niedziela, 18 października 2026

James Agee - Śmierć w rodzinie [recenzja]


 Przekład: Juliusz Pielichowski

Wydawnictwo: Materia

(marka wydawnicza Wydawnictwa Nowa Baśń)

Poznań 2026


"Kiedy cierpienie i rozpacz stają się zbyt wielkie, by człowiek mógł je znieść, pojawiają się chwile wyczerpania i odrętwienia. W takich momentach uczucia jakby się cofają, a w ich miejsce przychodzi złudne wrażenie jasności umysłu i chłodnego rozumienia tego, co się wydarzyło". Tak jest w przypadku Mary, kobiety, która straciła męża w wypadku samochodowym, zostając samą z dwójką dzieci. Mary szukała pociechy w tym, że mimo wszystko wstawała rano, rozmawiała z bliskimi, trwała. Była świadoma tego co się wydarzyło i mierzyła się z tym. Co więcej, konstatowała, że czerpała pewnego rodzaju gorzką satysfakcję płynącą z rzeczywistości, bo konfrontowała się z tym, że niosła wielki ciężar. Tak wielki, że nie sądziła, że kiedykolwiek będzie w stanie go udźwignąć, a jednak szła dalej. Pojawiła się też świadomość, że nie jest jedyna, że na świecie żyje wiele osób doświadczających podobnych uczuć. Nie jest wyjątkowa, nie jest osamotniona. Myślała też o tym, że dopiero bycia wdową uczyniło ją dorosłą. Poczuła szacunek do życia, do ludzi, którzy kiedykolwiek cierpieli. Nawet wobec tych, którzy nie byli w stanie wytrwać w swoim osobistym bólu aż do końca.

Bardzo interesujący jest kontekst historyczny - akcja powieści toczy się na początku XX wieku w Knoxville w stanie Tennessee. Relacje, rodzinne, dzieciństwo, pozycja kobiet, używki, rasizm, wiara, religijność. Tematów cała mnogość, a jedne z nich ledwo muśnięte, inne wspomniane mimochodem, a jednocześnie mocno zaakcentowane.

Bardzo mocna, choć nienachalna lektura. Do przemyśliwania. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz