sobota, 16 maja 2026

Karolina Dzimira-Zarzycka - Własne pracownia. Gdzie tworzyły artystki przełomu wieków [recenzja]


Wydawnictwo Marginesy

Warszawa 2025

Wydawnictwo Marginesy

Warszawa 2025


Lokal powinien być obszerny, wysoki, by zmieścić płótna i objąć je wzrokiem. Musi być jasny, by twarze i przedmioty miały właściwe refleksy. Otwory okienne winne dawać równomierne i niezbyt ostre światło, stąd najlepiej okno północne połączone z dachowym. Idealnie byłoby mieć puszysty dywan i makartowski bukiet (choć te dwa ostatnie doprowadzały do pasji Konopnicką, uważającą, że to pozerska zagrywka). Do tego: paleta, sztaluga, pudło z farbami, wazon na pędzle, wiadro, zapas ścierek, fartuch, szpachla do czyszczenia palety, zapas terpentyny. Idealnym dopełnieniem byłby składzik na blejtramy, kostiumy (mógłby też służyć jako miejsce do przebierania dla modeli). Do tego podest do ustawienia modela, ładny materiał na tło, drabina, piecyk. Nie można zapomnieć o kosztach związanych z opałem. 

Jeśli udało się znaleźć takie miejsce na pracownie (jeśli miało się na nie fundusze), często pozostawał problem związany z najmem. Samotna kobieta, artystka, malarka miała nikłe szanse na wynajęcie pracowni. 

Tyle trosk, a przecież jeszcze zdobywanie zleceń, przypominanie o sobie "na mieście", często w prasie, no i dbanie o równe traktowanie, w którym płeć nie rzutuje na postrzeganie talentu. Trudności jakie co chwilę napotykały kobiety Artystki jest niezmierzona: wszystko mogło być problemem - od samotnego malowania pejzaży po zazdrość partnera. Siła charakteru, emancypacyjny zew, a także niezłomność i determinacja, oto pierwsze skojarzenia jakie mam z bohaterkami tej opowieści.

Autorka w benedyktyńskiej wręcz pracy, której efektem jest wiele ciekawostek, szczegółów z życia przedstawionych Artystek. Kwerendy, badania dokumentów, współprace z archiwami, muzeami, musiały kosztować wiele poświęceń i czasu. Wybrzmiewa to w pietyzmie jaki charakteryzuje ta publikacja.

Bronisława Poświkowa (prywatnie matka Ireny Solskiej), Aniela Pająkówna, Brosnisława Rychter-Janowska, Anna Bilińska, siostry Bierkowskie, Józefa Geppert, Tola Certowiczówna, Teresa Fedorowna Fies, Zofia Stankiewiczówna, oto niektóre z bohaterek. Prawdziwych bohaterek - bo realizacja pasji i talentu była dla nich wyzwaniem, trudnością i sytuacją w której musiały walczyć o swoje prawa.

I, choć wiele książek o tej tematyce już powstało, miałam dużą przyjemność z lektury.

Holly Ringland - Siedem skór Esther Wilding [recenzja]


Przekład: Ewa Penksyk-Kluczkowska

Wydawnictwo Marginesy

Warszawa 2025


Rodzinna tragedia, lata radzenia sobie z traumą zaginięcia. Bo głównym wątkiem tej powieści jest życie Esther po zniknięciu w morzu jej siostry, Aury. Ciężka, pełna niewyobrażalnego żalu i smutku atmosfera, gdzie gesty, ton głosu próbują zapanować nad stratą, nieprzeżytą żałobą.

Esther poznajemy w dniu, w którym ma się spotkać z rodziną. Rodziną, która w bólu, udręce i tęsknocie stoi nad przepaścią. Sama Esther, zdruzgotana wyborem siostry, porzuciła studia, zaczęła pić, uprawiać przygodny seks, utrzymuje się z pracy na zmywaku, nie mając siły i ochoty na inne życie. Rodzice proszą ją by pojechała do Danii, miejsca w którym Aura studiowała, miejsca, które ja zmieniło, bo, jak zauważył, od czasów Kopenhagi była inna, nieobecna. Odkrywają pamiętnik, który ma część zwaną "Siedem skór". To baśniowy sposób opowiadania historii. Do każdej została dobrana inna ilustracja i wers. Aura pojechała do Danii studiować mity i baśnie, bo to miało pomóc jej odnaleźć sens i życiowy cel. 

Aura żyła opowieściami, zatracała się w nich. A w świecie mitologicznym, folklorystycznym siedem miało wielką moc.

Esther odbywa zatem na poły nostalgiczną, na poły detektywistyczną podróż śladami siostry, przez miejsca i ludzi, którzy byli częścią jej duńskiego życia. Dzięki temu powoli wchodzi w żałobę, a także zaczyna składać Aurę w pełnowymiarową postać jaka ukształtowała się w dorosłości. Uległa ona legendzie o Selce - istocie ludzkiej, która zginęła tonąc w morzu. Aura chciała uwolnić się od wstydu i poczucia winy za młodocianą ciążę.

Jest tu tyle wysiłkowego próbowania bycia światłą Autorką, z wiedzą, przemyślaniami, które ubierane są w mitologiczne kostiumy lub w wątek powieści drogi. Przekombinowane, drewniane, obnażające braki warsztatowe. Nie chcę brnąć w to dalej. Umęczyłam się.

niedziela, 10 maja 2026

Carolyn Boyd - Bon appétit! Jak zjeść Francję [recenzja]

 

Przekład: Natalia Mętrak - Ruda

Wydawnictwo WAB

Warszawa 2026


Czuję głód. Zawsze gdy czytam tę książkę. Autorka ze swobodą, pasją i zaangażowaniem pisze o kuchni poszczególnych regionów Francji, dodając wspomnienia potraw i uczt w jakich brała udział, tak, że nie sposób nabrać ochoty na skosztowanie. 

Francuska sztuka kulinarna na trwałe zapisała się w historii:  pięć sosów Escoffiera, będących podstawą wielu dań, proustowska magdalenka, tarta tatin, a nawet jedzenie z puszki, które wynalazł w czasie wypraw napoleońskich cukiernik Nicolas Appert. Mnogość dań jest oszałamiająca: od płonących naleśników po kurczaka gotowanego w świńskim pęcherzu, ślimaków, sałatki z glonów czy bretońskiego hot doga, czyli kiełbasy w gryczanym naleśniku.

Do tego dbałość o tradycję (wiele spośród lokalnych przedsiębiorstw przechodzi z pokolenia na pokolenie: od piekarni po wytwórnie makaroników). Rolnicy zrzeszają się w kooperatywy i stowarzyszenia walcząc z zalewającą kraj importowaną żywnością marnej jakości. Na szczęście Francuzi wspierają małe firmy, kupują na lokalnych targach lub bezpośrednio od producentów (szczególnie warzywa i owoce), a także odwiedzają muzea poświęcone lokalnym wyrobom (jako pierwsze przychodzi mi na myśl muzeum camemberta), czy też zrzeszają się w bractwach, np. Bractwie Cykorii z Saint - Omer i Bractwo Kalafiora, także stamtąd. W Normandii w październiku świętują zbiory jabłek, a przy okazji wychwalają cydr i sery. 

Autorka zwraca uwagę na niektóre z problemów z jakimi borykają się producenci. Poza wspominaną wcześniej konkurencją wynikającą z importu, pojawiają się susza, globalne ocieplenie, które zubożają populację ryb, małży i muli. w Normandii podwyższająca się stale temp. wody sprzyja rozwojowi jeżokraba, który zaś negatywnie wpływa na powyższe. 

W swej podróży po Francji poszukuje i podkreśla rolę kobiet w całym procesie. W Burgundii na przykład żony właścicieli winnic opiekują się porzeczkowymi likierami, przechowują receptury. W Grand Est producentka dżemu, który nazywa się: caviar de Bar-le-Duc, posługuje się recepturą z 1344 roku. Gęsim piórem wyciąga z każdego owocu porzeczki pojedyncze ziarna, jednocześnie dbając o nienaruszenie struktury owocu.

Francuzi kochają podroby, mają własne określenie na wycieranie chlebem talerza z resztkami sosu  (saucer), mają bagietkę, która od 2022 jest na liście niematerialnego dziedzictwa UNESCO, mają wina, szampany, winiaki, likiery. Szeroką linię brzegową z całym morzem glonów i skorupiaków, mają musztardę dijon i wielkie pola gorczycy. Wiele historii tłumaczących genezę danego dana jest zmyślonych, inne pochodzą z czasów rzymskich, inne powstały przy okazji lub są dziełem rozpaczy i braku składnika w kuchni. Są takie przepisy, które powstały u Stanisława Leszczyńskiego, są i takie, które najlepiej podsumowuje wypowiedź Paula Bocure. Oto ona: "Gdy architekt popełnia błąd, sadzi bluszcz, żeby go ukryć. Kiedy lekarz popełnia błąd, przykrywa go ziemią. Kiedy kucharz popełnia błąd, polewa go sosem i oznajmia, że to nowy przepis". 

Książka Carolyn Boyd to hołd oddany francuskiej historii i kulturze kulinarnej. Jej twórcom, producentom i odbiorcom. Proste, a jednak głębokie przyjemności płynące z jedzenia, bycia razem, ucztowania i doświadczania tych wszystkich receptur, które dziedziczą kolejne pokolenia. 

Smakowite doświadczenie. 



piątek, 8 maja 2026

Agatha Christie - Morderstwo odbędzie się..." [recenzja]

 

Przekład: Tadeusz Jan Dehnel

Wydawnictwo: Czytelnik

Warszawa 1974


29 października 1945 roku w lokalnym piśmie osady Chipping Cleghorn, pojawiło się ogłoszenie informujące, że morderstwo odbędzie się w posiadłości panny Blacklock. 

Zaniepokojeni sąsiedzi i mieszkańcy okolicy przybywają na miejsce w wyznaczonym dniu i godzinie, by przekonać się czy anons był kiepskim żartem, czy może prawdopodobną egzekucją?

Gdy pada strzał rozpoczyna się giełda pomysłów i sąsiedzki magiel - cała okolica żyje morderstwem i motywami jakimi kierował się przy wyborze ofiary morderca. W całej tej skomplikowanej pozornie sprawie ma swoje miejsce "czterogwiazdkowa stara panna", czyli Jane Marple, która odkrywa wątki, które dla niektórych mogą być bardzo niewygodne.

Poza intrygą, a raczej pomimo intrygi, dla mnie najbardziej interesujące są fragmenty dotyczące powojenne codzienności w Wielkiej Brytanii: czasów reglamentacji produktów (tu dużo było o chłodzie i węglu), rozwoju czarnego rynku, ale także, co znamienne w tym przypadku - napływu wojennych uciekinierów i imigrantów politycznych. Najmocniej i najbardziej porażająca była dla mnie historia Mitzi - służącej pani Blaclock, która przybyła z kontynentu. Bardzo bała się śmierci, w czasie wojny cudem uniknęła jej w Europie, zginęła wówczas cała jej rodzina: matka, brat, siostrzenica, siostra. Lękowa i wycofana Mitzi mierzy się z demonami, ale też próbuje żyć dalej. Jej postać, choć epizodyczna, pozostaje na długo w mojej pamięci, przyporządkowującej tej właśnie bohaterce wiele twarzy tych, którzy przetrwali wojenne piekło.

Jest także Rudi Scherz, szwajcarski recepcjonista z hotelu Royal w Medenham Wells, tajemnicza postać, która ma wiele do ukrycia, od motywu emigracji po działania na Wyspach. 

Właśnie ten powojenny krajobraz obyczajowy jest najmocniejszą i najciekawszą stroną powieści. Wplątany w kryminalną intrygę jest częścią interesującej całości.

Laura Cumming - Grom z jasnego nieba. Opowieść o sztuce, życiu i nagłej śmierci [recenzja]

 

Przekład: Anna Sak

Wydawnictwo Literackie

Kraków 2026


O tak - tytuł jest bardzo trafiony: ta książka jest jak grom z jasnego nieba.

Zaczęłam ją czytać w trakcie prób do spektaklu, przy którym pracowałam. Po długich, wymagających godzinach pracy spotkanie z "Opowieścią o sztuce, życiu i nagłej śmierci" było szansą na wytchnienie. 

Sposób prowadzenia narracji, temat, przemyślenia z nim związane, a przede wszystkim uważność i skupienie na detalach decydują o randze tej książki. Obcowanie z tą książką jest jak letni poranny spacer, jak bosa stopa na rosie, jak pierwszy dzień urlopu. 

Opowieść o Carelu Fabritiusie jest i tajemnicza i niepozbawiona mitów i... powiązana z Polską. Przez długie lata jego nazwisko wiązano z prowincjonalnym stolarzem, którego zwyczajny los odmieniła praca dla Rembrandta. Jeden z obrazów Fabritiusa "Wskrzeszenie" wisiał w kościele św. Aleksandra na Placu Trzech Krzyży jako dzieło XVIII w. naśladowcy Rembrandta. Dopiero w 1935 roku po oczyszczeniu malowidła okazało się czyja to praca. Dziś obraz znajduje się w zbiorach Muzeum Narodowego. 

Mało wiemy o jego życiu, jednak dzięki archiwom przekonujemy się, że był bardzo doświadczonym przez życie człowiekiem. Już jako 21-latek był wdowcem, który pochował też dwójkę dzieci. Na "Autoportrecie" z 1645 roku widać te doświadczenia i smutek. Jakże zmienia perspektywę patrzenia na malarstwo poznawanie jego historii z zaznaczeniem osobistych losów twórców. Gdy już mamy przy sobie codzienność Fabritiusa, jego miasto, drogę i mosty, który pokonywał codziennie w drodze do pracy, zyskujemy wówczas zupełnie inną, jakże interesującą perspektywę.

Każde pociągnięcie pędzla niesie pytanie o warunki w jakich je czynił, o jego nastrój, potrzeby, sytuację w jakiej był. Fascynująca jest ta możliwość zmiany miejsca, głębszego doświadczenia. Jakby ktoś pozbawił cię łusek na oczach, jakbyś nagle zaczął, zaczęła widzieć lepiej, mocniej, bardziej. Jest sztuką pokazanie i przekazanie takiego sposobu patrzenia na świat, odczytywania dzieł malarskich, doprowadzania do momentu poszukiwania kontekstu, historii. 

Fabritius fascynujący - od biografii (krótkie życie, zakończone w wieki 32 lat, w wyniku eksplozji prochowni znajdującej się nieopodal pracowni artysty), po twórczość. Autorka nazywa go: "wieczeni milczącym outsiderem".

Autorka wkłada do swojej książki wspomnienia o innych niderlandzkich artystach tamtych czasów - fascynująca postać Hendricka Avercampa - głuchego i niemówiącego artysty, który na tysiącach rysunków notował to co widział, obserwował mowę ciała bliskich. Był płodnym artystą, który pozostawił po sobie wiele prac. Na jego obrazach jest dużo dowcipu, pełno anegdot. Na jednym z obrazów kobieta robi przepierkę w przeręblu, za chwilę wjadą w nią łyżwiarki. Niemal każde z postaci an tym obrazie obróceni  do widza plecami.

Co ciekawe w XVII w. obywatele Republiki skupowali dzieła rodaków na niespotykaną skalę - nie tylko bogacze, marszandzi, ale też cieśle, piwowarzy, sukiennicy, był czas kiedy sprzedawano je nawet na targowiskach! 

Patrzę na "Uliczkę" Johannesa Vermeera, Pietera de Hoocha "Dziewczynę z wiadrem na podwórzu", na mojego Fabrituisowego "Strażnika" i jeszcze na Pietera de Hoocha "Podwórze w domu w Delft" i bardzo chcę wrócić National Gallery w Londynie, i chcę odwiedzić muzeum w Hadze, w Amsterdamie. Być, zobaczyć na nowo. Bardzo.

sobota, 2 maja 2026

Omar El Akkad - Któregoś dnia okaże się, że wszyscy od zawsze byli przeciwko [recenzja]

 

Przekład: Agata Ostrowska

Wydawnictwo: Obroty

Warszawa 2026


Klepanie formułek, abstrakcyjne postawy moralne (czy stanowiska etyczne), praktyka podważająca teorię i giętki kręgosłup moralny zachodniego świata - to tylko niektóre z zarzutów jakie Autor stawia w swej książce.

Są one zestawione z najmocniejszymi i budzącymi grozę opisami apokaliptycznej codzienności ludzi w Gazie, a także z prywatnymi wspomnieniami z życia własnej rodziny - emigracji zarobkowej ojca.

Moc słów i argumentów Autora są przytłaczające i bezdyskusyjne, jednak odnoszę wrażenie, że momentami jest zbyt emocjonalna, jak na esej. Osobista perspektywa reportażysty urodzonego w Egipcie, wychowanego w Katarze, pracującego w USA jest niewątpliwą zaletą, jednak intensywność własnego osądu mocno rzutuje na postrzeganie całości. Nie jest to zarzut, tylko spostrzeżenie, które sytuuje czytelnika w pewnej perspektywie, która jest ograniczająca. Dlaczego? Bo najbardziej stajemy po stronie rodziny Autora, to z nią sympatyzujemy, to z zapewniającym byt ojcem jesteśmy najbliżej. Wszystkie co poza tym jest mocnym dodatkiem. Tak to widzę.

Erozja mediów, upadek środków masowego przekazu, ich upolitycznienie lub postępująca trywializacja, oto niektóre z oskarżeń. Autor każdy z przytoczonych argumentów podbija i podkreśla nie tylko przykładem, ale tezą, że każdy przykład pasywności jest współudziałem. Również czytelnika.

Ponuro wybrzmiewają słowa o nieprawdziwych deklaracjach polityków, których puste słowa zapełniają szpalty gazet i czas emisyjny, ale nie wnoszą nic ponad to. Czy to wynik nieudolności, strachu, czy może chłodna kalkulacja będą wynikiem flirtu z kapitalizmem? Jakby tego nie nazwać cały system jest porażką liberalizmu i pozycjonowania tzw. "uniwersalnych wartości".

Przytłaczają argumenty, ocena kondycji współczesnego świata, a mnie najbardziej doskwiera świadomość obojętności. 

wtorek, 31 marca 2026

Anna Burns - Raczej bohater [recenzja]

 

Przekład: Aga Zano

Wydawnictwo Art Rage

Warszawa 2026


Co tu się odjaniepawla! Co? Już Wam piszę: cała radość płynącą z zabawy literackimi konwencjami, archetypami postaci, stereotypami z popkultury, zachodniego świata, a wszystko to ubrane w giętki, sprawny i nie bojący się nikogo i niczego język. Ponad podziałami!

Bogactwo charakterów, intryg, sparingi z kolejnymi spiskami - cały arsenał nieprzystających do niczego sytuacji i mimikra zachowań, czasem sterowanych z arcyszybkiej windy ciotecznej babki (Apollo-winda!). Poza wspomnianą arcyzłą starszą panią, mamy jeszcze femme fatale, która sama będą pod wpływem zaklęcia próbuje pozbawić życia super bohatera, który jest jej kochankiem. Jest też Freddie, pierdołowaty kuzyn tej fatalnej, który zakochując się coraz to bardziej nietrafionych kobietach obiecuje pozbyć się babki, w imię miłości do aktualnej narzeczonej. Jak w kolejnych oknach komiksu - bum!, trach!, bam! Nigdy nie wiesz co i kiedy wybuchnie. Jedno jest pewne - co by to nie było, zostanie podane w dowcipny, krotochwilny sposób.

Autorka rozpędza się coraz bardziej, ale paradne sekwencje zdarzeń są bardzo trafione, czasem bardzo zawiłe, z piramidalną intrygą, szkatułkowym poczuciem winy (czy każdy programowo dobry jest dobry, czy jednak czasem zły?) i galerią najbardziej szalonych, zuchwałych, pokręconych bohaterów.

Zło, dobro, przemoc, miłość, kłamstwo, magia, wojny gangów i mafinych rodzin, klify i pistolety, obietnice i mordy na zamówienie, kompletne szaleństwo i bardzo odświeżające ćwiczenie stylistyczne. 

Bo stylami żongluje Anna Burns z nieukrywaną przyjemnością. W poczuciu prawdziwej literackiej przyjemności poznawczej polecam tę książkę z całą odpowiedzialnością.

Pyszna zabawa formą.