poniedziałek, 9 grudnia 2024

Jadwiga Stańczakowa - Poezje i prozinki [recenzja]

 

Wydawnictwo Marginesy

Warszawa 2024


Nie zrobię z tym nic. Nie chcę. A jednocześnie mam sobie za złe, że patrzę na twórczość Stańczakowej przez pryzmat jej niewidzenia. 

Irytująca jest ta ciągła potrzeba nadawania cech, łatek, szufladkowanie. Tkwiąc w tej (parszywej jednak) sytuacji aż po uszy próbuję dobić do brzegu i znaleźć w Stańczakowej poetkę. Bez dopisku: ociemniałą poetkę. Nijak mi to nie idzie.

Trudne wojenne losy, nieuleczalna choroba, późny debiut. Te trzy określenia najmocniej rezonują ze Stańczakową. Mniej koligacje rodzinne, przyjaźnie i znajomości literackie. Niech wybrzmi sama.

Najbardziej wraca do mnie tematyka utworów: eksplorowanie doświadczenia niewidzenia, próba opisu tej sytuacji i przekazania jej osobom widzącym. Jak zintegrować to co zapamiętane z przeszłości, z tym co doświadczalne teraz. Na ile pamięta się kolor, kształt, twarz? 

Prozinki są inne, upiększone dowcipem, czasem lekkością, a to dobre, gdy rzecz dotyczy codzienności, tak zwyczajnej przecież. Dają też możliwość poznania Poetki, obcowania z jej problemami, wyborami, rzeczywistością. Interesujące doznanie.

"Marginesy" wydały tę książkę bardzo starannie, za co należą się wydawnictwu same pochwały. I znów wrażenie wizualne, i znów wracam do pryzmatu widzenia.

Małgorzata Lebda - Łakome [recenzja]

 

Wydawnictwo: Znak

Kraków 2023


Na okładce: Amon Carter Museum of American Art, Fort Worth, Texas. 

Na początku dedykacja: "Utracie. I jeszcze - ptakom".

Obydwa te komponenty całości bardzo do mnie przemawiają, dając Autorce duży kredyt zaufania już na początku. A jeszcze mój ulubiony pisarz, Wit Szostak poleca, by powieść tę czytać w skupieniu i docenia pracę Lebdy. 

I chwilę potem przychodzi pierwsze rozczarowanie: "Wiesz, zawsze chciałam być suką tej wsi, mieć cały Maj na własność". Dalej jest kontekst, który wcale nie tłumaczy skonfundowania jakie wywołuje to przytaczane wyżej zdanie.

Nie znajduję drogi do bohaterów tej opowieści, nie ufam językowi, który wydaje się być tak usilny, że aż rozczarowujący. Fabuła, rys (powiedzmy) charakterologiczny postaci, wszystko to niknie w formie. W sposobie (nie)radzenia sobie z językiem. Powtórzenia, kluczenie w kółko, dość płytkie jednak postaci rujnują kredyt zaufania zasugerowany w początkowej części mego listu. Miałkość w jaką ubrała Autorka tak trudny i tak dojmujący temat jakim jest odchodzenie i śmierć zdumiewa. Mając tak duży kapitał: zarówno w sensie konceptu, jak i tematu, aż szkoda, że został on tak mocno uproszczony. 

Poetycki rodowód Autorki jest tutaj tylko przeszkodą. Sposób prowadzenia, komponowania jej prozy trywializuje poezję. Czy ta narracyjna próba miała być krokiem dalej? Pewnie tak. Dla mnie okazała się jednak wydmuszką, która operując, w gruncie rzeczy, banałem (w sensie możliwości językowych) obnaża powierzchowność i niemrawość tej próby literackiej poruszania się w innym niż poezja gatunku.





sobota, 7 grudnia 2024

Bartosz Sadulski - Szesnaście na Bourbon [recenzja]

 

Wydawnictwo Literackie 

Kraków 2024


Miałam duże obawy. Jak czytać Sadulskiego po "Rzeszocie". Oczekiwania to parszywa sprawa. Działając deprecjonująco i rozczarowująco w większości przypadków.

Mocno doceniam brawurę Autora - to jak wybiórczo podchodzi o historii, jak sobie z nią radzi, jak ją interpretuje. Świetnie łączy fakty historyczne z własnymi wizjami i pomysłami fabularnymi. Dobra robota.

Mam pewne wątpliwości co do szkatułkowej formy książki. Nie uważam, by zabieg ten szczególnie przysłużył się książce. Szesnaście kobiet, tak wiele historii, opowieści, biografii to zbyt wiele. Zbyt wiele głosów, biografii, męczliwość rośnie. Jest nudno, pojawiają się mielizny, nie ma spójnej, przemyślanej opowieści. Trudno to wytrzymać, przetrzymać początek tłumu bohaterów wprowadzonych do opowieści. Niektóre historie są z założenia zabawne (patrz: groszek), ale jest to tak przedobrzone, oko puszczane do publiczności jest mocne, że aż męczy.

Autor pastiszuje, szarżuje, daje tu wiele z tradycji klasycznej literatury dygresyjnej, czasem przygodowej, zamieszcza wiele parodii. Dobrze bawi się pisząc tę opowieść. Obawiam się jednak, że zabrakło już miejsca do zabawy dla czytelników.

Jest też mocno widoczna zabawa historią, która biegnie tak jak się to Autorowi podoba, szarżuje tym elementem, zmienia go, miksuje fakty i mity, pokazując też, że historyczny punkt wyjścia jest tylko osnową wokół której dzieje się cała ta zakręcona opowieść.

Jest humor, jest satyra, nawiązanie do tradycji powieści spod znaku płaszcza i szpady. Tyle tego, że aż zbyt wiele. Autor pokazuje swoje oczytanie, wiedzę, ale to wciąż za mało, by przekonać czytelnika. Za dużo wszystkiego. 

Powieść opowiada o 16 kobietach wywiezionych z Paryża do kolonii francuskiej na wyspę Bourbon. Mają tam wyjść za mąż za dzielnych kolonistów i przysłużyć się w ten tragiczny sposób chwale Francji. Każda z tych kobiet to osobna historia, tajemnica, dla niektórych ta podróż to szansa, a nie zagrożenie. Co kryją, kim są? Jaka będzie ich przyszłość?





Grzegorz Bogdał - Idzie tu wielki chłopak [recenzja]

 

Wydawnictwo Czarne

Wołowiec 2023


Niełatwe było dla mnie czytanie tego zbioru. Długo i mozolnie brnęłam przez kolejne strony. Nie mogłam złapać tego świata, tych historii, nie były mi specjalnie bliskie, nie udawało się z nimi identyfikować.

W związku z powyższym idę po najmniejszej linii oporu i szufladkuję książkę do literatury traktującej o zwyczajności życia, które w wydaniu bohaterów jest ściśle związane z kryzysem męskości. Każdy jeden "wielki chłopak" jest w silnym lub silniejszym impasie, mierzy się z przeszłością lub teraźniejszością, bojąc się myśleć o przyszłości. Każdy tak ma, ale bohaterowie Bogdała bardziej. Bardzo wiele tutaj opłotków, detali, które mają zwrócić czytelniczą uwagę na to co kryje się między słowami. Popłoch, czasem histeria, przegrywanie każdej relacji (od czysto społecznych po zawodowe) nie budują im ekipy sympatyków czy fanów, ale też nie tworzą wrogów. Raczej zwracają uwagę na stan ogólny społeczeństwa, walki z męskim przekleństwem dorównania oczekiwaniom i stereotypicznym i archetypicznym okazom chłopaka. Chyba z przymusu dziejowego: wielkiego.

A i ten, który nie ukrywa, że mu życie się nie składa, jak i ten kryjący się w cieniu własnych fasadowych kłamstw są spragnieni akceptacji, w jak najbardziej organicznej formie. 


sobota, 30 listopada 2024

Piotr Paziński - Przebierańcy w nicości [recenzja]

 

Wydawnictwo Nisza

Warszawa 2023

Zachwycam się twórczością Piotra Pazińskiego. Czy to wykład, czy esej - każde forma jest wielką intelektualną przygodą, przyjemnością wymieszaną podziwem dla konceptu, intelektu i dowcipu. Powtarzam często, że to ostatni w świecie inteligent i coraz częściej przekonuję się, że może to być prawda. Jeszcze raz podkreślę, że obcowanie z przemyśleniami, refleksjami jest wyróżnieniem i swoistą nagrodą.

Tak jest także w przypadku "Przebierańców w nicości". Opowieść o malarstwie Witolda Wojtkiewicza, wzbogacona o przedruki płócien jest dobrą okazją do poznania twórczości tego zapomnianego dość artysty. Wnikliwość i czułość z jaką Paziński analizuje poszczególne płótna są balsamem na duszę i pokarmem dla niej. Uważność na detal, skupienie na fragmentach, kontekstach, włączanie szerszego pola odbioru, korespondencje sztuk, nawiązania literackie, ach, czegóż tam nie ma!

Rozszerzenia motywów, analizowanie ich powoduje, że czytelnik nie tylko zaczyna odnosić je do siebie, ale także wnikać w świat przedstawiony w malarstwie Wojtkiewicza. Odczuwa niepokój, siłę przekazu, skupia na kolorystyce i kompozycji, wprowadzająć w głębię znaczeń. Uczta.

Moja obawa jest uzasadniona i nie na miejscu. Chodzi o krąg odbiorców. Będzie wąski, hermetyczny. Dla tych, którzy z niepokojem spojrzą w opowieść o człowieku i jego kondycji.

František Šmehlík - Usłyszeć śpiew jeleni [recenzja]

 

Przekład: Anna Radwan-Żbikowska

Wydawnictwo Afera

Wrocław 2024


Jak ja chciałam przeczytać tę książkę!

Nastrój, koloryt momentami wciągają i są dużo bardziej interesujące niż sama intryga kryminalna. Do tego czeska prowincja gdzieś w zapomnianych wioskach Beskidu Śląsko-Morawskiego. 

Brzmi dobrze. I, choć początek jest bardzo zachęcający, codzienność policjantów także interesuje, to z każdą kolejną stroną robi się coraz bardziej męcząco?

Dlaczego? Mamy opowieść sześciu zaangażowanych w sprawę policjantów, co znacznie utrudnia możliwości percepcyjne (moje). Dodajmy do tego ich historie prywatne, przeplatające codzienność śledztwa, a otrzymujemy niezły galimatias, pełen kolejnych personaliów, co tylko oddala intrygę kryminalną i, przez mnożenie wątków i bohaterów wywołuje zmęczenie.

Jeśli zaś idzie o samo morderstwo to jest nieznośne i marnie wytłumaczone. Finał powoduje, że nie wierzę w motywacje i działania mordercy, a już dodawanie kolejnych atrybutów do jego dzieła finalnego jest rozczarowujące. Galeria mieszkańców wioski, dość skomplikowana (od tzw. wiejskiego głupka, po uznanego architekta, muzyka, a także wykluczonego i, a jakże, tajemniczego Roma).

Na rykowisku zostają znalezione okaleczone zwłoki młodej kobiety. Policjanci prowadząc śledztwo trafiają do każdej wiejskiej zagrody, poznając ich mieszkańców. Ten właśnie komponent wzbudził moje zainteresowanie - pochylenie się nad codziennością i trybem życia zwykłych mieszkańców małych czeskich wiosek.

Całokształt męczący i przekombinowany, ale są tam elementy warte uwagi. Mimo wszystko.


Cezary Łazarewicz - Sprawa Stanisława Pyjasa [recenzja]


Wydawnictwo Czytelnik

Warszawa 2023

Podziwiam wnikliwość i dociekliwość Autora. Zarówno w "Koronkowej robocie. Sprawa Gorgonowej", jak i w "Żeby nie było śladów" czy "Siedmiu piętrach luksusu" dał wyraz powyższym. Rzetelność, sumienność i, niewątpliwie, czas poświęcony dokumentom, aktom i archiwaliom dają staranny obraz sytuacji. Czasem jednak jest on inny od zakładanego. Czasem burzy mit. 

Tak jak tutaj.

Stanisław Pyjas. Student polonistyki, działacz opozycyjny ginie w tajemniczych okolicznościach. Jego ciało, z licznymi obrażeniami, znaleziono na parterze krakowskiej kamienicy przy Szewskiej. Bardzo szybko jego śmierć zostaje przyporządkowana Służbie Bezpieczeństwa. Uznano, że został pobity przez jej funkcjonariuszy. 

Łazarewicz skrupulatnie i boleśnie odtwarza jak buduje się mit  męczeńskiej śmierci Pyjasa. Spisuje i odtwarza zeznania świadków, opinie kolegów. Władze sugerowały upadek z wysokości pijanego studenta, opinia publiczna, sugerując się tezami płynącymi z opozycji, skłaniała się ku morderstwu. Mit narastał. Późniejsze śledztwa również nie wykazywały prawdy. Dopiero lata dwutysięczne przyniosły ważną ekspertyzę medyczną, która wykazała złamanie kości udowej, świadczącej o upadku z dużej wysokości. Została ona odrzucona przez najbliższych Pyjasa. 

Z jednej strony mamy informacje poświadczające wypadek, z drugiej powstają tablice upamiętniające życie i śmierć studenta. Rozdźwięk robi się coraz większy. Również dla współczesnego czytelnika, który dostaje skondensowaną, przyspieszoną wersję tego, co działo się przez lata. Nie ma morderstwa. Zagadka rozwiązana. Kres mitu. 

Ale to nadal nie wszystko. Między śledztwem, historią i zagadką chowa się także opowieść o przyjaźni Pyjasa, Wildsteina i Maleszki. Tak tragiczna, że od razu budzi antyczne skojarzenia - śmierć, zdrada, na scenie trzech aktorów, obecność równorzędnych narracji, konflikt tragiczny. 

Łazarewicz jest mistrzem opowieści, stopniowania napięcia. Jest absolutnym mistrzem. Inteligentnym i empatycznym.