poniedziałek, 17 lipca 2017

Kuba Wojtaszczyk - Dlaczego nikt nie wspomina psów z Titanica? [recenzja]

Wydawnictwo Akurat
Warszawa 2017

Pisarstwo Wojtaszczyka jest bardzo w moim guście: impulsywne, niepokojące, gęste od emocji i znaczeń, a także naznaczone irracjonalnymi sytuacjami, które sytuują tę prozę gdzieś pomiędzy jawą a marą.
Uwielbiam jego przydługie barokowe tytuły, które groźnie robią miny do czytelnika, niektórych zniechęcając już na wstępie, innych kupując samą okładką.
W swej najnowszej powieści wraca do ponurego roku 1945, zaraz po zakończeniu wojny. Prezentuje cały wachlarz dziwnych, pokaleczonych postaci, które czasem budzą lęk, innym razem współczucie i rozpacz.
I tu pojawia się zarzut, najpoważniejszy i bodaj jedyny. Brak tu fabuły i trwałej historii, motywu przewodniego, czegoś, co spowodowałoby, że na tę książkę spojrzy się inaczej niż tylko na gabinet osobliwości.
Mamy oto cyrk, któremu przewodzi zagadkowy Właściciel. Kolekcjonuje on ludzkie okazy, wśród których na szczególną uwagę zasługuje wróżka Irmina (oślepiona przez wyzwolicieli), Moryc reklamowany jako "ostatni polski Żyd", karzeł Szczepan, który przetrwał piekło obozów koncentracyjnych. Jest także udający niemowę nazista Damiel, terkotliwy Volksdeutch Cassiel oraz Lena, kobieta - guma, której numer pokazowy to prześlizgiwanie się między drutami kolczastymi.
I tyle. Poszczególne ustępy powieści zogniskowane są na kolejnych bohaterów, jednak są to solowe występy, a przy braku gry zespołowej, całość pozostawia niedosyt i poczucie, że coś czytelnika ominęło, czyżby historia?
Na myśl nasuwa się porównanie Polski do świeżo odbudowanego cyrku, pełnego zwichrowanych obywateli, i ta myśl mogłaby być wstępem do rozwinięcia historii. Mocne, skomplikowane i rysowane bardzo grubą kreską charaktery bohaterów nie zostawiły jednak autorowi miejsca na zajęcie się tym zagadnieniem.
Galeria postaci jest, brak opowieści.
I tak Cię lubię Wojtaszczyku. Czekam na rozwój wypadków.


Za egzemplarz książki dziękuję wydawnictwu:






niedziela, 25 czerwca 2017

Tomasz Jastrun - Wyszedł z siebie i nie wrócił [recenzja]

Wydawnictwo Czarna Owca
Warszawa 2017

Dawno, dawno temu zaczynałam cotygodniową lekturę pewnego tygodnika od ostatniej strony, gdzie swoje felietony publikował Tomasz Jastrun. Zaśmiewałam się nad perypetiami jakie przechodził on ze swoim synkiem, przyjmowałam optykę autora i ze zdziwieniem spoglądałam na rzeczywistość w której on bezczelnie się rozmnażał, podczas, gdy jego znajomi zaczęli odchodzić.
W najnowszej powieści Jastrun pokazuje, że jest w formie. Język wcale się nie stępił, dowcip (często wisielczy) również na miejscu, czytałam tę książkę wybuchając czasem nerwowym chichotem, śmiechem przez łzy, innym razem reagując na fabułę zgrzytem zębów. Wachlarz bogaty, tak samo jak zbiór przypadków oraz refleksji, jakie napadają co i rusz na głównego bohatera.
Jest nim przeżywający kryzys twórczy (i wieku średniego też) malarz Franciszek, który czasy świetności ma już za sobą, a jak wiadomo każdy artysta źle nosi zmierzch własnej popularności/atrakcyjności.
Franciszek nie radzi sobie z odpływającą weną, nieprzychylności krytyki, która zapomina o jego twórczości. Ponadto na kryzys nakładają się problemy osobiste - pijąca żona, problemy urologiczne, kredyt hipoteczny oraz wystający brzuch, który symbolizuje ostateczny upadek i wstydliwy początek końca (przynajmniej dla narratora).
Nic się Franciszkowi w życiu nie udaje, nic go nie cieszy, nic nie stymuluje, ni nie daje nadziei. Wpadł w czarną dziurę myśli, refleksji, na dodatek umiejscowionych w TYM kraju, w TYM czasie, w TEJ rzeczywistości. Pewną radość daje mu internetowa znajomość, którą nazywa wręcz więzią, jednak pozostawiając tę relację jedynie wirtualną, skazuje się na domysły, wątpliwości.
Franciszek choruje na depresję i każda próba poradzenia sobie z nią nie przynosi pożądanego skutku - nie działa salon erotycznego masażu, nie przynoszą ulgi leki, nawet romans nie ratuje bohatera ze szponów choroby.
Starzenie się przynosi nowe wyzwania oraz obnaża niechciane prawdy - człowiek przestaje być atrakcyjny dla świata, to co oferuje nie budzi już zachwytów ni oczekiwania. Atrakcyjność spada, użyteczność też, relacja intymna napotyka na trudności natury fizjologicznej, pojawia się pytanie o sens i dalszą drogę.
Jastrun wcale nie pisze w sposób lekki, robi to jednak ze swadą, żarliwością, przez co czytelnik nie tylko sympatyzuje z głównym bohaterem, ale też zauważa pewien satyryczny wymiar sytuacji, w jaką uwikłany jest niemal każdy z nas (lub kiedyś będzie). Życie jest tak tragiczne, że aż śmieszne. Dzięki historii Franciszka, czytelnik uświadamia sobie, że bywa również absurdalne.
Nic tylko wyjść z siebie i nie wrócić.



Za egzemplarz książki dziękuję wydawnictwu:







Benedict Wells - Koniec samotności [recenzja]

Przekład: Viktor Grotowicz
Wydawnictwo Muza
Warszawa 2017

Niech nie zwiedzie was okładka - ta powieść nie jest babskim romansidłem. Benedict Wells konfrontuje czytelnika z historią bohatera bardzo doświadczonego przez życie.
Gdy trzydziestokilkuletni Jules ulega wypadkowi motocyklowemu, wydarzenie to staje się bodźcem do wspomnień dalekiej przeszłości, która zaważyła na życiu wielu osób. Jules, oraz jego starsze rodzeństwo Marty i Liz zostają nagle osieroceni przez obje rodziców. Trafiają do domu dziecka, gdzie zostają rozdzieleni, Jules trafia do młodszych dzieci, gdzie nie radząc sobie z nową sytuacją chłopiec staje się samotnikiem, dziwakiem, zamkniętym w świecie marzeń i wspomnień.
Starsze rodzeństwo również radykalnie zmienia swoje dotychczasowe przyzwyczajenia i usposobienie, Liz wulgarnieje, Marty staje się zapatrzonym w siebie egoistą. Każdy na swój sposób próbuje przeżyć żałobę, odnaleźć się w samotności. Rodzeństwo traci kontakt, rany oraz wspomnienia są zbyt silne.
Jules opowiada historię swoją i swojej rodziny opierając się na wieloletnich obserwacjach. Wynika z nich jasno, że życie jest kruche, nieprzewidywalne, gorzkie, ale też pełne małych szczęść, które raz na jakiś czas rozświetlają szarość. Żadna to nowość,w zasadzie banał, jednak nadanie tym truizmom kostiumu Julesa i jego rodzeństwa powoduje pewną wyjątkowość i niepowtarzalność.
Miłości i sympatie, wyzwania zawodowe, talenty,pragnienia, wszystko to opowiada nam narrator, pokazując jak bardzo na dorosłe życie i decyzje rodzeństwa miały tragiczne wydarzenia z ich dzieciństwa.
Jak łatwo jest się poróżnić, stracić z oczu, oddalić się od siebie, nawet wśród rodzeństwa. Jak wielkie są nasze potrzeby akceptacji, miłości, poczucia wspólnoty i przynależności. Jak wiele w końcu zależy od ułożenia się poszczególnego dzieciństwa, sposobu wychowania. Przeszłość wraca, czasem w całkiem niespodziewanym momencie, rzutując na dorosłe relacje, poczucie własnej wartości.
Autor utrzymuje w powieści minorowy ton, pełen smutku i ciągle obecnego przeczucia, że ta historia naznaczona będzie do końca smutkiem, dojmującym, gęstym, przykrywającym wszystko inne, tylko nie samotność.
Benedict Wells zaskoczył mnie swoją dojrzałością (jest on raptem trzydziestokilkuletnim autorem), znajomością ludzkiej duszy oraz przenikliwością, która bez skrupułów obnaża mroki i tęsknoty ludzkiej egzystencji.



Za egzemplarz książki dziękuję wydawnictwu:





wtorek, 6 czerwca 2017

Aneta Prymaka-Oniszk - Bieżeństwo 1915. Zapomniani uchodźcy [recenzja]

Wydawnictwo Czarne
Wołowiec 2016

Staram się być ostrożną w ocenie. Główkuję jakich słów użyć, jak opisać to co przychodzi mi do głowy po przeczytaniu książki. Z jednej strony bardzo cenię temat, cieszę się, że ktoś pochylił się nad maluczkimi, zapomnianymi przez świat i ludzi, którzy porzucili wszystko co mieli (a nie było tego dużo), by spełnić wolę imperium i uchronić się przed przepowiednią zagłady.
Z drugiej strony Prymaka-Oniszk reprezentuje ten rodzaj reportażu, jaki wywołuje u mnie sprzeciw. Nie sympatyzuję z aktualnym polskim trendem reportażowym. Równoważniki zdań, zdania proste, urywane, cięte. Brak literackiego sznytu, pomysłu, czuję, że każdy pisze od raz przyjętego szablonu. Wrażenie sprowadzone do zastanawiania się co byłoby za tym nagłym przecięciem, wyciszeniem. Ćwiczenie tyleż nużące, co irytujące czytelnika.
Mylą mi się nazwiska, tytuły, bo niemal każdy współczesny polski reportażysta pisze tak samo. Gdzie nie spojrzysz tam ten sam pomysł na pisanie.
Dla porównania podam wspaniałą, niezwykle poetycką, pełną wrażliwości, językowego pietyzmu i staranności książkę Martína Caparrósa (który ku mojemu wielkiemu rozczarowaniu nie zdobył nagrody im. Kapuścińskiego, podobnie mieli studenci Uniwersytetu Wrocławskiego, którzy uhonorowali go swoją nagrodą), który o Głodzie pisze przejmująco i nieszablonowo, dojmująco i pamiętliwie. Cóż. Gusta i guściki.
Wracając do Bieżeństwa. Przywrócenie tematu - wielka sprawa, odnalezienie jakichkolwiek materiałów opisujących tamtą Odyseję - brzmi nieprawdopodobnie. Za autorką benedyktyńska wręcz praca, wiele też osobistych wzruszeń (w końcu to rodzinna historia). Tym bardziej trudno mi pisać, rozdzielić to co osobiste od tego czym powinien być reportaż.
Uciekinierzy, bieżeńcy padają ofiarą wojny. Rosyjskie wojsko cofające się z frontu ciągnie za sobą mit niemieckich okrutników, którzy palą i gwałcą, mordują i bezczeszczą. Prawosławna polska ludność spod Lublina, Łomży czy Chełma, zachęcana przez lokalnych batiuszków pakuje na wozy pierzyny, wyprzedaje inwentarz, by ruszyć na bezpieczny wschód, gdzie nie sięgną germańskie macki. Nie są świadomi, że po drodze czeka ich znój, głód, choroby, a często też śmierć. 
Nim dotrą do mniej lub bardziej żyznych rejonów Rosji, utracą wszystko co miało dla nich znaczenie, w tym także poczucie bezpieczeństwa, nadzieje, tęsknoty.
I, choć znajdą się tacy, którzy zaśmieją się nad gustami bieżenców (długo nie potrafili przekonać się do białego, pszennego chleba - przywykli do gliniastych, czarnych bochenków, nie umieli pogodzić się z codziennością świątecznego dla nich rodzaju pieczywa. Tak samo było z pomidorami - długo wzbraniali się przed nimi jako substancją niejadalną). 
Tygodnie wyczerpujących wędrówek, bez jedzenia, wody, z padającymi, wycieńczonymi zwierzętami są codziennością uchodźców. Choroby i wysoka śmiertelność dzieci, masowe groby wyrastające przy rogach znaczą wędrówkę przesiedleńców. I tylko czasem któryś lokalny mużyk, czy też wielkopański małomiasteczkowy komitet dobrze sytuowanych pań z towarzystwa wyjdzie na drogę zrobić sobie pamiątkową fotografię z ludzką lawą.
Szybko pojawiają się komitety pomocy, reporterzy, kotły z zupą, ale to wciąż zbyt mało, by ocalić wszystkich.
Tragedia bieżeńców to nie tylko droga do Rosji, gdy upada carat, rewolucyjna zawierucha zmusza większość do powrotu do starego kraju...
Ogrom wysiłku, tragedii, poświęcenia, ale i samozaparcia jest niewyobrażalny. Przy braku środków, komunikacji, pośród walk i wielu niebezpieczeństw czyhających z każdej niemal strony, zdziesiątkowani bieżeńcy wracali w swoje strony. Exodus.

poniedziałek, 5 czerwca 2017

Philippe Beaussant - Przejścia. Z Renesansu do Baroku [recenzja]

Przekład: Wanda Klenczon
Wydawnictwo Kle
Warszawa 2017

Przejścia są jak wędrówka przez różne światy, a każdy znaczony wizją i charakterem innego stwórcy. Beaussant prowadzi nas przez arcydzieła muzyki i malarstwa Renesansu i Baroku podając ich genezę, nastrój czy ukryty wymiar w widowiskowy, barwny sposób.
Skupia się na największych, wśród nich znajduje się Tintoretto (ze zjawiskowym Ofiarowaniem Maryi Panny w Świątyni), Veronese i jego Gody w Kanie Galilejskiej, czy mój ukochany Caravaggio, raptus i gwałtownik, którego życie było równie bogatej, jak twórczość.
Beaussant prowadzi czytelnika/widza przez kolejne obrazy trochę jak ślepca, trochę jak dziecko przed którym odkrywa to, co dla niewprawionego oka niewidoczne. Fabularyzuje sceny ukazane na płótnach, dodaje szczegóły znane z historii sztuki, powodując, że nawet niewprawny odbiorca odkrywa głębię, piękno i bogactwo znaczeń, symboli, wrażeń.
Niejednoznaczność tematów, ich uwikłanie historyczne, obyczajowe, wreszcie prywatne (związane z fundatorami, mecenasami czy wreszcie twórcami) jest pasjonujące i urzekające. Powoli suniemy wzrokiem za słowami Beaussanta, ważymy je, odnosimy do postaci uwiecznionych na poszczególnych obrazach, smakujemy przemyślenia, łączymy je z wiedzą i prawdami o opisywanych epokach, uczymy się przeszłości.
Bardzo ważną kwestię poruszył autor już na początku książki i jest ona konieczna do zacytowania właśnie w tym miejscu: Jak powstrzymać się od nakładania na myśl niegdysiejszych ludzi naszego własnego sposobu osądzania? Jak uniknąć interpretacji tego, co czynili, czego pragnęli, co kochali, a co odrzucali, za pomocą kryteriów, które ustaliliśmy my, ludzie innych czasów? Jak sprawić, by oglądając i słuchając dzieł przeszłości z perspektywy, która dała nam wiedzę o ewolucji rzeczy, mieć zarazem prostoduszność tych, którzy odkrywają coś nowego, coś, czego istnienia nie podejrzewali, i nie wiedzą, dokąd może ich to zaprowadzić?
Trudna sztuka, jednak dzięki Beaussantowi niemal możliwa. Opisując zmiany, jakie spowodowały w muzyce madrygały Monteverdiego, jaki wpływ na epos rycerski miała Jerozolima wyzwolona autorstwa Torquato Tasso, widzimy, że nasze zepsute cywilizacją i późniejszymi arcydziełami oko nie doceni tego, co w powyższych widzieli im współcześni,
Dzięki Beaussantowi mgła współczesności trochę się rozjaśnia, pokazuje, jak wielkim postępem, zmianą, były nowe podejście do światłocienia, ukazanie rycerza w ponurym stanie zakochania, czy wreszcie słowo nadające formę utworowi muzycznemu. 
Beaussant zabiera czytelnika w wyjątkowo podróż do źródeł wrażliwości, do historii piękna, które wciąż trwa, zachwyca, autor odziera je jednak z naleciałości wieków, z nowych znaczeń, odsłaniając to, co było sednem omawianych dzieł, w czasie, w którym powstawały.
Bezcenna przygoda, której dodatkowym atutem jest oddanie i pasja autora, wyzierająca zza każdej stronicy.

czwartek, 11 maja 2017

Marcin Kącki - Białystok. biała siła, czarna pamięć [recenzja]

Wydawnictwo Czarne
Wołowiec 2016

Czytam i skóra mi cierpnie. Ze względu na opisywane historie, ale też z powodu stronniczości autora, który jest dość jednoznaczny w swoich sądach, choć wypowiada je między wierszami. Obraz wyłoniony ze zbioru reportażu Kąckiego pokazuje, że historia niczego nie uczy. Ludzie (mimo postępu, teoretycznemu wzrostowi świadomości, łatwiejszemu dostępowi do oświaty) wcale się nie zmieniają, nie mądrzeją, nie poszerzają horyzontów, nie dbają o przeszłość i własne dziedzictwo.
Zbiór reportaży dotyczących Białegostoku i jego okolic zasmuca i osłabia, pokazuje całą galerię narodowych słabości.
Mając w pamięci wielokulturowość tego miejsca (Żydzi, Polacy, Ukraińcy, Białorusini, a nawet Tatarzy), ważne historycznie i społecznie hasła (esperanto, in vitro) odnosi się wrażenie, że Białystok to postęp i wizytówka nowoczesności i kultury.
Prawda jest taka, że nie dba się o pamięć o Zamenhofie, z miasta pozbyto się teatru Trzyrzecze, który mówił o bolesne i zamiatane pod dywan, a esperanto istnieje tylko w podręcznikach.
Z książki Kąckiego wyłania się obraz antysemickiego i w ogóle rasistowskiego miasta, gdzie kolor skóry predestynuje do szykan i drżenia o własne zdrowie. Gdzie społecznicy są szykanowani i zastraszani, neofaszyści prężą muskuły, a kibole odstawiają kolejne ustawki i popierają rasizm.
W narodzie wciąż żywa jest legenda niesławnego Burego, a białostocka kolebka in vitro staje się teraz przyczółkiem kółka różańcowego. A do tego disco polo - matecznik Białystok.
Czas załamać ręce i zapłakać, o ile argumenty przedstawione w książce są miarodajne i rzetelne.
Białystok jest aż tak straszny? Czy wszystkie narodowe przywary skumulowały się na Podlasiu, czy są bardziej jaskrawe?
Żadną nowością nie będzie stwierdzenie, że Polsce daleko do egalitarności, tolerancyjności czy liberalizmu.
Powoli, drobnymi kroczkami idzie lepsze, ale z drugiej stronie przy postępującemu wciąż skrętowi w prawo, zaraz okaże się, że miast iść naprzód, cofamy się.
Nie wiem co sądzić o tej książce, z jednej strony obnaża polskie grzechy, z drugiej jest nazbyt obarczona zdaniem i przekonaniami autora. Nie pozwala to na przestrzeń dla własnych przemyśleń.
Interesująca, ale i kontrowersyjna.

poniedziałek, 8 maja 2017

Tove Jansson - Słoneczne miasto [recenzja]

Przekład: Teresa Chłapowska, Justyna Czechowska
Wydawnictwo Marginesy
Warszawa 2017

Moja matka chrzestna mawia, że starość jest straszna. Po lekturze dwóch opowiadań Jansson, zaczynam nabierać przekonania, że ma rację. Pierwsze jest "Słoneczne miasto", opowieść o domu spokojnej starości w małym miasteczku na Florydzie. Pensjonariusze spędzają każdy dzień w bujanych fotelach na werandzie, pośród komentarzy, podglądania sąsiadów, rozmów, bądź samotnych rozmyślań.
Jedyny ważny moment w roku to Bal Wiosenny, na którym sztywne reguły nie pozwalają na swobodną zabawę (taniec tylko w mieszanych parach, w konsekwencji panie, których przewaga nad mężczyznami jest miażdżąca, stoją niepewnie przy przekąskach, patrząc z zazdrością na szczęściary tańczące na parkiecie). 
Starsi ludzie porzuceni są n margines życia, oddani przez dzieci, zapomniani, samotni, przerażeni przyszłością, udręczeni odrzuceniem i izolacją na jaką skazali ich bliscy. Niekochani, niepogodzeni ze starością, która niesie same trudy i znoje (głównie w zakresie zdrowia), wegetują na werandzie, żyjąc od posiłku do posiłku. Odczłowieczenie starości, jakie pokutowało długie lata, głośno walczy o swoje prawa - właśnie tu, w historii opowiedzianej przez Tove Jansson. Gorzka, smutna opowieść o ciężkim losie, który majaczy daleko na horyzoncie, pokazując, że każdego może czekać taka sama banicja, bez względu na wcześniejsze zasługi i możliwości. 
Drugie opowiadanie " Kamienne pole" to historia Jonasza, świeżo upieczonego emeryta. Ma on jeszcze jedną misję do spełnienia - napisanie biografii Igreka. Niespodziewanie okazuje się, że jego bohater ma wiele wspólnego ze swoim biografem. Praca nad książką staje się okazją do rachunku sumienia i gorzkich podsumowań: trudne relacje z żoną i córkami, ciągłe ucieczki od rzeczywistego świata, pełnego obowiązków i uczuć. Bilans życia wypada fatalnie...
Jak w piosence Jana Kantego Pawluśkiewcza do słów Michała Zabłockiego: "Stare ciała są w złym guście, stare ciała do śmierci zmuście (...) po co wam? po co one wam?".
Gorzko......

Hubert Hender - Lęk [recenzja]

Wydawnictwo Filia
Poznań 2017

Hender zaskakuje. Wraca z trzecią powieścią, lepszą od poprzednich.  Z przyjemnością patrzę na rozwój talentu tego pisarza i czekam kolejnych jego literackich prób. 
W najnowszej powieści przenosi nas do Jeleniej Góry, gdzie znika nastolatka. Początkowy sceptycyzm policji przeradza się w gorączkowe poszukiwania. Powodem są zaginięcia kolejnych dzieci. Iwanowicz bardzo osobiście traktuje całą sprawę, a ta rozwija się w coraz większym tempie. Jej finał zaskakuje, ale też daje wiele do myślenia. Czas goni śledczych,  atmosfera gęstnieje...
„Lęk” jest inny  niż wcześniejsze jego powieści, dojrzalszy, a przy tym bardzo emocjonujący, chwytający za serce. Napięcie trzyma czytelnika w żelaznym uścisku, ma ono jednak inne podłoże niż wcześniejsze książki, mniej tu strachu, więcej emocji, które dotykają nas na co dzień. 
Atutem drogi, którą podąża autor jest regionalizm i rzucenie bohaterów na Dolny Śląsk, w rodzinne strony autora. Pokazanie topografii miejsc, atmosfery miast i miasteczek, wiosek i turystycznych atrakcji pokazuje, jak toczy się życie w małych społecznościach, jak wyglądają tam układy, codzienność. Rzeczywistość wyobrażona przez autora jest jak szyta na miarę – tak mocno przypomina naszą codzienność, że łatwo przekuć sceny z książki na realne sytuacje. 
Bycie blisko zwykłego człowieka, pokazanie świata z oddolnej perspektywy zjednuje czytelnika, daje wrażenie poufałości.
Ważne jest też pokazanie ludzkiej strony głównego bohatera, właśnie tego mi było trzeba – zajrzeć do jego emocji, poznać historię. Ta wiedza nie tylko utwierdziła mnie w sympatii do Iwanowicza, ale też rozbudziła chęć na więcej opowieści o nim w kolejnym tomie. Czekam więc.
Najlepszą stroną Hendera były do tej pory dialogi – mocne, spójne, przemyślane i logiczne (a w dzisiejsze prozie kryminalnej to nie takie oczywiste). W tej materii nic się nie zmieniło – dialogi są jego wizytówką.
I, choć na rynku  polskich pisarzy kryminalnych jest bardzo ciasno Hender ma tam ugruntowaną pozycję. Pośród rozchwytywanego hurtownika Mroza (grozą napawa mnie ilość premier i wydań kolejnych jego książek), egzaltowanej i sztucznej Bondy (wciąż nie rozumiem jej popularności....) czy pozostającego dziś nieco na uboczu Miłoszewskiego (któremu nie wybaczę błędów formalnych w „Ziarnie prawdy”). Hender wydaje się niezmanierowany i świeży.
Będę bacznie obserwować jego dalszą drogę, ciekawe dokąd go zaprowadzi...

czwartek, 27 kwietnia 2017

Jørn Lier Horst - Kluczowy świadek [recenzja]

Przekład: Milena Skoczko
Wydawnictwo Smak Słowa
Sopot 2017

Ach ten Horst! We wstępie do książki dzieli się z czytelnikiem swymi prywatnymi doświadczeniami. Jako były policjant wiele miał w swym życiu skomplikowanych, zagadkowych spraw. Jedna z nich szczególnie mocno zapadła autorowi w pamięć. W rzeczywistości nierozwiązana posłużyła Horstowi za kanwę i inspirację w stworzeniu Kluczowego świadka. Fikcja literacka dała mu wreszcie możliwość rozwiązania tej sprawy. W oparciu o poszlaki, domysły, doprowadził śledztwo do końca. Choć w powieści.
To bardzo stymulujący wstęp, który znakomicie wprowadza czytelnika w historię, powodując rosnącą ciekawość. 
Mamy oto Williama Wistinga, wciąż początkującego policjanta (tak tak - to pierwszy tom cyklu), który marzy o urlopie, który zbliża się doń wielkimi krokami. I kiedy jest już naprawdę blisko upragnionego celu, zostaje zaangażowany do śledztwa w sprawie śmierci Prebena Pramma, emeryta ze spokojnej dzielnicy miasta. Drastyczne szczegóły dotyczące zabójstwa mężczyzny powodują, że wśród zaangażowanych w śledztwo rośnie nerwowość, ale też poczucie, że muszą jak najszybciej znaleźć zwyrodnialca, który pozbawił Pramma życia.
Jak zwykle w takich sytuacjach, podczas śledztwa, wychodzą na jaw mroczne szczegóły dotyczące samego zamordowanego, a także jego otoczenia. Ponieważ wszyscy mamy tajemnice, sprawa robi się coraz bardziej zagmatwana i intrygująca.
Wisting uczy się zawodu, próbuje nowych teorii, błądzi, ale zawsze z zaangażowaniem i zaciętością dąży do odkrycia prawdy.
Także w Kluczowym świadku, książce, która po raz kolejny pokazuje warsztat Horsta, pisarza, do którego twórczości chce się wracać.



Za egzemplarz książki dziękuję wydawnictwu:




Dany Laferrière - Kraj bez kapelusza [recenzja]

Przekład: Tomasz Surdykowski
Wydawnictwo Karakter
Kraków 2011

Karakter mi imponuje. Pięknie wydaje swoje książki, jest poza (a może ponad) trendami, a przede wszystkim ma styl i charakter/karakter.
Kraj bez kapelusza jest dowodem na moją teorię. Nieoczywista, niepoważna opowieść o Haiti, kryje w sobie drugie dno, bardziej mroczne, intrygujące. Sama stylistyka tej opowieści daje do myślenia - urywane, niekompletne, porzucane wciąż historie, wcale się nie łączą, nie dają globalnego oglądu sytuacji, nieco ją tylko nakreślają, dając pole wyobraźni. Język - cięty, dowcipny, ale też prosty, nieskomplikowany, którego specyfikę autor przyrównuje do pisarstwa naiwnego, ocierającego się o prymitywizm.
To po trosze kokieteria, po trosze zaś prawda, realizowana na potrzeby przybliżenia haitańskiej codzienności, charakteru ludu. Życie na karaibskiej wyspie widziane jest z perspektywy czterdziestoczteroletniego narratora, mężczyzny, który wraca z emigracji do domu. Stary Gnat (tak mówi o nim matka) ponad dwadzieścia lat żył w zimnym Montrealu, teraz odwiedza matkę i ciotkę, na każdym kroku spotyka dawnych znajomych i przyjaciół.
Suche spojrzenie wracającego na wyspę pisarza, bo tym trudni się nasz bohater, jest interesujące i niecodzienne. Porównuje białych ludzi z Montrealu z gorącymi wyspiarzami. Widzi biedę, którą zostawił lata temu, widzi zmiany, jakie zaszły w jego mieście, wspomina przyjaźnie i decyzje sprzed lat, które predestynowały go do zmiany miejsca zamieszkania.
Haitańczycy są specyficzni. Przekonani o własnej wyjątkowości (uważają, że jako pierwsi wylądowali na Księżycu), wciąż niepogodzeni w amerykańską okupacją, zmagający się z niedostatkiem, żyjący w obawie o spadek poziomu życia, który zmusi ich do utraty pozycji społecznej. Do tego, wciąż żywa jest opowieść voodoo, do której nawiązuje tytuł powieści. Kraj bez kapelusza to świat umarłych, do którego udaje się na chwilę dostać głównemu bohaterowi. Konfrontuje on własną wiedzę z tego zakresu z lokalnymi historiami, voodoo jest tu wciąż żywe. Według niektórych w kraju aktywne są całe armie nieżywych, którzy wciąż przebywają na naszym świecie, pędząc spokojny żywot, budzą się nocą. Świat zmarłych przenika do świata żywych, jeden maleńki element rozróżnia Haitańczyków żywych od martwych, choć w zasadzie ich sytuacja życiowa niewiele się różni bez względu na stopień żywotności.
Autor nie ma złudzeń co do kondycji swojego kraju, bezlitośnie ją portretuje, czyniąc to w kąśliwy sposób. Wplata w swą niezwykłą historię elementy publicystyczno - reporterskie, dzięki czemu obraz Haiti jest przekonujący i barwny.
Bardzo interesująca powieść, bardzo ciekawy autor.

czwartek, 20 kwietnia 2017

Martin Pollack - Cesarz Ameryki. Wielka ucieczka z Galicji [recenzja]

Przekład: Karolina Niedenthal
Wydawnictwo Czarne
Wołowiec 2011

Fascynująca. Wciągająca. Niezwykła. Pollack po raz kolejny zabiera czytelnika w podróż do nieistniejącego, zapomnianego świata przełomu wieków, gdzie mieszały się nacje, kultury, mocarstwa i ich interesy.
XIX-wieczna bieda spowodowała, że dziesiątki, a nawet setki tysięcy ubogich Słowaków, Polaków, Żydów, Rusinów zamarzyły o lepszym życiu w Nowym Świecie. Początki XX wieku to istny galicyjski exodus do obu Ameryk. 
Jednocześnie był to złoty czas dla oszustów i złodziei, którzy wykorzystując niepiśmienność, brak wiedzy emigrantów okradali ich, wpędzali w tęgie kłopoty, niweczyli marzenia.
Łowcy naiwnych, naganiaczki prostytutek, zwykli rabusie i przestępcy, którzy w łatwowierności kandydatów na emigrantów widzieli swoją szansę.
Do tego nieuczciwi przewoźnicy transportujący pasażerów za wygórowane ceny w fatalnych warunkach i mamy niemal komplet.
Przez książkę przewijają się kolejne procesy sądowe, które znakomicie ilustrują przekrój społeczny (w niższych warstwach), mechanizmy rządzące oszukującymi i oszukiwanymi, a także dają obraz skali problemu, jaki narastał w CK Galicji, krainie nędznie uposażonej rolniczo, przeludnionej, biednej i niewykształconej, pozbawionej perspektyw.
Ci, którzy szczęśliwie przebrnęli przez gęste sito pozwoleń, zaświadczeń, nieuczciwych pośredników, drogich biletów, dotarli wreszcie do Ameryki, gdzie chwile niepewności przeżywali przy amerykańskich celnikach. Jednak Ameryka ze snów i opowieści nijak miała się do rzeczywistości. Za marne pieniądze mężczyźni wykonywali ciężką, fizyczną pracę, utrzymywali się w podstawowym wymiarze, a i tak mieli trudności z odkładaniem wyśnionych dolarów.
Bieda zmieniona na biedę, może mniej dojmującą (bo pozbawioną ogona pod postacią rodziny), z drugiej strony palącą, bo przecież na wyjazd złożyła się (nierzadko) nie tylko cała rodzina, ale i wieś, w nadziei, że emigrant pomoże innym śmiałkom. Wielka presja. 
Cesarz Ameryki to także paralela współczesności: emigracja zarobkowa, nacjonalizmy, niechęć do obcych, szukanie szczęścia na obczyźnie. Ciągle to samo, tylko w innych dekoracjach.
Historia powinna uczyć, przestrzegać. Pollack o tym przypomina.

wtorek, 4 kwietnia 2017

Dariusz Orszulewski - Zjednoczone Siły Królestwa Utopii [recenzja]

Wydawnictwo: Korporacja Ha!art
Kraków 2016

Kiedy pęka hermetyczność, zanika tożsamość - oto sedno opowieści Dariusza Orszulewskiego. Jego bohater całe życie marzy o Wielkiej Brytanii. Jest ona dlań  uosobieniem wszelkich pragnień i tęsknot charakteryzujących wydumany przezeń model idealnego życia. Dostatek, tamtejsza kultura, a nawet brytyjska flegma, są pejzażem z marzeń i snów głównego bohatera. W zasadzie na tym kończy się jego wiedza i wyobrażenie o życiu na Wyspach, o czym boleśnie się przekonuje.
Gdy wreszcie trafia do Londynu jest nieco oszołomiony rzeczywistością, ogromem trudności i spraw z którymi musi się zmierzyć. Problemem okazuje się kupno telefonu, przejazd metrem między strefami, założenie konta w banku, znalezienie dobrego sklepu z jedzeniem. Brytyjskie kobiety są zaniedbane i grube, dowcip autochtonów skrzy się złośliwościami i miałkością, a wizyta w przychodni żywcem przypomina skecz Monty Pythona.
Słodko - gorzka historia emigranta, który zbierając doświadczenie z różnych miejsc pracy/zamieszkania odkrywa mechanizmy rządzące wśród najeźdźców zarobkowych, ale też pośród tubylców. Codzienne rozmowy, sposób na spędzanie czasu wolnego (plus walka z tęsknotą za domem, bliskimi), relacje i układy zawodowe, a także przemyślenia dotyczące przyszłości, możliwości wybicia się ze statusu zwykłego, ponurego imigranta zarobkowego są solą tej opowieści.
Środowisko imigrantów pełne jest różnic. Narodowości, wychowanie, wpojone wartości powodują, że brytyjski tygiel kulturowy tętni życiem nie do końca zrozumiałym, a już na pewno nieprzewidywalnym i zaskakującym.
Tarcia zdarzają się nie tylko między kulturami, najwięcej animozji jest jednak między rodakami, którzy z zazdrości, złej woli, głupoty czy źle pojmowanej narodowej wspólnoty co chwilę popełniają kolejne niewybaczalne gafy.
Chwiejność zawodowa głównego bohatera, jego gonienie za wiatrem, dobrze oddają specyfikę wyspiarskiej emigracji. Każdy chce tam zarobić jak najwięcej przy jak najmniejszym nakładzie sił. Wszyscy marzą o ubezpieczeniu, wynajmie dobrego lokum, ubezpieczeniu społecznym i szacunku sąsiadów. Nie każdy znajduje w sobie tyle samozaparcia, by podreperować język, zrobić kursy doszkalające. Nasz bohater przechodzi tę wyboistą drogę z pewnymi trudnościami, ale też malowniczymi historyjkami w zanadrzu.
Jego opowieści o ludziach stamtąd są osobnymi, zamkniętymi portretami, które błyszczą na szerokim wachlarzu brytyjskich imigranckich życiorysów.
Raj na przeludnionej wyspie zmienił się w wielokulturowy chaos, który w relacji głównego bohatera stopniowo wymyka się spod kontroli. Relacje Brytyjczyków z Polakami, Polaków z Polakami, obu nacji z tzw. ciapatymi, różnice kulturowe - wszystko to relacjonuje autor na bieżąco, wplatając w opowieść kolejne losy epizodycznych bohaterów. Ten patchwork, collage złożony z ludzkich losów jest mocnym akcentem powieści.
Na koniec język proponowany przez Orszulewskiego - jest on mieszaniną barw i temperamentów, nacechowań i giętkości. Makaronizmy, mowa potoczna, przezabawne, piramidalne metafory i neologizmy uatrakcyjniają i tak już ciekawą powieść.
A wszystko to tworzy barwną, ciekawą całość, która dzięki spójności i czujnemu oku autora jest jak Zjednoczone Siły Królestwa Utopii.




Za egzemplarz książki dziękuję wydawnictwu:





poniedziałek, 3 kwietnia 2017

Nino Haratischwili - Ósme życie (dla Brilki) [recenzja]

Przekład: Urszula Poprawska
Wydawnictwo Otwarte
Warszawa 2016
tom pierwszy

Lekcja historii dla opornych i zarazem wymagających. Przekrój losów ludzi i miejsc/państw (Gruzja, Rosja, po trosze również Europa Zachodnia), którym przyszło się zmierzyć z ponurym, okrutnym, obfitującym w wydarzenia wiekiem XX.
Początek historii bierze się z narodzin Stazji Jaszi, córki przesławnego gruzińskiego wytwórcy czekolady, który skrywa tajemny przepis, który zjednuje mu rzesze zwolenników. Tajemnica cukiernika nie może wyjść na światło dzienne, jest najcenniejszym co posiada, a swą wiedzę przekazuje właśnie Stazji, przestrzegając ją przed nadużywaniem władzy jaką daje przyrządzana na ich domowy sposób czekolada. Ten wątek, lekko baśniowy, odrealniony, nadający gorącemu napojowi siłę sprawczą, która niesie za sobą nieszczęścia, jest pewną nicią, łączącą poszczególne pokolenia, losy, tłumaczącą wybory i perypetie. Nie jest to jednak element dekoncentrujący, psujący ogólne wrażenie, raczej sugestywny zabieg stylistyczny, który na swój sposób dodaje uroku.
Stazja jest twardą kobietą, która nie boi się stawiać życiu czoła. Rewolucje rosyjskie, wojny tylko ją hartują. Patrzy na historię nie tylko jako bierna obserwatorka, często jako aktywna uczestniczka poszczególnych zdarzeń. Przechodząc przez kolejne etapy życia Stazji, czytelnik ma okazję obserwować koszmar pierwszej połowy XX wieku. Terror (poczesne miejsce znajduje w książce Mały Wielki Człowiek - okrutny Beria), bieda, głód, migracje, przemoc, strach, wszystko to przeplata się ze zwykłym życiem zwykłego człowieka.
Miłość, całe jej morze popycha kolejne bohaterki do wielkich i małych czynów. Jest nienawiść, zazdrość, polityka, są wzruszenia, trudne chwile, wielkie namiętności. Autorka, niczym malarka wielkoformatowych płócien, z uwagą i starannością oddaje poszczególne charaktery, skupiając się nie tylko na głównych bohaterkach, ale dopieszczając też poboczne, epizodyczne postaci, które pod jej piórem stają się wyraziste. 
Osobnym, ale jakże współgrającym z losami ludzi, jest temat stosunków gruzińsko - rosyjskich, ulegających ciągłym zmianom, ewolucjom. Uniwersalny obraz trudów, jakie generuje historia, jest ubrany w gruziński kostium, jednak (jak wiemy z doświadczenia pokoleń różnych narodów) zarówno losy inteligentów, naukowców, ludzi wolnych duchem, artystów, był tak samo tragiczny, jak w innych krajach. Ten uniwersalizm przeraża, ale też dobrze obrazuje skalę i powtarzalność historii i jej okrucieństw, które dzieją się w coraz to nowych dekoracjach.
Stazja, Kitty, Elena, Daria, Brilka, wszystkie one doświadczają kolejnych trudów życia w nienajszczęśliwszym (geograficznie) rejonie.
Ósme życie to naprawdę kawał literatury, która charakteryzuje się (poza wspomnianym pogłębieniem psychologicznym postaci) mocnym, żywym językiem, barwnymi postaciami, solidnie odmalowaną historyczną dekoracją, a także pełną paletą emocji, które skrzą się, drgają, buzują, wylewając się z książki wprost na spragnionego wrażeń czytelnika, wdzięcznego za moc, siłę, przekaz, jaki proponuje Haratischwili.
Zabieram się za drugi tom. Z niecierpliwością.

Wiersze w metrze - 1 kwietnia 2017

27 tysięcy wierszy pojawiło się 1 kwietnia w Warszawie.Stolica zakwitła poezją w przestrzeni
miejskiej, kawiarniach,klubach i niezależnych księgarniach.Tego rodzaju promocji poezji
w Polsce jeszcze nie było. To pierwsza odsłona akcji „Wiersze w mieście”,
która zrodziła się ze znanej kampanii „Wiersze w metrze”.





„Wiersze w mieście” nie pozostawią warszawiakom wyboru – mieszkając w stolicy nie da się przez cały kwiecień nie przeczytać choć jednego wiersza. A to dlatego, że będzie można obcować z nimi na co dzień w drodze do pracy czy w oczekiwaniu na przyjazd autobusu. Wiersze opanują całe miasto, pojawiając się na 27 tysiącach różnorodnych nośników na plakatach, przystankach komunikacji miejskiej, w centrum Warszawy, na ogrodzeniu Łazienek Królewskich. Ponad sto kawiarni wyda kilkanaście tysięcy kubków z kawą „ubranych” w poezję. Wiersze zawisną też w klubach a kameralne księgarnie i miejskie biblioteki ukryją zakładki z poezją w wybranych książkach.



Wiersze zostały napisane przez szesnastu europejskich poetów, a niektóre z nich zostały stworzone specjalnie na tę okazję. Motywem przewodnim akcji „Wiersze w mieście” jest Europa wraz z całym swoim bogactwem kulturowym, ale też współczesnymi problemami. Wiersze reprezentują różnorodność tradycji, kultury oraz poglądów, są także świadectwem zmian, jakie dzieją się na naszych oczach.

Lista poetów: Angelika Rainer, Austria Anise Koltz, Luksemburg Aušra Kaziliūnaitė, Litwa Daniel Jonas, Portugalia Daniela Seel, Niemcy France Prešeren, Słowenia Geert van Istendael, Flandria Joanna Mueller, Polska Katariina Vuorinen, Finlandia Leelo Tungal, Estonia Moniza Alvi, Wielka Brytania Muharrem Dayanç, Turcja Rita Chirian, Rumunia Seamus Heaney, Irlandia Thomas Boberg, Dania Valerio Magrelli, Włochy




piątek, 31 marca 2017

Nominacje do Nagrody Literackiej m.st. Warszawy



Spośród ponad czterystu zgłoszeń jury wybrało dwanaście tytułów nominowanych do Nagrody Literackiej m.st. Warszawy, najstarszej i jednej z najbardziej prestiżowych nagród literackich w Polsce. 

W tym roku nazwiska nominowanych zostały ogłoszone równolegle w ponad osiemdziesięciu warszawskich klubokawiarniach i bibliotekach, a także – zgodnie ze starym obyczajem – przez rozproszonych po stolicy „krzykaczy”. Ta akcja ma podkreślić lokalność i tradycję Nagrody, a jednocześnie – nowoczesne podejście do upowszechniania literatury.

- 10 lat Nagrody skłania do podsumowań, a nawet zmian. Zależy mi, aby Nagroda zachowując swój prestiżowy charakter, zyskiwała coraz większe uznanie wszystkich warszawiaków, nie tylko tych najbardziej oddanych czytelników. Będziemy rozbudowywać wokół niej sieć działań wspierających rozwój czytelnictwa, albowiem wyróżnienie w naszym konkursie stanowi rekomendację samą w sobie. Nagrodzone tytuły nigdy nie zawiodły moich oczekiwań, a nominowane w tym roku książki tylko utwierdzają mnie w tym przekonaniu. Zapraszam do lektury - mówi Hanna Gronkiewicz-Waltz, Prezydent Warszawy.

Autorzy mają o co walczyć. Zdobywcy wyróżnień w poszczególnych kategoriach otrzymają po 20 tysięcy złotych. Do laureatów w kategorii literatura dziecięca nagroda trafi zarówno do autora tekstu, jak i ilustratora. Zdobywca specjalnego tytułu Warszawskiego Twórcy otrzyma nagrodę pieniężną w wysokości 100 tysięcy złotych. Zwycięzców Nagrody Literackiej m.st. Warszawy poznamy w trakcie uroczystej gali 27 kwietnia w Teatrze Studio.

– Pobiliśmy rekord w tej edycji – mówi Janusz Drzewucki, przewodniczący jury – zgłoszono aż 449 tytułów w czterech kategoriach, a najwięcej w kategorii proza – 174 książki. W kategorii poezja zgłoszono do konkursu 114 tomów poezji. Książki o Warszawie to 40 zgłoszonych pozycji, literatura dziecięca – 121.

Tegoroczni nominowani to (w porządku alfabetycznym wg autorów):

W kategorii „proza”:
- Stanisław Aleksander Nowak, „Galicyanie”, Wydawnictwo W.A.B.
- Brygida Helbig „Inna od siebie”, Wydawnictwo W.A.B.
- Aneta Prymaka-Oniszk, „Bieżeństwo 1915. Zapomniani uchodźcy”, Wydawnictwo Czarne

W kategorii „poezja”:
- Jerzy Kronhold, „Skok w dal”, Wydawnictwo Literackie
- Adrian Sinkowski, „Raptularz”, Biblioteka „Toposu”
- Dariusz Suska „Ściszone nagle życie”, Wydawnictwo Znak

W kategorii „literatura dziecięca – tekst i ilustracje”:
- Jolanta Nowaczyk oraz Daria Solak, „Ala ma kota. A Ali?", Wydawnictwo Dwie Siostry
- Łukasz Olszacki oraz Jola Richter-Magnuszewska, „Bajka o tym, jak błędny rycerz nie uratował królewny, a smok przeszedł na wegetarianizm", Papilon
- Marcin Szczygielski oraz Magda Wosik „Klątwa dziewiątych urodzin", Wydawnictwo Bajka

W kategorii „edycja warszawska”:
- Łukasz Lubryczyński i Karolina W. Gańko „Dorożkarstwo warszawskie w XIX wieku”, Wydawnictwo Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego
- Tomasz Mościcki „Warszawskie sezony teatralne 1944-1949”, Fundacja Historia i Kultura
- Grzegorz Piątek „Sanator. Kariera Stefana Starzyńskiego”, Wydawnictwo: W.A.B.



środa, 15 marca 2017

Michael Crummey - Sweetland [recenzja]

Przekład: Michał Alenowicz
Wydawnictwo Wiatr od Morza
Gdańsk 2015

Lubię specyfikę wydawnictwa Wiatr od Morza. Ich profil, pomysł, spójność. 
Sweetland to opowieść o Nowej Funlandii, a raczej jej małej części - wysepce Sweetland i umiejscowionej tam osadzie Chance Cove.
Jest to maleńka, zapomniana przez świat miejscowość, która przestaje być rentowna dla państwa. Nieopłacalne stało się dostarczanie tam świadczeń, rybołówstwo, główne źródło dochodu mieszkańców, również chyli się ku katastrofie.
Rząd składa autochtonom propozycję - ekwiwalent finansowy za opuszczenie wyspy. Warunek - jednomyślność mieszkańców. I tu pojawia się problem - stary, emerytowany latarnik, Moses Sweetland, który ani myśli opuszczać rodzinnej miejscowości.
Delegacje urzędników, prośby mieszkańców, przekonywanie przez nielicznych mu życzliwych na nic się zdają - Moses chce zostać. 
Z każdym kolejnym dniem atmosfera się zagęszcza. Im bliżej terminu ostatecznej decyzji, tym więcej żalu, agresji i niechęci kierowanych jest ku latarnikowi. W pewnym momencie dochodzi doń obawa o własne życie.
Wyspa to dlań nie tylko sentyment, ni wspomnienia. To poczucie bezpieczeństwa, czucie się potrzebnym. Ma tu swoje pułapki na króliki, łowiska, ważone na miejscu piwo. Wrósł w wysepkę, nie zna innego świata, nie chce go poznać.
Sweetland jest więc powieścią o miłości, przywiązaniu, wierności. Do ziemi, do miejsca, do małej ojczyzny. W świecie globalizacji, braku poczucia wspólnoty, brzmi to dość odlegle i... literacko. Wspomnienie dawnego świata, przebrzmiałych wartości?
Może.
I choć opisywana kraina jest bardzo surowa, zimna, odpychająca, biedna, nieprzystępna, to jednak da się kochać. Wielka w tym zasługa niezwykłego talentu obserwatorskiego autora, jego malarskiego zmysłu opisywania rzeczywistości. Trochę jak w Prusowej Placówce
Sweetland to także opowieść o sporach, dawnych żalach, rodzinnych niesnaskach, przegapionych szansach. O wyborach, uporze i wierności samemu sobie.
Wiele tu trudnych tematów, ciężkich emocji, momentów wartych rozważenia.
Crummey mocno dociska czytelnikowi śrubę, pytając, na ile jesteśmy sobą, ile jesteśmy gotowi poświęcić, by żyć w zgodzie z własnym sumieniem.

poniedziałek, 13 marca 2017

Natalia Fiedorczuk - Jak pokochać centra handlowe [recenzja]

Wydawnictwo Wielka Litera
Warszawa 2016

Fiedorczuk nie odnajduje, nie odkrywa Atlantydy. Nie tworzy powieści. Nie zgadzam się też z zawartą w posłowiu informacją jakoby jej debiut był z pogranicza reportażu.
Jak pokochać centra handlowe jest dla mnie problematycznym utworem, w sensie sklasyfikowania go, ubrania w gatunek. Zresztą, ta książka wcale go nie potrzebuje.
Bo nie przynależność jest ważna. Istotne jest to, co ma do powiedzenia autorka. Jej bohaterka jest zmęczoną życiem, młodą jeszcze kobietą, która nie ma mieszkania, nie ma dobrego samochodu, pracuje na tzw. umowie śmieciowej, zarabiając marne pieniądze. Ma jednak kochanego męża, jest w ciąży. Gdy pojawia się dziecko, a z nim baby blues, dziewczyna stara się zapanować nad nową sytuacją i chaosem, jaki zjawia się wraz z nią. Nowy człowiek, obowiązki, nowe życie, nowe zmartwienia. Macierzyństwo nie jest sielanką, wiedzą to wszyscy, a ci, którzy decydują się o tym powiedzieć głośno, wciąż spotykają się z ostracyzmem.
A przecież posiadanie dziecka to nie tylko uroczy obrazek uśmiechniętej rodziny siedzącej na pastelowej kanapie, czystej, świeżej, idealnie wpasowanej w wysprzątaną scenerię designerskiego salonu. Tak naprawdę to bałagan, przypalona zupa, płaczące dziecko, pieluchy, sterta prasowania, rozczochrana matka, która znajduje dla siebie czas dopiero koło południa. Antysielanka.
Choć ten ponury obrazek to tylko część całości, jednak istnieje, ma się dobrze, i nie ma co negować, czy ukrywać tej prawdy.
Fiedorczuk pokazuje zagubienie młodej matki, nawrót depresji, która towarzyszyła jej jeszcze przed narodzeniem dziecka. Mierzenie się z trudami codzienności (ściśle wyliczone pieniądze na zakupy w dyskoncie, zwiedzanie galerii handlowych w których dziecko odurzone światłami, zapachami, muzyką, wycisza się), umykająca relacja z partnerem, problemy z pracą (redukcja stanowiska matki wracającej po macierzyńskim), poczucie samotności, pustki. 
Wszystko to prawda. Kto ma zamiar oburzać się na tę książkę jest zwyczajnie głupi i pozbawiony wyobraźni.
Nie uważam wcale, że to wielka, zmieniająca życie książka. Fiedorczuk nie ma swojego indywidualnego stylu. Czytając przychodziły mi na myśl narracje Chutnik, Masłowskiej, czasem jak Shuty czy Karpowicz. Nic nowego, nic nadzwyczajnego, a jednak jest moc. Wszystko przez jednostkową historię zagubionej, zmęczonej, osamotnionej przez samą siebie matki Polki, która nie ukrywa swoich wad, bo ma niemal tylko je.
To nie literatura, to wyznanie, mocne i dosadne, potrzebne, dla niektórych może terapeutyczne. I dobrze.

niedziela, 12 marca 2017

Rose Tremain - Lato zimą [recenzja]

Przekład: Anna Przedpełska - Trzeciakowska
Wydawnictwo W.A.B.
Warszawa 2016

Objawienie! I, jak zwykle, tytuł oryginalny o niebo lepiej oddaje zawartość zbioru.
Zdumiewa mnie wielość wcieleń autorki, a raczej spektrum jej możliwości opisywania, podawania czytelnikowi kolejnych historii, tak różnych od poprzednich. Szeroki wachlarz ludzkich charakterów, zachowań, wyborów dodaje zbiorowi atrakcyjności, powoduje zachłyśnięcie i oczarowanie warsztatem autorki.
Każda kolejna opowieść jest lepsza, a zarazem tak samo dobra jak poprzednia. Nie umiem wybrać faworytki, nie potrafię wskazać zwycięskiego, ulubionego opowiadania. Zupełnie jak u Kereta (choć inny gatunek) - co opowiadanie, to ulubione. Jestem zdumiona własnym zachwytem.
Choć, nie jest on wydumany - ascetyczna, a jednocześnie obrazowa narracja, historie pełne namiętności, choć, stonowanych (w opisie), a buchających (na marginesie tego co niedopowiedziane). Dla mnie bomba! (tytuł umyślnie pożyczony ze spektaklu Teatru Żydowskiego).
Rose Tremain ma talent do opisywania zawiłych, nieszczęśliwych kobiecych losów. Jedna z jej bohaterek zostaje kochanką poważanego fotografa (zdumiona porzuceniem, które przecież musiało nastąpić), inna zaś, to stateczna, starsza pani, która wraz z mężem ucieka do letniego kanadyjskiego domu od dorosłej, toksycznej córki. Proza Tremain jest surowa, oszczędna i bardzo skupiona. Nie ma tu zbędnych słów, rozpasanych opisów, które nie służą niczemu (poza samochwalstwem autora). Jest skondensowana, esencjonalna proza, która dotyka sedna.
Nie każde opowiadanie jest wybitne. To prawda. Jednak całość tworzy tak silną, spójną całość, że wszelkie ewentualne uchybienia, słabostki tracą na znaczeniu w ogólnym rozrachunku. 
Polski akcent (Ochmistrzyni) aż skrzy się emocjami i utajonymi uczuciami. Dekadencka, bardzo surowa, a jednocześnie mocno brytyjska opowieść aż domaga się ciągu dalszego, całej wielkiej powieści. Zresztą, niemal każde opowiadanie doskonale sprawdziłoby się w rozszerzonej formie - biegłość w tworzeniu charakterów, swoboda w operowaniu trudnych tematami, emocjami, wyborami, tylko dodaje autorce chluby.
Nie mogę wprost opanować się przed chwaleniem Tremain. Znakomicie oddaje to co najbardziej cenię w literaturze - skondensowaną formę, oszczędność słów, a także nienachalną dobitność, która mocno się akcentuje, nie pozostawiając u czytelnika niesmaku.
Świetne, skrojone na miarę historie. Chcę więcej.

środa, 1 marca 2017

Natasha Solomons - Lista pana Rosenbluma [recenzja]

Przekład: Aleksandra Górska
Rebis
Poznań 2010

Jest rok 1937. Jack Rosenblum, jego żona Sadie i maleńka córeczka Elizabeth emigrują z Berlina do Londynu. Już po zejściu z pokładu statku Jack wie, że chce być angielskim gentelmanem. Nie ma zamiaru ukrywać się jak większość emigrantów, nie chce być niewidocznym, postanawia stać się szanowanym, poważanym, pełnoprawnym Brytyjczykiem. Gdy otrzymuje broszurkę ze wskazówkami dla niemieckich Żydów, dotyczącą najwłaściwszych zasad postępowania z tubylcami, od razu wprowadza je w czyn: nauka języka (niezdradzanie się z niemieckim pochodzeniem), zakup pierwszorzędnego garnituru u krawca rodziny królewskiej, ponadto piękny samochód (okazały jaguar), wstęp do klubu golfowego.
To ostatnie nastręcza wielkich trudności - żaden klub nie ma zamiaru przyjąć w swe szeregi żydowskiego imigranta. 
Jack Rosenblum postanawia zbudować własne pole golfowe, stworzyć najwspanialszy na wyspach klub. Wariat? Nie. Człowiek wytrwale walczący o szacunek, niezależność i wolność. Pragnąc być pełnoprawnym obywatelem (u nas brzmi to dziś bardzo aktualnie - przy politycznych karłach kreujących się na panów, trudno przyzwoitemu człowiekowi sięgnąć po ich kryteria) decyduje się sięgnąć po wszelkie możliwe środki, by osiągnąć cel.
Prze długi czas jest pośmiewiskiem, ciekawostką przyrodniczą. Spełniając marzenia wiele ryzykuje - byt własnej rodziny, szacunek pracowników, stosunki z żoną... Jednak wciąż walczy - pogodnie, z optymizmem, wiarą, siłą. 
Jest jeszcze Sadie, żona tęskniąca za starym krajem, za rodziną, która zginęła w Niemczech. Pielęgnuje wspomnienia o matce, o bracie, przechowuje stary zeszyt z berlińskimi przepisami, pełen zapachów, wspomnień, które czasem ucieleśnia robiąc kolejne spektakularne wypieki. Niezwykła kobieta, stojąca z boku, szanująca męża, choć mocno już znużona jego postawą. Za nic mając asymilację, brytyjskie mody (za nic nie chciała farbować włosów na popularny swego czasu liliowy), wciąż wraca myślami do domu. Bezpowrotnie utraconego.
Autorka dawkuje humor, pisze ciepło, miło, z nostalgią, sympatią do głównego bohatera i jego kolejnych dziwactw. Pokazując przeszkody, fałszywych przyjaciół dodaje też łyżkę dziegciu do tej opowieści, czyniąc ją prawdziwszą.
Powieść krzepiąca serca, ale też skłaniająca do refleksji. 

czwartek, 23 lutego 2017

Marek Bukowski, Maciej Dancewicz - Najdłuższa noc [recenzja]

Wydawnictwo Muza
Warszawa 2017

Wraca moda na stylizowane kryminały. Kryjcie się gdzie możecie...
Autorzy umyślili sobie, że akcję poprowadzą dwutorowo: poza wątkiem kryminalnym wspomogą się obyczajowym, szeroko opisującym perypetie życiowe niejakiego Jana Edigey - Koryckiego.
Ale po kolei.
Początek wieku, grudzień 1904 roku. Planty. Kraków. Na parkowej ławce zostają znalezione zwłoki młodej kobiety. Ślady wskazują na morderstwo, przy dziewczynie brak jednak dokumentów, które pozwoliłyby na jej identyfikację. Śledczy poszukują śladów, w mieście zaś dochodzi do kolejnej zbrodni. Czy w Krakowie grasuje seryjny morderca?
Fragmenty opisujące ich starania oraz sam proces poszukiwania mordercy są tłem dla przydługich, męczących opisów historii życia Jana Koryckiego, marynarza, krakusa, który niegdyś (w wyniku błędów młodości) musiał w popłochu opuścić miasto. Tułając się po świecie, zmieniając bandery, Korycki, niczym bohater romantyczny szuka zapomnienia i ukojenia. Kiedy otrzymuje wiadomość o śmierci matki, niezwłocznie wraca do Krakowa, gdzie wpada w sam środek kryminalnej intrygi.
Niuanse dotyczące wyborów życiowych Koryckiego, próby oddania ducha tamtej epoki, wtłoczenie do książki  elementów kojarzących się z Belle époque są nieznośne. Wysiłek włożony w stylizowanie (choć i tak umiarkowane) języka dialogów i opisów przynosi mierny skutek - trąci malizną, jest boleśnie sztuczny, drewniany.
Sama fabuła przeciągana i spowalniana perypetiami głównego bohatera powoduje, że w głowie rodzi mi się pytanie o tzw. kuchnię twórców książki - czy jeden był odpowiedzialny za intrygę kryminalną, a drugi cały ocean wątku obyczajowego, czy może wspólnie montowali tę chybotliwą konstrukcję?




Za egzemplarz książki dziękuję wydawnictwu:



wtorek, 21 lutego 2017

Konkurs # 6



Pytanie konkursowe brzmi:


Jaką książką zadebiutował Jørn Lier Horst?



Odpowiedzi proszę słać na: buchbuchbicher@gmail.com  do 28 lutego.

Nagrodą jest egzemplarz książki Horsta "Gdy zmrok zapada".

Zapraszam!

Jørn Lier Horst - Gdy zmrok zapada [recenzja]

Przekład: Karolina Drozdowska
Wydawnictwo Smak Słowa
Sopot 2016

Ach, kolejny Horst! Na każde tłumaczenie cyklu o Wistingu cieszę się jak dziecko! I znów jest!
Tym razem całkiem inny. Po pierwsze młodszy - akcja książki rozgrywa się w wiekach średnich, bo w roku 1983. Kiedy to było, strach pomyśleć!
William Wisting zostaje ojcem bliźniąt (praca na pełny etat), próbuje też odnaleźć się w roli posterunkowego w Stavern (drugi etat plus konieczne do utrzymania rodziny dodatkowe dyżury).
Charakteryzujący się dobrą wolą i oddaniem William ma też czas, by spełnić pewną nietypową prośbę znajomego - ma sprawdzić, kto jest właścicielem starej, rozpadającej się stodoły, w której (wedle plotek miejscowych) ukryty jest zabytkowy samochód, przedmiot pożądania owego znajomego. 
Rzeczone auto okazuje się mieć wiele dziur... po kulach, co jako żywo angażuje do działania młodego posterunkowego. Zaczyna on poszukiwania motywu i winnych, wyrusza w podróż do przeszłości, by dowiedzieć się co wydarzyło się lata temu w ukrytym skrzętnie przed oczami postronnych samochodzie.
Widz/czytelnik obserwuje rozwijający się talent dedukcyjny młodego policjanta. Powoli zarysowują się możliwości śledcze Williama. 
Ten tom może rozczarować wszystkich tych, którzy przywykli do schematu powieści Horsta. Nie ma tutaj bowiem tradycyjnego śledztwa, ofiar, akcji również nie ma. Osnute gęstą mgłą początki, które brzmią bardziej jak wspomnienia. Umęczony pracą młody policjant, który po godzinach próbuje rozwiązać śledztwo z przeszłości. 
Horst znakomicie poradził sobie z wykreowaniem Wistinga jako dojrzałej, kompletnej postaci - z jego inteligencją, humorem, dociekliwością. Jednak młody bohater, który dopiero szuka, próbuje jest sporym zaskoczeniem i odstępstwem od przyjętej, znajomej wersji Williama.
Z jednej strony brzmi to jak zarzut, z drugiej jest to atut, dający przestrzeń do posmakowania dojrzewania, ewolucji umiejętności, możliwości bohatera.
Wisting dojrzały jest kompletny, jak pięknie opakowany prezent, młody Wisting wygląda przy nim dość surowo i skromnie.


Za egzemplarz książki dziękuję wydawnictwu:





poniedziałek, 6 lutego 2017

Justyna Kopińska - Polska odwraca oczy [recenzja]

Wydawnictwo Świat Książki
Warszawa 2016

Przeczytasz i zapragniesz się napić. Jeśli tak wygląda polska rzeczywistość, to na trzeźwo nie sposób ją udźwignąć.
Kopińska sięgnęła po tajemnicze, nierozwiązane, zapomniane, pozostawione bez kary sprawy, którymi żyła Polska.
Zaczyna się mocno i irracjonalnie. Sprawa Trynkiewicza i zakochanych w nim kobiet, które ślą miłosne listy do gostynińskiego zakładu. Nielogiczne opowieści jego żony, jej sposoby na wybielanie i nieprzyjmowanie prawdy o zbrodniach męża wywołują zdziwienie i niesmak. Łagodnie mówiąc.
Każda kolejna historia jest bulwersująca, trudna do uwierzenia, szokująca. Kobieta gwałcona na konferencji nie może doczekać się uznania winy sprawców, z całego postępowania wyłania się obraz...jej winy. Ordynatorka szpitala psychiatrycznego w Starogardzie Gdańskim, która wraz z zespołem znęcała się (fizycznie i psychicznie) nad pacjentami. Jej metody jak żywo przypominały hitlerowskie obozy koncentracyjne, bądź sowieckie więzienia polityczne, Nie, to nie jest przesada. Lekarka uniknęła kary.
Następna jest siostra Bernadetta, zakonnica z Zabrza, która prowadziła ośrodek wychowawczy dla dzieci. Wielokrotne gwałty, ciężkie pobicia (nie tylko między wychowankami, ale przede wszystkim dokonywane przez zakonnice), poniżanie i pozbawianie człowieczeństwa, a wszystko to przy przyzwoleniu otoczenia, w końcu dom prowadziły siostry zakonne, nijak nie pasujące do piekła na ziemi, jakie stworzyły powierzonym im dzieciom.
Każda kolejna koszmarna historia pokazuje jak bardzo dziurawy i niefortunny jest polski system sądownictwa. Jak to możliwe, że wielokrotny morderca wychodzi na wolność przed upłynięciem zasądzonej kary (i znów próbuje zabić), niewyjaśnione zabójstwa kategoryzuje się jako samobójstwa (by statystki się zgadzały), zaś prezydent Zduńskiej Woli pobiera haracze od pracowników, bojących się zwolnienia. Wszyscy, rzecz jasna, pozostali bez zarzutów. 
Ręce opadają na tę polską rzeczywistość. Koślawe prawo, które nie broni ofiar, zmowa milczenia i strach osób, które bądź obserwowały, bądź wiedziały o krzywdach innych (personel szpitala, domu dziecka).
Śmiesznie niskie wyroki, bałagan w papierach (który pozwolił dać agresywnemu żołnierzowi naładowaną broń do ręki).
Choć wielu rzeczy nie widzimy, jest wiele takich, których widzieć nie chcemy, odwracamy oczy. Reportaże Kopińskiej to wyrzut sumienia.

środa, 1 lutego 2017

Małgorzata Czyńska - Kobiety Witkacego. Metafizyczny harem [recenzja]

Wydawnictwo Znak
Kraków 2016

Ta książka nie dała mi żadnej nowej wiedzy o Witkacym, jednak przeczytałam ją jednym tchem, gdyż... jest o Witkacym. Tym razem o kobietach. Nic nadzwyczajnego - kobiety były z nim zawsze, od zawsze. Zmieniały się częściej niż światła na Placu Wilsona, były barwne, niezwykłe, czasem demoniczne, czasem uległe. Wszystkie pod urokiem niesfornego Stasia, bon vivanta i dekadenta pełną gębą, mędrca i głupca. Dla mnie pozostaje on niezaprzeczalnym fenomenem, znakomitością, indywidualnością i kopalnią cytatów, a także inspiracją w artystycznych działaniach. Gdybym nie bała się wyświechtanego słowa "geniusz", wówczas bym go w tym przypadku użyła, bo najpełniej oddaje Witkacowski szwung, intuicję i talent, wielowymiarowy talent.
Był sobą. Nie udawał, nie kluczył. Zdradzał żonę ( oczy ją lojalnie uprzedzał przed ślubem), przyjaźnił się z dawnymi kochankami, był obcesowy, dosadny, kapryśny, swawolny. Zakochany w sobie, zapatrzony we własne kreacje, zerkający co chwilę na coraz młodsze panny, czarował otoczenie, a jeśli nie czarował, to chociaż ubarwiał zakopiańską (czasem warszawską) codzienność.
Ta książka to po trosze plotkarska relacja z Witkacowej alkowy: kiedy, z kim, w jakich okolicznościach. W bogatej galerii przyjaciółek była m.in. znakomita aktorka Irena Solska, poetka Maria Pawlikowska - Jasnorzewska, redaktorka literacka Zofia Pareńska (szerzej kojarzona jako żona Boya, a także pierwowzór Zosi w Weselu Wyspiańskiego). Były też manikiurzystka, urzędniczka bankowa, kobiety poznane na ulicy (zwabione obietnicą, spełnioną zresztą, pozowania).
Autorka nie kryje przed czytelnikiem wybuchowości i bezwzględności Witkacego: awanturnik, narkoman, obrażalski raptus, skupiony na sobie. Zmusił żonę do aborcji, kochankę (prawie) do samobójstwa. Miał wielki wpływ na swoje wybranki. Na potwierdzenie kolejnych szokujących faktów przytaczane są fragmenty licznej korespondencji, jaką Stanisław Ignacy prowadził z żoną i przyjaciółmi.
Och, ten Witkacy!
PS Po wnikliwej lekturze książki jestem przekonana, że jej autorka również należy do entuzjastek Witkiewicza juniora. Metafizyczny harem nie ma końca...

wtorek, 31 stycznia 2017

Zeruya Shalev - Ból [recenzja]

Przekład: Magdalena Sommer
Wydawnictwo WAB
Warszawa 2016

Proza Shalev jest gęsta, intensywna, pełna trudnych emocji. Lepi się do czytelnika, osacza go z każdej strony, nie pozwalając swobodnie oddychać. Z drugiej strony jej energia i ekspansywność zarażają, urzekają, wciągają. Dochodzi do paradoksu: chcę czytać, choć nie chcę czytać...
Ból to kolejna opowieść o związku, wspomnienie początków, bilans zysków i strat widziany po latach, a przede wszystkim sytuacja stron w obliczu powrotu pierwszej, dawnej miłości. 
Oto Iris, czterdziestoparoletnia mieszkanka Jerozolimy spotyka Ejtana, swego młodzieńczego ukochanego. Pomimo upływu lat pamięć (a także rana pozostała po zerwaniu) jest wciąż żywa. Na nowo wybucha uczucie, pasja, kochankowie próbują odrobić czas, jaki przepadł im przez lata osobności.
Szczerość uczucia, potrzeba bycia kochaną, dostrzeganą jest niezwykle silna. Iris porzuca skrupuły, wygląda na to, że pozostawi męża (dzieci już samodzielne) i odejdzie do pierwszej prawdziwej miłości.
Dylematy, rozterki, wybory, kobiece przemyślenia i intuicja, a także ten szczególny szósty zmysł, który wyostrza postrzeganie, pozwala nazwać to, co zwykle nienazywalne. 
Tytułowy ból przenika przez każdą stronę. Iris cierpi w nudnym, osobnym, niewypracowanym, zaniedbanym małżeństwie. Ból to także tęsknota za miłością, młodością i zdrowiem (10 lat wcześniej została poważnie ranna w zamachu bombowym). Kolejna dotkliwość to relacje z dziećmi, a w szczególności z córką, która porzuciła rodzinne gniazdo i (według intuicji matki) trafiła do nieciekawego towarzystwa, które stanowi zagrożenie dla jej niezależności.
Boli upływający czas, starzenie się rodziców (matki). Najważniejszy jest jednak ten najpierwszy, młodzieńczy, wciąż żywy ból porzuconej, zakochanej do granic możliwości dziewczyny, która wciąż tkwi w dojrzałej Iris. 
Shalev ma skłonność do oglądania szczegółów z każdej strony. Rozkłada je na czynniki pierwsze, smakuje, szuka nowych dróg, cały czas pamiętając o tym, że jej bohaterka przeżywa wewnętrzny dramat. 
Dla mnie najcenniejsze w książkach Shalev jest odniesienie do współczesnego Izraela, mojego ukochanego Tel Avivu, tajemniczej Jerozolimy, miejsc, które tętnią życiem, każde na swój niezwykły sposób. Odrobina lokalności, specyfiki państwa podana przez autorkę jest wspaniałym smaczkiem, dla mnie istotniejszym niż miłosna historia, a to dlatego, że porównuję go z moimi odczuciami i izraelskimi tęsknotami.
Może dlatego nie skupiłam się na zakończeniu, które dla paru osób jest kontrowersyjne, dla mnie wciąż żywy jest obraz barwnego bulwaru Rotschilda czy tętniącej życiem Dezingoff Street.
O rany, lecę zabukować bilet do Tel Avivu!

czwartek, 26 stycznia 2017

Danny Wattin - Skarb pana Isakowitza [recenzja]

Przekład: Ewelina Kmieciak
Wydawnictwo WAB
Warszawa 2015

Miało być lekko i z polotem, wyszło miałko i nieszczególnie. Oto przedstawia nam autor powieść drogi - przez Szwecję do Polski, a także podróż sentymentalną i  tę do przeszłości (liczne retrospektywy ukazujące historię rodziny Isakowitzów).
Dziadek, ojciec i syn jadą do Grudziądza (niegdysiejszy Marienwerder), gdzie przed wojną mieszkał i pracował pradziadek. Panowie myślą, że pozostawił po sobie skarb, zakopany na terenie swych dawnych włości. Poszukiwania są jedynie pretekstem do odbycia wyprawy, a tym samym zbliżenia się trzech pokoleń rodziny Isakowitzów/Wattinów.
Każdy z panów reprezentuje innym typ osobowości, światopoglądu. Dziadek to rozbisurmaniony smakosz, który wszędzie szuka okazji do zjedzenia czegoś smacznego. Wszędzie tropi spiski i dowody na prześladowania Żydów, jest zaciekłym polonofobem. Syn to przedstawiciel współczesnego, nowoczesnego, pozbawionego -izmów lekkiego ducha, który podróżuje, daje wolność i chwyta życie garściami, nie mając wobec niego wielkich oczekiwań. Jest jeszcze najmłodszy uczestnik wyprawy, Leo, który jako inicjator wycieczki jest najmniej wyeksponowanym bohaterem, ot, chłopak, towarzyszący dorosłym w podróży.
Atmosfera w samochodzie gęstnieje z godziny na godzinę (dziadek sypie dobrymi radami, podjada słodycze, prawi morały, ale też dzieli się informacjami i rodzinie). Od razu wiadomo, że panowie nie przebywają ze sobą na co dzień i trudno im odnaleźć się w sytuacji permanentnego bycia razem.
I choć ich motywacje są różne - jeden chce przygody, drugi dobrego materiału na książkę, a trzeci prawdy o rodzinie, to tak naprawdę, wszyscy otrzymują to samo: bliskość, poczucie wspólnoty, siłę.
Skoro o sile mowa, warto zauważyć, że mocną, nie - najmocniejszą stroną książki są rodzinne wspominki. Rodzinne korzenie bardzo mocno tkwią w głowach starszych uczestników wyprawy. To, czego dowiadujemy się o przeszłości czasami mrozi krew w żyłach - represje, odrzucenie w gorączkowym przedwojenny czasie, późniejszy exodus lat czterdziestych XX wieku, aż w końcu próba odbudowania rodziny w Szwecji. Pokolenia ludzi, którzy musieli wiele przezwyciężyć, by móc godnie, spokojnie żyć, czasem za cenę własnej tożsamości, o czym nie autor nie wstydzi się wspomnieć.
I kiedy wreszcie uświadomisz sobie czytelniku, że skarbem po który jechali Wattinowie jest rodzinna historia, docenisz wszelkie składowe tej książki, nawet jeśli, tak jak mnie, wyda się tobie, że jest przewidywalnie, czasem oparte na zgranych tekstach, to przecież w rodzinie siła, więc jeśli ktoś próbuje w lekki sposób pokazać rodzinne trudne tematy, dajmy mu szansę.

poniedziałek, 23 stycznia 2017

Zośka Papużanka - On [recenzja]

Wydawnictwo Znak
Kraków 2016

Powrót do przeszłości. Nowa Huta lat 80. Szaro, buro i ponuro. Matka Kowalska próbuje poradzić sobie z innością Syna, zwanego roboczo Śpikiem, który, choć ociężały (na ciele i umyśle) i jakiś taki niewydarzony, jest dla swej matki pociechą. Mimo wszystko. Nie spełnia oczekiwań. Odbiega od marzeń o idealnym dziecku, nie jest skrojony na matczyną (i ojcowską) miarę, największą przyjemność odnajduje w obserwowaniu tramwajów. 
Ciągłe problemy w szkole, dzięki determinacji matki są systematycznie niwelowane, Śpik prześlizguje się z klasy do klasy, nielubiany, wyszydzany, szkolne popychadło.
Coś jest z nim nie tak, Śpik jest niepokojący, inny, wyrzucony na margines.
Jednak matka, dzielnie i nieustająco trwa przy swoim synu. Walczy o niego, ochrania, wyciąga z kłopotów, po prostu jest.
Papużanka oprowadza czytelnika po skansenie znaczeń, które dla młodzieży mogą być trudne do rozgryzienia: szczepionki po Czernobylu, telewizyjny program Zwierzyniec i buty Relax.
W zasadzie ma to swój urok, na ile udzielający się innym czytelnikom? Trudno ocenić, inaczej spojrzą na lata 80. ówczesne dzieci, inaczej milenijne oseski.
Podobnie jak we wcześniejszej Szopce, Papużanka żongluje językiem, pręży go, wygina, sięga po nowomowę. Zabawa słowem jest pyszna, dająca radość autorce, czytelnikowi pewnie też. Mnie przekonywało to w Szopce, teraz, skoro poznałam już ten  koncept, mam inne oczekiwania wobec autorki. Oczekiwania nie większe, ale żądne nowego. A tu znów Kraków, znów dysfunkcyjna (choć w innej odsłonie) rodzina, cięcie słów, zabarwianie ich nowymi znaczeniami.
Miałam nadzieję na coś innego, a dostałam Papużankę. W jej stylu, w jej świecie. Nie powinnam się czepiać.