piątek, 24 lipca 2026

Kasper Bajon - Poznań kolonialny. Rodzinna historia z Tanzanią w tle [recenzja]

Wydawnictwo Czarne

Wołowiec 2025


Bardzo interesujący pomysł na reportaż, który już tytułem mocno zwraca uwagę czytelnika. Prowadzić to może do pewnego rodzaju rozczarowań, ponieważ tytuł jest tylko sygnałem, nie może zaś być traktowany jako obietnica.

Uległam temu czarowi, poczułam rozczarowanie, a później zawróciłam z drogi zniechęcenia i podążyłam za strumieniem myśli Autora. Bo tak naprawdę nie historia jest tu ważna - z perspektywy czytelniczki mającej za sobą finał opowieści, wiem, że to on jest istotny, a jeszcze ważniejsze są odczucia i emocje Autora, który przemierza współczesną Tanzanię i daje obraz tamtejszej rzeczywistości przefiltrowanej przez własne wyobrażenia. 

Są tam zamieszczonefragmenty jego dzienników podróży, opowieści o wydarzeniach, jakie towarzyszyły poszczególnym wizytom na kontynencie afrykańskim, spotkaniom z tamtejszymi mieszkańcami i rezydentami, a także z surowością obserwuje skutki jakie przyniosła XIX wieczna kolonizacja tamtych ziem.

Najbardziej interesujące były dla mnie fragmenty o samym Poznaniu, szczególnie o Jeżycach, tamtejszych mieszkańcach, mapach rodzinnych przeprowadzek, koligacji, codzienności. O tym jak wyglądało ówczesne życie, relacje międzyludzkie, wybory życiowe. Jak Stanisław Bajon budował jeżycki kościół, zaś jego szwagier, Paul Fenster leczył ludzi i zdawał się być zwolennikiem teorii Ludwika Pasteur'a. Obaj wyjechali swego czasu do Niemieckiej Afryki Wschodniej, losy, choć w szczątkowej części, próbuje odtworzyć Autor.

Jest to zatem fabularna mżonka, reporterska ułuda, prozatorski kaprys, które roztaczają nad czytelnikiem bogactwo wyobraźni, szeroki zasób metafor i skojarzeń Autora, a także pokazują jego poglądy, zainteresowania, związki z rodziną i pasję do odkrywania (nie tylko familijnej) przeszłości.

Bardzo doceniam wszystkie te kroki, przy jednoczesnym braku inklinacji do formy. Czytam i nie ufam, czytam i nie znajduję zrozumienia, sympatii, nie umiem odnaleźć się w tej opowieści. Inaczej było w przypadku takich twórców jak Brandys, Smoleński czy Jagielski. To prawdziwie niezwykłe nazwiska w zestawieniu z historyjką Bajona, ale czytając cały czas szukałam czegoś co przywiąże mnie do tej opowieści, spowoduje, ze jej uwierzę, że będe dopingować, wspierać, rozumieć, ale nic takiego się nie wydarzyło. A zadziało się w przypadku wspomnianych wyżej twórców.

Przeczytałam. Doceniam horyzonty i pióro Autora. Nic więcej.



 

wtorek, 21 lipca 2026

J. G. Ballard - Wystawa okropności [recenzja]

 

Przekład: Maciej Płaza

Wydawnictwo ArtRage 

Warszawa 2026


Karkołomna, awangardowa, wciągająca i zadziwiająca. 

Jest niechętna czytelnikowi, nie próbuje się przypodobać, zrywając z lineanością, tradycyjnym ujęciem wpycha w pogmatwany świat urywków medialnych, popartu, kultury, czy raczej konktrkultury lat 60. XX wieku.

Kolejne rozdziały są jak bryły z okładki: przenikające się, pocięte, czasem kanciaste, czasem mają strukturę nawiązującą do malarskiego kolażu. Surrealizm i kubizm w literaturze - te odniesienia są obrazowym i skutecznym skrótem opisującym tekst jaki czytamy. 

Spoiwem jest doktor Traven (czasem zmieniający się w Travisa, Tallisa, Traversa i innych, ale to wciąż ta sama, po troszę autobiograficzna figura. Inne niezmienne to postaci popkultury: Od Elizabeth Taylor, po Marylin Monroe, Jackie Kennedy. Jest też specjalne miejsce dla Ronalda Reagana i Grety Garbo. 

Wiele miejsca poświęca Autor geometrii, trzeciej wojnie światowej, magentyzmowi i erotyzmowi kobiet (ale jest on zimny, jakby mechaniczny, wcale nie mający nic wspólnego z czarem i wdziękiem). Wraca co jakiś czas wspomnienie II wojny, okrucieństw z frontu azjatyckiego, gdzie "symbole maszynowej apokalipsy rozsiewały w meblach mieszkania zarodki nieznanych wspomnień, gesty niewysłowionych afektów".

Jak dodaje sam Autor w jego powieści często przewija się twórczość Maxa Ernsta, szczególnie zaś obrazy: "Oko ciszy" i "Europa po deszczu". Komentarze Autora (dodane do powieści dopiero w latach 90.) po każdym rozdziale wspaniale wzbogacają treść, wiele tłumaczą, choć dobrze też zostać z samym tekstem, jego strukturą, szyframi, niepokojem.

Traktuję tę książkę jak eksperyment i pozycję dla skupionych, wytrwałych i ciekawych literackich prób.

poniedziałek, 20 lipca 2026

Tobias Wolff - Stara szkoła [recenzja]

 

Przekład: Krzysztof Umiński

Wydawnictwo Czarne

Wołowiec 2026


Tobias Wolff lubi odwoływać się do twórczości innych Autorów. Wiersze, opowiadania, powieści, biografie - "Stara szkoła" pełna jest wskazówek, czasem łatwych, czasem trudniejszych do zlokalizowania w literaturze. Od Faulknera po Joyce'a, od Nabokova po Frosta. Najwięcej jest chyba jednak odniesień do Hemingway'a, który znajduje w tej opowieści spory kawałek dla siebie. 

Cała ta literacka menażeria mocno podbijana jest atmosferą i miejcem, które wybrał za tło powieści Wolff. Rzecz dzieje się bowiem w Ameryce lat 60. w męskiej szkole z internatem na wschodnim wybrzeżu. Uczniowie mniej lub bardziej świadomie przerzucają się snobizmami wynikającymi z ich pochodzenia, osiągnięć, znajomości, pozycji z grupie rówieśniczej. Rywalizują lub, pozornie, odcinają się od rywalizacji, potajemnie działają w bandach i nibygangach, palą papierosy, przechwalają się podbojami. Ważną częścią tych zawodów o widoczność jest konkurs literacki, którego bohaterem jest żyjąca sława, Autor_ka wielbiona przez publiczność (i aprobowana przez sponsorów szkoły). Nagrodą dla zwycięzcy konkursu jest zawsze spotkanie i rozmowa z bohaterem danej edycji. Gdy pewnego dnia pada informacja, że tymże będzie Ernest Hemingway szkolna młodzież popada w ekstazę. Co z tego wyniknie nie mogę zdradzić, choć to wątek, który wzmaga i w czytelniku rywalizacyjne zapędy - komuś bardziej dopingujemy, komuś mniej, czekamy na wynik tej rywalizacji w pewnym napięciu i oczekiwaniu.

Jednak konkurs to tylko fragment rzeczywistości, która kształtuje chłopców. Zgodnie z porządkiem świata uważają oni, że wiedzą lepiej, że odkrywają świat na nowo, że stare pokolenie nie ma pojęcia o życiu i przetraciło je na rzecz konformizmu ("bić czołem przed nakazami umiaru, pragmatyzmu i konwencjonalnej moralności, by zapaść się w rolę porządnego obywatela i konać w niej długo i powoli"). Rozliczanie poprzedniego pokolenia z przedsięwziętych decyzji i działań, "zbieraniu przez całe życie piątek w szkole posłuszeństwa" jest ujmujące w swej naiwności. Znakomicie radzi sobie Autor z taką estetyką i wczuciem się w rolę młodego-gniewnego, młodego, który postradał rozumy. Wszystkie.

Uczniowie odkrywają różne role jakie mogą dzierżyć w życiu, ale też w relacjach romantycznych (jeden z bohaterów odkrywa, że obojętność u kobiety może być "zaproszeniem do ringu". Mam przyjemność w odczytywaniu tych prawd objawionych, w sczytywaniu dorastania nastolaktów, tego jak poważnie traktują swoje odkrycia i przemyślenia, jak bardzo są z nimi związani. To empatyzowanie nie ma nic wspólnego z nostalgią czy naiwnością, raczej z serdecznością i wdzięcznością za to, że i ja mogłam tego doświadczyć.

Bardzo interesująca opowieść o tym, że każdy z nas musi przejść przez młodość/życie/doświadczenie na własnych zasadach, popełniając błędy.

niedziela, 19 lipca 2026

David Szalay - Ciało [recenzja]

 

Przekład: Dobromiła Jankowska

Wydawnictwo Pauza

Warszawa 2026


Bardzo mi z tą książką niewygodnie: powoduje bardzo ambiwalentne uczucia: od nierozumienia, niechęci w identyfikowaniu się z bohaterem, po ciągłą chęć podglądania i poznawania jego losów.

Czytam i czuję się jak na brzegu morza: każdy kolejny przypływ przynosi inną falę, inne ziarna piasku, fragmenty morskiej flory. I tak jest z tą opowieścią: koleje życia Istvana podawane w znośnych pigułkach, małych porcjach, czasem z suspensem, czasem z zaskaującym finałem, czasem z niezgodą na zastaną rzeczywistość. Raz mu współczuję, innym razem się go boję, za każdym jest monolitem, czy to tkwiącym wśród własnych demonów, czy jako odcięty od emocji zimny obserwator. Mało mówi, łatwo się dostosowuje, ma w sobie ciekawość do obserwacji własnych wyborów i przypadków jakie go spotykają. 

Kolejne fragmenty opowieści są jak odrębne całości, niby następują po sobie chronologicznie, ale nie są całością, są tylko wyrywkiem z życia. Jakiego? Pełnego niespodzianek, pozbawionego psychologicznej głębi (i dobrze!), wciągające sposobem podejścia do tematu. Dystans jakim posługuje się Autor jest zdumiewający: zaskakuje jego użycie w powieści, zaskakuje odpowiedź i odczuwanie tego dystansu u czytelnika. Jest niewygodnie, jest niecodziennie, to w jaki sposób Autor prowadzi nas przez kolejne strony też jest niesamowity.

Ten chłód, rezerwa, może nawet nieufność wobec odbiorcy jest odświeżający i zadziwiający. I bardzo dobrze pasuje do opowieści o chłopaku, który w swej samotności, osobności, życiu z traumą, trudach wyborów życiowych (czy też niemożności podjęcia innych) jest wycofany.

Czy to powieść o kryzysie męskości, czy dominuje narracja traumy? A może ma w sobie elementy powieści egzystencjalnej? Odwrócona powieść inicjacyjna? Każdy znak zapytania jest zasadny. Każda odpowiedź będzie dobra. Ta historia nie ma jednego odniesienia, nie da się zaklasyfikować w sposób oczywisty, choć na pierwszy rzut oka wydaje się to łatwe.

Istvan portretowany jest jako człowiek w kryzysie: człowieczeństwa, przynależności, poczucia wartości, ambicji, myślenia o przyszłości, ale też żyjący w nieświadomości, w wygodzie nieświadomości, w ciekawości i pokorze w konfrontowaniu z nadchodzącą niewiadomą. Osoby z którymi się styka, rzadko rozumie, rzadko, o ile w ogóle, nawiązuje partnerską, trwałą relację, są dlań narzędziem, a może nie narzędziem, a przechodniem mijanym po drodze życia. Nie wynika to bodaj z egoizmu, po prostu z tej pokory i przyjmowania codzienności z każdym jej kolorem. Relacje miłosne, romantyczne, miłość rodzicielską są ledwo zaznaczone, o tym, że mają znaczenie możemy się domyśląc z lekkich tylko grymasów czy wspomnień, nie ma tu miejsca na rozpamiętywania, rozciągania, przemyśliwania wte i nazad. Nie mówiąc o uczuciach można tyle powiedzieć o uczuciach. Ponadto poddawanie się losowi, znikome wręcz wpływanie na własne życie - to budzi niezgodę, ale i fascynację: że można, że się da, że prowadzi to tam gdzie i tak wszędzie będziemy. Taka gęstwina uczuć i namiętności, które nie są odczuwalne, a moje słowa w żaden sposób nie zbliżą się do sedna przeżyć o jakich może mówić czytelnik.

I dobrze! Niech czytelnik wpada w ten niezwykły przykład literackiej wyjątkowości. Niech wciąga i szarpie. 


sobota, 11 lipca 2026

Arek Kowalik - Dźwięki ptaków [recenzja]

 

Wydawnictwo Art Rage

Warszawa 2025


"Przez okna" - pierwsze opowiadanie z tomu. Ma w sobie siłę ulewy (która w nim występuje) i niepokój burzy (która w nim występuje) i moc słów (które w nim występują).

Dalej jest "Dziewczyna i lis" - intrygująca opowieść zanurzona w realizmie magicznym, która płynie przez kolejne strony budząc i zainteresowanie i niepokój. Wiodącą cechą tego utworu jest i precyzyjny realizm i naturalna magia, a może raczej jaskrawy nonsens, który nakazuje bohaterom jechać przez Polskę w poszukiwaniu dolnej części ciała dziewczyny.

Język Kowalika jest prosty, codzienny, nieskrywany i nieudawany. Przekaz zdaje się być uczciwy, dialogi prostolinijne, a przez to serdeczne i trafiające do odbiorcy. Czytam i ufam, czytam i lubię jego bohaterów.

Opowiadanie "Miękkość serca" przypada u mnie na czas najwyższej temp. jaką odnotowano w Polsce od czasów wprowadzenia pomiarów. Pewnie stąd czytanie o letnim deszczu, letnim uczuciu trafia mocniej niż pozostałe. A poza nim młodość, pasja, uczucie. Poznawania się, odkrywanie świata emocji i romansów. Pierwsze związki (ale czy związki), rozgryzanie mimiki, ruchów, gestów, ale też wiadomości tekstowych i rozmów. Nabieranie wprawy w relacynej dyplomacji. 

Nie będę rozpisywać streszczeń kolejnych opowiadań, nie w tym rzecz. Ważne jest to, że Autor inteligentnie i w przemyślany sposób serwuje nam biografie swoich bohaterów i ich życiowe epizody. Postaci zapadają w pamięć, są pełnokrwiste, zróżnicowane. Tak samo jak ich tło obyczajowe, geograficzne, a także napięcie fabularne, wyczucie ciszy, wypracowane i przemyślane operowanie tempem i nastrojem.

Bardzo sprawne opowiadania, zaskakujące i wciągające.

Z dużym zainteresowaniem przewracałam kolejne kartki, by poznać kolejną odsłonę talentu Autora.


czwartek, 18 czerwca 2026

Jeanette Winterson - Po co ci szczęście, jeśli możesz być normalna? [recenzja]

 

Przekład: Kaja Gucio

Wydawnictwo: Czarne

Wołowiec 2026

"Diabeł zaprowadził nas do złej kołyski" - mówi matka do adopcyjnej córki w chwilach złości. 

Inny cytat: "Pisanie pozwala nam przekazać nie tylko opowieść, ale także milczenie. Słowa są tą częścią milczenia, którą można wypowiedzieć".

Albo wiele innych, które następują później i które można wrzucić do kajeciku ze złotymi myślami. 

Winterson jest przenikliwa, bezpretensjonalna i bardzo otwarta. Czy to wspominając kary jakie dostawała od adopcyjnej matki, czy mówiąc o głodzie, twardych zasadach domowych, poczuciu odrzucenia i tym jak najbliższe środowisko reagowało na jej budzącą się seksualność.

Adoptowana dziewczyna, będącą rozczarowaniem dla prawnej opiekunki, która oczekiwała przyjaciółki i kumpelki, a zetknęła się z bardzo wrażliwą, pełną emocji dziewczyną. Poczucie wyobcowania, samotność, potrzeba uczuć, namiętności, akceptacji, tyle ważnych, podstawowych haseł przewija się przez kolejne strony wspomnień Autorki. Ileż dzieci cierpi na brak tych fundamentów. 

Kilka razy przeszła mi przez myśl wstrząsająca powieść Douglasa Stuarta "Shuggie Bain", gdzie poza szerokością geograficzną i przemocą niewiele jest spójności, a jednak sama atmosfera opowieści, jej ciężar, narracja dziecięca powodują, że pojawia się poczucie, że coś te powieści łączy.

Cierpienie dziecka opowiadane przez dorosłą osobę ma w sobie, poza dystansem czasu i miejsca także wiele przemyśleń, czasem uzupełnionych o usprawiedliwienia czy wybaczenie. Przecież Pani Winterson ma całe zaplecze usprawiedliwień na jakie można się powołać gdy trzeba będzie usprawiedliwić jej okrucieństwo.

Ważna społecznie opowieść o odwadze, walce o siebie z, mimo wszystko, optymizmem. Wiemy z jakiego punktu opowiada Autorka, jaki sukces osiągnęła, cofając się w przeszłość widzimy jak wiele ją ta droga kosztowała. 

poniedziałek, 15 czerwca 2026

Patryk Zalaszewski - Luneta z rybiej głowy [recenzja]

 

Wydawnictwo Czarne

Wołowiec 2024


"(...) dziadek był brakiem. Brakowało w nim miłości, ciepła, radości (...) a najbardziej brakowało jego, tak po prostu".  I ta opowieść o dziadku pełnym pustki i ciszy i samotności jest mocna i iluminacyjna - pokazuje wszystko takim jakim jest: z całą boleścią, odchodzeniem, prawdą. Duża sztuka, a "cisza lepka i gęsta".

Później przychodzi rozdział o braciach Podporowych. Szumi morzem, przejmuje wiatrem, jest nieprzychylny jak sztormowa plaża. Jest opowieść o wuju Zenku, który wychodzi do życia na chwilę, a potem wraca do swojego pokoju i zamyka się w nim na czas nieokreślony, wynurzając się co jakiś czas, by opowiadać o swych przygodach zmyślonych bądź nie. Tylko chłopcu-narratorowi mówi o tym z czym jest i tylko jemu odsłania duszę.

A później wydarza się coś nieokreślonego, co wyłącza uwagę, powoduje, że zanika miarowość, lotność, pojawia się wtórność, która nie jest zarzutem jako takim, ale w tym konkretnym przypadku powoduje, że cały świat przedstawiony rozciąga się i ciągnie niemożebnie tracąc koncentrację czytelnika. 

Opowieść o lękach, samotnościach i śnieniu. Tęsknocie i marzeniu. Trochę zanurzona w morskiej, bałtyckiej pianie, trochę w onirycznym letargu, a trochę w niebycie. 

Z uwagą będę śledzić kolejne próby literackie Autora.