyć Autor.

Jest to zatem fabularna mżonka, reporterska ułuda, prozatorski kaprys, które roztaczają nad czytelnikiem bogactwo wyobraźni, szeroki zasób metafor i skojarzeń Autora, a także pokazują jego poglądy, zainteresowania, związki z rodziną i pasję do odkrywania (nie tylko familijnej) przeszłości.

Bardzo doceniam wszystkie te kroki, przy jednoczesnym braku inklinacji do formy. Czytam i nie ufam, czytam i nie znajduję zrozumienia, sympatii, nie umiem odnaleźć się w tej opowieści. Inaczej było w przypadku takich twórców jak Brandys, Smoleński czy Jagielski. To prawdziwie niezwykłe nazwiska w zestawieniu z historyjką Bajona, ale czytając cały czas szukałam czegoś co przywiąże mnie do tej opowieści, spowoduje, ze jej uwierzę, że będe dopingować, wspierać, rozumieć, ale nic takiego się nie wydarzyło. A zadziało się w przypadku wspomnianych wyżej twórców.

Przeczytałam. Doceniam horyzonty i pióro Autora. Nic więcej.