czwartek, 17 września 2026

Agnieszka Dauksza - Niedaleko pada granat od jabłoni [recenzja]


Wydawnictwo Karakter

Kraków 2026

Och, jakże podoba mi się język Agnieszki Daukszy - nieoczywisty, daleki od truizmów, pozostawiający niedopowiedzenia, zmuszający czytelnika do wnikliwego towarzyszenia historii. 

Autorka ma szacunek dla bohaterów, dla czytelnika, dla historii. Potrafi w ten szacunek ubrać (i stworzyć) relację wszystkich zainteresowanych i uczynić ją tak spektakularną, wciągającą, że nie sposób oderwać się od fabuły.

Jest tu wiele bardzo trudnych chwil: wojna, getto, śmierć, codzienność śmierci, bestialskie mordy, próba ocalenia własnego dziecka, życie z bólem i troską i strachem o to co z porzuconym niemowlęciem. Niewyobrażalne.

I, choć temat wojny, okupacji i Shoah jest wszechobecny, to tym razem ustępuje miejsca opowieści o odwadze, jakiejś nadludzkiej, zważywszy na całożyciową tęsknotę i niemoc, kobiety, która walczyła o najbliższych. Nie tylko w czasie wojny.

Lina Fischman, mieszkanka Sambora, próbuje ratować swoją małą kilkunastomiesięczną córkę Ewę przed Zagładą. Podczas marszu kolumny Żydów przerzuca ją za ogrodzenie, do sadu jabłoni i traci ją z oczu. Według marzeń i wiary Liny dziecko przeżyło, trafiło do sierocińca, następnie zostało adoptowane przez małżeństwo Tuwimów, którzy wrócili z wojennej emigracji. Śledzi jej losy (ale czy to na pewno Ewa?), nigdy nie rozstrzyga pokrewieństwa za pomocą badań. Boi się rozczarowania, ulotności nadziei? 

Całe życie trwała w przekonaniu, że córka Tuwimów to jej dziecko. Jak żyła z tą niepewnością (czy pewnością?), jak pielęgnowała pamięć o pierwszym dziecku, jak walczyła o byt kolejnych i ich umiejscowienie na mapie rodzinnych śladów. To prawdziwie poruszające i mocne doświadczenie czytelnicze. 

Jak bardzo trauma wojenna, koszmar doświadczeń tamtego czasu wpłynął na losy kolejnych członków rodzin, ale też przyszłych pokoleń! Jak silny jest instynkt przetrwania, nadzieja, wiara, potrzeba potwierdzenia własnej wizji/wersji zdarzeń, to także niebywały, mocny fakt. 

Dauksza niczego nie upraszcza, nie bierze niczyjej strony, razem z nami dławi się niepewnością i ciekawością. Chce wiedzieć i nie wie. Patrzy, ale widzi tylko fragmentami, drobnymi urywkami niepewnej historii, która ma wielkie nadzieje na bycie prawdziwą.

Ta książka to zadziwiająca lektura, która chwyta za serce, podaje wojenną historię w zupełnie nieoczekiwanej formie, w całym morzu pytań i niepewności, które przekładają się na nastrój i narracyjny tor przeszkód. 

Bardzo interesująca, bardzo niepokojąca, ale też z pełnią wiary, że Ewa to Ewa. Tak chcę to widzieć. Widzieć jak Lina.

sobota, 12 września 2026

Violette Leduc - Duszność [recenzja]


Przekład: Jacek Giszczak

Wydawnictwo Karakter

Kraków 2026


Co tu się dzieje???

Czytam, gubię się, wracam, odpływam myślami, skupiam się i dekoncentruję, ta opowieść popycha mnie w rejony, których nie odwiedzam często. 

Zachwycają mnie pojedyncze zdania, refleksje, celne uwagi, poezja języka. Gdy się w tym rozsmakowuję następuje wolta i narracja zmienia się tak, że nie ma nic wspólnego z tym co przed chwilą. A to pojawi się karlica z sąsiedztwa (idę za słownictwem z książki, choć wiem, że powinnam pisać o niskorosłej), a to ktoś skąpie się w fontannie, a to padnie ofiarą molestowania w szklarni. Nigdy nie wiesz co i kiedy na ciebie spadnie w tej szalonej książce, pełnej brawury, mocy, bezczelności. 

Czasem konstrukcja jest  ekstrawagancka, czasem myląco linearna, ale to drugie trwa tak krótko, że zaraz znów zaczyna się werwa i zaciętość. I tempo. I prędko do kolejnego zdania.

Opowieść o dziewczynce odrzuconej przez matkę. Emocjonalny chłód jakiego nieustająco doświadcza ze strony rodzicielki równoważony jest przez totalną i bezwarunkową miłość babci. Matka: nieufna, nieszczęśliwa, wstydząca się dziecka i nie lubiąca go, strofująca, uprawiająca grę pozorów. Córka: baczna obserwatorka, tęskniąca, cierpiąca, walcząca - wszystko to w zależności od sytuacji. Babcia - schorowana, empatyczna, oddana. Trzy pokolenia silnych osobowości, wielkich nadziei i rozczarowań. Kocioł emocji, gotujący się, od czasu do czasu kipiący od nadmiaru.

Nienawiść, krnąbrność, pogarda, brak chronologii, czytelnik kluczy jak w labiryncie, gubi się i biegusiem wraca na właściwy tor. Tylko na chwilę, bo zaraz znów Autorka zwieje ze swoim sztandarem brawury. A wtedy nie pozostaje nic innego, jak biec za nią, ale z zastanowieniem. Dokąd?


Helena Boguszewska - Całe życie Sabiny [recenzja]

 

Państwowy Instytut Wydawniczy

Warszawa 2026


Jakub Zasada czyni przepiękne okładki. Co i rusz zamykałam książkę, by móc popatrzeć na jego dzieło. Jestem zbudowana znakomitą formą Artysty i tym jak komentuje i przybliża fabułę powieści graficzną formą. Wspaniała!

Wielokrotność twarzy uchwycona na okładce jest najlepszym komentarzem do powieści, bo właśnie w pojedynczych kadrów, wspomnień konkretnych sytuacji poznajemy Sabinę. Już na początku dowiadujemy się, że jest nieuleczalnie chora i jej czas dobiega końca. Leżąc w łóżku oddaje się wspomnieniom. Czasem wspomina przez pryzmat sukien, czasem dawnych służących, inny razem przez mieszkania, które w przeszłości zasiedlała. Dzięki tym wspominkom lepiej ją poznajemy, rozumiemy, trochę tez rozliczamy z ruchów, decyzji. Im dłużej jej towarzyszymy tym większy czuje się smutek. Jej życie jawi się jako pasmo niefortunnych wyborów, braku spełnienia, porażek, które związane były i z pracą zawodową i z małżeństwem i z macierzyństwem.

Refleksyjna podróż przez uczucia, emocje, wspomnienia, które towarzyszyły jej w ostatnich chwilach życia. I ta refleksja przechodzi też na czytelnika: wszystkie pomyślenia o miejscach, przedmiotach, sytuacjach i uczuciach można odnieść do siebie. Oby tylko miało to lepszy skutek niż w przypadku Sabiny.

Bardzo kameralna, cicha opowieść, która dotyka pamięci, próbie analizy własnego życia, umiejscowienia w nim samej siebie: kto był ważniejszy niż ja? Bohaterka dojrzewa do siebie samej, my uparcie jej w tym towarzyszymy. I może właśnie to jest happy end? Mieć świadomość i być pogodzoną? Przeczytajcie. Przeżyjcie. Przemyślcie.

sobota, 5 września 2026

Sylvie Aprile, Maryla Laurent, Elżbieta Łątka-Likh, Monika Salmon-Siama, Janine Ponty - Polki w polu. Nieznana historia polskich chłopek we Francji [recenzja]

 

Przekład: Elżbieta Łątka-Likh

Wydawnictwo Marginesy

Warszawa 2026


Książka opiera się na prawdziwych historiach młodych kobiet, które w latach 30. XX wieku wyjechały z rodzimych wiosek do pracy na francuskich farmach.

Zwykle nie wiedziały dokąd trafią, nie znały języka, rzucone w kompletnie inną od znanej do tej pory rzeczywistość musiały mierzyć się z wyzyskiem, okrutnie ciężką pracą, zwykle ponad siły, przemocą słowną i fizyczną, a także dojmującą samotnością, trudami rozłąki, czasem macierzyństwem na obczyźnie. Bardzo trudne.

Dużą rolę odgrywa w zbiorze Julia Lachowicz-Duval, opiekunka społeczna i inspektorka, która poświęciła się ratowaniu polskich emigrantek pracujących na francuskich polach. Nazywały ją "Kochaną Mamusią" i "Aniołem stróżem". Jej postać zasługuje na oddzielną opowieść: zdobyła prawo jazdy, podróżowała po francuskiej prowincji, by nieść pomoc kobietom, które nie dostawały uposażenia, mierzyły się w przemocą fizyczną (także seksualną). Miała odwagę, by konfrontować się z nieuczciwymi pracodawcami. Wspierała kątem uciekinierki, pomagała zgwałconym, a dzięki zachowanej przez nią korespondencji możemy dziś czytać wybrane fragmenty bardzo poruszających listów, jakie trafiały do niej od pracownic fizycznych. 

Czekając na biografię tej niezwykłej kobiety wracam do kolejnych listów z których płynie skarga, błaganie o pomoc i ratunek w trudnych, czasem okrutnych sytuacjach.


Weronika Kostyrko - Tancerka i Zagłada. Historia Poli Nireńskiej [recenzja]

 

Wydawnictwo Marginesy

Warszawa 2026

Ta opowieść pełna jest rozpaczy i buntu. Niezgody i dociekliwości. Te pierwsze dotyczą bohaterki książki, kolejne zaś Autorki jej biografii. 

Pola Nireńska jest albo niepamiętana, albo pamiętana jako żona Kuriera z Warszawy. A była to niezwykła tancerka, kobieta o wielkim charcie ducha, o ogromnej motywacji do spełnienia własnych marzeń, której największym nieszczęściem było życie w tragicznym momencie historii.

Była "artystką tańca wyzwolonego", interesowała ją emocja, pasja, proces. Była uczennicą samej Mary Wigman w Niemczech, później tańczyła w Londynie, Waszyngtonie. Tańczyła dla polskich żołnierzy na frontach, tańczyła dla warszawskiej publiki chwilę przed II wojną. W czasie Shoah straciła kilkudziesięciu członków rodziny, w tym ukochaną siostrę Frankę. 

Szukanie śladów Poli jest bardzo trudne i wymagało od Kostyrko wielkiej skrupulatności w przeszukiwaniu dokumentów. Bardzo często musiała zadowolić się dociekaniem, bo nie zostało po Poli zbyt wiele. Szukanie śladów Poli łączy z szerokim kontekstem: opisuje działalność Mary Wigman, historię jej szkoły, a także jej wojenne wybory, pisze o ulicach warszawskiej dzielnicy Północnej, o przedwojennych, szaleńczych zupełnie, maratonach tanecznych, gdzie uczestnicy padali z wycieńczenia. Łączy wiele wątków, wiele opowieści, szukając po drodze wskazówek i obrazów związanych z główną bohaterką.

To także mój jedyny zarzut - poboczności i odbieganie od bohaterki, nadawanie szerokiego kontekstu bardzo rozwadnia historię, czuję, że jest mniej ważna, że umyka w powodzi osób, znaczeń, historii.

A jednak bardzo chciałam przeczytać tę opowieść. Z niecierpliwością czekam na sztukę Mai Kleczewskiej o Poli Nireńskiej, w której główną rolę zagra wspaniała i jedyna Agnieszka Przepiórska. 

Yael Van Der Wouden - W dobrych rękach [recenzja]

Przekład: Justyn Hunia

Wydawnictwo Znak

Kraków 2025


Podobało mi się, że cała historia opowiadana jest niespiesznie, z czujnością i skupieniem na geście, tembrze głosu, niedopowiedzeniach. Na złości, tajemnicy i pomrukiwaniach, które wyrażały najczęściej niechęć, ale czasem też dyskrecję. 

Postaci, dość topornie nakreślone, w finale okazały swą marną konstrukcję. To, co pozostawało w sferze domysłów, a może nawet nie istniało w świadomości, nagle objawiło się jako prawda i to zaserwowane w tak trywialny sposób, że cała sympatia dla wcześniejszej fabuły siadła.

Nie chodzi o temat. Nie chodzi o historyczne ujęcie, rzecz w sposobie ujmowania historii. A raczej w jej nieudolnym prowadzeniu. Płaska, naiwna, toporna linia narracyjna zarżnęła opowieść. 

Ku mojemu zdumieniu zalążek historii był bardzo interesujący, choć zmarnotrawiony tym co wyżej, no i jeszcze postaci bez głębi psychologicznej i logicznego rysu psychologicznego. A mogło być tak dobrze: wplecenie w samotność po stracie rodzica własnych pragnień i namiętności. Połączenie historii II wojny światowej z powojenną rzeczywistością Holandii to kolejny bardzo interesujący wątek. I co z tego skoro wpadł w nieforemne słowa, które rozczarowują?

Holandia lat. 60. XX wieku. Około 30-letnia Isabel spotyka się w restauracji ze swoimi dwoma braćmi: Hendrikiem i Louisem. Ten drugi przychodzi ze swoją partnerką, Evą. Od początku czuć napięcie między kobietami, bracia bardziej żartują z nieokrzesania, prostactwa Evy. Louis prosi siostrę, by przyjęła Evą do ich rodzinnego domu na czas jego podróży służbowej. Kobiety zamieszkują razem. Opowieść się toczy. 


niedziela, 16 sierpnia 2026

Wolfgang Hilbig - Pić się chce. Opowiadania [recenzja]

Przekład: Ryszard Wojnakowski

Wydawnictwo Ossolineum

Wrocław 2025


Hilbig jak nikt pisze o samotności, o mierzeniu się z traumą historii, pochodzenia, losów zwykłych ludzi, którym przyszło żyć w kraju z niechlubną przeszłością.

Autor układa swoje historie w przestrzeniach, które same w sobie są odpychające, nieprzytulne, nieludzkie. To tereny fabryk, ruiny zakładów, tereny przemysłowe, ponure, zimne, brudne, opuszczone, tajemnicze. Pośród tych trudnych przestrzeni dzieje się słowo: równie nieprzeniknione, gęste, naznaczone niedomówieniem, ciszą, pauzą. Zdania wolne, długie, namyślone, zatrzymane w czasie. Nastrój niepokoju, niepewności przywodzi na myśl prozę Kafki, często też wracały do mnie porównania z prozą Schulza, a to przez odczuwalną wręcz gęstość powietrza, opisy odczuć, zapachów, faktur i tekstur nastrojów i przestrzeni. Czasem odnajdywałam w jego opowiadaniach mroczny, hipnotyzujący i melancholijny nastrój poezji Poe, gdzie utracony (a może nigdy niedoznany) spokój, dojmujące, choć wolno sączące się cierpienie identyfikują bohatera.

Autor nie opowiada skończonych historii, dokonuje prób przetransponowania doświadczeń na słowa, badając język, pamięć, jej kontury i kształt. Bohaterowie nie są do końca określeni, ich tożsamość jest ledwie zarysowana, szczątkowa. Mamy tylko jej fragment, to w jakim miejscu opowiadania ich spotkaliśmy, bez rysu charakterologicznego. Jakbyśmy obserwowali pasażerów w komunikacji, mamy ich tylko przez czas podróży, nie wiemy o nich nic więcej. 

Hilbig potrafi wprowadzić czytelnika w stan niepokoju, czuwania i napięcia. Zarówno gdy opisuje sytuację miasta, które zamyka się popołudniami, bo wówczas fabryka wytwarzająca komponenty do produkcji środków piorących rozpoczyna produkcję, jak i wtedy gdy podróżny próbujący sforsować drzwi gospody walczy ze strachem jaki budzi w nim i miasto i jego mieszkańcy. Równie mocno odbija się na emocjach czytelnika krótka historia o końcu nocy, która jest ostatnią spokojną, po niej zaś strach i spustoszenie, może nawet śmierć?

Jest też historia o alter ego pisarza, który pracował jako palacz w kotłowni (w opowiadaniu palacz w piekarni). W opowiadaniu staje się właścicielem subterrani, władczej, przerażającej rośliny, która zabierała i oddawała moc i siłę pisarza. W treści tego budzącego grozę utworu pojawia się wiele odniesień do faszyzmu, II wojny światowej, niewyobrażalnie trudnych wyborów, jakie ludzie musieli dokonywać w tamtych czasach. Metaforyczne ujęcie tematu jeszcze mocniej go otwiera przed czytelnikiem, powoduje, że jest bardziej dojmujące, o wyrazistszych barwach.

Niesamowita jest poetyka Hilbiga, jego wrażliwość, wyobraźnia, moc twórczej gorączki. Ten zbiór to przygoda, to magia, a przede wszystkim przepastne horyzonty przebogatej wyobraźni Autora. Polecam.