niedziela, 4 grudnia 2022

Jakub Nowak - To przez ten wiatr [recenzja]

 

Wydawnictwo Powergraph

Warszawa 2022


Ależ to jest rewelacyjna książka! Zachwyca mnie wielopoziomowo - od zjawiskowej okładki, po sięgnięcie po zapomniany, a bardzo interesujący temat, aż do jego szalonego całkiem, a na pewno porywającego poprowadzenia fabuły. Trudno było się od niej oderwać, nie da sie o niej zapomnieć. Świetna robota! Do rzeczy.

Przenosimy się, a może ten przeklęty pustynny wiatr nas niesie, na ranczo w okolicach Anaheim, amerykańskiego miasta w Kalifornii, zbudowanego przez niemieckich osadników. To tam winnicę wraz z budynkami mieszkalnymi wynajmuje Helena Modrzejewska wraz mężem Karolem Chłapowskim oraz przyjaciółmi ze starego kontynentu: Sypniewskimi, Paprockim i Sienkiewiczem, tym od "Szkiców węglem".

Artyści, ba - bohema ówczesnej Warszawy nijak nie radzi sobie z uprawą winogron, złodziejami krzewów i owoców, a także przerobem i sprzedażą tego co ewentualnie wyrosło i nie zostało rozkradzione. Polują, dużo piją, rozmawiają, jeszcze więcej piją, walczą z upałami, piją, oswajają żądze. Atmosfera gęsta jest od wypowiedzianych i niewypowiedzianych emocji i pragnień. Sienkiewicz nieprzytomnie kocha się w Modrzejewskiej, ona karmiona jego atencją rośnie i utrzymuje na tym zapomnianym przez świat skrawku ziemi postawę i rolę wielkiej aktorki. Napięcie erotyczne przenosi się ze stronicy na stronicę, zrodzona zeń frustracja popycha bohaterów do kolejnych mniej lub bardziej udanych czynów.

A do tego obserwujemy życie na pustkowiu: organizację życia miasta, jego władze (te faktyczne i te urzędowe), zależności między mieszkańcami, pozycję i postrzeganie przez autochtonów polskiej bohemy, a także obserwujemy tragedie, jakie są udziałem społeczności. To może trochę na marginesie, ponieważ clou powieści są żądze i namiętności, czasem dowcipnie tłumaczone wiatrem, czasem wynikające z dawnych marzeń i pragnień.

Autor wspaniale operuje swą bujną wyobraźnią kreując postaci i sytuacje, które pokazują jego dystans do świata i człowieka. Już początkowa scena z Sienkiewiczem i jego zaangażowaniem w odbicie dziewczyny świadczą o tym co wyżej. Ten antywestern wspaniale gra konwencją, oddając nie tylko poczucie wiatru we włosach i piachu w zębach, ale też tej ulotnej niepewności, jaskółczego niepokoju, niesionego przez wiatr. W zasadzie wyrasta on tutaj na nadwornego żartownisia, czasem trefnisia, czasem niezgułę - przedstawiany jako podrzędny jeszcze twórca, reporter z Polski, którzy dopiero uczy się fachu, ciągle zajętego miłosnymi perypetiami, które przysłaniają mu świat. Jego obiekt westchnień budzi powszechny szacunek u postronnych, przedstawiona jest jako silna, pewna siebie kobieta, niepozbawiona jednak wątpliwości, co dodaje jej tylko charakteru. 

Wspominki z biografii wielkiej Modrzejewskiej są miłym urozmaiceniem tej szalonej scenerii, gdzie nie raz dochodzi do strzelanki w saloonie, nie raz pojawia się brudna pościel taniej dziwki, nie raz dochodzi do zagrożeń życia, czy nostalgii za tym co odległe.

Znakomite pomysły fabularne Autora, a do tego sam koncept, jakże szaleńczy i wspaniale oderwany od współczesności sprawiają, że książkę tę czyta się jednym tchem, doceniając koncept i dowcip. 

Sienkiewicz z zużytym materacem na zawsze już pozostanie w mej pamięci, podobnie jak wiatr, który tyle zamętu niesie. 

Jedno z dwóch olśnień tego roku obok "Szczelinami" Wita Szostaka.

Jestem pod wrażeniem.



Katherine Arden - Dziewczyna z wieży [recenzja]

 

Przekład: Katarzyna Bieńkowska

Wydawnictwo Muza

Warszawa 2019


Pamiętam swoje zadziwienie pierwszą częścią trylogii, książką "Niedźwiedź i dziewczyna". Zdumiało mnie to, że młoda teksanka interesuje się tematyką średniowiecznej Rosji, a do tego zanurza się w świat ludowych wierzeń słowiańskich. To połączenie światów, kultur i zainteresowań wciąż utrzymuje moje zainteresowanie.

Tym razem Autorka zdaje się, że okrzepła w mitologicznych dociekliwościach i oddała pole intrygom i namiętnościom żywych i doczesnych. Książkę przepełnia przemoc, walka o władzę, koterie dworskie, a także intrygi i machinacje jakim oddają się ci, dla których miarą potęgi jest ilość dusz, jakie od nich zależą.

Znana z poprzedniej części Wasia, niepokorna córka bojara, postanawia ruszyć do Moskwy, by poznać świat, zakosztować wolności i żyć tak jak sobie wymarzyła. Nie jest to łatwe ze względu na czasy w jakich przyszło jej żyć - wojny, podjazdy sąsiedzkie skutkujące gwałtem i pożogą, a także sytuacja kobiet w ówczesnej Rosji były nie do pozazdroszczenia. Przebrana za chłopca, dosiadająca swego niezwykłego konia, Słowika, pokonuje ona wiele przeciwności i dociera do bram miasta. Po drodze widzi wiele gwałtu i przemocy. Ktoś niszczy wioski, morduje mieszkańców, pali dobytek, porywa w jasyr dziewczynki. Wraz z Wielkim Księciem i jego świtą, dzielna Wasia (jako chłopiec) stawia czoła bandytom i mordercą, nie jest jednak gotowa na spotkanie z dworskimi konszachtami, kłamstwami i złem, dużo bardziej przerażającym niż tępe, prostackie mordowanie wiosek. To, przebiegłe, kryjące się za półuśmiechami zło, jest dużo bardziej groźne, bo ogarniające większe spektrum. Walcząc z demonami, złem ukrytym w ludziach, musi też mierzyć się z przesądami, niechęcią i oskarżeniami o bycie czarownicą, co jest prostą drogą do stryczka.

Pełna akcji, mocy, zdarzeń i namiętności opowieść o tym jak banalne i zgubne jest postrzegania świata w kategoriach: czerń-biel, a także o tym, że każda wiara, bez względu na podmiot (czy przedmiot) gloryfikacji jest pewnym życiowych ułatwieniem. 

Nieco inna, bo bardziej brutalna, przyziemna historia o potrzebie wolności, lojalności i niepokornym duchu, oto jak najkrócej scharakteryzować drugą część trylogii. Jeśli doda się do tego slogan: "zło czai się wszędzie", będzie to gotowa ściąga dla wszystkich tych, którzy są ciekawi czy warto sięgnąć po powieść. Warto. Dobrze zanurzyć się w ten obcy, dawny świat po to, by oderwać się na chwilę o codzienności.

środa, 16 listopada 2022

Tess Gerritsen, Gary Braver - Studentka [recenzja]

 

Przekład: Andrzej Szulc 

Wydawnictwo Albatros

Warszawa 2021


Współpraca pisarzy zawsze budzi moje podejrzenia. Zwykle jest tak, że ten, którego nazwisko na okładce jest mniejszymi literami popełnił książkę, zaś nazwisko pisane pogrubioną, wielką czcionką użyczane jest do celów marketingowych (plus małe fragmenty świadczące o tym, że jednak coś przy książce zrobił). Odnoszę wrażenie, że tak było tym razem. 

Tess wyczuwalna jest w ustępach traktujących o kwestiach medycznych, o całą resztę z fabułą i postaciami podejrzewałabym Bravera. Zresztą, sam finał i motywacja bohaterów jest tak miałka, mało stabilna i rozczarowująca, że trudno uwierzyć w działanie Gerritsen, która do tej pory charakteryzowała się głową na karku.

Początek obiecujący, pomysł był, przez pewien czas, mniej więcej do 1/3 realizowany interesująco, później ginący w marazmie wyjaśnień (niekoniecznie sensownych), w działaniach fabularnych, które mają pewnie przybliżać motywację bohaterów, ale finalnie jakoś specjalnie nie przekonują. 

Autorzy próbowali też nadać książce tło obyczajowe, poza rysami charakterologicznymi postaci pierwszoplanowych, pokusili się o perypetie życiowe detektyw Frances "Frankie" Loomis, które, choć początkowo pieczołowicie opisane, z czasem znikają bez powodu, co rozmywa jej wątek.

Jeśli idzie o fabułę, mamy do czynienia z bostońskim środowiskiem akademickim. Otóż jedna z doktorantek wydziału humanistycznego, śliczna i zdolna Taryn Moore popełnia samobójstwo skacząc z balkonu wynajmowanego mieszkania. Niepokorna i skrupulatna detektyw Frankie nie wierzy jednak w tę wersję, zaczyna szukać w biografii denatki, pośród jej znajomych prawdy o jej życiu. 

Wszystko to co poruszono w powieści: od epizodycznych tematów jak zazdrość i nienawiść w akademickiej ławie, po oskarżenia o molestowania i używanie niewłaściwych słów, aż po dramat związków, które padają ofiarą przepracowania i pracoholizmu niknie i blednie w obliczu marnej jakości pióra, jakie wszystkie te wątki połączyło w jedną powieść. Dwojga autorów.



poniedziałek, 7 listopada 2022

Ariane Koch - Gość [recenzja]

 

Przekład: Zofia Sucharska

Wydawnictwo Drzazgi

Okoniny 2022


Nie lubię pisać o książkach niekorzystnie. Naprawdę. Czasem, gdy książka nie wciąga, odkładam ją i już. W tym przypadku nie mogłam sobie na to pozwolić. Moje zaufanie do wydawnictwa Drzazgi jest tak wielkie, że przez całą lekturę szukałam nici porozumienia z treścią, fabułą, bohaterami, nastrojem. Na próżno. W żadnym stopniu, w najmniejszym nawet fragmencie nie poczułam się związana z książką, nie poczułam jej. Pustka.

Samo założenie fabularne było świetne - oto mieszkająca samotnie narratorka, która nie pracuje, a jednocześnie nie ma na nic czasu, bo samo mieszkanie w domu jest tak zajmujące, postanawia przyjąć pod swój dach Gościa. Tajemniczego, nieznanego z imienia mężczyznę (który czasem wydawał mi się mocno zezwierzęcony w niektórych przedstawieniach fabularnych). Oddaje mu jeden pokój, pozwalając na wspólne mieszkanie w jednym budynku.

Zresztą, nie wiadomo jak długo. Nad bohaterką wisi, niczym miecz Damoklesa wizja rodzeństwa, które znakomicie radząc sobie w życiu, pewnego dnia upomni się o podupadające, a wciąż rokujące domostwo, które rodzice, nieopatrznie zostawili narratorce. Póki co jednak mieszka ona i żyje pod jednym dachem z tajemniczym kimś, kto poznany w barze w tzw. rondlu, miejscu społecznych obserwacji, oknie na świat i relacje nim rządzące. 

Gdy dostępujemy wyróżnienia, jakim jest obcowanie z tą pogmatwaną i dość ekstrawagancką historią, która dzieje się albo prawdziwie, albo tylko w wyobraźni bohaterki, nagle pojawia się gęstość emocji, niepewność znaczeń. Z jednej strony zbuntowana bohaterka pomstuje na miasteczko, w którym przyszło jej się urodzić wbrew własnej woli (i w którym nie ma zamiaru umierać), z drugiej zaś postanowiła podzielić się swoją wyjątkowością na życie we dwoje. 

Nagle wszystko staje się przeciwstawne i zwalczające się: dowcipy stają w gardle i nie da się ich wyciągnąć, nawet przy pomocy dentysty, bohaterka zaczyna udawać umarłą, czy, dla przykładu: szukaniu zła dookoła, gdy, właściwie jest ono tylko we wnętrzu narratorki.

Jest duszno, jest emocjonalnie, ale nie esencjonalnie, fragmenty rwane, dziwne, czasem wydające się tylko figurą stylistyczną stworzoną na potrzebę zapisania jej. Ten rodzaj sztuczności, który udaje wyjątkowość jest nużący i monotematyczny. Zamiast klaustrofobicznego strachu o wolność mam wątłą radość, że jednak przebrnęłam przez treść. Dla mnie nietrafioną.

sobota, 29 października 2022

Anna North - Banitka [recenzja]

 

Przekład: Olga Dziedzic

Wydawnictwo Cyranka

Warszawa 2022


Zaczyna się interesująco. Rok 1894, a narrację przejmuje dziewczyna, która mówi zupełnie współczesnym językiem, nie tylko w sensie stylistyczny, ale przede wszystkim w sensie poglądów, problemów, świadomości siebie i świata, jakby kostium czasu był tylko kokieterią i ozdobą.

Gdy, jako siedemnastolatka Ada staje na ślubnym kobiercu, jest bardzo szczęśliwa: mąż, nowa rodzina, dobre perspektywy - w przyszłości ma przejąć po matce praktykę położniczą. Problemy zaczynają się rok po ślubie - dziewczyna mimo prób nie zachodzi w ciążę. W opresyjnym, pełnym przesądów i zabobonów małym środowisku, jej życie staje się zagrożone - bezpłodne kobiety traktowane są jako zło, które należy ukarać szubienicą. Musi uciekać. 

I tak rozpoczyna się zupełnie wariacki rozdział życia Ady: ucieczka, ukrywanie, życie na krawędzi. Dołącza do grupy wyrzuconych na margines społeczny kobiet z Hole-in-the-Wall. Sukcesywnie poznajemy ich osobiste historie i czynniki, która zmusiły je do życia poza społeczeństwem. Poruszające, bulwersujące szczegóły z życia kobiet, które padły ofiarą zabobonów, złych myśli, zazdrości czy też, pisząc skrótowo: swej wyjątkowości. Czasy były straszne, społeczeństwo potrzebowało ofiar, a kobiety, z założenia słabsze w patriarchalnym świecie, idealnie nadawały się, by rzucić je lwom na pożarcie. 

Ada ma charakter, ma wiedzę, ma empatię oraz przeogromną wolę i chęć życia. Nowe warunki wyzwalają  w niej pokłady siły, kreatywności, a także są sprawdzianem charakteru, który w powieści ma wiele okazji do sprawdzenia się. 

Historia, kreowana na westernową, ma moc i sensowne przesłanie. Momentami porywa. Momentami wprowadza w zadumę. Narracyjnie jest bardzo sprawnie, do końca trzyma czytelnika w poruszeniu. Saloony, banki, napady, złoto w workach, domek kowboja, siodła i wszelkie imponderabilia związane z Dziki Zachodem. 

Świetny pomysł z damskim westernem, który daje literaturze świeżość, intensywność i nieszablonowość przekazu. Lektura była przyjemnością.

środa, 26 października 2022

Joanna Kulmowa, Wisława Szymborska - "Tak wygląda prawdziwa poetka, podciągnij się!". Listy [recenzja]

 

Wydawnictwo Znak

Kraków 2019


Jestem entuzjastką wydawania korespondencji Wisławy Szymborskiej. W każdej ilości. Te wyjątkowe pod każdym względem przykłady na elokwencję, kreatywność, dystans do siebie i świata noblistki, radują serce i przywracają duszy konieczny balans.

Skoro Szymborska, zmagając się z wieloma sprawami, sytuacjami, od zdrowotnych po polityczne mogła z optymizmem i spokojem przejść przez życie, to ja czuję się pokrzepiona.

Dodatkowo tym razem sięgam po korespondencję z Joanną Kulmową, świetną poetką, interesującą interlokutorką, a (w tym konkretnym przypadku) doskonałą partnerką do uskuteczniania korespondencji. Jej rozmach, dowcip, swada, serdeczność, otwartość i głód człowieka są absorbujące, zniewalające i powodujące ciągły uśmiech. W odpowiedzi, dużo bardziej powściągliwa Szymborska pisze niewiele, ale za to podsyła swoje słynne kartki, niezrównane kolaże i, wielokrotnie, słowa uznania dla talentu i mocy twórczych Kulmowej. Ich rozmowy listowne bywają różne, od informacyjnych (kto, kiedy, gdzie spędza kolejne święta, wakacje, podróże), po sprawy zawodowe związane z publikowaniem wierszy (ach ten nurt tuwimowski, leśmianowski!) nagrodami, spotkaniami literackimi. Raz pada moje ulubione: "Ale wszystko chrzan i mięta". Ale nie o tym. Ważne są niepokoje twórcze, kolejne pomysły na bohaterów literackich, ich odniesienie do rzeczywistości, listy o rydzach i małpach, czy kondycji społeczeństwa jako takiego (tutaj Szymborska nie pozostawia złudzeń co do natury tłumu, ponura to konstatacja). 

Nawiązując do tego co w nawiasie - jaka szkoda, że takie bezpretensjonalne, otwarte na świat i człowieka, prawdziwe humanistyki to, nie dość, że rzadkość, to jeszcze, na dodatek, przeszłość. Bo dziś wszystko zdaje się takie dosłowne, poważne, drętwe od strachu przed nieżyczliwością. Gdzie ci ludzie, którzy mieli fantazję? Ano tutaj, w korespondencji dwóch Poetek.

poniedziałek, 24 października 2022

Amor Towles - Dżentelmen w Moskwie [recenzja]

 

Przekład: Anna Gralak

Wydawnictwo Znak

Kraków 2017


Prawdziwie dobrą robotę uczyniła tej książce Tłumaczka. Język, jego wyrafinowanie, spokój, precyzja i niewątpliwa elegancja są tym, co wyróżnia "Dżentelmena w Moskwie".

Hrabia Rostow, oficjalnie na skutek swojej twórczej mocy, po opublikowaniu wiersza, który według władz komunistycznych był wrogi reżimowi, zostaje skazany (po znajomości) na dożywotni zakaz opuszczania hotelu Metropol. Jeśli tylko wyjdzie za próg, zostanie bezwzględnie zastrzelony.

Hrabiego czekają poważne zmiany - zostaje mu zabrany przestronny apartament, na rzecz maleńkiego, porównywanego do składziku pokoju gdzieś na najwyższych, niedostępnych dla gości hotelowych piętrach, jest systematycznie degradowany i ograniczany. Mimo to, z całą powagą i godnością znosi on kolejne upokorzenia i zmiany ze spokojem i wyrafinowaniem, które budzi podziw i respekt. 

Zdaje się, że największą wadą, mocno bolącą kolejne rządy jest pochodzenie i status społeczny Rostowa, do tego jego niewymuszone maniery, niezwykłe obycie i luz oraz dystans, jakże niedostępny dla kolejnych mocarzy, kurczowo i z niepokojem trzymających się własnych stołków. Lata mijają, zmieniają się historyczne dekoracje ustrojowe, przemianom ulegają również ludzie z którymi Rostow spędza czas. 

Wysublimowanie, spokój, delektowanie się (czasem usilne szukanie pozytywnych stron danych sytuacji) codziennością, oto sposób na prowadzenie narracji.

Próżno szukać tu spektakularnej akcji, wielkich słów czy czynów. Rzecz jasna, pozostawanie w zgodzie ze sobą, ze swoim kodeksem moralnym, utrzymanie wartości w świecie kompletnie ich pozbawionym to zdecydowanie spektakularna sprawa, choć nie tak widowiskowa, jak szybkie akcje fabularne. Niespiesznie i powoli Autor pokazuje jak wielką sprawą, wartością i wyzwaniem jest bycie sobą.

Lektura wyciszająca, urzekająca wyrafinowaniem języka, metaforami, sposobem opowiadania. Obrazowo porównam ją do eleganckiego, wykwintnego pudełka czekoladek. Można nacieszyć oko i smak.