poniedziałek, 30 maja 2016

Piotr Ibrahim Kalwas - Egipt: Haram Halal [recenzja]

Wydawnictwo Dowody na Istnienie
Warszawa 2015

Piotr Ibrahim Kalwas jest muzułmaninem, który zakochał się w Egipcie i wybrał życie w Aleksandrii. Wciąż pozostaje tam dociekliwym obcym, który, choć wyznaje właściwą wiarę, nigdy nie pojmie natury i wyborów Egipcjan. Rozmówcy podchodzą doń z ciekawością, mniej lub bardziej chętnie zwierzając się ze swych przekonań, ale zawsze mają na uwadze zachodni (tak, świadomie używam tego określenia) świat, z którego tu przybył.
Kalwas opowiada jak pisze: nocą, siedząc na  swym mikrobalkonie, skąd doskonale słychać: śpiewy kobiet, modlitwy mężczyzn (...), miauczenie kotów, nastawione na full telewizory z Koranem i przesyconymi seksem egipskimi przebojami (...), smród wyrzucanych z balkonów i okien śmieci, odurzające aromaty fantastycznego żarcia, (...), spasione szczury przemykające po plątanienie kabli i rurek od klimatyzatorów...
Mnogość bodźców, wielość znaczeń, moc sprzecznych, bardzo jaskrawych zachowań. Kalwas nie potrafi się im nadziwić, czytelnik zdecydowanie przyłączy się do osłupienia autora. Patrzenie na Egipt poprzez europejską perspektywę jest zupełnie bezcelowe i oddalające od sedna sprawy. By zrozumieć, trzeba poddać się narracji Kalwasa, choć ma on sam tyle wątpliwości, że trudno uchwycić tę ulutną prawdę o autochtonach.
Aleksandria, którą opisuje autor daleka jest od słonecznych kurortów, jakich pełno na północy kraju. W mieście tym brud, smród, szowinizm, kastowość, występują na każdym kroku. Patriarchat, brak równouprawnienia, ciężki los kobiet, ateistów, to tylko wierzchołej góry lodowej.
Najmocniejsze, najabrdziej dosadne są tu dwa reportaże. Jeden z nich (ledwo przebrnęłam, czytałam na raty) opisuje przeprowadzane na ogromną skalę zabiegi obrzezania dziewczynek, w myśl zasady, że kobieta nie ma prawa czuć przyjemności podczas seksu. Drugi tekst przybliża praktykowanie uboju rytualnego w czasie Święta Ofiarowania. Opowieść ta jest skończenie przerażająca, przygnębiająca i zatrważająca w dowolnej. Ulic spływających krwią dogorywających w koszmarnych męczarniach zwierząt, długo nie da się zapomnieć.
Choć Kalwas wieloktornie zaznacza swoją miłość do Egiptu, ciężko znaleźć jej przyczynę. W zasadzie w każdym reportażu czuć jego złość, częściej nawet wściekłość na politykę, mentalność, przyzwyczajenia, brak postępu.
Bardzo ciekawa książka, reportaże odsłaniające prawdziwe (ale też niejedyne) oblicze Egiptu. Świat jest zadziwiający i coraz bardziej niepokojący. Ta książka to potwierdza.

niedziela, 29 maja 2016

Harlan Coben - Nieznajomy [recenzja]

Przekład: Robert Waliś
Wydawnictwo Albatros
Warszawa 2016

Przeczytałam wszystkie książki Cobena i nie pamiętam ani jednego tytułu. Z Nieznajomym będzie tak samo, te jednowyrazowe tytuły bardzo szybko wypadają mi z głowy. 
Sama historia też za chwilę zostanie przeze mnie zapomniana, bo sprawia wrażenie dość miałkiej i silnie papierowej. Co się do licha dzieje z Cobenem, czy piszą już a niego tylko podstawieni ludzie, czy worek z pomysłami się wyczerpał? Z każdą książką jest coraz gorzej. Niestety.
Tym razem funduje nam autor/autorzy (?) dość nieprawdopodobną historię o pewnym gangu, który zajmuje się wyszukiwaniem w sieci kompromintujących informacji o ludziach, które to wiadomość wykorzystywane są później do szantażu. Czasem zaś sekreciki wychodzą na jaw tylko po to, by prawdy stało się zadość, bez gratyfikacji finansowej.
Właśnie dzięki cyberprzestępcom Adam Price dowiaduje się, że jego żona udawała ciążę. Podczas spotkania rodziców dzieci grających w lacorosse'a, podszedł doń obcy mężczyzna, przekazał tę hiobową wieść, dostarczył dowód, poświadczajcy prawdę i odszedł.
Od tego momentu życie Adama zmieniło się diametralnie, rzecz jasna, na gorsze.
Szajka dociera też do innych osób, nie zdając sobie jednak sprawy z tego, że naraża się na poważne kłopoty. Czasem można nadepnąć na odcisk komuś niebezpiecznemu i bezwzględnemu, wówczas myśliwy staje się ofiarą...
Moim zdaniem wszystkie wątki są tu potraktowane dość powierzchownie, zabrakło szczegółów, które uwiarygodniłyby całą intrygę. Postaciom brakuje charakteru, motywacje i wybory szajki szantażystów nie dają dostatecznych argumentów, które przekonywałyby czytelnika do celowości i sensowności ich działań. Adam, jego rodzina i ich perypetie wyglądają na wyrwane z kontekstu, pozbawione głębi, mało prawdopodobne.
Mam sentyment do Cobena i jego twórczości, zawsze chętnie wrócę do Myrona Bolitara i jego szalonych przygód, jednak każda kolejna książka Cobena (po Myronie), wydaje mi się pisana na siłę, na fali popularności dawnego bohatera, z obowiązku, by dowieść własnej wielkości i pomysłowości. A przecież nie od dziś wiadomo, że lepiej zejść ze sceny w szczytowej formie.
Bardzo kiepska książka, prosto z fabryki historyjek, marnych historyjek.

poniedziałek, 23 maja 2016

Sayed Kashua - Druga osoba liczby pojedynczej [recenzja]

Przekład: Marta Fita - Czuchnowska
Wydawnictwo Filo
Warszawa 2014

Będąc w sobotę (i wczoraj też) na Warszawskich Targach Książki bardzo ucieszyłam się, widząc stanowisko wydawnictwa Filo. Robią oni kawał dobrej roboty drukując współczesną prozę izarelską, tak ciekawą, tak świeżą i dobrze napisaną.
Trzymam kciuki za kolejne tytuły, mając nadzieję na więcej i więcej świetnej izraelskiej literatury.
Tym razem przeczytałam książkę Sayeda Kashui, izraelskiego Araba, dziennikarza, satyryka, i wreszcie, pisarza, który w znakomity, bardzo obrazowy sposób opisuje skomplikowane stosunki palestyńsko - izraelskie. Jeden z bohaterów powieści, zwany tutaj prawnikiem, ze wszystkich sił próbuje połączyć swą palestyńską tożsamość z wymogami bycia obywatelem Izraela. Walczy z akcentem, dąży do oczytania, europejskiego wyglądu, posiadania domu, świetnego samochodu i biura w odpowiedniej dzielnicy. Dodatkowo bierze udział w nudnych dyskusjach o kulturze, polityce i obyczajach, jakie na przemian organizauje wraz z innymi arabskimi Izraelczykami, którzy walczą z kompleksem niższości. 
Kashua bawi się wątpliwościami swoich bohaterów, bezlitośnie obnaża ich małostkowość i uprzedzenia i urazy dotyczące pochodzenia i tożsamości. Prawnik, który tak bardzo chciałby być sobą, zupełnie nie może sobie pozwolić na ten luksus. Wymagania aspirującej klasy społecznej, znajomych, rodziny, ale przede wszystkim dążenie do celu, wyznaczonego we własnej głowie, spędzają mu sen z powiek. Ze zmartwienia i nadmiaru pragnień i wymagań zaczyna on popadać w paranoję. Dochodzi do wniosku, że jego żona ma romans. Zaczyna prowadzić ciche, bardzo dyskretne śledztwo, które bardzo pasuje do stonowanej, eleganckiej wersji prawnika, widocznej na zewnątrz. Jednak w środku aż się w nim gotuje od emocji, nienawiści i pragnienia zemsty na (być może) zdradzającej go żonie. Wersja prywatna, niedostępna dla nikogo z zewnątrz nadaje tej postaci charakteru, ale też śmieszności. Autor znakomicie drwi ze swoich bohaterów, nie oszczędzając nikogo, bez względu na to kto i jaki ma paszport. Doskonała rozrywka, a do tego obnażanie bolączek obu stron konfliktu żydowsko - arabskiego, widziana oczami jej obserwatora, by nie rzecz, uczestnika (choć biernego).
Sarkastyczny, czasem marastyczny, a do tego z nutą absurdu i tego specyficznego gatunku ironii, który realizowany jest przez ludzi świadomych polityczno - kultuorowego piekła w którym przyszło im żyć.
Świetna książka, pod każdym względem: bohaterowie, miasto, relacje między społecznościami, humor, dialogi, rozwiązania narracyje. Wszystko tu jest bardzo spójne, przemyślane, umiejętnie podane. 
Po lekturze tej książki zapragniecie odwiedzić Jerozolimę, najchętniej zaraz.

niedziela, 22 maja 2016

Tess Gerritsen - Igrając z ogniem [recenzja]

Przekład: Andrzej Szulc
Wydawnictwo Albatros
Warszawa 2016

To musiało kiedyś nastąpić. Wiedziałam, że trafię na książkę Gerritsen, która wcale nie przypadnie mi do gustu, która zwyczajnie okaże się kiepska. Aż trudno uwierzyć, że Gerritsen popełniła Igrając z ogniem... Cóż za malownicza klapa...
Dlaczego malownicza? Ponieważ autorka postanowiła przenieść (połowicznie) akcję swej opowieści do Europy, a dokładniej do Rzymu i Wenecji. Dodatkowo narrację prowadzi dwutorowo: częściowo współcześnie, częściowo wraca do czasów II wojny światowej.
Mamy oto amerykańską skrzypaczkę, Julię Ansdell, szczęśliwą matkę trzyletniej dziewczynki, która z powodzeniem realizuje się zawodowo i prywatnie. Wracając z rzymskiego koncertu, kupuje w antykwariacie nuty z zapisem niezwykłego utworu Incendio, który skomponował Lorenzo Todesco, wenecki Żyd, bardzo utalentowany skrzypek.
Jego dramat polegał na tym, że urodził się w niewłaściwym czasie i nieodpowiednim miejscu. Mussolini i Hitler zadecydowali o jego losie. Poznajemy koleje jego losów, a także genezę powstania Incendio, utworu, który zmienił też życie współczesnej Julii.
Gdy zaczyna ona grać skomplikowany i wymagający utwór Lorenzo Todesco coś wstępuje w jej małą córeczkę. Zabija ona kota, próbuje też zrobić krzywdę matce. 
Diagnoza lekarska, konsultacje ze specjalistami nie przynoszą efektów. Tylko Julia sądzi, że tajemniczy utwór ma związek z wybuchami córki. Postanawia ona za wszelką cenę odkryć historię Incendio, by móc przywrócić równowagę własnemu życiu. Wiąże się to jednak z pewnymi niebezpieczeństwami...
Rozumiem, że Gerritsen chciała przypomnieć, czy zwrócić uwagę czytelnika na historię weneckich Żydów, wypędzonych i zamordowanych w gettach Europy, bardzo to chwalebne i potrzebne. Jednak sposób opowieści jest mało przekonujący. Historia Lorenzo, choć dużo ciekawsza niż współczesna Julia, ma pewne luki i niedociągnięcia, ponadto wątek przedwojenny jest bardziej szczegółowy, losy wojenne zaś uproszczone i pomniejszone. Moim zdaniem, rzecz jasna. Blado i powierzchownie wypadają działania Julii, jej poszukiwania, wyprawa do Wenecji. Wszystko to sprawia wrażenie książki połowicznej, pisanej w pośpiechu, bądź bez pomysłu.

sobota, 21 maja 2016

Sylwia Zientek - Podróż w stronę czerwieni [recenzja]

Wydawnictwo Muza
Warszawa 2016

Po pierwsze okładka. Zachęcająca i obiecująca. Po drugie Maria Komornicka, młodpolska poetka, krytyczka literacka, emancypantka, przedstawicielka społeczności LGBT, w czasach, w których nikt nie miał o niej pojęcia.
Autorka miała bardzo chwalebny (i zarazem karkołomny) pomysł na przypomnienie Komornickiej. Otóż jej zamiar oparł się na pokazaniu życia współczenej czterdziestolatki, Ewy, która właśnie znalazła się na życiowym zakręcie. A gdzie nić łacząca Marię i Ewę? Ewa fascynuje się postacią Komornickiej, jednak jej praca zawodowa, dzieci, kulejące małżeństwo nie pozostawiają zbyt wiele czasu na pogłębione studia nad życiorysem i twórczością młodopolskiej poetki.
Dopiero zwolnienie z korporacji i splot okoliczności rodzinnych pozwalają jej na powrót do badań. 
Wespół z dwiema koleżankami (które pojawiają się dość niespodziewanie, z pewną szkodą dla fabuły, gdyż  wielostronicowy ciąg prywatnych losów Ewy nijak się ma do nagłego przybycia Marty i Joanny), główna bohaterka rusza w Europę śladami Komornickiej. Odwiedzają Grabów nad Pilicą, Brugię i Paryż (na koniec nawet Marrakesz, co jest już pewnym nadużyciem i przekombinowaniem), miejsca (poza marokańskim miastem), z którymi żywo związana była Komornicka.
Ich plany, rozmowy, bolączki są mocno zaakcentowane w książce. Współczesne czterdziestolatki dzielą się z czytelnikiem swymi lękami, pragnieniami, marzeniami. 
Niestety, pewne ich działania (szczególnie głównej bohaterki) są niespójne, mało logiczne i trudno przyswajalne. 
Najsłabszym ogniwem jest jednak wplatanie w treść fragmentów tzw. scenariusza, który w czasie podróży tworzy Ewa. Jest to próba spisania i pokazania losów Marii Komornickiej przez pryzmat jej podróży, relacji rodzinnych. Dialogi, didaskalia są nieznośne, czasem patetyczne, czasem okrutnie egzaltowane (szczególnie w strefie dialogowej).
Plus za przypomnienie postaci Marii Komornickiej i okładkę książki. Koniec plusów.


Za egzemplarz książki dziękuję wydawnictwu:





wtorek, 17 maja 2016

Robert Ostaszewski - Zginę bez ciebie [recenzja]

Wydawnictwo Muza
Warszawa 2016

Senny i prowincjonalny Ciechanów. W mieście takim jak to, niewiele się dzieje. Skala przestępstw nie jest wygórowana, w statystykach przeważają kradzieże i drobne rozboje. 
Podkomisarz Konrad Rowicki, który od jakiegoś czasu mieszka tu i pracuje, nie ma zbyt wielu zajęć. W zasadzie prztłaczają go jedynie papiery, których wciąż i wciąż wymaga zwierzchnik. 
Samotny, odizolowany, cyniczny i szyderczy, kryje w sobie  jakiś ból i troskę. Pośród marazmu i kompletnej obojętności na śwat, żyje (a raczej egzystuje) Rowicki, umilając sobie życie drobnymi złośliwościami kierowanymi do współpracowników.
Przełom przychodzi wraz z samobójstwem nastoletniej córki wiceprezydenta miasta. Ułożona, dobrze rokująca maturzystka obiera sobie życie. Rozwikłanie tajemnicy jej śmierci jest dla Rowickiego celem, ale też drogą do odzyskania wewnętrznego spokoju. Rozdziały poświęcone śledztwu przeplatają się ze swego rodzaju dziennikiem depresjoholika. Stopniowo odkrywa się przed czytelnikiem wiedza na temat prywatnego życia podkomisarza, naznaczonego walką z depesją i zobojętnieniem. 
Gdy zwierzchnicy każą mu zamknąć sprawę samobójstwa dziewczyny, Rowicki tym bardziej dąży do jej rozwiązania, tylko, że nieoficjalnie i nie zawsze zgodnie z prawem. Okazuje się, że to kolejna już śmierć ciechanowskiej nastolatki w ostatnim czasie. Podkomisarz nie wierzy w zbiegi okoliczności. Podejmuje ryzyko, lekceważy zwierzchników i uparcie dąży do celu, do odkrycia prawdy o nastoletnich samobójczyniach. 
Książka idealnie wpasowuje się w aktualną modę umieszczania miejsca akcji w prowincjonalnej Polsce. Przy okazji pokazuje okoliczną mentalność, przeszłość, relacje mieszkańców, interesujące, bądź najbardziej kluczowe miejsca w sąsiedztwie.
W powieści najważniejsza jest postać głównego bohatera, który wykreowany na samotnego, zgorzkniałego cztedziestoparolatka, za nic ma cały świat, i siebie przy okazji. Słynący ze złośliwości, dworowania i wytykania innym błędów, jest zimny i pozornie pozbawiony sentymentów.
Mam problem z warstwą narracyjną, nie podoba mi się język głównego bohatera, wymądrzający się, pełen nawiązań i pseudodowcipnych ripost, które są irytujące i mało błyskotliwe. Z biegiem stron ten stan rzeczy ulega pewnej zmianie, która wynikać może z przyzwyczajenia do zabiegów autora, bo na pewno nie z zaakceptowania tego rodzaju stylistyki.
Sam bohater jest postacią jednolitą, prawdopodobną. Z kolei sama historia ma pewne luki, niektóre rozwiązania są dla mnie mało przekonujące, inne potraktowane po macoszemu, a przez to również tracące na znaczeniu i prawdopodobieństwie.
Książka Ostaszewskiego jest pierwszą częścią trylogii, która ma opisywać losy podkomisarza Rowickiego. Zakończenie książki wiele obiecuje.


Za egzemplarz książki dziękuję wydawnictwu:




niedziela, 15 maja 2016

Ewa Winnicka - Londyńczycy [recenzja]

Wydawnictwo Czarne
Wołowiec 2011

Przedmiotem zainteresowania reporterki, Ewy Winnickiej jest wojenna polska emigracja na Wyspy Brytyjskie.
W swym materiałach dotyka ona różnych płaszczyzn życia i codzienności. Każda historia pokazuje inny odcień skomplikowanej uchodźczej rzeczywistości.
Smutna i ponura jest londyńska codzienność: polska fantazja ustępuje zaściankowości, sława wojenna i podziw zostają przykryte brakiem pracy, wykluczeniem, wzgardą (po wojnie gen. Maczek został barmanem, gen. Sosabowski był robotnikiem magazynowym w fabryce silników elektrycznych, zaś Bór - Komorowski był tapicerem).
Jeden z reportaży pisze Winnicka o niebywałej wprost popularności matrymonialnej polskich żołnierzy wśród brytyjskich kobiet. Zaczęła się wraz ze zwycięstwami lotników Dywizjonu 303. Za Catem - Mackiewiczem powtórzę: Rekord pobił pewien polski kapitan, który jednocześnie był kochankiem córki, matki i babki w jednym z miasteczek w Szkocji. Póki były sukcesy i gloria podniebnej chwały, póty były zachwyty i adoracja. Gdy jednka na horyzoncie pojawili się lepiej ubrani, rozdający papierosy i czekoladę Amerykanie, nasi wojacy stracili na znaczeniu. Celowo upraszczam tę historię, ale taki jest jej zasadniczy wydźwięk: pokazuje jak zmienne i miałkie były sympatie Brytyjczyków, zarówno pod względem politycznym, jak i obyczajowym.
Reportaż Tato, zawiera historię Celiny F., która próbuje dowiedzieć się, kim był jej polski ojciec. Trafił on do Wielkiej Brytanii prosto z Syberii, tu założył rodzinę, pracował jak robotnik rolny. Każdy kolejny fakt z wojennej przeszłości ojca tłumaczy jej cora więcej, coraz bardziej rozjasnia jego wybory i gesty. Niestety, fakty te są zatrważające.
Jest też w zbiorze miejsce dla żydowskich uciekinierów - Kim jest Lili? Historia ta opisuje losy krakowianki, Lili Pohlmann, uratowaną w czasie wojny przez Niemkę, sekretarkę z urzędu. W 1946 roku wraz z innymi żydowskimi dziećmi przypływa do Londynu, gdzie dr Solomon Schonfeld postanawia zorganizaować im lepszą przyszłość i wyrwać je z wojnnych traum. Z jakim skutkiem?
Najbardziej zdumiewa opowieść o polskim władcy Ealingu, który zbudował klasycystyczny okazały pałac, który brytyjskich sąsiadów kłuje w oczy ludwikami, sztukateriami i złoceniami. Realizuje on polski sen w wydaniu de lux (i kicz forever), pokazując jak od producenta pocztówek z podobiznami Davida Bowie'go i Duran Duran stał się właścicielem pałacu, w którym sesje realizuje Chanel. Ewolucja polskiego ziemianina, który przepoczwarza się w brytyjskiego rentiera i oryginała.
Najbardziej polska jest (niestety) opowieść finałowa, czyli Ostatni minister skarbu. Autorka śledzi wywózkę rezerw polskiego złota. Polski Skarb Narodowy wraz z każdą następną stroną reportaży kurczy się i niknie. Niefrasobliwy, krótkowzroczny sposób wydawania/inwestowania polskich pieniędzy budzi w czytelniku opór i zdegustowanie. Bez refleksji, skrępowania i wyrzutów sumienia, za to z bezgraniczną dezynwolturą doprowadzono PSN do bankructwa. 
Smutna, a może nawet tragiczna opowieść, mówiąca o polskim duchu narodowym więcej niż by się mogło wydawać.