niedziela, 30 marca 2014

Lauren Weisberger - Portier nosi garnitur od Gabbany [recenzja]

Po lekturze tej książki wiem jedno: od przeczytania jej po raz wtóry, wolałabym prześledzenie książki telefonicznej lub przewertowanie całej ulotki, łącznie ze składem surowcowym, dowolnego leku na zaparcia. Portier... to literacki koszmar. W zasadzie to wcale nie jest powieścią, tylko całą masą reklam różnej maści, poprzetykaną lichutką fabułą, będąca spoiwem dla zachwalania czy wymieniania kolejnych firm produkujących telefony, skutery, ubrania, buty itp.
Nie wiem czy książka ta powstała na fali popularności Diabła ubierającego się u Prady, czy była wymuszona po wielkim komercyjny sukcesie tamtej książki. Na to wygląda. Jest kilka wątków bliźniaczo podobnych. Bystra główna bohaterka, gardząca konsumpcyjnym światem i stylowym życiem, nagle zostaje rzucona w sam środek bogatego celebryckiego życia. Próbując odnaleźć się w nowej rzeczywistości oddala się od przyjaciół, wikła w towarzyskie afery i tym podobne. Ponadto nie ma zielonego pojęcia o modzie, dopiero nowa praca otwiera jej oczy na ten jakże ważki element rzeczywistości. Bryndza.
Ta bohaterka to Bette Robinson, była korporacyjna mrówka, która znajduje zatrudnienie w modnej agencji PR, obsługującej śmietankę towarzyską wszechświata. Staje się wartościową i zauważalną pracownicą, wtedy, gdy brukowce przypinają jej łatkę dziewczyny największego playboya w mieście, Philipa Westona. Nikt nie wierzy, że tej dwójki nic nie łączy, a nasza szara myszka pała romantycznym uczuciem do Sammy'ego, skromnego, romantycznego i ambitnego chłopaka z wielkimi marzeniami. Jak będzie finał każdy wie, a co po drodze, to nieistotne.
Książką wyłącznie dla miłośników autorki, ponieważ pozostali mogą narzekać na wielokrotną nudę, płyciznę, przestoje, niepotrzebne rozpisywanie się, mierne dialogi, chaos, czasem śmieszność.
Jeżeli chcecie poczytać sobie o prawdziwych utracjuszach w wielkim mieście, to śmiało. Powodzenia.

piątek, 28 marca 2014

Marta Mizuro, Robert Ostaszewski - Kogo kocham, kogo lubię [recenzja]

Niech was nie zwiedzie Mroczna Seria, do której przyporządkowano i w której wydano powyższą powieść. Z mrocznością niewiele ma  ona wspólnego. Z kryminałem zresztą też, no chyba, że pomyślimy o pewnej liczbie denatów przewijających się przez jej karty. 
Duet Mizuro/Ostaszewski puszcza nieustające oko do publiczności, wywracając mroczną konwencję do góry nogami.
W Krakowie dochodzi do zabójstwa cichego i skromnego informatyka. Ktoś zostawia przy jego zwłokach chustkę z wyhaftowanym nań słowem, które ma być wskazówką dla śledczych. Gdy niedługo potem dochodzi do kolejnego morderstwa, również naznaczonego haftowanym przekazem, policja nie ma już wątpliwości: oto pojawił się seryjny. Sprawę prowadzi nadkomisarz Gajewski, jakże różny od skacowanych, gburowatych policjantów, jakich na pęczki jest w dzisiejszej literaturze. Ten ma się za eleganta, interesuje się światową modą, z łatwością rozróżnia ekskluzywne perfumy, zna się na trendach, ponadto siedzi pod pantoflem u władczej żony. Korzystając z pomocy ekscentrycznego psychologa i profilera, Wyrwy - Krzyżańskiego, próbuje on odnaleźć sprawcę i zapobiec kolejnym przestępstwom. W śledztwie dzielnie asystują mu też inne barwne postaci: Marek Sroka, gawędziarz i typ kreujący się na prawdziwego (czytaj pewnego siebie kobieciarza) mężczyznę oraz Beata Źrenicka, której powalająca uroda spędza współpracownikom sen z powiek. 
Jest wesoło, język skrzy się dowcipem, kolejne doświadczenia policyjne nabierają lekkości, daleko im do przerażających, krwawych opisów pełnych grozy. 
Trywialność atmosfery, lekkość wypowiedzi powodują, że nikt chyba nie traktuje serio całej intrygi. Czytelnik po prostu podejmuje grę konwencją, nie bacząc na sens i meritum kryminalnej intrygi.
Autorzy bawią się dobrze, tworząc charaktery, środowisko, powiązania, klimat książki w ogóle. Ja nie podjęłam tej gry, nie ubawiłam się wcale. Wolę gdy kryminał budzi grozę, rzadko kiedy trafiają do mnie takie dowcipne dreszczowce. Ostatnim kryminałem z przymrużeniem oka, który mnie rozśmieszył była Mucha Jacka Skowrońskiego. W przypadku Kogo kocham, kogo lubię tylko zmarnowałam czas, ot co.

czwartek, 27 marca 2014

Bogna Ziembicka - Droga do Różan [recenzja]

Spokojna, nastrojowa, trochę sentymentalna powieść dla kobiet. Nie jest to jednak mdłe i bezbarwne czytadło, a to za sprawą głównej bohaterki, która pała irracjonalnym i wielkim uczuciem do nikczemnego i nie wzbudzającego zaufania Krzysztofa. 
Główna bohaterka, dobiegająca trzydziestki Zosia Borucka, wespół z ojcem i ukochaną nianią Zuzanną toczą spokojne życie w Różanach, dawnej siedzibie rodowej, którą po latach udało im się odzyskać. Zosia zajmuje się uprawą ekologicznych warzyw, z pasją pielęgnuje ogród, który jest jej prawdziwym hobby. Życie pośród oddanych domowników, bliskość najlepszej przyjaciółki Marianny, dają Zosi poczucie spełnienia i bezpieczeństwa. Jedyną skazą na tym idyllicznym obrazku są jej preferencje uczuciowe. Od lat zakochana w bezwzględnym biznesmenie Krzysztofie, nie chce dostrzec miłości Eryka, oddanego i wrażliwego przyjaciela, gotowego zrobić dla niej wszystko.
Arkadyjskie krajobrazy pewnego dnia ulegają zniszczeniu, rodzina musi opuścić ukochany dwór, który stanął na skraju bankructwa. Przeprowadzka do Krakowa wymusza na Zosi zmianę postawy, marzeń, stawienie czoła nowej rzeczywistości. Jak ją ukształtuje to wydarzenie i kto jej w tym pomoże?
W zasadzie najciekawszą postacią w powieści nie jest jej główna bohaterka. Dzięki retrospektywom poznajemy burzliwą, niesamowitą przeszłość Zuzanny. Dzięki obrazowym powrotom do początku dwudziestego wieku, a także do późniejszych lat, które zadecydowały o życiu niani, mamy spójny obraz tej doświadczonej i skromnej kobiety. Blado na jej tle wypada z kolei historia Marianny, aczkolwiek każdy kolejny życiorys bohaterek tej książki wypadłby marnie przy wspomnianej Zuzannie.
Odprężająca, spokojna książka, sprawna językowo, pełna odniesień literackich, cytatów, ciekawostek (choćby ze świata flory), pokazująca inteligencję i oczytanie autorki, co niebywale cieszy i wcale nie jest takie oczywiste wśród dzisiejszych twórców.
Polecam jako miłą rozrywkę.

środa, 26 marca 2014

Iza Kuna - Klara [recenzja]

Klara, Wronka, Aleks, Piotr, matka Klary, Klary kot. Do tego xanax czy też inne psychotropy, dużo koniaku czy też innych alkoholi, głód miłości, smutek, poczucie pustki i bezsensu. 
Przez całą książkę lament, złorzeczenia, rozczarowania i zapijanie powyższych. Można się nieźle utrudzić brnąc przez kolejne strony utyskiwań. 
Jeżeli tak wygląda świat czterdziestolatek, to ja już zawczasu zaczynam się martwić...
Dobiegająca tej magicznej daty Klara, główna bohaterka książki, zmaga się z własnymi demonami. Czuje się samotna, choć ma żonatego kochanka Aleksa, czuje się napiętnowana (może to jednak za duże słowo) przez matkę, która bynajmniej nie ukrywa, jak bardzo rozczarowuje ją córka. W zasadzie czuje się beznadziejnie, stąd duże dawki leków antydepresyjnych i jeszcze większe napojów wyskokowych, które wydają się być tu produktem pierwszej potrzeby. Jest też Wronka, równie pogmatwana, pogubiona przyjaciółka Klary, a także Piotr, nieszczęśliwy gej, idealnie pasujący do tego zapijaczonego duetu. Zapomniałabym o kocie, najbystrzejszym, najtrzeźwiej myślącym i najsympatyczniejszym bohaterze opowieści, komentującym wszelkie perypetie dotykające właścicielkę.
Książka nie jest spójną historią. To urywki, kadry z życia bohaterów, niepowiązane, wyrwane z  kontekstu, osobne. Krótkie rozdziały będące natłoczeniem dialogów, rozmyślań, życiowych epizodów. To w zasadzie najmniejszy problem, może nawet zaleta, jedna z niewielu.
Kolejną jest zerwanie ze stereotypem powieści kobiecej. Nie ma sielanki, kalek obyczajowych typu: żyli długo i szczęśliwie, choć droga ku temu była wyboista. Tu mamy szare życie singli, powiązanych dziwnymi zależnościami. Każdy z nich marzy o miłości, a jednocześnie nie ma złudzeń, co do szansy trafienia na kogoś do pokochania. Brutalna współczesność, ot co.
Ta książka nie przypadła mi do serca, nie odkryła Ameryki, nie zaczarowała stylem, nie skradła mi serca fabułą ani konstrukcją postaci. Bałagan kompozycyjny, irytująca hybrydyczność. Pocięta, zmienna struktura, która nadaje tempa, zmienia je, ale nie czyni książki interesującą. Szybko o niej zapomnę, może nawet już to zrobiłam.

wtorek, 25 marca 2014

Maxime Chattam - Requiem otchłani [recenzja]

Jestem w kropce. Po oryginalnej pierwszej części dyptyku (Upiorny zegar), która wprowadziła mnie w fascynujący świat Paryża początku XX wieku, miałam jak najlepsze wrażenia, ale też duże wymagania co do ciągu dalszego.
Czytając Requiem otchłani na początku poczułam rozczarowanie, historia wydała mi się wtórna, fabuła sprawiła wrażenie kalki wcześniejszej powieści. Dopiero finał i całościowe potraktowanie dyptyku zmyło to przeświadczenie, szkoda, że nastąpiło to tak późno.
Po dramatycznych wydarzeniach wieńczących pierwszą część, Guy i Faustine porzucają Paryż, przenosząc się na prowincję, do zamku Elseneur, będącego własnością Maximiliena Hencksa (również znanego z poprzedniej książki). Pośród sielskich wiejskich krajobrazów próbują odzyskać spokój ducha i równowagę po koszmarnych doświadczeniach, które były ich udziałem niespełna cztery miesiące wcześniej. Harmonię przerywa jednak brutalna seria zbrodni, ktoś morduje całe rodziny zamieszkujące pobliską wieś. 
Guy, zafascynowany rodowodem Zła, szybko dołącza do grupy próbującej rozwikłać zagadkę inscenizowanych morderstw, a także, drogą dedukcji (której poświęcono tu wile miejsca), stara się odkryć profil mordercy, a przede wszystkim jego tożsamość. Znów naraża się na niebezpieczeństwo, znów pcha się w paszczę śmierci, igra z losem.
Bardzo brutalne opisy zwłok mogą wstrząsnąć czytelnikiem, sam zresztą pomysł na mordowanie całych rodzin, a następnie układanie ofiar według klucza również przyprawia o dreszcze. Skomplikowane relacje między zbrodniami, odniesienia do doświadczeń z poprzedniej książki, a także związki mordercy ze starożytnym Egiptem, tworzą wielobarwną i niejednoznaczną mieszkankę.
Guy szuka, węszy, wydaje mu się, że jest na właściwym tropie, a jednak na finał autor szykuje pewne zaskoczenie. 
Pierwsza część zrobiła na mnie duże wrażenie, druga mniejsze, być może przez wygórowane oczekiwania, może zmęczenie powtarzalnością pewnych rozwiązań. Mimo to, w wielu warstwach Requiem przynosi solidną porcję dobrej rozrywki, to ja po prostu lubię się czepiać.

poniedziałek, 24 marca 2014

Hanna Cygler - Przyszły niedokonany [recenzja]

Najlepsza w tej książce jest okładka.
Na tym kończą się plusy.
Nie żartuję. 
Nie wiem czym karmiła się, i co piła autorka podczas pisania tej powieści, ale zdecydowanie odradzam ówczesną dietę. Prowadzi do tworzenia dyrdymałów i farmazonów, które skutecznie przysłaniają całkiem znośny debiut.
Hanna Cygler puściła wodze fantazji i zafundowała czytelnikom niezłą konfuzję.
Urocza Zosia śmiertelnie zakochana w Witku, (po ciosach jakie musiała znieść w finale drugiej części) powraca do Gdańska, by tam śmiertelnie zakochać się we Franku i z nim próbować ułożyć sobie życie. Tu otwiera własny interes, który rozrasta się w niebywałym tempie, radzi sobie z groźnymi biznesowymi antagonistami i powoduje, że niemal cały męski świat pada jej do stóp. Coś traci wiarygodność pani Knyszewska. Z każdą kolejną stroną rosło moje zażenowanie, zastanawiałam się czy aby na pewno fabułę tworzyła ta sama autorka, czy może podszył się pod nią jakiś nieudolny, ale pełen fantazji grafoman?
Kondensacja absurdalnych rozwiązań sprawia, że zaczynam zastanawiać się czy to nie prowokacja....
Nie chcę zdradzać poszczególnych wątków, kto przeczyta ten zrozumie o co mi chodzi, choć ostrzegam, że dobrnięcie do końca książki jest nie lada wyzwaniem. 
O ile druga książka była gorsza od debiutu, tak trzecia nie powinna nigdy ujrzeć światła dziennego. Afery, kanty, melodramaty, stracone złudzenia, krótkie romanse, wątki kryminalne, i inne nieprawdopodobne historie. Groch z kapustą, pomieszanie z poplątaniem.
Ech, szkoda czasu na dalsze pisanie o tej książce. Na pociechę zostaje choć okładka.

niedziela, 23 marca 2014

Hanna Cygler - Deklinacja męska/żeńska [recenzja]

Druga część życiowych perypetii Zosi Knyszewskiej, bardziej przypominająca bajkę, aniżeli powieść obyczajową dla kobiet. Nigdzie nie jest powiedziane, że po niezłym debiucie, musi przyjść równie dobra kolejna powieść...
Jeśli zamiarem autorki było urozmaicenie i podkolorowanie losów swojej bohaterki, to zdecydowanie przedobrzyła. Wyszła z tego naiwna opowieść, wystawiająca na ciężką próbę cierpliwość czytelnika. Pośród gąszczu bardzo realnych i prawdopodobnych sytuacji, kryją się oderwane od rzeczywistości elementy, które wywołują głośne zgrzyty.
Mimo to, wciąż z zaciekawieniem śledziłam losy Zosi, lata emigracji, powrót do kraju i próbę ułożenia sobie tutaj zawodowego życia, a także perypetie z Witkiem, który naraz okazał się być miłością jej życia. Jak to się ma do poprzedniej części, gdzie tą miłością był kuzyn Marcin? Wyjątkowo kochliwa okazała się główna bohaterka... Są w relacji kochanków momenty tragiczne, które również nie znajdują u mnie łatwego uzasadnienia i wydają się naciągane na potrzeby podnoszenia napięcia w książce. Czasem zachowania nijak nie przystają do uczuć bohaterów, o których to uczuciach tyle pisze autorka. No nic, w każdym razie warstwa psychologiczna nie dociera do mnie w pełni, czasem wydawała mi się mocno niedopracowana, bohaterowie rozchwiani emocjonalnie, czasem wręcz rozdygotani i odrealnieni.
Powodowana ciekawością co do finału całej historii, szczęśliwie dotarłam do końca, jednak bez wyraźnej satysfakcji.
Co do fabuły. Po tragedii jaka spotkała Zosią w finale pierwszej części tryptyku, ta postanawia znów wyjechać do Londynu, by tam w spokoju przemyśleć i przewartościować swoje życie. Poznaje nowych ludzi, zyskuj uznanie w pracy, a także wciąż tęskni za Witkiem. Kiedy wraca do kraju, spotkanie z nim wydaje się nieuchronne. Próbuje zorganizować sobie pracę, znaleźć miejsce na ziemi. Pomoże jej w tym ukochany mężczyzna, tylko kto nim jest, jak długo potrwa sielanka, co czeka wrażliwą Zosię w dalszym życiu?
Mimo wspomnianych zgrzytów szybko i przyjemnie przebrniecie prze kolejny tom sagi Hanny Cygler, jednak bez zachwytów.