wtorek, 13 sierpnia 2013

Andrzej Bart - Rien ne va plus [recenzja]

W czasach późnego dzieciństwa zamajaczył mi w głowie pomysł na powieść, dodam, że miała być wielka (w sensie ilościowym i jakościowym). Bohaterem uczyniłam stary perski dywan, przechodzący z rąk do rąk, a każdy kolejny rozdział obejmować miał perypetie kolejnych jego właścicieli. Skończyło się na planach. Andrzej Bart poszedł tym samym tropem, tylko dalej. Za bohatera wziął sobie portret włoskiego księcia d'Arzipazziego, który to portret obdarzony jest pełnią świadomości i  relacjonuje koleje własnego losu, który rzucił go do Polski. 
I tak rozpoczyna się historia Rzeczypospolitej, opowiadana dziejami kolejnych właścicieli obrazu. Mamy tu zmieniające się epoki, bogaty przekrój warstw społecznych (portret był i u króla Stasia, a także w rękach zubożałych szlachciców, co wykrwawili się w powstaniach XIX wiecznych, w burdelo - szulerni, u niby Dulskich, i chociażby w przemysłowej, bawełną znaczonej Łodzi). Długa droga kształtowania się i ewaluowania polskiej specyficznej dość społeczności, ludzi różnych stanów, profesji, charakterów i moralności. Czasem sterowanych przypadkiem, czasem kaprysami wojny. W książce Polakami są Żydzi, Niemcy i Czesi. Jest wielka historia w dalekim tle i bliski jej wpływ na koleje losu poszczególnych opiekunów portretu. 
Nie bez zdumienia, przygląda się zza ram, włoski arystokrata polskim wyborom, czasem im dopinguje, czasem w ocenach wykazuje się zdumiewającą wręcz naiwnością.
Bardzo świeże i inspirujące jest podejście autora do prezentowania historii kraju. Pełne dystansu, który winien być zapisywany na receptę w tym naszych sztywnym i obrażalskim grajdole. 
Spora dawka znajomości charakterów, ciekawe rozwiązania fabularne. Bardzo intrygują mnie zabiegi formalne i pomysły wątków i samego szkieletu powieściowego, jakie rozwija w swych dziełach Andrzej Bart. Zachwyciły mnie zarówno Fabryka muchołapek, jak i Rewers. Była to prawdziwa czytelnicza uczta. Teraz posmakowałam Rien ne va plus i z żalem przewróciłam ostatnią stronę. Czekam na kolejne pomysł i powieści autora.

poniedziałek, 12 sierpnia 2013

Georges Simeon - Maigret i starsza pani [recenzja]


Pierwsza połowa XX wieku. Komisarz Maigret z Paryża zostaje oddelegowany do małej letniskowej miejscowości Etretat, by tam wyjaśnić sprawę śmierci młodej pokojówki, Róży. Najprawdopodobniej zginęła ona przypadkowo, wypijając napar przeznaczony dla własnej chlebodawczyni, starszej pani, Walentyny.
Rozrzewniająca historyjka sprzed lat, z arszenikiem w tle. Urzekający, czarujący kryminał, w starym dobrym stylu.Grzeczny, piękny dialogowo, spokojnym nurtem zmierzający ku nieuchronnemu rozwiązaniu.
Kto dybał na życie spokojnej staruszki? Podejrzenia padają na niekochaną córkę oraz dwóch pasierbów. Intryga zawija się, zwija, kręci, prowadząc do całkiem zgrabnego i przemyślanego, a nawet zaskakującego finału.
Książka w starym stylu, w dystyngowanej formie, pełna wyważenia. Piękne były początki XX wieku i pełne łaskawej inwencji dla ówczesnych twórców, ciekawe czasy, przyjemny, łagodny język.
Nic tylko czytać, zgłębiać literaturę tamtych lat i szukać gorączkowo kolejnych książek, wydanych nakładem Czytelnika w serii z jamnikiem.
Po stokroć polecam!

niedziela, 11 sierpnia 2013

Georges Simenon - Wdowa Couderc [recenzja]

     
      Wracam do mojego bloga po długiej wakacyjnej przerwie. Zaczynam z książką wielkiej próby i dużego smutku. Na plażowy kocyk się nie nadaje, prędzej na lotniskową halę odlotów, na czas czekania na mocno spóźniony aeroplan.
  Powieść tą czyta się jak sztukę teatralną. Ja wyobrażałam sobie pustą niemal scenę, a na niej dwójkę głównych bohaterów, toczących nieustająco wewnętrzną walkę. Autor, oszczędny w wątki i inne poboczności, skupia uwagę czytelnika na swoistej grze, toczącej się między młodym mężczyzną a kobietą w sile wieku.
  Jean to dobiegający trzydziestki człowiek bez przyszłości. Właśnie wyszedł z więzienia, nie ma planów, nie ma pieniędzy, idzie przed siebie, czekając na to, co przyniesie mu los. Spotyka na swej drodze Titę Couderc, która bez zbędnych pytań zatrudnia go jako parobka. Od razu zostają kochankami. Jean wpada też w oko młodej krewniaczce wdowy, ta zaczyna być zazdrosna.
  Problemy wdowy rosną lawinowo: rodzina jej zmarłego męża próbuje pozbawić ją domu, zaś rozpustny, lubieżny teść domaga się intymnych zbliżeń.
  W środku tych rodzinnych brudnych zależności, tkwi obojętny, wewnętrznie pusty Jean. Poznając jego historię, zastanawiam się jak bardzo nieszczęśliwy to człowiek. W którym momencie życia wypalił się, stał się obojętny na człowieczeństwo, co w efekcie skończyło się dlań wyrokiem i pięcioletnim więzieniem. Gorycz i marazm płyną wartkim nurtem przez całą powieść, nie będzie zatem zaskoczeniem finał, który jednoznacznie daje obraz klęski ewentualnej więziennej resocjalizacji, Jean znów popełnia zbrodnię. Wydaje się ona czymś naturalnym, zabrzmi to jak herezja, ale nawet zbawiennym dla Jeana. Nie umie on żyć, nazwijmy to, normalnie. Kara jaka czeka go tym razem, jest jedynym wyjściem, choć zbrodnia jaką popełnia jest całkowicie bezsensowna.
  Ta poruszająca, niejednoznaczna historia obrazuje mocno skomplikowany, wypalony beznadziejny świat. Nie ma w nim jasnej przyszłości, chyba w ogóle jej nie ma. Jest za to nasączony maksymalną dawką wykluczenia i wyobcowania człowiek, który nie wie co to skrupuły, sumienie. Ciężki kaliber powieściowy, acz wielce zajmujący. Gorycz, dramat, samounicestwienie plus wielki talent pisarza, który potrafił pokazać różne odcienie zła.

niedziela, 7 lipca 2013

Håkan Nesser - Samotni [recenzja]

Dość niefortunnie zaczęłam. Okazało się, że Samotni to czwarta z serii opowieści o policyjnych partnerach: Gunnarze Barbarottim i Evie Backman. Powieść nie nosi jednak znamion ciągłości, więc nie ma tu odniesień do przeszłości czy spraw z wcześniejszych tomów.
Jak to często bywa w kryminałach, akcja dzieje się dwupłaszczyznowo: współcześnie oraz w przeszłości, tutaj w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku. Teraźniejszość obarczona jest śledztwem w sprawie śmierci doktora fizyki, który umarł wskutek upadku z wysokości, w wąwozie Gåsa. Okoliczności wskazują na samobójstwo, jednak policjanci nie dają temu wiary. Według nich bardzo podejrzane jest, że trzydzieści kilka lat wcześniej, w ten sam sposób, i w tym samym miejscu, zginęła narzeczona naukowca. Stąd też podróż do przeszłości, gdzie powoli odsłaniają się przed nami zależności między młodymi ludźmi, przyjaźnie przez nich zawarte oraz wspólne wyprawy, które zmieniły życie szóstki studenckich przyjaciół, wśród których byli nasi denaci. Podróż po Demoludach, jaką odbyli młodzi Szwedzi w czasie wakacyjnej przerwy, skrywa bolesną, potworną tajemnicę. A mnie pozostaje się cieszyć, że na miejsce tej dramatycznej historii autor wybrał Rumunię, a nie Polskę, którą, jako pierwszą, zwiedzają przyjaciele. Czy wydarzenia z przeszłości miały wpływ na losy fizyka? Czy śmierć jego i Marii, ówczesnej narzeczonej były dziełem przypadku? 
Prawdę powiedziawszy książka nie rzuca na kolana. Wciągnęłam się dopiero w studencką podróż po Europie Wschodniej, a nim to nastało, trzeba było się trochę pozmagać z fabułą. Nie czuję związku, ni sympatii do prowadzących śledztwo, może dlatego, że nie zdołałam ich wystarczająco dobrze  poznać, może we wcześniejszych tomach było o nich więcej?
Nic nadzwyczajnego. Martwię się, bo powolutku, po cichutku, zaczynają mnie nużyć skandynawskie kryminały. Czyżby przemęczenie materiałem? Zrobię sobie wakacyjną przerwę, może pomoże...

piątek, 5 lipca 2013

Stefan Grabiński - Wyspa Itongo [recenzja]

Stefan Grabiński to zapomniany i rzadko doceniany pisarz międzywojnia. Zajmowały go parapsychologia, demony, szeroko pojęta magia. O tych właśnie zagadnieniach traktuje "Wyspa Itongo", jedna z niewielu powieści popełnionych przez pisarza. 
Widnieje w niej wyraźny podział na dwie części: pierwszą magiczną i nadnaturalną oraz drugą, egzotyczną i podróżniczą. Niezwykłe połączenie, a przez to ciekawe i wabiące.
Dla mnie bardziej interesujący jest początek i część skupiająca się na wydarzeniach toczących się w Polsce, na początku XX wieku. Najpierw autor oszołomił mnie znajomością botaniki (dziędzierzawa, lulek, szalej, pokrzyk, tojad, blekot i czartopłoch, które to nazwy chwastów atakują czytelnika w niezbyt rozległych opisach), potem zaintrygował historią nawiedzonego i opuszczonego wiejskiego domu, a także życiorysem Janka Gniewosza, który w stolicy zrobił karierę jako medium (tu trochę zapachniało "Wampirem" Wł. Reymonta). Z czasem, w miarę dorastania i nabierania życiowej świadomości, Jankowi przestaje wystarczać rola dziwadła, obiektu badań i rozrywki dla bogatych, a przy tym nawiedzonych warszawiaków, i usamodzielnia się. Dalsze jego losy prowadzą na zagubioną, zapomnianą (czy raczej niepoznaną) wyspę Oceanii, gdzie ląduje jako rozbitek, podczas katastrofy morskiej. Jak potoczą się jego losy pośród tubylców? Nie zdradzę, jednak piętno medium dosięgnie go i tutaj. 
Zawsze ciekawiło mnie podejście do fantastyki, demonów i ciemnych mocy ludzi XIX wieku, stąd też lektura "Wyspy Itongo". Polecam bardziej jako ciekawostkę, aniżeli wielkie wydarzenie literackie, jednak warto poszerzyć horyzonty o nieznaną szerzej "Wyspę...".

czwartek, 4 lipca 2013

Stephen King - Pod kopułą [recenzja]

Wcale nie sięgnęłabym po książkę, gdyby nie serial pod tym samym tytułem. Z dużą ciekawością obejrzałam pierwszy odcinek  "Pod kopułą", niecierpliwie czekam na ciąg dalszy. Z braku wspomnianej  cierpliwości i równie szybko przyrastającej ciekawości, wzięłam do ręki książkę. Bardzo chętnie dałam się porwać wydarzeniom, trwałam w tym przyjemnym czytelniczym stanie gdzieś tak do osiemsetnej strony, z każdą następną było mi coraz trudniej. Pomysły fabularne, jakie na finał obmyślił sobie King przestały mi się zwyczajnie podobać, końcówka wyraźnie kuleje. Cała ta historia skórzanogłowych mnie zawiodła. Wiadomo, że alegorie (bo tak odbieram ten wątek), metafory, parabole i inne przypowieści czule łechtają inteligencję czytelnika, dla mnie były jednak nietrafione. Odniosłam wrażenie, że w końcówce powieści z autora zeszło powietrze, że moc wydarzeń, postaci i sytuacji tworzących powieść, wyssała inwencję na zakończenie. Jednak warstwa fabularna jest znakomita. Doskonały obraz małego miasteczka, jego mieszkańców oraz przypadających im ról społecznych, wzajemnych zależności. Dobrze skonstruowane postaci, bogata panorama politycznych i obyczajowych figur, które szeregują wyraźnie bohaterów powieści. Zatrważający portret faktycznego zarządcy miasta, Rennie'go, który pałając szaleńczą wręcz żądzą władzy, zrobi wszystko by ją utrzymać, a nade wszystko powiększyć. Przeraża także ogłupiały tłum, mieszkańcy miasteczka, którzy niczym bezwolne manekiny słuchają tego, kto ma więcej do zaoferowania, nie zaś tego kto ma rację. Prawdziwy to horror, najlepiej uwypuklony w scenie najazdu mieszkańców na Food City. Skóra cierpnie, bo pokazuje czarną, ale jakże prawdopodobną naturę człowieka.
Fabuła opiera się na wydarzeniach w miasteczku Chester's Mill, na które pewnego październikowego popołudnia spada niewiadomej konstrukcji i pochodzenia kopuła, która izoluje mieszkańców od świata i za nic nie daje się przekroczyć, ni zniszczyć. Jak działa na ludzi świadomość zagrożenia, uwięzienia i brak jasnych perspektyw? Wyzwala w nich demony, na szczęście jednak nie u każdego. W tej dusznej, klaustrofobicznej atmosferze, która dopada i czytelnika, dobro musi zmierzyć się ze złem w najczystszej postaci. Naprzeciw siebie staje więc przyjezdny były wojskowy Dale Barbara, który okazuje się być uosobieniem ładu i porządku oraz reprezentant czarnej strony mocy, wiceprzewodniczący Rady Miasta, Big Jim Rennie, wspierany przez swego szalenie agresywnego syna, Juniora. Big Jim traktując miasto jako prywatny folwark, systematycznie i skutecznie poszerza zakres swojej władzy, wprowadza zamęt, strach i trwogę.
Z rosnącym napięciem czyta się kolejne strony powieści, patrząc na rosnącą w siłę dyktaturę, która nie cofnie się przed niczym. Brrrrr. Jak potoczy się historia? Czytelniku, uzbrój się w cierpliwość i dotrwaj do końca dusznej, gorzkiej opowieści o małym amerykańskim miasteczku, pełnym demonów, które mieszkają w głowach i sercach mieszkańców. 

wtorek, 2 lipca 2013

Camilla Läckberg - Syrenka [recenzja]

Kolejna odsłona kryminalnej strony szwedzkiego miasta  Fjällbacka. Starzy znajomi wiernych czytelników serii: Erika, Patrik, Annika, Martin i inni, zajmują się sprawą tajemniczych anonimów, jakie otrzymuje będący na fali popularności pisarz, Christian. Pełne zawoalowanych gróźb epistoły zmieniają go w strzępek nerwów, jednak nie chce on pomocy policji. W tym samym czasie, w jeziorze, przypadkowy spacerowicz odkrywa zwłoki poszukiwanego od miesięcy Magnusa. Jakie znaczenie ma fakt, że denat pozostawał w przyjaźni z zaszczutym pisarzem? Sprawy nabierają rozpędu, gdy życie traci kolejna osoba. Jakie tajemnice skrywa Christian? Czy przeszłość próbuje wziąć na nim odwet? Pasjonująca rozgrywka!
Tyle w wiodącym wątku kryminalnym. Dalej jest równie interesująco, tyle że w warstwie obyczajowej. Znów śledzimy codzienność poszczególnych bohatarów, na niekórych patrząc z rosnącym zdumieniem (np. Mellberg), innym dopingujemy (Anna), jeszcze inni wzbudzają w czytelniku żywą i nieustającą sympatię (Patrik).
Jak zwykle dobra książka. Każdy tom traktujący o   Fjällbace ma solidną i wciągającą konstrukcję. Widać gołym okiem, że autorka zna się na swoim rzemiośle. Mnie najbardziej przypadł do gustu poprzednik "Syrenki", czyli "Niemiecki bękart", jednak i ta część wciągnęła mnie w skomplikowaną sieć zależności i intryg różnej maści. Seria wprost stworzona na wakacyjne czytanie, choć "Syrenka" dzieje się mroźną zimą.