piątek, 31 października 2014

Sarah - Kate Lynch - Za oknem cukierni [recenzja]

Lektura tej książki kończy się kompletnym smutkiem, spowodowanym brakiem talentu u autorki. O niemal fizyczny ból przyprawia poznawanie kolejnych miałkich, bezbarwnych, pozbawionych polotu i pomysłu perypetii głównej bohaterki. Czasem zastanawiałam się czy Lynch jest egzaltowaną nastolatką, czasem wydawało mi się, że kolejne strony powstają na siłę. W efekcie wydaje się, że książka telefoniczna jest dużo ciekawsza niż Za oknem cukierni.
Nijakie pióro to tylko wierzchołek góry lodowej. Kompletny brak zrozumienia ludzkiej psychiki, banalne, pozbawione logiki poczynania bohaterów, nieumiejętność wykorzystania potencjału tkwiącego w krajobrazie i scenerii, stanowią najbardziej rozpaczliwe sygnały świadczące o braku talentu.
Co do fabuły:Mieszkanka Nowego Jorku,  Lily Turner odkrywa, że mąż ma romans. Przypadkiem znajduje w jego bucie do gry w golfa (co za banał!) zdjęcie ciemnowłosej kobiety i dwójki dzieci. Składając kolejne części układanki lokalizuje drugie życie małżonka w Europie, a konkretnie we Włoszech.
W przypływie odwagi kupuje bilet, rezerwuje hotel i rusza w ślad za niewiernym. Trafia do miasteczka Montevedova, gdzie czeka ją wiele zaskoczeń.
Na resztę spuszczam zasłonę milczenia, ta książka absolutnie nie zasługuje na więcej uwagi.

poniedziałek, 27 października 2014

Martin Pollack - Po Galicji [recenzja]

Uczta czytelnicza! Sugestywna, czasem reporterska, czasem poetycka podróż po krainie, której już nie ma. 
I tu następuje miejsce na dygresję.
Momentami bywa tak, że tęsknię za poprzednimi epokami i żałuję, że nie przyszło mi żyć w XVII wieku (występującym u mnie zamiennie z fin de siècle'm). Wyobrażenie tamtych czasów, obyczajów, historii, panujących zasad oraz zupełnie innym niż dziś świat uruchamia wyobraźnię i marzenia. Wzdychając w skrytości do czasów Wittelsbachów, czy też do dusznych kawiarni pełnych artystycznej cyganerii, myślę sobie o Martinie Pollacku, który tą książką przeniósł się do XIX wiecznej Galicji, na czas lektury wskrzesił ją znów do życia, pisząc ten zbiór wrócił do opisywanych czasów, był ich uczestnikiem. Koniec dygresji.
Przekopując się przez przepastne austriackie archiwa odnajdywał pocztówki z Pokucia, lokalne gazety z rejonów Czerniowic, Drohobycza czy Stanisławowa. Czytając ówczesne aktualności odtwarzał atmosferę miasteczek, nastroje społeczne, opisywał wiodące profesje, zwyczajne dni, troski tamtejszych ludzi. Bez ubarwień i optymistycznych naleciałości, z reporterską wnikliwością przemierza zabłocone rynki miast, odwiedza biednych Żydów pracujących w fabrykach zapałek, czy też zagląda na targ, gdzie biedacy handlują starzyzną, Hucułowie przybywają z owcami i bydłem, pomniejsi gospodarze kupują grzebienie dla narzeczonych.
Ta wschodnia rubież CK Monarchii była zapadłą, dość zapomnianą i biedną prowincją, posiadającą jednak duże aspiracje, stąd w miastach pyszniły się dworce kolejowe, a w kawiarniach abonowano dziesiątki pism,  Wielkim bogactwem tamtych czasów była wieloetniczność, wielonarodowość mieszkańców: Żydzi zarówno postępowi, jak i malowniczy tradycjonaliści chasydzi, Rusini, Niemcy, Hucułowie, Polacy, Potrafili koegzystować na jednej ziemi, potrafili być sąsiadami, nie szkodząc sobie nawzajem.
Opisy codziennych zmagań, wnioski dotyczące zawirowań gospodarczych (złote czasy wydobywcze - w rejonie Drohobycza pozyskiwano ropę, był to też czas budowania tras kolejowych), a także wypisy z sytuacji społecznych, dają spójny i wielobarwny obraz tej właśnie prowincji.
Wielką przyjemnością było czytanie pośród zapisków autora fragmentów Sklepów cynamonowych, które odnosił Polack do topografii miasta.
Osobną przyjemnością jest poznawanie artykułów z lokalnych pism, które na bieżąco relacjonowały zdarzenia z okolicy. Najbardziej jaskrawy przykład doniesienia z życia codziennego (który to przemienił się w tym wypadku w literacki felieton) to artykuł z Czernowitzer Allgemeine Zeitung, zatytułowany Samobójstwo w wannie.  Ten fragment zdecydowanie zrobi wrażenie na czytelniku!
Gdy skończyłam dziś czytać tę książkę poczułam zawód, że to już, że kończy się poznawanie przywołanej przez Pollacka krainy. Choć brudna, biedna, prowincjonalna, to jednak fascynująca, momentami egzotyczna, a na pewno pełna życia była wschodnia Galicja.
Ta lektura była dla mnie wielką przyjemnością!

niedziela, 26 października 2014

Mariusz Zielke - Twardzielka [recenzja]

Twardzielka to szybka książka, przede wszystkim za względu na tempo akcji, ale także dzięki dialogom, które zdominowały budowę powieści.
Bez zbędnego wnikania w sferę przemyśleń, bez poświęcania wielu stron motywacjom bohaterów, tworzy autor szemrany świat, a raczej półświatek aspirujących modelek.
Pięć z nich zostaje znalezionych martwych, jedna uznana została za zaginioną. Bezradna policja współpracując z ABW sięga po asa w rękawie, przywraca do służby zagadkową funkcjonariuszkę Marikę. Do tej pory przebywała ona w zakładzie psychiatrycznym, gdzie znalazła się po pewnym traumatycznym wydarzeniu, ale o tym sza!
Działając incognito ma ona przeniknąć do środowiska ludzi współpracujących z modelkami i odkryć mordercę.
Tropy prowadzą do kręgu celebrytów, ludzi z pierwszych stron gazet, prominentnych polityków, sprawa się gmatwa, pojawiają się naciski z góry. Czas nagli, Marika musi zmierzyć się ze swoją przeszłością, odnaleźć się w nowym środowisku i wyjść z misji zwycięsko, tylko czy jej się to uda?
Pomysł na powieść nie do końca wpasowuje się w krąg moich zainteresowań, wydaje mi się, że jest on nośny, modny, ale potraktowany powierzchownie. Postaci i intryga są dość pobieżne.
Wnikliwy czytelnik dopatrzy się wśród niektórych wzmiankowanych postaci osób z prawdziwego świat szołbiznesu. Spojrzenie na ów świat z pierwszych stron gazet obnaża jego miałkość i zbędność, budząc mieszane uczucia. Gdyby autor poszedł krok dalej i podał większą porcję szczegółów dotyczących celebrytów, miałby szansę na kilka głośnych procesów sądowych...
Czuję niedosyt, mam wrażenie, że powieść jest bardziej szkicem niż skończoną pogłębioną historią, jednocześnie skłaniam się ku zaakceptowaniu powieści jako autorskiego konceptu na podsumowanie polskiego szołbizu. Poza tym (do licha!), książka ta jest kryminałem, więc jednak chowam moje wygórowane wymagania do kieszeni, w końcu w tym gatunku chodzi o emocje, strach, ekscytacje, a ja tu wymyślam jakieś pseudo mądrości, oczekując rozprawy filozoficznej. Też się wygłupiłam.
Chcesz lekkiej rozrywki - czytaj Twardzielkę. Tyle.


Za egzemplarz książki dziękuję wydawnictwu:





sobota, 25 października 2014

Patrick Modiano, Jean - Jacques Sempé - Katarzynka [recenzja]

Gdyby nie Nobel pewnie wcale nie trafiłabym na twórczość Modiano. Powodowana ciekawością złapałam pierwszą lepszą jego książkę. Traf chciał, że była to Katarzynka, rekomendowana jako opowieść dla dzieci.
Wskazanie na literaturę dziecięcą jest dla mnie nietrafione - zdecydowanie większy pożytek z tej książki będą mieli dorośli.
Mamy oto dojrzałą Katarzynę Certitude, tancerkę, mieszkankę Nowego Jorku, która stojąc w oknie, nie tylko obserwuje zajęcia w swojej szkole tańca, ale przede wszystkim wspomina dzieciństwo, które spędziła w X dzielnicy Paryża. Mieszkała tam z ojcem, niezwykłym, oddanym jej okularnikiem. Chodziła na lekcje tańca do kobiety przedstawiającej się rosyjskim imieniem i nazwiskiem, wiele czasu spędzała w dziwnej i niedopowiedzianej firmie ojca, gdzie obserwowała jego rytuały, a także miała do czynienia nudnym i zadufanym w sobie wspólnikiem rodziciela.
Wszystkie wspomnienia widziane są w perspektywy dziecka, które niewiele rozumie, do wielu rzeczy przykłada dużą, czasem zupełnie niepotrzebna uwagę, niektóre sprawy odrealnia. Kasia, podobnie jak jej ojciec nosiła silne okulary. Za każdym razem gdy je zdejmowała świat się zmieniał, zacierały się kontury, granice, potęgowała się tajemniczość i niezwykłość otoczenia.
Mgliste, oniryczne wspomnienia z dzieciństwa dają nam pewien obraz rzeczywistości w jakiej przyszło dorastać dziewczynce. Zagadkowy wyjazd matki za ocean mocno wiąże się z przygodami ojca, które przecież ani razu nie zostały tu nazwane po imieniu. Jego dziwna praca, docinki wspólnika, sugerujące wychodzenie poza prawo oraz szereg niejasnych transakcji, które przetaczają się przez fabułę, są pewną zagadką nie tylko dla dziewczynki.
Relacja ojciec - córka jawi się jako niemal idealny układ: pełen zrozumienia, wspólnych pasji, porozumiewania się tym samym językiem, oddaniem i prawdziwą przyjaźnią.
Krótka opowieść napisana niedomówieniami, ciszą, półsłówkami. Do tego piękne ilustracje Sempégo, które znakomicie dopełniają całości.
Tak naprawdę doceniłam tę książkę dopiero teraz, gdy o niej piszę. W trakcie lektury wcale mnie nie porwała. Po napisaniu tych słów zmieniam zdanie, Katarzynka to urocza historia warta poznania.
Raczej dla dorosłych niż dla dzieci.

piątek, 24 października 2014

John Sweeney - Korea Północna. Tajna misja w kraju wielkiego blefu [recenzja]

Krok na jaki odważył się Sweeney był nie tyle odważny, co wręcz szalony. Ten dziennikarz BBC podając się za brytyjskiego profesora, wyruszył wraz ze studentami (wtajemniczonymi zresztą w jego sekretną misję) do Korei Północnej, gdzie wciąż istnieje kult jednostki, za zdradę karze się do trzeciego pokolenia, gdzie funkcjonują inminbany (odpowiadający za polerowanie pomników i portretów Kima Pierwszego i Drugiego).
Choć ta zagraniczna delegacja wciąż przebywała w miejscach ściśle pokazowych, i tych specjalnego przeznaczenia (tj. dla gości zagranicznych), to jednak ubóstwo i niedola mieszkańców wyzierają co krok, czy to w pustej fabryce, czy przy lokalnej drodze.
Reportaż z podróży, choć wiodący, ustępuje momentami miejsca rozważaniom porównującym koreańską dyktaturę z innymi znanymi z historii. Odsłania on przed czytelnikiem właściwości i specyfikę rządów Kimów, ciągłe i systematyczne pranie mózgów, jakim poddawani są obywatele, którzy w swej bezradności i zniewoleniu, co krok okazują miłość władcy. Zresztą cała nasza brytyjska wycieczka wielokrotnie w ciągu dnia musiała bić pokłony przed kolejnymi wizerunkami wodzów.
Sweeney próbuje diagnozować społeczeństwo, politykę, stan rzeczy. Kolejne jednostkowe przykłady uciśnienia budzą grozę i współczucie, a także westchnienie ulgi, że nam (na razie) nie przyszło zmagać się z totalitaryzmem.
Wyjątkowo poruszające są informacje o obozach koncentracyjnych, które wciąż tam występują, o głodzie i jego ofiarach, torturach, licznych straceniach, szykanach. Nie są to bynajmniej stare informacje - podróż ta miała miejsce w ubiegłym roku - tym groźniej brzmią wszystkie informacje zawarte w książce.
Druty kolczaste, brak internetu, brak możliwości kontaktów telefonicznych poza Koreą brzmią przy najbardziej dramatycznych przykładach szykan jak fraszka.
To ważna książka, która rozprasza obojętność, bije na alarm, pozbawia beztroski. Trudno w to uwierzyć, ale w XXI wieku wciąż istnieje ustrój w którym karze się za indywidualizm i nieszablonowość. Lektura konieczna.


Za egzemplarz książki dziękuję wydawnictwu:






czwartek, 23 października 2014

Marek Orzechowski - Holandia. Presja depresji [recenzja]

Bardzo cenię serię Spectrum. W ciemno sięgam po książki w niej wydawane. Zazwyczaj nie przysparzają mi one rozczarowań.
Książka Orzechowskiego urzekła mnie osobistą historią autora, który tłumaczy początki swej fascynacji Holandią. Jako dziecko obserwował pasję dziadka, który parał się zbieraniem znaczków. Gdy razu pewnego otrzymał on markę  z wizerunkiem niderlandzkiej królowej, był ukontentowany, wnuk zaś zaintrygowany i głodny wiedzy na temat miejsca, które wzbudza w dziadku tak silne emocje.
Takie były początki, które doprowadziły autora do wielkiej fascynacji ojczyzną Rembrandta, van Gogha, Vermeera czy znakomitego Huizingi.
Rozczula i urzeka sposób opowieści. Pełen zachwytów, oddania, entuzjazmu. Doskonale rozumiem autora - gdybym potrafiła, sama napisałabym w taki sposób o moim ukochanym Izraelu.
Sprawnie podane informacje historyczne miesza Orzechowski ze współczesnością, z opowieścią o tym jak warunki naturalne, polityczne i społeczne ukształtowały Holendrów, jak nadały im charakteru, naznaczyły pracowitością i wielką radością życia.
Wytrwałość, upór, skąpstwo, nieustępliwość, niedostępność, ale też szacunek wobec cudzych postaw, zasad, przekonań, są najważniejszymi zwrotami określającymi Holendrów.
W przystępny i ciekawy sposób autor tłumaczy te poszczególne cechy, dodaje też wiele ciekawostek dotyczących religii, historii, czy choćby... rodziny panującej.
Jego postawa wielkiego miłośnika Niderlandów daje komfort czytania, a także budzi sympatię i zainteresowanie.
Każdy kto do tej pory kojarzył Holandię z wiatrakami, drewnianymi chodakami, polami tulipanów czy z legalnym paleniem marihuany w coffee shopach, poszerzy swą tuzinkową wiedzę o interesujące, najważniejsze, atrakcyjnie podane niuanse.
Ten przewodnik to po trosze hołd dla ziemi, która całe wieki walczyła o to, by utrzymać się na powierzchni. W końcu podtytuł Presja depresji ma duże znacznie - bo przecież morzu wydarła ziemię, a  dzięki osuszaniu, tamom, groblom i kanałom Holandia wciąż utrzymuje się na powierzchni.
Przewodnik pełen dobrej energii, dla dociekliwych podróżników i spragnionych wiedzy czytelników.


Za egzemplarz książki dziękuję wydawnictwu:






środa, 22 października 2014

Lidia Ostałowska - Farby wodne [recenzja]

Lektura tej książki przypomina emocjonalny survival. Dotyka bardzo ważkich, a przy tym niewygodnych tematów, które zawsze już będą powodem do zgryzoty i wstydu. Dla nas wszystkich.
Choć motywem przewodnim jest historia Diny Gottlibovej, czeskiej Żydówki, która w 1943 roku trafiła do Auschwitz, to sam zbiór w równej mierze dotyka problemu Romów w Birkenau. Porusza drażliwą kwestię pamięci, świadomości potomnych, a także losy tych, którzy przeżyli i upominali się o własne prawa, o pamięć, o zadośćuczynienie,
Dina Gottlibova w obozie koncentracyjnym tworzyła szkice i portrety dla doktora Mengele. Rysowała małżowiny uszne, nosy, oczy, portretowała więźniów. Stworzyła też kilkanaście poruszających akwareli przedstawiających Romów. Po latach stały się one przedmiotem sporu między autorką i muzeum w Oświęcimiu, które nie chciało oddać ich malarce, sugerując, że stały się one częścią dziedzictwa narodowego. Kto tak naprawdę jest ich właścicielem? Trudno ocenić. Czy dziełem sztuki jest praca tworzona pod przymusem? Stąd pytanie o prawa autorskie Diny. Czy może właścicielami są Romowie, jako portretowana społeczność? A może sam Mengele, który zlecił wykonanie powyższych. Bardzo trudne te pytania, w zasadzie muszą pozostać bez odpowiedzi, bo takowej nie ma.
Koszmar obozowej rzeczywistości, farby, które dawały szansę na przeżycie, pogardzana i spychana na margines społeczność romska są głównymi punktami tej opowieści.
Autorka przypomina, że Auschwitz to nie tylko miliony pomordowanych Żydów, czy Polaków, ale także Romowie. 
Choć główne tematy wciąż przeplatają się w tej historii, dostarczając wciąż nowych faktów, to jest tu też miejsce na inne dzieje jednostek, jak na przykład opowieść o rodzicie kolejarskiej Krczów). 
W książce aż gęsto jest od niuansów, historii, epizodów. Wszystko to można jednak spamiętać, uporządkować w głowie.
Długi czas nie da się jednak z tymi historiami pogodzić, przejść nad nimi do porządku dziennego. Tak trudno uwierzyć w tamto piekło, w ten koszmarny odwrót d humanizmu, w zdziczenie obyczajów i brak poszanowania dla ludzkiego życia.
Czytajcie ku pamięci, w hołdzie, ku przestrodze.