sobota, 6 maja 2023

Vlastimil Třešňák - To, co najistotniejsze o panu Moritzu [recenzja]

 

Przekład: Paweł Godlewski

Wydawnictwo Dowody

Warszawa 2023


Nieznośne jest Szczygłowe wpływanie na lekturę książki nim się ją zacznie. Chodzi mi o wpis na obwolucie o Stehliku, a także chwalenie Szota. Towarzystwo wzajemnej adoracji ponad wartość powieści, ponad Autorem, ponad wszystkim. Straszne.

Po wstępnej łyżce dziegciu, czas na beczkę miodu. Znakomity projekt graficzny Dominiki Jagiełło: barwny i  szalony jak wnętrze książki. Bo trzeba Wam wiedzieć, że  ta powieść to balsam na serce. Cudownie groteskowa, gęsta od pure nonsenu, drwiny z codzienności i rzeczywistości opowieść, która porywa i nie pozwala oderwać się od opętanych stronic aż do końca.

Czego tu nie ma! I pijacka bijatyka w piwiarni, i kompletnie oderwane od rzeczywistości zeznania podczas przesłuchania, nie mówiąc już o ich transponowaniu na papier! Jest afgańska marihuana, liczba zębów i ciepłota ciała.  Jest też pan Moritz, malarz znakomity, który poprzez nadużywanie w swej twórczości odcieni żółci ma nadzieję na karierę w Azji. Jego poranne rytuały, związane z obtłukiwaniem ugotowanego na twardo jajka o maszynę do pisania współlokatora, pana Prag, to obyczaj budzący, zastępujący budzik.

Pan Prag ponad wszystko chce poznać rodzinną historię Moritza, któremu po rodzicach został tylko złoty pierścień ze szmaragdem. Ten element fabuły, jako pewnego rodzaju oś dla całości prowadzi pana Praga przez różne miejsca, poprzez spotkania z nietuzinkowymi ludźmi, dając pole do sytuacji "na marginesie". 

Imigranci, wielka historia (od wojny, kwestii żydowskiej, komunizm, aż po rok 1968) oto niektóre mocne tematy przemycane w tej pozornie lekkiej i żartobliwej książce. Wszystkie te ważne kwestie poruszane są jakby przypadkiem, obok, relacjonując zdarzenie, które charakteryzuje przedmiot: pierścień - pan Moritz; torba z emblematem Amnesty Internationa - czarnowłosa dama; pismo pornograficzne - emeryt z piwiarni; itp. 

Wspaniałe, surrealistyczne, pocieszne, a jednocześnie poruszające treści zapadają w pamięć na długo, ciesząc inteligencją, humorem i dystansem Autora.

Jan Štifter - Kolekcjoner śniegu [recenzja]

 

Przekład: Anna Radwan - Żbikowska

Wydawnictwo Książkowe Klimaty

Wrocław 2023


Początek jest bardzo dobry: pokazujący możliwości warsztatowe Autora, wciągający intrygującą historią, przenikaniem się czasów i postaci. Wszystko to obiecuje wiele, jednak w okolicach połowy książki nastrój znika. Sytuacje stają się mozolne i męczące, wbrew toczącej je tematyce. Brzmi niemożliwie, a jednak.

Powieść rozłożona na kilka narracji, naturalnie - połączonych i miejscem akcji i niektórymi bohaterami daje możliwie szeroki obraz panoramy politycznej i historycznej Czech, a w szczególności Budziejowic, gdzie dzieje się każda opowiedziana tutaj historia. Narracja przeskakuje z lat 30. XX wieku (bardzo interesujące są te fragmenty) po lata 50. aż do 2017 roku. Trzech małych mieszkańców miasta: Niemiec, Rom, Czech przyjaźnią się na dobre i na złe. Nie wszystko jest oczywiste i proste, również w wymiarze metafizycznym. Kolejne lata i zmiany w polityce powodują polaryzację społeczeństwa, mieszkańców miasta, widać też różnice z w wychowaniu i wartościach jakie reprezentują wielokulturowi (jeszcze) budziejowiczanie. 

Z czasem coraz trudniej żyć w mieście, gdzie złe oczy z niechęcią patrzą na tzw. małżeństwa mieszane, gdzie pochodzenie etniczne może być powodem zagrożenia zdrowia i życia. Nić życia snuje się czasem leniwie, czasem prędko, czasem się zrywa. 

Pewnym podsumowaniem są wszystkie te fragmenty, które dzieją się współcześnie w roku 2017. Współczesny na wskroś Dominik, kolekcjoner śniegu (od dziecka zamrażał bałwany) to bon wiwant i typowy przedstawiciel pokolenia Z. Jednym jego bólem, niepokojem i zakłócaczem komfortu jest... duch z przeszłości, który szuka sposobu na porozumienia, kontakt, oczekując pomocy od Dominika. Ten duch to łącznik między pokoleniami, latami, epokami historycznymi.

Ten duch widział wszystkie trudne i tragiczne momenty w XX-wiecznej historii miasta: od wypędzeń, po mordy, gwałty, rodzące się nacjonalizmy, strach, rozpacz, biedę, wojnę. 

Język Autora, mimo zastrzeżeń co do zaniku nastroju, przynajmniej do połowy realizuje swoje założenia wieloznacznością, wielkim polem interpretacyjnym, a także siłą przekazu, który czytelni, wprost i bez zahamowań czy wstydu z dziejącej się historii przedstawia głosy tych, którzy najbardziej ucierpieli w dziejowej loterii. Wystarczy niewłaściwe pochodzenie, by zniknąć. Na zawsze.



sobota, 15 kwietnia 2023

Stanisław Krzemińśki - Od wschodu do zachodu. Ucieczka [recenzja]

 

Wydawnictwo Marginesy

Warszawa 2023

Próbuję uporządkować myśli po lekturze książki i nie jest to proste. Z jednej strony kostium historyczny, wygodny, bo XIX-wieczny, dający wiele możliwości interpretacyjnych (Rosja carska, szpiedzy i tym podobne). Z drugiej uczynienie głównymi bohaterkami kobiet będących (na pierwszy rzut oka) różnymi w najbardziej skrajny sposób. Z trzeciej zaś strony pokaz mocy, inteligencji, wiedzy historycznej Autora: znajomość szczegółów obyczajowych epoki rozmieszczonych w różnych krajach i pod różnymi zaborami. Są tu przeliczniki ówczesnych walut na dzisiejsze euro, są potrawy, dworskie i szlacheckie zwyczaje, jednostki długości dawno już niebyłe, XIX-wieczne środki transportu, czas, który potrzebny był na pokonanie poszczególnych tras, które teraz mijają niczym mgnienie oka. Jakże inaczej wyglądają podróże teraz, jak dobrze, że zostało nam, czytelnikom to przypomniane.

Czy zaklasyfikować tę powieść jako romans historyczny, powieść feministyczną, czy może historyczną, obyczajową, a może wcale nie trzeba szufladkować? Jednak, mimo całego bogactwa różnorodności jakie proponuje Autor są słabsze momenty. Chodzi mi o fragmenty z pamiętnika pensjonarki, o początkową scenę z opisem walca, te fragmenty brzmią nieprawdziwie, pastiszowo, momentami ironicznie. Zestawiając z tym te ustępy, które realizują tematykę podróży, historii, obyczajowości, pojawia się takie właśnie odczucie. Pewnym problemem z akceptowalnością mogą być historie spotkań i konwersacji z postaciami historycznymi (od Schumanna po Czartoryską), które odbieram jako rodzaj przyswajania historii dla współczesnych czytelników, którzy, by poczuć związek z bohaterem muszą dostać konkret.

A o czym jest ta książka? 16-latka z Płocka, Emilia Rossnowska wpada w oko rosyjskiemu pułkownikowi i hrabiemu Gołubojewowi. Rodzice pragną uratować jedynaczkę przed złą sławą oficera i wysyłają ją do Paryża, gdzie ma zostać uczennicą Instytutu Panien Polskich. W drogę wyrusza z tajemniczą aktorką i śpiewaczką Luizą Boretti, której wyjątkowa aura, sława i urok powodują wiele zawirowań w środowisku. Jadą przez Elbląg, Berlin, Hamburg, Londyn. Podróż pełna przygód, tajni agenci, rosyjski oficer pełen silnych uczuć o różnym zabarwieniu, a także historia, która nie odpuszcza ani na moment.

Czekam na ciąg dalszy, na drugi tom, który już w przygotowaniu.


Za egzemplarz książki dziękuję wydawnictwu:



czwartek, 13 kwietnia 2023

Jaroslav Rudiš - Grank hotel [recenzja]

 

Przekład: Katarzyna Dudzic-Grabińska

Wydawnictwo Książkowe Klimaty

Wrocław 2021


Już od pierwszych zdań powieść obiecuje wiele. Zdaje się, że Autor tworzy wyjątkowy świat, jedyny i niepowtarzalny, który tylko chwilami przypomina wielkich czeskich twórców, a może to tylko moja imaginacja powodowana chęcią przyporządkowania i znalezienia punktu odniesienia dla książki Rudisa.

Grand hotel góruje nad swojskim Libercem, główny bohater, Fleischman, człowiek bez imienia, próbuje, w miarę bezboleśnie, przeżyć kolejny dzień, wiedząc, że raczej nic się nie zmieni, że niczego nie osiągnie, nie oderwie się od przeszłości, niemożności i barier piętrzących się wokół, bo wyrwa z dzieciństwa jest nie do pokonania. Poznajemy jego myśli błądzące pośród kolejnych sesji u psychiatry. Wdrażamy się w zawiłości meteorologiczne, bo tylko przewidywanie pogody wydobywa zeń normalność, otwartość i wyjątkowość, w każdej innej sytuacji ukryte za przeszłością i ograniczeniami.

Ta pogoda to przebłysk normalności, a dla czytelnika to fragment poezji w, do bólu prozaicznym życiu głównej postaci. Uważa on, że pogoda rozdaje karty na świecie, że prądy, wiatry, masy powietrza łącząc się i zderzając powodują kolejne wydarzenia, nieodwracalne, wpływające na społeczeństwa i ich kondycje. Uwieszony tej wiary z ciekawością spogląda w niebo, rozpatrując kolejne zdarzenia pogodowe. 

Pogoda nie raz napytała mu biedy. Jeszcze w dzieciństwie, gdzieś w początkach nauki szkolnej miały miejsce wypadki, które, nieszczęśliwą koincydencją zostały przez szkolne władze, wówczas zależne od komunistycznej władzy zinterpretowane jako prowokacja, co tylko podkreśla absurdalność sytuacji: małe dziecko, pogoda i intryga. Autor podkreśla tu silne zabarwienie komediowe, dowcip i swadę, której mu niewątpliwie nie brakuje, a momentami jest ich aż po literacki sufit.

O trudnej historii regionu, geopolitycznych zależnościach, samotności, smutku, życiowym pechu, niemocy, a także leczeniu (czy skutecznym?) jest ta powieść nad chmurami. Raz są one dosłowne, częściej jednak należy je traktować metaforycznie, jako ucieczkę od rzeczywistości, brutalnej i bezwzględnej, nie tylko dla wrażliwych samotników, którzy próbują znaleźć swoje miejsce w kipiącej od różnorodności współczesności.

środa, 29 marca 2023

Kjersti Anfinnsen - Chwile wieczności [recenzja]

 

Przekład: Karolina Drozdowska

Wydawnictwo ArtRage

Warszawa 2023


ArtRage za każdym razem zaskakuje mnie (i raduje) starannością wydań swoich książek. Pietyzmem z jakim traktują fonty, kompozycję, układ stron, a także papier, okładki. Wszystko to, co w przypadku wielu innych wydawnictw traktowane jest po macoszemu. ArtRage zdecydowanie przoduje w tej materii. 

Autorka wydanej przez zachwalane przeze mnie wydawnictwo, Kjersti Anfinnsen, z zawodu dentystka, która z powodzeniem realizuje się w zawodzie, popełniła historię o starości. Prawdziwie przygnębiającej, wielokrotnie dobijającej, nie pozostawiającej zbyt wielu złudzeń. Bohaterka i narratorka Brigitte to emerytowana kardiochirurżka, która wspomina swoje życie, konfrontuje się z pogłębiającą się starością, a także próbuje zapanować nad poziomem relacji z siostrą.

Spędza dni na wspomnieniach, wideorozmowach z wspomnianą wyżej młodszą siostrą, a także czytając korespondencję lub popijając likier w ulubionej knajpce nieopodal domu. Jest samotna, w pełni świadomości tej decyzji, poświęciła życie prywatne dla pracy i nauki, jako jedna z pierwszych kobiet w tej trudnej profesji. Narażona na niechęć i nieufność mężczyzn, jakże dominujących w tym zawodzie, po wielokroć musiała udowadniać swoją wielkość, talent i kompetencje.

Jednak codzienność Brigitte to nie tylko życie przeszłością. W pewnym momencie poznaje ona Javiera, emerytowanego architekta, z którym łączy ją dojrzałe uczucie. I to właśnie historia tej późnej miłości jest najważniejszą chyba częścią opowieści. Uczucie skonfrontowane ze starością: pełną ograniczeń, bólu, fizjologicznych zawstydzeń i świadomości, że lepiej nie będzie, daje pewne ukojenie i zapomnienie jej uczestnikom. Dlaczego? Bo nawet w chwilach gorszego samopoczucia wiedzą, że nie są sami, bo mają siebie, bo odpychają samotność.

Przemijanie jest blisko, w zasadzie każdy kolejny dzień przybliża nas do tego co nieuchronne, a Anfinnsen tylko to podkreśla. Początkowo książka była interesującym wybiegiem w przyszłość, ciekawiła formą (te krótkie rozdziały, będące zamkniętą całością, choć powtarzalną), mocą przeszłości bohaterki, z czasem zaczęła mnie nużyć - nie tylko rytmicznym powracaniem treści, ale przede wszystkim stagnacją, podkreślającą podobieństwo dnia do dnia, nużącej codzienności osób chorych, starych, ograniczonych własnymi deficytami zdrowotnymi. To, co jest ich udziałem, zaczyna męczyć i frustrować stałością.

Językowo i fabularnie jest dość chropowato, sucho, czasem dosadnie. To zapewne zamierzony efekt kompozycyjny, który do pewnego momentu jest interesujący, pod koniec jednak dręczy i naprzykrza się powtarzalnością. Zupełnie jak starość.


sobota, 25 marca 2023

Fernanda Melchor - Paradjas [recenzja]

 

Przekład: Katarzyna Sosnowska

Wydawnictwo MOVA

Białystok 2023


Współczesna literatura latynoamerykańska jest tak bardzo odległa (kulturowo, geopolitycznie), że poznawanie prozy popularnych aktualnie twórców jest jak odkrywanie nowych lądów.

A przecież sam temat powieści jest szeroko znany, komentowany i eksploatowany ponad miarę: zderzenie biedy i bogactwa, środowisk kompletnie różnych i jak najbardziej od siebie odległych. Wykarmiony, rozpuszczony, ale także zaniedbany rodzicielsko i emocjonalnie chłopak nawiązuje znajomość z innym nastolatkiem, który pracuje na strzeżonym osiedlu zamieszkiwanym przez dziadków bogatego dzieciaka.

Obsesją "Grubasa" jest sąsiadka, która pobudza jego wyobraźnię, pragnienia, przede wszystkim żądze. Fantazjując o spółkowaniu, coraz to bardziej perwersyjnym, opowiada o tym Polo, nastolatkowi, który pracuje na osiedlu. W zamian za alkohol godzi się na słuchanie coraz to bardziej wydumanych pomysłów Grubasa. Początkowo bez świadomości, że to co słyszy jest planem do zrealizowania.

Pełen frustracji i gniewu jest coraz bardziej zdeterminowany, by wcielić swoje fantazje w życie. Nie zdradzam zbyt wiele, od początku wiadomo, że wydarzy się tragedia, że jej uczestnikami będą Polo i Grubas. 

Samotność i porzucenie, zaburzenia odżywiania, pieniądze, które są po to, by zagłuszyć wszystkie braki i troski. Niestety, zaniedbany chłopak karmi się grozą, złością, nienawiścią, a także potrzebą kontroli i władzy. Rozpad rodziny Grubasa to jedno, jest jeszcze historia Polo. Ten z kolei pochodzi z nizin, bez wykształcenia, pieniędzy, z gderającą matką, która go nienawidzi, z ciężarną kuzynką, z poczuciem klęski, bezradności. Nie ma nic: perspektyw, możliwości, wsparcia. Spanie na podłodze, marne zarobki, kompleksy rodzinne, to niektóre z powodów dla których Polo szuka zapomnienia w alkoholu. 

Autorka szokuje stylem, przygniata brzydotą, perwersją, co dodatkowo podbija moc przekazu.

niedziela, 19 marca 2023

Evelyn Waugh - Powrót do Brideshead [recenzja]

 

Przekład: Irena Doleżał-Nowicka

Wydawnictwo Czarne

Wołowiec 2023


Wstęp działa mocno zachęcająco - Autor przyznaje, że inspiracją dla powstania powieści była jego wojenna kontuzja. Zimą 1943 po (nie do końca udanym) skoku spadochronowym został on ranny i, dzięki przychylności dowódcy, który dbał, by żołnierz pozostał bez przydziału, mógł napisać tę powieść. Sentymentalną, pełną tęsknoty za czasem minionym, niemożliwym do odzyskania, pełnym kwiecistego języka, dandysowatych osobowości, przepychu w jedzeniu, piciu i rautach. Powraca on do czasów, gdy w majątkach dokonywano przeglądów sfory, wakacyjne miesiące spędzano we włoskim Lido, zaś podróże automobilem przerywano na rozlewanie kolejnych butelek szampana. Dekadenckie, przesadzone, niejednokrotnie zepsute arystokratyczne środowisko tym bardziej wybrzmiewa mocno, gdy zestawimy je z sytuacją pisarza, człowieka głodującego i rannego, żołnierza z frontu II wojny, który dla utrzymania człowieczeństwa, pisze.

Tyle dobrego. Później jest gorzej. Nie wiem czy to wina przekładu, który jest dość drewniany, nużący, nijak nie oddający tego schyłkowego, szalonego okresu arystokratycznych wybryków i możliwości. A może to tempo, które przecież wcale nie jest konieczne do utrzymania uwagi czytelnika rozsmakowanego lub też ceniącego tego rodzaju literaturę. Więc jednak przekład pozbawił tę powieść ducha.

Od początku język nie przyciąga uwagi, skoro fabuła opiera się na obserwacjach i przeżyciach głównego bohatera, trudno mówić też o szaleńczym porywającym tempie, a jednak konstrukcje zdaniowe, porównania i zestawienia słowne po prostu są, bez literackiego zacięcia i mocy. Do tego powtórzenia w hurtowych, nieznośnych ilościach. 

Odczytuję je jak komunikaty, nie jak literaturę piękną, a to dyskwalifikuje książkę. Szkoda czasu.