sobota, 15 sierpnia 2026

Angelika Kuźniak - Skłodowska-Curie. Rebeliantka [recenzja]

 

Wydawnictwo Literackie

Kraków 2026


Kuźniak umie w biografie! Ale jak! Zachwycająco!

Przeczytałam każdą jaką napisała, czekam na kolejne. Uwielbiam tę o Stryjeńskiej, o Papuszy, o Boznańskiej. A teraz, dzięki Kuźniak, pokochałam Skłodowską. Nie da się bez emfazy, nie da się - biografia Noblistki pióra Kuźniak jest intrygująca, soczysta, pełna faktów, bez fabularyzowania, za to z siłą materiałów źródłowych, które logicznie ułożone w biograficzną całość dają portret prawdziwej rebeliantki, tytanki pracy, kobiety, którą pchał głód wiedzy i przyzwoitości. 

Rewolucjonistka, która z pewnością i siłą przekraczała nieprzekraczalne wówczas granice: obyczajowe, polityczne, dyplomatyczne, naukowe. Co za umysł, co za człowiek! Ponadto: czujna matka, kochająca żona, cierpiąca wdowa, ale też namiętna kochanka. Nie można mieć wszystkiego? Popatrzcie na Marię! 

Precyzja z jaką Kuźniak dawkuje informacje o Marii, jak oddziela to co ważkie od tego co mniej istotne, to jak tka portret, jak wybiera spośród dostępnych źródeł to prawdziwa sztuka. W gąszczu biografii wcześniej powstałych ta najnowsza tchnie świeżością, czułością i szacunkiem. Nie sposób się oderwać, nie sposób zapomnieć!

Dzięki źródłom prywatnym - listom, wspomnieniom, wycinkom Maria przestaje być tylko genialną wynalazczyniom, staje się skrzącą się osobowością, uczuciami kobietą pełną życia i apetytem na nie. Rozdarta między życie zawodowe a prywatne, dzieląca pasję z mężem, tęskniącą z rodziną w zaborze rosyjskim, walcząca o Instytut dla rodzącej się Polski. Odważna i bezkompromisowa - jeżdżącą na front I wojny z aparatem rentgenowskim, co jest mocnym akcentem jej życia, ale nie jedynym! Cała jej historia o pełnia kontrastów: warszawskie czasy i zarabianie jako guwernantka, zimny pokój podczas studiów w Paryżu, determinacja pracy w laboratorium, która przez lata odbierała jej zdrowie.

"Rebeliantka" to dla mnie także przewodnik po tym jak wiele trzeba poświęcić, jak grubą trzeba mieć skórę, jak wielkie trzeba czuć człowieczeństwo, by osiągnąć sukces, a wpierw do niego doprowadzić i pozostać sobą. Ówczesny patriarchalny świat, niesprzyjający widzeniu spoza soczewki, był twierdzą nie do zdobycia, a jednak Maria go zdobyła. Mizogini, malkontenci, zazdrośnicy, wszyscy po trosze próbowali dyskredytować i niszczyć osiągnięcia naukowczyni. Wojna, polityka, obyczajowość, wszystko na przekór niezłomnej i wcale niekryształowej Marii.

Wszystko jest tutaj na miejscu: fakty, układanka z nich, język, powściągliwość, talent literacki Autorki i bohaterka, którą będę uwielbiam po wsze czasy.


Anna Rudnicka-Litwinek - Mistrz Prusz. Więcej niż jedno życie [recenzja]

 

Wydawnictwo Marginesy 

Warszawa 2026


To zawsze radość, gdy powstaje książka, która przywraca pamięć o zapomnianym Artyście. 

Tadeusz Pruszkowski, do tej pory, należał do tej właśnie grupy. Mało kto pamięta legionistę Piłsudskiego, malarza portrecistę, lotnika, rektora ASP, reżysera, piewcę Kazimierza Dolnego nad Wisłą. Człowieka o wielkiej intuicji, odwadze, ciekawości świata. Studiowali u niego Fangor, Roszkowska, Kramsztyk, Ford. 

Przekraczał granice, a może je ignorował, czerpał z życia pełnymi garściami, zauważając innych i służąc im radą, pomocą, wsparciem merytorycznym, w zależności od przypadku. Co za energia, co za potrzeba wspierania i dodawania skrzydeł innym Artystom. Działał społecznie, angażował się w lotnictwo, pisał. Trudno pomieścić aktywności jakie były jego udziałem, a mimo to nie było do tej pory biografii Artysty. 

Studiował u Krzyżanowskiego, był zwolennikiem sztuki narodowej, która miała związki z klasycyzmem i historyczną stylizacją, doskonały rysunek i finezyjny modelunek. Organizował plenery malarskie w ukochanym Kazimierzu i Sandomierzu. Pisał artykuły krytyczne o sztuce. Nakręcił western "Szczęśliwy wisielec, czyli Kalifornia w Polsce". 

W czasie wojny angażował się w pomoc Żydom. Zginał w 1942 roku zamordowany przez hitlerowców podczas próby ucieczki z konwoju jadącego na Pawiak.

Pojawiał się jako wspomnienie w annałach innych twórców, ale sam nie wychodził przed szereg pamięci i historii. 

Autorka ponad 15 lat śledziła archiwa, dostępne dokumenty, pracowała nad ostatecznym kształtem książki.

To mocno widoczne w kompozycji książki. Najbardziej zaś widać jak bardzo zależało jej na ukazaniu tła obyczajowego i historii ówczesnej. Mocno przeszkadza to na początku opowieści, ponieważ trudno połapać się w tym czy jesteśmy w biografii człowieka czy czasów. Wielość tematów, dygresji jest przytłaczająca i powoduje, że sam Prusz (znów!) jest tematem pobocznym. Z czasem ta tendencja ulega zmianie, ale przez kilkadziesiąt stron miałam wątpliwości o czym jest opowieść. 

Z drugiej strony ciekawa jest poboczna historia o bracie Prusza, Stanisławie, który prowadził Fabrykę Cukrów jest interesująca, szczególnie graficznie.

Warto zatem sięgnąć po tę opowieść, mając jednak na uwadze, że Prusz znów jest trochę z boku, zaś jego biografia to znaczący, acz dodatek do materiałów jakie o Polsce i świecie zebrała Anna Rudnicka-Litwinek.

piątek, 24 lipca 2026

Kasper Bajon - Poznań kolonialny. Rodzinna historia z Tanzanią w tle [recenzja]

Wydawnictwo Czarne

Wołowiec 2025


Bardzo interesujący pomysł na reportaż, który już tytułem mocno zwraca uwagę czytelnika. Prowadzić to może do pewnego rodzaju rozczarowań, ponieważ tytuł jest tylko sygnałem, nie może zaś być traktowany jako obietnica.

Uległam temu czarowi, poczułam rozczarowanie, a później zawróciłam z drogi zniechęcenia i podążyłam za strumieniem myśli Autora. Bo tak naprawdę nie historia jest tu ważna - z perspektywy czytelniczki mającej za sobą finał opowieści, wiem, że to on jest istotny, a jeszcze ważniejsze są odczucia i emocje Autora, który przemierza współczesną Tanzanię i daje obraz tamtejszej rzeczywistości przefiltrowanej przez własne wyobrażenia. 

Są tam zamieszczonefragmenty jego dzienników podróży, opowieści o wydarzeniach, jakie towarzyszyły poszczególnym wizytom na kontynencie afrykańskim, spotkaniom z tamtejszymi mieszkańcami i rezydentami, a także z surowością obserwuje skutki jakie przyniosła XIX wieczna kolonizacja tamtych ziem.

Najbardziej interesujące były dla mnie fragmenty o samym Poznaniu, szczególnie o Jeżycach, tamtejszych mieszkańcach, mapach rodzinnych przeprowadzek, koligacji, codzienności. O tym jak wyglądało ówczesne życie, relacje międzyludzkie, wybory życiowe. Jak Stanisław Bajon budował jeżycki kościół, zaś jego szwagier, Paul Fenster leczył ludzi i zdawał się być zwolennikiem teorii Ludwika Pasteur'a. Obaj wyjechali swego czasu do Niemieckiej Afryki Wschodniej, losy, choć w szczątkowej części, próbuje odtworzyć Autor.

Jest to zatem fabularna mżonka, reporterska ułuda, prozatorski kaprys, które roztaczają nad czytelnikiem bogactwo wyobraźni, szeroki zasób metafor i skojarzeń Autora, a także pokazują jego poglądy, zainteresowania, związki z rodziną i pasję do odkrywania (nie tylko familijnej) przeszłości.

Bardzo doceniam wszystkie te kroki, przy jednoczesnym braku inklinacji do formy. Czytam i nie ufam, czytam i nie znajduję zrozumienia, sympatii, nie umiem odnaleźć się w tej opowieści. Inaczej było w przypadku takich twórców jak Brandys, Smoleński czy Jagielski. To prawdziwie niezwykłe nazwiska w zestawieniu z historyjką Bajona, ale czytając cały czas szukałam czegoś co przywiąże mnie do tej opowieści, spowoduje, ze jej uwierzę, że będe dopingować, wspierać, rozumieć, ale nic takiego się nie wydarzyło. A zadziało się w przypadku wspomnianych wyżej twórców.

Przeczytałam. Doceniam horyzonty i pióro Autora. Nic więcej.



 

wtorek, 21 lipca 2026

J. G. Ballard - Wystawa okropności [recenzja]

 

Przekład: Maciej Płaza

Wydawnictwo ArtRage 

Warszawa 2026


Karkołomna, awangardowa, wciągająca i zadziwiająca. 

Jest niechętna czytelnikowi, nie próbuje się przypodobać, zrywając z lineanością, tradycyjnym ujęciem wpycha w pogmatwany świat urywków medialnych, popartu, kultury, czy raczej konktrkultury lat 60. XX wieku.

Kolejne rozdziały są jak bryły z okładki: przenikające się, pocięte, czasem kanciaste, czasem mają strukturę nawiązującą do malarskiego kolażu. Surrealizm i kubizm w literaturze - te odniesienia są obrazowym i skutecznym skrótem opisującym tekst jaki czytamy. 

Spoiwem jest doktor Traven (czasem zmieniający się w Travisa, Tallisa, Traversa i innych, ale to wciąż ta sama, po troszę autobiograficzna figura. Inne niezmienne to postaci popkultury: Od Elizabeth Taylor, po Marylin Monroe, Jackie Kennedy. Jest też specjalne miejsce dla Ronalda Reagana i Grety Garbo. 

Wiele miejsca poświęca Autor geometrii, trzeciej wojnie światowej, magentyzmowi i erotyzmowi kobiet (ale jest on zimny, jakby mechaniczny, wcale nie mający nic wspólnego z czarem i wdziękiem). Wraca co jakiś czas wspomnienie II wojny, okrucieństw z frontu azjatyckiego, gdzie "symbole maszynowej apokalipsy rozsiewały w meblach mieszkania zarodki nieznanych wspomnień, gesty niewysłowionych afektów".

Jak dodaje sam Autor w jego powieści często przewija się twórczość Maxa Ernsta, szczególnie zaś obrazy: "Oko ciszy" i "Europa po deszczu". Komentarze Autora (dodane do powieści dopiero w latach 90.) po każdym rozdziale wspaniale wzbogacają treść, wiele tłumaczą, choć dobrze też zostać z samym tekstem, jego strukturą, szyframi, niepokojem.

Traktuję tę książkę jak eksperyment i pozycję dla skupionych, wytrwałych i ciekawych literackich prób.

poniedziałek, 20 lipca 2026

Tobias Wolff - Stara szkoła [recenzja]

 

Przekład: Krzysztof Umiński

Wydawnictwo Czarne

Wołowiec 2026


Tobias Wolff lubi odwoływać się do twórczości innych Autorów. Wiersze, opowiadania, powieści, biografie - "Stara szkoła" pełna jest wskazówek, czasem łatwych, czasem trudniejszych do zlokalizowania w literaturze. Od Faulknera po Joyce'a, od Nabokova po Frosta. Najwięcej jest chyba jednak odniesień do Hemingway'a, który znajduje w tej opowieści spory kawałek dla siebie. 

Cała ta literacka menażeria mocno podbijana jest atmosferą i miejcem, które wybrał za tło powieści Wolff. Rzecz dzieje się bowiem w Ameryce lat 60. w męskiej szkole z internatem na wschodnim wybrzeżu. Uczniowie mniej lub bardziej świadomie przerzucają się snobizmami wynikającymi z ich pochodzenia, osiągnięć, znajomości, pozycji z grupie rówieśniczej. Rywalizują lub, pozornie, odcinają się od rywalizacji, potajemnie działają w bandach i nibygangach, palą papierosy, przechwalają się podbojami. Ważną częścią tych zawodów o widoczność jest konkurs literacki, którego bohaterem jest żyjąca sława, Autor_ka wielbiona przez publiczność (i aprobowana przez sponsorów szkoły). Nagrodą dla zwycięzcy konkursu jest zawsze spotkanie i rozmowa z bohaterem danej edycji. Gdy pewnego dnia pada informacja, że tymże będzie Ernest Hemingway szkolna młodzież popada w ekstazę. Co z tego wyniknie nie mogę zdradzić, choć to wątek, który wzmaga i w czytelniku rywalizacyjne zapędy - komuś bardziej dopingujemy, komuś mniej, czekamy na wynik tej rywalizacji w pewnym napięciu i oczekiwaniu.

Jednak konkurs to tylko fragment rzeczywistości, która kształtuje chłopców. Zgodnie z porządkiem świata uważają oni, że wiedzą lepiej, że odkrywają świat na nowo, że stare pokolenie nie ma pojęcia o życiu i przetraciło je na rzecz konformizmu ("bić czołem przed nakazami umiaru, pragmatyzmu i konwencjonalnej moralności, by zapaść się w rolę porządnego obywatela i konać w niej długo i powoli"). Rozliczanie poprzedniego pokolenia z przedsięwziętych decyzji i działań, "zbieraniu przez całe życie piątek w szkole posłuszeństwa" jest ujmujące w swej naiwności. Znakomicie radzi sobie Autor z taką estetyką i wczuciem się w rolę młodego-gniewnego, młodego, który postradał rozumy. Wszystkie.

Uczniowie odkrywają różne role jakie mogą dzierżyć w życiu, ale też w relacjach romantycznych (jeden z bohaterów odkrywa, że obojętność u kobiety może być "zaproszeniem do ringu". Mam przyjemność w odczytywaniu tych prawd objawionych, w sczytywaniu dorastania nastolaktów, tego jak poważnie traktują swoje odkrycia i przemyślenia, jak bardzo są z nimi związani. To empatyzowanie nie ma nic wspólnego z nostalgią czy naiwnością, raczej z serdecznością i wdzięcznością za to, że i ja mogłam tego doświadczyć.

Bardzo interesująca opowieść o tym, że każdy z nas musi przejść przez młodość/życie/doświadczenie na własnych zasadach, popełniając błędy.

niedziela, 19 lipca 2026

David Szalay - Ciało [recenzja]

 

Przekład: Dobromiła Jankowska

Wydawnictwo Pauza

Warszawa 2026


Bardzo mi z tą książką niewygodnie: powoduje bardzo ambiwalentne uczucia: od nierozumienia, niechęci w identyfikowaniu się z bohaterem, po ciągłą chęć podglądania i poznawania jego losów.

Czytam i czuję się jak na brzegu morza: każdy kolejny przypływ przynosi inną falę, inne ziarna piasku, fragmenty morskiej flory. I tak jest z tą opowieścią: koleje życia Istvana podawane w znośnych pigułkach, małych porcjach, czasem z suspensem, czasem z zaskaującym finałem, czasem z niezgodą na zastaną rzeczywistość. Raz mu współczuję, innym razem się go boję, za każdym jest monolitem, czy to tkwiącym wśród własnych demonów, czy jako odcięty od emocji zimny obserwator. Mało mówi, łatwo się dostosowuje, ma w sobie ciekawość do obserwacji własnych wyborów i przypadków jakie go spotykają. 

Kolejne fragmenty opowieści są jak odrębne całości, niby następują po sobie chronologicznie, ale nie są całością, są tylko wyrywkiem z życia. Jakiego? Pełnego niespodzianek, pozbawionego psychologicznej głębi (i dobrze!), wciągające sposobem podejścia do tematu. Dystans jakim posługuje się Autor jest zdumiewający: zaskakuje jego użycie w powieści, zaskakuje odpowiedź i odczuwanie tego dystansu u czytelnika. Jest niewygodnie, jest niecodziennie, to w jaki sposób Autor prowadzi nas przez kolejne strony też jest niesamowity.

Ten chłód, rezerwa, może nawet nieufność wobec odbiorcy jest odświeżający i zadziwiający. I bardzo dobrze pasuje do opowieści o chłopaku, który w swej samotności, osobności, życiu z traumą, trudach wyborów życiowych (czy też niemożności podjęcia innych) jest wycofany.

Czy to powieść o kryzysie męskości, czy dominuje narracja traumy? A może ma w sobie elementy powieści egzystencjalnej? Odwrócona powieść inicjacyjna? Każdy znak zapytania jest zasadny. Każda odpowiedź będzie dobra. Ta historia nie ma jednego odniesienia, nie da się zaklasyfikować w sposób oczywisty, choć na pierwszy rzut oka wydaje się to łatwe.

Istvan portretowany jest jako człowiek w kryzysie: człowieczeństwa, przynależności, poczucia wartości, ambicji, myślenia o przyszłości, ale też żyjący w nieświadomości, w wygodzie nieświadomości, w ciekawości i pokorze w konfrontowaniu z nadchodzącą niewiadomą. Osoby z którymi się styka, rzadko rozumie, rzadko, o ile w ogóle, nawiązuje partnerską, trwałą relację, są dlań narzędziem, a może nie narzędziem, a przechodniem mijanym po drodze życia. Nie wynika to bodaj z egoizmu, po prostu z tej pokory i przyjmowania codzienności z każdym jej kolorem. Relacje miłosne, romantyczne, miłość rodzicielską są ledwo zaznaczone, o tym, że mają znaczenie możemy się domyśląc z lekkich tylko grymasów czy wspomnień, nie ma tu miejsca na rozpamiętywania, rozciągania, przemyśliwania wte i nazad. Nie mówiąc o uczuciach można tyle powiedzieć o uczuciach. Ponadto poddawanie się losowi, znikome wręcz wpływanie na własne życie - to budzi niezgodę, ale i fascynację: że można, że się da, że prowadzi to tam gdzie i tak wszędzie będziemy. Taka gęstwina uczuć i namiętności, które nie są odczuwalne, a moje słowa w żaden sposób nie zbliżą się do sedna przeżyć o jakich może mówić czytelnik.

I dobrze! Niech czytelnik wpada w ten niezwykły przykład literackiej wyjątkowości. Niech wciąga i szarpie. 


sobota, 11 lipca 2026

Arek Kowalik - Dźwięki ptaków [recenzja]

 

Wydawnictwo Art Rage

Warszawa 2025


"Przez okna" - pierwsze opowiadanie z tomu. Ma w sobie siłę ulewy (która w nim występuje) i niepokój burzy (która w nim występuje) i moc słów (które w nim występują).

Dalej jest "Dziewczyna i lis" - intrygująca opowieść zanurzona w realizmie magicznym, która płynie przez kolejne strony budząc i zainteresowanie i niepokój. Wiodącą cechą tego utworu jest i precyzyjny realizm i naturalna magia, a może raczej jaskrawy nonsens, który nakazuje bohaterom jechać przez Polskę w poszukiwaniu dolnej części ciała dziewczyny.

Język Kowalika jest prosty, codzienny, nieskrywany i nieudawany. Przekaz zdaje się być uczciwy, dialogi prostolinijne, a przez to serdeczne i trafiające do odbiorcy. Czytam i ufam, czytam i lubię jego bohaterów.

Opowiadanie "Miękkość serca" przypada u mnie na czas najwyższej temp. jaką odnotowano w Polsce od czasów wprowadzenia pomiarów. Pewnie stąd czytanie o letnim deszczu, letnim uczuciu trafia mocniej niż pozostałe. A poza nim młodość, pasja, uczucie. Poznawania się, odkrywanie świata emocji i romansów. Pierwsze związki (ale czy związki), rozgryzanie mimiki, ruchów, gestów, ale też wiadomości tekstowych i rozmów. Nabieranie wprawy w relacynej dyplomacji. 

Nie będę rozpisywać streszczeń kolejnych opowiadań, nie w tym rzecz. Ważne jest to, że Autor inteligentnie i w przemyślany sposób serwuje nam biografie swoich bohaterów i ich życiowe epizody. Postaci zapadają w pamięć, są pełnokrwiste, zróżnicowane. Tak samo jak ich tło obyczajowe, geograficzne, a także napięcie fabularne, wyczucie ciszy, wypracowane i przemyślane operowanie tempem i nastrojem.

Bardzo sprawne opowiadania, zaskakujące i wciągające.

Z dużym zainteresowaniem przewracałam kolejne kartki, by poznać kolejną odsłonę talentu Autora.