czwartek, 28 lutego 2019

Joanna Kuciel-Frydryszak - Służące do wszystkiego [recenzja]

Wydawnictwo Marginesy
Warszawa 2018

Poruszająca, wciągająca, zachwycająca. Serio.
Mam słabość do twórczości autorki po świetnej biografii Kazimiery Iłłakowiczówny. "Służące..." potwierdzają talent autorki oraz jej niezwykłą dbałość o szczegół i staranność w docieraniu do źródeł.
Wieloaspektowość, wielowątkowość zbioru rzuca światło na mnogość problemów z jakimi musiały się borykać dziewczyny usługujące chlebodawcom, od wymogów zdrowotnych ("bez wad organicznych") po gospodarność, talent kulinarny czy czystość i schludność.   
Autorka przeprowadza czytelnika przez prasowe ogłoszenia (a to gratka!), wyjątkowe fotografie służby, wyrywki z podręcznika Michaliny Ulanickiej "Poradnik służby domowej".
Tak wiele tematów chce dosięgnąć, tak wiele strun poruszyć: wykorzystywanie seksualne służących przez pracodawców (jest i nawiązanie do Zapolskiej), oszustwa matrymonialne, bałamuctwa sprytnych szajek mające na celu zdobycie zaufania pracownicy, celem okradzenia jej pracodawców. Jest kronika kryminalna, zbrodnie w afekcie, ale też cała posępna karta historii traktująca o marnym traktowaniu, jakiemu ulegają służące.
Są marnie opłacane, często bez prawa do wolnych popołudni, wciąż sprawdzana jest ich uczciwość, wzgardzone przez panie, które wytykają błędy w sprzątaniu czy gotowaniu, bez własnego kąta (leżysko w kuchni, brak miejsca na własne rzeczy) czy elementarnego prawa do szacunku.
Autorka brnie przez zachowane dokumenty, listy do redakcji czasopism kobiecych, wspomnienia, zachowane książeczki pracy, by poznać historię kobiet, których nikt już nie pamięta.
Są, rzecz jasna, chwalebne wyjątki: służąca Sienkiewicza (pani Maria Luty), która strzegła dorobku i majątku, nawet w bardzo trudnych wojennych czasach. Służąca Gombrowicza, pani Aniela Brzozowska, której "Ferdydurke" zawdzięcza słynną "koniec i bombę", czyli pracowniczki cenione. Podobnie było z Katarzyną Habas, służącą Marusieńskich, która spoczęła w rodzinnych grobie pracodawców, czy też zażyłością i przywiązaniem jakie łączyły służące Iłłakowiczówny (Grabosia) czy Nałkowskiej (Genia).
To jednak jedynie wyjątki. Znakomita większość to opowieść o braku szacunku, wydaleniu z domu, gdy służąca przestawała (ze względu na wiek) radzić sobie z pracą (o ile wytrzymała tyle w domu państwa).
Osobny, bardzo tragiczny rozdział to opowieść o matkach służących, które oddały swoje dzieci na wychowanie gdzieś na wieś, do ludzi, a swoje comiesięczne pobory przekazywały na ich utrzymanie. Historie takich rozwiązań najczęściej również kończą się tragicznie.
Jakby całe życie służących mało jeszcze je doświadczało...
Autorka stroni od ocen, podaje fakty, przytacza materiały źródłowe, powołuje się na wspomnienia i pamiętniki ludzi mniej lub bardziej znanych. Chce obejrzeć temat z jak największej ilości stron, wymiarów, perspektyw, by prawdziwie oddać cześć zapomnianym kobietom, jak mówi motto do książki.

piątek, 22 lutego 2019

Barbara Klicka - Zdrój [recenzja]

Wydawnictwo W.A.B.
Warszawa 2019

Niezwykłe jak skrajne emocje budzi "Zdrój". Od zachwytów po rozczarowanie i znudzenie. Byłam ciekawa w której grupie się uplasuję, słuchając tak granicznych osądów.
Rozstrzygnięcie przyszło już po kilku pierwszych stronach. Bardzo przypadła mi do gustu literacka kreacja jaką proponuje autorka.
Stylizacja, humor, dystans do opisywanych sytuacji i postaci działają na korzyść powieści.
Pośród opasłych tomiszczy i rozpasanych interlinii pompujących kolejne strony dialogowe we współczesnych powieściach, debiut Klickiej jest jak krótki przerywnik między kolejnymi ścigającymi się na ilość stron i grubość tomu.
Pełna niedopowiedzeń historyjka, w której poszczególne sytuacje są ledwo nakreślone, ubrane w półsłówka. To tak rzadkie w dzisiejszej literaturze, że aż chwyta za serce. W czasach tępej dosłowności i przyciężkawych ścisłości, jest powiewem świeżości i pewnym odpoczynkiem. Może to jest powód dla którego tak dobrze mi się tę książkę czytało.
Zwraca moją uwagę ilość ciszy jaka ma swoje miejsce między poszczególnymi stronami, ma to w pewnością związek z poetycką twórczością autorki i jest bardzo dobrym zabiegiem. Pozwala bowiem na łagodne, luźne podejście do książki, która w gruncie rzeczy tego wymaga.
Mamy oto bowiem opowieść o dziewczynie z Warszawy (pochodzenie z TEGO właśnie miasta źle prognozuje), Kamie, która trafia do Ciechocinka, by przejść tam pełen turnus rehabilitacyjny dla płatników ZUSu.
W gąszczu rytuałów, konwenansów, zwyczajów i niepisanych protokołów, próbuje ona znaleźć miejsce dla siebie. Perypetie z sanatoryjnego pobytu konfrontuje ona ze wspomnieniami z dzieciństwa, gdy również przebywała w placówkach rehabilitacyjnych.
Okazuje się, że konfrontacja ta wypada niezwykle aktualnie - pewne zasady i zachowania przez lata nie uległy zmianom, a pewne utrwalone w pamięci zadziwienia mają swoje odpowiedniki we współczesności. Zmienia się dekoracja, mechanizmy pozostają te same.

czwartek, 21 lutego 2019

Miranda July - Pasujesz tu najlepiej [recenzja]

Przekład: Łukasz Buchalski
Wydawnictwo Pauza
Warszawa 2018

Cóż za rozczarowanie. Czytając "Pierwszego bandziora" próbowałam docenić nonszalancję w narracji, choć przyznam, że stało się to dopiero po lekturze, w jej trakcie miałam wiele wątpliwości.
Autorkę uratowała wówczas groteska - ostatnia deska ratunku dla tych, którzy nie chcą się skompromitować i mają dość inteligencji, by braki w warsztacie (a często i talencie) przykryć kpiną.
Tym razem się nie udało.
Jak powszechnie wiadomo, opowiadanie to niezwykle trudna forma, która obnaża wszystkie mankamenty, niedostatki, skazy, słabości itp. 
"Pasujesz tu najlepiej" można uznać za podręcznikowy przykład wszystkich niedociągnięć i słabości.
Ten zbiorek jasno pokazuje, że autorka nie potrafi pisać. Dlaczego? Ponieważ każda historia jest płaska i byle jaka, papierowa.
Silenie się na absurd, pozorne szokowanie rozbuchaną seksualnością w przeróżnych odmianach (starzec i nieletnia, młode dziewczyny oddające się za pieniądze starej, brudnej kobiecie, naga dziewczyna zza szyby w prowincjonalnym sex shopie) czy multiplikowanie zepsucia, rozpasania i koślawości moralnej czy życiowej, nudzi.
Zamiast bulwersowania jest monotonia. Gdyby chociaż pozostał niesmak, byłoby co wspominać. Tu brakuje i tego. Nic nie zostaje, może tylko poczucie straty czasu.
Minęły czasy, gdy doceniano pisarza za tematykę po którą sięgał. Dziś to za mało. 
Ten kto sądzi, że opowiadania te są nowoczesne czy (nie daj Bóg takie porównanie) nowatorskie, moim zdaniem się myli. Seksualność, perwersyjne szukanie jej ujścia, gonienie za uczuciem i ucieczka od samotności to zgrany temat, który mało komu udaje się obronić.
Opowiadanie o fantazjach seksualnych z księciem Williamem w roli głównej, seks telefon sióstr, które dochodzą tylko w ten sposób czy fantazje z młodzieńcem, są tu na porządku dziennym.
Nie ma norm i zasad, nie ma intelektualnych wycieczek.
Jest prosta próba szokowania słowem, sytuacją, tyle tylko, że w dzisiejszym świecie to za mało. Codzienność atakuje nas mocniejszymi przekazami, bez kostiumu performance'u. Dlatego to wszystko co proponuje autorka to martwota, na którą naprawdę szkoda czasu.
Śledzę kolejne publikacje wydawnictwa Pauza i zaczynam mieć dość, trafiam na coraz słabsze tytuły. Pretensjonalne "O Zmierzchu", wspomniany wyżej "Pierwszy bandzior" czy nazbyt wystylizowana "Historia przemocy" powodują, że mam opory. 
Gdybym zaczęła przygodę z wydawnictwem od "Pasujesz tu najlepiej" byłaby to zarazem ostatnia próba.

niedziela, 17 lutego 2019

Agata Maksimowska - Birobidżan. Ziemia, na której mieliśmy być szczęśliwi [recenzja]

Wydawnictwo Czarne
Wołowiec 2019

Cieszę się, że powstała książka o Birobidżanie dostępna dla szerszej publiczności. Do tej pory temat ten nie był  często poruszany, a szkoda, bo jest bardzo zajmujący.
W ZSRR powstał pomysł osiedlenia Żydów w jednym regionie, który byłby dla nich swoistym komunistyczną ziemią obiecaną.
Po konsultacjach, wyprawach prof. Bruka (który badał minerały, gleby, środowisko naturalne w ogóle), a przede wszystkim ze względów strategicznych (bliskość granicy z Mandżurią), wybór utworzenia Żydowskiego Okręgu Autonomicznego padł na zbieg rzek Bira i Bidżan, którego stolicą zostało miasto Brobidżan.
Okolica wymagająca, a dla pierwszych osadników przerażająca i wyczerpująca. Jak pisze autorka tereny te były bagniste, malaryczne (w okresie wiosennym i letnim komary zatruwały życie ludzi i zwierząt, nic nie było w stanie ich zatrzymać), pełne potężnych lasów, które trzeba było w pocie czoła tygodniami karczować (a jedno drzewo nierzadko miało obwód tak duży, że do jego objęcia potrzeba było trójki dorosłych ludzi).
Okresowe powodzie, innym razem susze powodowały, że pierwsi osadnicy cierpieli głód, wielu uciekało z tej "ziemi obiecanej" do swoich starych siedzib na Białorusi czy Ukrainie, gdzie, choć prześladowani i biedni, mieli jednak swoje miejsce (tu na początku pustka zupełna) i fach w ręku.
Tym, którzy zostali pozwolono na wykładowy jidysz w szkołach, gazety w języku żydowskim, stawiano pomniki żydowskim zasłużonym twórcom. Brzmi dobrze?
Niestety, wcale tak nie jest.
Okres stalinizmu to powracające w kolejnych latach czystki, które sięgały (jak w całym ZSRR) od urzędników po instytucje kultury i twórców. Autorka opisuje jak towarzysze decydowali o repetuarze teatrów czy tematyce wydawanych książek.
Pisze też o przypadku w którym za druk w gazecie informacji o żydowskich bohaterach wojennych szło się do więzienia na 10 lat.
Komunizm był przerażający, bez względu na szerokość geograficzną i klimat. Dlatego też w okresie najsilniejszych represji birobidżańscy Żydzi ukrywali swoje pochodzenie. To, co miało być wyróżnikiem i atutem, stało się nagle niebezpieczną przynależnością, która często skutkowała więzieniem.
Autorka podkreśla, że również w czasach post stalinowskich przyszły problemy, jidysz zaczął być traktowany jako gorszy język, utożsamiany z zacofaniem, pokazujący odstawanie, brak asymilacji...
Pisząc o Birobidżanie Agata Maksimowska przeszła wszystkiego jego historyczne i polityczne etapy: od komunizmu po pierestrojkę i czasy współczesne, nie pominęła także Aliji końca XX stulecia.
Jest to temat o tyle frapujący i aktualny, że miała ona możliwość porozmawiania, spotkania się z uczestnikami, świadkami imigracji do Izraela.
W tych relacjach porusza rozczarowanie wyjazdem, który wiązał się z szokiem kulturowym, pracą poniżej kwalifikacji, trudami służby wojskowej, czy choćby gorszym traktowaniem przez sabrów, mających wg rozmówców autorki złe mniemanie o tzw. "ruskich".
Dzisiejszy Birobidżan to przedziwne miejsce, gdzie łączą się różne tendencje polityczne i wizje miejskich włodarzy.
Spis powszechny z 2010 roku wykazał, że w Żydowskim Obwodzie Autonomicznym mieszkało 1628 Żydów, co stanowi mniej niż 1% ogółu mieszkańców (informacja za autorką).
Mimo to Birobidżan chce być marką kojarzoną z żydostwem i nie ma wielkiego znaczenia, że wszelkie działania skupiają się na bardzo powierzchownych, płytkich zabiegach. Pewnie dlatego w licznych miejskich zaułkach poustawiane są figurki Tewjego Mleczarza czy żydowskiego skrzypka, gdzie co krok można znaleźć plansze z archiwalnymi informacjami i wizerunkami powstającego miasta.
I nie ma dla nich znaczenia, że występującymi podczas festiwalu żydowskiej kultury są rdzenni Rosjanie czy nawet Chińczycy, nie mający pojęcia o żydowskiej kulturze, tradycji, nie wspominając już o języku.
Ten powtarzający się w świecie paradoks (kultura żydowska bez Żydów) wciąż mnie intryguje i zadziwia. Także w orientalnym birobidżańskim wydaniu.

sobota, 16 lutego 2019

Agnieszka Litorowicz - Siegert - Olszany. Droga do domu [recenzja]

Grupa Wydawnicza Foksal Sp. z o.o.
Warszawa
Premiera 13.03.2019

Autorka spełnia marzenie czytelników o bajecznej, intrygującej, pięknej i pełnej wyzwań prowincji.
Mieszkańcy są pozbawieni kompleksów, mają pasje i marzenia, realizują się, angażują w działania społecznikowskie, aktywnie animują życie lokalnego środowiska, a przy tym żyją dostatnio w domach pełnych designerskich dodatków.
Sama prowincja przyciąga turystów, ma do zaoferowania bajeczne widoki, wspaniałe artefakty z przedwojnia, urokliwe miejsca i zakamarki ze znakomitym jedzeniem. Bosko.
Bohaterką tej sielskiej opowieści jest architektka wnętrz, Julia Borowicz. Wiedzie szczęśliwe i dostatnie życie narzeczonej, do czasu, aż wiarołomny przyszły mąż oświadcza, że zdradził ją z młodziutką trenerką fitnessu.
Julia postanawia odciąć się warszawskich problemów, bierze urlop w firmie i rusza na Pomorze, gdzie mieści się opuszczony dom jej dziadka. Zgodnie z wolą matki, postanawia go sprzedać.
Najpierw jednak musi odkryć czemu do tej pory nie udało się to żadnemu okolicznemu agentowi. Nad domem unosi się rodzinna tajemnica, którą Julia próbuje odkryć.
Jak to bywa w małych społecznościach tajemnicę tę zna niemal każdy mieszkaniec, Julia zaś próbuje ją oswoić, uwierzytelnić i doprowadzić sprawy do szczęśliwego zakończenia.
Ten element sekretu, niewiadomej potęguje ciekawość czytelnika, sprawia, że lektura jest frapująca, wzbudza zainteresowanie czytelnika, który tylko czeka, aż przeszłość odsłoni swoje (czasem) gorzkie tajemnice.
Kolejny wątek, który przyprawi odbiorców o szybsze bicie serca to miłosne perypetie Julii. Młoda, ambitna, serdeczna dziewczyna od razu zyskuje naszą sympatię i zaufanie, dodatkowo jej wcześniejsze doświadczenia powodują, że łatwo dopingować poszukiwaniom drugiej połowy.
Być może Olszany są miejscem, w którym wreszcie uda się jej znaleźć szczęście...
Zresztą, cała okolica jawi się jako miejsce pogodne, spokojne, czasem wręcz idylliczne, gdzie aż prosi się o wizytę, a jeszcze bardziej o dłuższe zagrzanie miejsca.
Ciepła historia z przesłaniem, w którym najważniejsze jest chyba podkreślenie wagi rodziny, przodków, rodowodu, który nie pozostaje bez wpływu na życie kolejnych pokoleń. Szacunek dla tradycji, praźródeł rodzinnych, są ważnym elementem tożsamości każdego z nas. Autorka podkreśla to w subtelny, obyczajowy sposób.
Olszany. Droga do domu to sposób na relaks, odprężenie i chwilę wytchnienia po ciężkim tygodniu.
Dobry pomysł na spędzenie popołudnia z urokliwą książką.


Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu:




środa, 13 lutego 2019

Lousia May Alcott - Małe kobietki [recenzja]

Przekład: Ludmiła Melchior-Yahil
Wydawnictwo W.A.B.
Warszawa 2018

Świetna lektura dla wszystkich tych, którzy pragną oderwać się od rzeczywistości, codzienność, przyziemności, by zanurzyć się w spokojny, szlachetny, nieco zapomniany świat XIX - wiecznych powieści amerykańskich.
Sielankowy, pogodny obraz życia zubożałej rodziny Marchów, w skład której wchodzą: nieobecny ojciec (przebywający na froncie wojny secesyjnej), posągowa i jednocześnie serdeczna matka, a także 4 córki: Meg - najstarsza, najpiękniejsza, Jo - chłopczyca z sercem na dłoni, Beth - nieśmiała, serdeczna i utalentowana muzycznie, Amy - najbardziej rozpuszczona i samolubna, po trosze dlatego, że najmłodsza.
Perypetie i codzienność panien March obserwujemy przez niemal rok, podczas którego wydarza się wiele mniej i bardziej spektakularnych wydarzeń, spośród których warte uwagi są przede wszystkim poznanie bogatego sąsiada Lauriego, udział w balu towarzyskim najstarszych panien, czy groźba choroby zakaźnej, jaka dziesiątkowała ludzi pewnej zimy.
Prostoduszne i prostolinijne dziewczęta (niepozbawione wad) próbują pomóc łatać domowy budżet, bawiąc się i radując młodością na miarę swoich możliwości, a także poznając świat i prawa nim rządzące.
Pełna optymizmu i radości życia książka, która znakomicie poprawi nastrój i oderwie od codzienności.
Warto zaznaczyć, że autorka (córka pisarza i nauczyciela) była jedną z prekursorek amerykańskiej literatury kobiecej i młodzieżowej. W czasie amerykańskiej wojny domowej była pielęgniarką i wolontariuszką, bacznie obserwującą codzienność w szpitalach.
Ciekawym doświadczeniem jest czytanie o ówczesnych metodach wychowawczych, trącących myszką sytuacjach towarzyskich. Odrobina starego świata na lepszy dzień.

wtorek, 12 lutego 2019

Grzegorz Szymanik, Julia Wizowska - Długi taniec za kurtyną. Pół wieku Armii Radzieckiej w Polsce [recenzja]

Wydawnictwo Czarne
Wołowiec 2019


Nie porwała mnie ta książka.
Nie zainteresowała.
Nie uważam też, by styl autorów tego zbioru był wart większej uwagi.
Poszczególne tematy sprawiają na mnie wrażenie zaczętych, muśniętych, ale niekoniecznie skończonych i dopracowanych.
Czasem to wrażenie miałam ochotę porównać do lunatykowania w kierunku przepaści - autorzy podejmując temat, niekoniecznie sobie z nim radzili, nie domykali go.
Przykład? Już na początku, gdy piszą o "wyzwolicielach" radzieckich, którzy idą przez Polskę, gwałcąc i szabrując. Parę głosów świadków bez wyraźnego kontekstu historycznego, bez domknięcia (informacji i radzeniu sobie z traumą), powodują, że tematy poruszane w książce są mocno fragmentaryczne, potraktowane bardzo powierzchownie.
Autorzy przechodzą przez całe radziecko - polskie półwiecze chronologicznie, pokazując różne aspekty wspólnego życia: od organizowania życia w jednostkach wojskowych, handel wymienny, miłości, trudnych relacji wewnątrz komórek armii itp.
Perspektywa widzenia Polski przez okupanta powinna być bardzo interesująca, stwarzająca nowe możliwości interpretacji, patrzenia na tamte czasy.
Powinna. 
Ja tego nie dostrzegłam.
Bytność Armii Czerwonej w Polsce jawi się jako czas zabijania nudy, kombinowania jak polepszyć sytuację aprowizacyjną, pohandlować. Żołnierze próbują radzić sobie z tęsknotą za swoimi stronami, za rodzinami.
Jest fragment o walce z pomnikami, o wycofywaniu się wojsk radzieckich z Polski w latach 90.
Autorzy łapią zbyt wiele srok za ogon, a co za tym idzie poszczególne tematy tracą moc, potraktowane zbyt powierzchownie.
Szkoda.