sobota, 7 października 2017

Aleksandra Domańska - Grzybowska 6/10. Lament [recenzja]

Wydawnictwo Krytyki Politycznej
Warszawa 2016

Hmmm...
Jak zacząć, by nie zachować się jak słoń w składzie porcelany? Choć z jednej strony sam pomysł na książkę znakomity - mowa o widmowych przedwojennych domach i ich mieszkańcach, to jednak nowicjuszowskie podejście do tematu getta irytuje mnie i drażni, powodując, że chwalebna idea przywrócenia pamięci umyka i traci na mocy.
Autorka przyznaje wprost, że nie znała przeszłości tego miejsca, jest z nim związana poprzez matkę, mieszkająca w tymże bloku, jednak tylko tyle.
Do czasu aż zaczyna szperać w poszukiwaniu śladów. Pierwsze tropy prowadzą do wykazu dłużników, którzy nie płacili za gaz. I tak powoli, systematycznie odkrywa autorka kolejne nazwiska, kolejnych żydowskich mieszkańców Grzybowskiej 6/10.
Szczęśliwy traf sprawia, że dociera ona w końcu Jurka Yehudy Glassa, jedynego, który pamięta tamo miejsce, sąsiadów, miejscowych kupców, właścicieli składów drewna, żelaza.
Te okruchy pamięci sprzed Zagłady szybko ustępują jednak miejsca pamięci wojenne, gettowej. Listy, strzępki życiorysów, nieudolne próby pamięciowego odzyskania informacji o mieszkańcach ówczesnej kamienicy.
Jest głód, jest strach, oprawcy, wszechobecna śmierć, choroby, tęsknota. Cała potworna historia narodu żydowskiego wrzuconego w koszmar wojny.
Gdy autorka zaczyna snuć wnioski, robi się nieciekawie. Domorosłe osądy, wizje i spojrzenia znacząco wpływają na odbiór książki. Gorące emocje, powtarzanie truizmów, serwowanie prawd zastanych i dość wyświechtanych nie tylko deprymujące, ale zwyczajnie nie na miejscu. Przynajmniej dla mnie.
Być może osoby, które dopiero wchodzą w tę tematykę, poznają historię i czas getta będą mniej wymagające, jednak dla mnie cała ta powierzchowność książki jest nieznośna.
Był potencjał, pomysł, dobre chęci, ale zabrakło całej reszty - pewnego rodzaju biegłości i kunsztu.
Jestem rozczarowana, ale zdaję sobie sprawę, że ta książka może robić wrażenie, ba! jestem pewna, że je robi.
W zasadzie to jednak tytułowy lament...

piątek, 6 października 2017

Ewa Winnicka - Milionerka. Zagadka Barbary Piaseckiej-Johnson [recenzja]

Wydawnictwo Znak
Kraków 2017

Podtytuł: Zagadka Barbary Piaseckiej-Johnson jest jak najbardziej na miejscu. Siedzę i głowię się nad jej historią, biegiem losów, szczęściem/nieszczęściem życiowym, wyborami, traktowaniem ludzi.
Myślę kim była, co miała w głowie, tak bardzo była sprzeczna, nierówna, osobliwa.
Chłopskie dziecko z Kresów Rzeczpospolitej rusza w świat, nie po to by go zdobyć, ale by rzucić go na kolana i wywołać powszechną zazdrość.
W zasadzie się udaje, ale czy na pewno?
Gdy Piasecka zostaje kolejną panią Johnson, jej mąż jest już starym, zmęczonym człowiekiem, który podążając za wymaganiami młodej żony staje się wytrawnym kolekcjonerem sztuki, bywalcem. Barbara twierdzi, że z mężem połączyło ją gorące uczucie. Nie precyzuje do czego.
Walcząca (bezskutecznie) z kompleksem pochodzenia, wciąż zabiegała o uznanie i sympatię - pomagała Polakom w Stanach (ale na własnych warunkach i do czasu), wspierała talenty, dbała o własny wizerunek poprzez, hm, przyjaźnie z wielkimi tego świata. Była niewłaściwym człowiekiem na niewłaściwym miejscu, i, w zasadzie, widać to na każdym kroku - brutalna i publiczna walka o spadek, medialna, nieudana pomoc Stoczni Gdańskiej, afera z wystawą dla Muzeum Narodowego, ciągłe zmiany personelu, beneficjentów poszczególnych stypendiów. Lista kaprysów rośnie.
Ewa Winnicka próbuje odkryć kim była Piasecka: polskim Kopciuszkiem czy złą macochą? Wyrachowaną, popsutą pieniędzmi i wpływami sekutnicą czy zagubioną i pozbawioną przyjaciół dziewczyną? 
Autorka dotarła zarówno do przyjaciół rodziny, bliższych i dalszych znajomych, współpracowników, pracowników, artystów i stypendystów korzystających z wsparcia pani domu. Zaskakujące jak wielka była rozpiętość społeczna poszczególnych profitentów - od przymierających głodem imigrantów po najstarsze polskie rody szlacheckie, od rodzinnych pociotków po najznakomitsze nazwiska międzynarodowych scen. Wielu chciało ogrzać się w blasku życia milionerów, jeszcze więcej osób chciało tego bogactwa zakosztować.
I choć to studium przypadku opisuje tyleż nieprawdopodobną co zgubną karierę Barbary Piaseckiej-Johnson, o tyle jest to opowieść-przestroga dla wszystkich tych, którzy marzą o podobnej ścieżce.
Najistotniejszą mądrością, jaka płynie z tej historii jest stara prawda mówiąca, że pieniądze szczęścia nie dają.
Każdy wpływowy, majętny bohater tej opowieści jest głęboko nieszczęśliwy: każde z szóstki dzieci Sewarda Johnsona, sama Piasecka (choć tu sprawa nie jest tak czytelna ja w przypadku pasierbów), sam potentat firmy Johnson & Johnson... Robaczywe pieniądze zmieniają ludzi, prędzej czy później każdy im ulega, zmienia się jedynie cena.
Przykra prawda, ale prawda. Każdy ma swoją cenę, poznajcie więc cenę Barbary Piaseckiej-Johnson i skonstatujcie jej dziwne, burzliwe życie, które pod piórem Ewy Winnickiej nabiera dodatkowych walorów poznawczych.

czwartek, 5 października 2017

Katarzyna Berenika Miszczuk - Obsesja [recenzja]

Wydawnictwo WAB
Warszawa 2017

Dreszczowiec z przymrużeniem oka.
Autorka korzysta z własnego doświadczenia, wiedzy i zainteresowań i przemyca czytelnikowi kryminał ubrany w lekarski kitel.
Warszawska Praga, stworzony na potrzeby książki Szpital Wschodni. To w nim pracuje Asia, młoda lekarka robiąca specjalizację z psychiatrii. Wracająca do siebie po rozwodzie, ciekawa pacjentów oraz dręczących ich przypadłości.
Rutynę codzienności przerywa nagle seria listów od tajemniczego wielbiciela. Każdy kolejny jest dziwniejszy i bardziej płoszący od poprzedniego. Bohaterka popada w bardzo poważne tarapaty, seryjnie zaczynają ginąć kobiety podobne do niej...
Zdaje się, że autorce nie zależało szczególnie na straszeniu czytelnika. Miał raczej poczuć odprężenie, wciągnąć się w historię, a nade wszystko wbić sobie do głowy czym różni się lekarz od doktora, jakie niuanse dzielą profesję patologa sądowego od lekarza medycyny sądowej.
Tyrady poszczególnych bohaterów mają naświetlić te różnice, które zdaje się są newralgiczne dla samej autorki, w końcu poświeciła im tyle miejsca w swej powieści, nie mając ku temu specjalnego uzasadnienia...
Język Obsesji jest wartki, humorystyczny, często nacechowany dowcipnymi uwagami konstatującymi i zastaną rzeczywistość i charaktery postaci.
Wybór stylistyki skupionej wokół lekkiego podania historii spowodował, że o Obsesji myślę jak o książce przerywniku, opowiastce wdzięcznej, zabawnej, dostarczającej rozrywki. Takie wrażenie sprawia.
Nie zmienia świata, nie odkrywa prawd, daje wytchnienie i pozwala czasowi płynąć szybko. I dobrze, tego też czytelnikowi potrzeba.


Za egzemplarz książki dziękuję wydawnictwu:





niedziela, 17 września 2017

Jerzy Chociłowski - Niezwykłe kobiety Drugiej Rzeczypospolitej [recenzja]

Wydawnictwo Akurat
Warszawa 2017

Jeśli na okładce książki znajduje się podobizna Zofii Stryjeńskiej to muszę ja mieć!
A tak na serio. Ta publikacja to w zasadzie jedynie wstęp, przyczynek do biografii nagromadzonych w tomie kobiet.
Jest tu tak wiele nazwisk niezwykłych kobiet, że aż trudno spamiętać wszystkie.
Powoduje to u czytelnika wrażenie, że autor chciał je wszystkie ocalić od zapomnienia, napisać choć kilka słów, które mają zachęcić potencjalnego odbiorcę do poszukania w źródłach rozbudowanych historii i biogramów.
Oprę się na mojej ulubionej Zofii Stryjeńskiej - zawarty w tomie biogram tej niesamowitej, barwnej artystki jest ledwie muśnięciem, wskazaniem na fundamentalne elementy jej życia, jak również te najbarwniejsze, skandaliczne. Z braku miejsca (i zdaje się z samego założenia autora) niemożebne było opowiedzenie o całej jej wyjątkowości. Jest wspominek o studiach artystycznych w Monachium pod męskim przebraniem, jest ekscentryczna historia ślubu z Karolem Stryjeńskim, ale to wciąż mało. Z jednej strony zachęta do pogłębienia wiedzy, swoisty trailer, z drugiej taka namiastka notki biograficznej, która nie jest suchym zlepkiem statystycznych szczegółów (urodzona, zmarła, mieszkała itp.), a ma w sobie pikanterię i ciekawość, jaką budzą w nas losy bardziej i mniej znanych.
Jest tut kilka postaci, które (poza wspaniałą Zochą) powinny mieć, jeśli nie pomnik, to choć film biograficzny (koniecznie nakręcony w Hollywood, bo tam mają większy rozmach).
Gen. Elżbieta Zawacka, której wojenne losy brzmią nieprawdopodobnie, świadcząc o niezwykłej sile, odwadze i harcie ducha. Zuzanna Ginczanka, której talent literacki daleko wyprzedzał czasy i obyczaje, przerwany został bezsensowną śmiercią w płaszowskim obozie. 
Nadzwyczajna Halina Konopacka, która biła lekkoatletyczne rekordy, spadochroniarka Janina Lewandowska, która zginęła w Katyniu. Jest też rzecz o słynnych: Irenie Krzywickiej, Poli Gojawiczyńskiej, Marii Skłodowskiej - Curie, Kaziemirze Iłłakowiczównie, Zofii Szczuckiej czy Aleksandrze Piłsudskiej.
Nie zabrakło miejsca dla dobrodziejki warszawskich pielęgniarek, Zofii Szlenkierównie, jest też miejsce dla artystek sceny: przedwcześnie zgasłej Zuli Pogorzelskiej, Elżbiety Barszczewskiej czy Toli Mankiewiczównie.
Są panie mniej i bardziej znane, wszystkie jednak charakteryzowały się charakterem, osobnością, wielkością i talentem. Każda w innej dziedzinie, każda na swój sposób.
Dziś Jerzy Chociłowski próbuje ocalić ich wyjątkowość od zapomnienia. Słusznie, bo wśród ogólnej małości to co ważne i godne pamiętania umyka.
I choć ten zbiorek jest jedynie wstępem, wspomnieniem ledwo niezwykłych kobiet Drugiej Rzeczypospolitej, to dobrze, że powstał.
Ku pamięci.



Za egzemplarz książki dziękuję wydawnictwu:






Sacha Batthyany - A co ja mam z tym wspólnego? Zbrodnia popełniona w marcu 1945 roku. Dzieje mojej rodziny [recenzja]

Tłumaczenie: Emilia Bielicka
Wydawnictwo Czytelnik
Warszawa 2017

Nie wiem od czego zacząć. Nie wiem jak zacząć. O Shoah napisano już tak wiele, tak sugestywnie. Czy kolejna książka na ten temat może cokolwiek zmienić, spowodować, że sprawa zyska nowe światło?
Pewnie nie, ale wiwisekcja, którą przeprowadził na sobie Batthyany na mnie zrobiła wrażenie.
Jeśli wierzyć jego relacji, stało się to zupełnie przypadkowo. Redakcyjna koleżanka podała mu wycięty z gazety artykuł dotyczący masakry jaka miała miejsce pod koniec marca 1945. Wówczas, w austriackim Rechnitz  hrabina Margit Thyssen-Batthyany urządziła przyjęcie pożegnalne dla miejscowych hitlerowców. W jego trakcie goście zamordowali 180 Żydów, przetrzymywanych w okolicy dworca kolejowego.
Koleżanka Sachy Battyany'ego podając mu artykuł zasugerowała się nazwiskiem ponurej hrabiny, nie zdając sobie sprawy, z rodzinnych koligacji dziennikarza.
Margit Thyssen była jego ciotką, zimną i wyniosłą, pamiętaną jako ciotka z językiem jaszczurki.
Wycinek z gazety zmienił Sachę. Zaczął on szukać informacji o tamtej strasznej nocy, chciał znaleźć świadków, dowiedzieć się więcej, przede wszystkim, chciał zaś odnaleźć swoje miejsce w rodzinnej historii okrucieństwa.
Podróżował po świecie, odnajdując kolejne fragmenty historycznej układanki, która powoli rozjaśniała mu w głowie całą wojenną historię rodzinną. Brazylia, Rosja, Węgry, wszędzie tam odnajdywał fragmenty tajemnicy, pojmował decyzje i zachowania swoich najbliższych.
Swoistym uatrakcyjnieniem tomu jest włączenie fabularyzowanych dzienników babki, a także próba (w formie dialogów dramatycznych) zrekonstruowania motywacji i jednostkowych zdarzeń, które dzięki tym właśnie zabiegom nabierają mocy i sugestywności.
Żonglowanie konwencjami - od reportażu przez dziennik po fragmenty (jak najbardziej) scenicznego dramatu ożywiają historię, nadają jej tempa i dramatyzmu.
Nawet ustępy z kozetki u terapeuty nie trącą taniością ni złym gustem. Całość pomyślana jako szukanie odpowiedzi na tytułowe pytanie generuje taki zapas dystansu, który jest hamulcem bezpieczeństwa dla oczywistych konkluzji, które przychodzą do autora wraz z wiedzą o przeszłości.
Nie oszczędza on nikogo, ani potwornej ciotki, ni własnego ojca, nawet siebie.
Zresztą na pytanie czy byłby w stanie uratować w czasie wojny kogokolwiek, szczerze odpowiada, że nie. Brakłoby sił, odwagi...
A to dopiero odwaga, przyznać się do słabości i strachu.
Wiele pytań, wiele zagadek, rozmyślań nad dziedziczeniem historii i rodzinnych grzechów.
Trudna, mocna historia o nieprzemijalności strachu, wstydu i zła, które w końcu niedziedziczone wisi nad narratorem niczym miecz Damoklesa.

niedziela, 10 września 2017

Billie Holiday, William Dufty - Lady Day śpiewa bluesa [recenzja]

Przekład: Marcin Wróbel
Wydawnictwo Czarne
Wołowiec 2017

Wszystko w tej książce jest wyjątkowe: bohaterka, jej historia (jak i styl opowieści), jej talent, jej ból i jakże trudna i niesprawiedliwa epoka, w której przyszło jej żyć.
Wspomnienia Billie Holiday powinni przeczytać wszyscy ci, którym kariera sceniczna kojarzy się ze splendorem, uwielbieniem fanów i życiem mlekiem i miodem płynącym.
Nic z tych rzeczy. Ciężka, żmudna praca, która często pozostawała niedoceniana, bądź marginalizowana. Fałszywi przyjaciele wietrzący zysk,  marne stawki, głód, bieda, brak mieszkania i perspektyw.
Początek był jeszcze gorszy - od najmłodszych lat Billie była służącą myjącą podłogi za marne grosze, później pracowała jaka prostytutka, później zaczęła śpiewać.
Dramaty rodzinne - bieda, porzucenie przez ojca,gwałt, brak zrozumienia, pogarda innych, a przy tym własny trudny, ekspansywny charakter charakteryzowały wczesne, młodzieńcze lata Lady Day.
Lady piła, ćpała, wiązała się z niewłaściwymi mężczyznami, była okradana, kradła, głodowała, żyła ponad stan, miała marzenia, wielki talent i bardzo dużo samozaparcia.
Ciągłe kłody, jakie rzucał jej pod nogi biały, rasistowski świat, cała gama upokorzeń jakie serwowano jej podczas występów w klubach i hotelach, obraźliwe, okrutne komentarze dotyczące pochodzenia i koloru skóry, co kilka stron są przytaczane przez Billie.
Trzeba przyznać, że jej barwny język dodatkowo pokazuje mrok i intensywność podziału, jaki trwał w ówczesnym świecie. Stereotypy, bezwzględność i okrucieństwo przesądów i ludzi mocno z nimi związanych martwią i pokazują, jak trudno było Billie Holiday osiągnąć pozycję, jaką w końcu posiadła. W obliczu przeciwieństw losu oraz złych języków wydaje się to wręcz nieprawdopodobne.
Rasizm, prymitywny, skondensowany, jakże zakorzeniony w Ameryce lat 40. i 50. zostaje odmalowany w najbardziej jaskrawych barwach.
Billie opisując swe doświadczenia nie stosuje polityki martyrologicznej, do losu i jego zrządzeń podchodzi z dystansem i humorem.
Dodatkowo język, mocny, dosadny, odarty z woali i przenośni brzmi prosto, prawdziwie i dosłownie. Billie opowiada tak, że czytelnik jej wierzy, identyfikuje się z jej opowieścią, dopinguje, wspiera, współczuje. Narratorka niewiele ukrywa, jest szczera, mówi o sprawach najtrudniejszych bez ogródek, bez tłumaczeń, pisze o sprawach po prostu, tak jak je rozumie, przeżywa, czuje.
Po lekturze pozostaje pustka, smutek, żal. Na czasy, na trudy życia, na niesprawiedliwość, ale też na wybory życiowe samej bohaterki.
Lady Day opowiedziała bluesową wersję swojej biografii. 

środa, 6 września 2017

Jørn Lier Horst - Felicia zaginęła [recenzja]

Przekład: Milena Skoczko
Wydawnictwo Smak Słowa
Sopot 2017

William Wisting w kolejnej odsłonie.
Jak zwykle udanej.
Horst czerpiąc ze swej kariery policyjnej, w każdej książce przywołuje inny aspekt sytuacji i problemów z którymi na co dzień borykają się norweskie służby.
Mając na uwadze liczbę zaginięć, jaka każdego roku odnotowywana jest w Norwegii Horst tym razem ukazał czytelnikom historię tytułowej Felicji.
Podczas prac budowlanych na jednej z dróg zostają znalezione zwłoki kobiety. Jednocześnie prowadzący śledztwo William Wisting dostaje do prowadzenia sprawę zaginięcia młodej dziewczyny.
Zaczyna walkę z czasem, ponieważ pierwsza sprawa może za chwilę ulec przedawnieniu (śledczy wydedukowali, że zbrodnia została popełniona przed ćwierćwieczem), druga zaś jest bardzo tajemnicza, ponieważ zaginięcie jest tajemnicze i mocno niespójne.
Za każdą z tych historii kryje się tajemnica, mniej lub bardziej mroczna.
Wisting stopniowo, powoli, opierając się na własnym doświadczeniu policyjnym oraz intuicji wchodzi w świat obu kobiet, poznając je, zestawiając ze sobą najważniejsze fakty, dochodzi do bardzo zaskakujących wniosków, które w pewnym stopniu oddają część tajemnicy zaginięć, ale też pokazują jak bardzo świat postrzegany różni się od rzeczywistego. Najczęściej widzimy tylko to, co inni chcą nam pokazać, oficjalną, ugłaskaną, grzeczną wersję siebie. Jak drzewniej mawiali - zjesz beczkę soli nim poznasz do woli. 
Ludzkie dusze kryją wiele mrocznych zakamarków, a proza Horsta uchyla rąbka tajemnicy. Nie robi  tego w spektakularny, agresywny sposób, tylko metodycznie, powoli, bez fajerwerków.
I w tym tkwi siła jego prozy, jest zwyczajna, policjant nie jest superbohaterem, a zwykłym człowiekiem z problemami. Sprawa ciągnie się, bądź szybko rozwiązuje - zupełnie jak w życiu.
Felicja zaginęła pokazuje jak ewaluuje styl autora, jak z każdą kolejną książką nabiera on pewności siebie, wie jak chce pokazywać bohaterów i ich miejsce życia.
To cenne doświadczenie - obserwowanie krzepnącego sposobu opisywania świata przedstawionego, nabierania pisarskiej pewności autora.


Za egzemplarz książki dziękuję wydawnictwu: