wtorek, 7 listopada 2017

Andrzej Muszyński - Fajrant [recenzja]

Wydawnictwo Literackie
Kraków 2017

Czekałam na prozę na miarę "Podkrzywdzia". Pamiętałam bardzo mocny początek tamtej książki, który stopniowo się rozmywał, jednak sam koncept i język był znakomity.
Tutaj nie ma mocnego wejścia. W zasadzie książka mnie znudziła. "Podkrzywdzie" było wydarzeniem, "Fajrant" jest, hmm, zawodem.
Historia trójki przyjaciół, którzy po kilku latach pracy na Wyspach Brytyjskich wracają do swego Miasteczka. Mają oni głowy pełne pomysłów, pewien kapitał (ciężko wypracowany na obczyźnie), a także pomysły na rozkręcenie biznesu. Marzą o stworzeniu internetowej agencji piłkarzy, piszą więc projekt finansowy, szukają sponsorów i partnerów, ale nic nie tu proste. Marzenia muszą zetknąć się z brutalną polską rzeczywistością.
Maria, jedna z paczki zajmuje się logistyką, jej chłopak Benio mocno wierzy w sukces, zaś trzeci z bohaterów spotyka się z potencjalnymi kontrahentami, rozmawia, czyni ustalenia.
Początkowy impet powoli słabnie, nastroje spadają, wyczekiwany sukces nie nadchodzi.
Nasi bohaterowie nie chcą jednak wracać do tułaczego życia, chcą zostać w Miasteczku, które jest dla nich ważne.
Tu się wychowali, tu czynili swoje małe i większe marzenia, tutaj chcą się zestarzeć.
Wspomnienia z dzieciństwa, zestawienie dawnych klisz z Miasteczka ze współczesnymi widami jest interesującym zabiegiem. Podobnie ma się rzecz z poszczególnymi postaciami, które na swojej drodze spotyka przedsiębiorcza trójka. Bardzo często są to przerysowane kreatury polskich biznesmenów, którzy choć osiągnęli sukces finansowy, pozostali aroganckimi, ubogimi duchem prostakami.
Nie wiem czy zabiegiem autora było przywołanie sytuacji dzisiejszych wróconych z zagranicy Polaków, którzy próbują się odnaleźć w nowej sytuacji - z oszczędnościami, ale w sumie bez pieniędzy. Z doświadczeniem, ale bez większych szans na zatrudnienie w zawodzie - zwykle wykonywali prace poniżej swych kwalifikacji.
Może o to chodziło. Może nie. Nie wiem i nie bardzo mnie to interesuje.
Zwyczajnie zabrakło uwagi. Czytam i nie czuję się wciągnięta w historię. Małe fragmenty, które przybliżały mnie do opowieści były krótkotrwałe i ulotne, dotyczyły wspomnień i obrazu Miasteczka sprzed lat - dotyczyły zajęć ojca, matki czy historii dworu.
Tyle. 

wtorek, 24 października 2017

Paweł Mossakowski - Szkło. Człowiek honoru [recenzja]

Wydawnictwo WAB
Warszawa 2017

Bardzo duże zaskoczenie. Po pierwsze okładka - nie sądziłam, że takie sążniste jeszcze się robi (bo chyba nie projektuje)...
Po drugie, między tymi zagadkowymi okładkami kryje się naprawdę obiecująca treść. Ci, których nie odstraszyła, będą usatysfakcjonowani.
Pierwsza miniatura, Szkło, opowiada historię alkoholika, który, pogodzony z losem, pozwala życiu toczyć się miarowym rytmem od kaca do kaca. Od popołudniowego drineczka, po wieczorną czystą ze znajomymi, aż do porannego piwka na złagodzenie glątwy.
Relacje z ludźmi (których coraz mniej w jego życiu), wspomnienia z przeszłości, która od początku zapowiadała się butelkowo, aż po problemy codziennej egzystencji - skąd wziąć na flaszkę, jak podnieść się w łóżka i zmusić się do wyprowadzenia psa?
Tragiczna w tematyce, a jednocześnie pozbawiona dramatyzmu opowieść snuje się leniwym rytmem, aż do pewnego rodzaju przełomu, który pociąga za sobą kolejne tąpnięcia w zgaszonym i apatycznym życiu Tomka. Dynamiczna końcówka szeroko otwiera oczy czytelnikowi. I dobrze.
Kolejna opowieść, Człowiek honoru, to zgrabna historia z gatunku pure nonsense. Ubawiłam się setnie czytając perypetie zwykłego (choć może nie tak dosłownie zwykłego) polskiego turysty, który lecąc czarterem na afrykańskie wakacje all inclusive już w samolocie styka się z rozluźnionymi rodakami (na stopień wyluzowania ma wpływ stopień aplikacji wody ognistej). Wpierw zadziera z prowincjonalnymi polskimi gangsterami, a później (całkiem niechcący) wchodzi z nimi w konszachty. Późniejsze jego sposoby na uwolnienie się z sideł pamięci gangsterskich szponów bawią i pokazują kolejne piramidalne implikacje, które rozwijają się wielotorowo, w zależności od nastroju i chęci autora. Zdecydowanie polecam to opowiadania wszystkim miłośnikom abstrakcji i absurdów w literaturze. Doskonała rozrywka.
Ponadto nienachalny styl autora, dosłowny, pozbawiony ornamentów i rozbudowanych zdań, trafia w sedno. Jest to tak zwana szybka literatura - słowa mkną, porywają, składając się w rodzaj wartkiej opowieści, która tworzy czytelne obrazy i subtelne ironie, dodające kolorytu i gęstości całej intrydze.
Wszystko pięknie, tylko ta okładka...



Za egzemplarz książki dziękuję wydawnictwu:





niedziela, 22 października 2017

Kornel Filipowicz - Moja kochana, dumna prowincja. Opowiadania [recenzja]

Wydawnictwo Znak
Kraków 2017

I znów zachwyt. Mistrz opowiadania. Równy moich prywatnym autorytetom w tej dziedzinie. Każdą jego krótką formę wtłoczyłabym w kanon lektur, ale póki panują nam mroki Średniowiecza (bez urazy dla Średniowiecza, daleko bardziej przecież światłego...) nie da się.
Boję się, że pozostanie niezauważony, pominięty, uczczony tylko przez garstkę, a zasługuje na cały dostępny splendor i jeszcze więcej! Znów powtórzę: Mistrz!
Ta delikatna ironia, sympatia i zrozumienie dla codzienności i zwyczajności stanowią o niezwykłości i wielkości prozy.
Opowiadania, bardzo trudna forma epicka nie tylko są sprawdzianem sprawności i talentu pisarza, ale także dają ogromne pole do popisu dla wyobraźni. Zarówno  opowiadania dotyczące spraw żydowskich ("Opowiadanie z epilogiem" o ukrywaniu Żydówki Teresy, "Mój ojciec milczy" o bezmyślnym antysemityzmie), te wojenne ("Nemezis" - porażające swą statyką, konceptem i atmosferą opowiadanie o chłopcach bawiących się w wojnę na podłodze w salonie jednego z nich), ale i każde inne zniewala i zaskakuje talentem autora.
Wyważone język, emocje, tempo są po trosze narzędziem skrojonym dla opowiadania o małych, większych miastach i ich mieszkańcach.
Zaskakujące są opowiadania, które ponadczasowo opisują ważkie problemy, które teraz toczą świat: "Śmierć mojego antagonisty" pokazuje, że woja polsko-polska trwa, ma się dobrze, a w konkluzji padają słowa: Musieliśmy się zwalczać, aby zachować nasze odmienne światopoglądy.
Inne, bardzo poruszające "Gdy przychodzą we śnie" traktuje o problemie imigrantów, fantasmagoryczne opisy strachu, zagubienia, a także niepewności dają pełny obraz tego, co przestało być tylko fikcja literacką.
"Moja kochana, dumna prowincja"- nastrojowe, spokojne, pełne ciepła, ironii i tęsknoty opowiadanie. Moje ulubione. Pisarz jedzie na spotkanie autorskie do małego miasteczka. Mija tubylców, szuka domu kultury, w którym czekają nań wszystkie charakterystyczne małomiasteczkowe typy. Uczta dla oka, dla wyobraźni, dla ducha.
Wspaniałe, niepowtarzalne, mądre utwory.
Chcę więcej.

czwartek, 12 października 2017

Andrea Wulf - Człowiek, który zrozumiał naturę. Nowy świat Alexandra von Humboldta [recenzja]

Tłumaczenie: Katarzyna Bażyńska-Chojnacka i Piotr Chojnacki
Wydawnictwo Poznańskie
Poznań 2017


Zachwyt!!! Pełen, skończony, prawdziwy, rozkoszny zachwycający zachwyt! Nad bohaterem, nad pomysłem na książkę, nad jej kompozycją, językiem, nad geniuszem tego, który stworzył własne nowy świat!
A teraz bijmy się w piersi i przyznajmy - kto i ile wie o Humboldcie? Ja niewiele, majaczy mi w pamięci jeden berliński uniwersytet, jedna nagroda dla naukowców, jakieś majaki o amerykańskiej rzecze jego imienia. Tyle. Wstyd.
Ale teraz, skoro odkryłam już biografię pióra A. Wulf, będę smakować, wracać, delektować się ilustracjami (autorstwa samego Humboldta), inspirować się jego dziełami, werwą, pomysłowością, otwartością, głodem świata.
Zdumienie dla jego dalekowzroczności, wizjonerstwa, oddaniu ekologii, lokalności, prawdzie i naturze jest nieograniczone, niezwykłe, niemal nierealne.
Humboldt czerpał z życia pełnymi garściami - zamarzył by wejść na najwyższe wulkany świata, więc na nie wszedł, dźwigając przy okazji najcięższe sprzęty pomiarowe, które miały mu pozwolić zgłębić tajemnice natury. Chodził po zimowych szczytach Ameryki Południowej, przemierzał lasy deszczowe, rosyjskie stepy, bronił się przed wąglikiem, na chwilę wpadł do Chin i Mongolii, całymi godzinami badał moc elektrycznych węgorzy, narażając się na wielokrotne omdlenia, ale zawsze pamiętając o zapisaniu efektów doświadczeń (po wcześniejszym powrocie do świadomości).
Z każdego zakątka świata przywoził garść wiedzy o ludziach, obyczajach, tradycjach, a nade wszystko o przyrodzie, szkicując pejzaże, spisując zjawiska atmosferyczne, zbierając próbki flory.
W ciągłym ruchu, z głodem wiedzy, z otwartym umysłem tworzył (już w początkach XIX wieku!) podwaliny pod ruch ekologiczny!
Wspaniałe są opowieści o jego przyjaźniach - najbardziej wzrusza mnie chyba Goethe, który uwielbiał grzać się w cieple opowieści Humboldta o dalekich podróżach i odkryciach. Na berlińskie wykłady Alexandra przychodzili wszyscy - arystokraci, gońcy, kobiety (!), urzędnicy, studenci. Był jednym z pierwszych demokratycznych naukowców, który sposobem bycia (orator, pełen zapału i ognia) zjednywał sobie wielu zwolenników.
To dzięki wstawiennictwu cara zjechał Rosję, jego własny cesarz sponsorował liczne wyprawy, między innymi tę do Ameryki Południowej. Podczas podróży do USA dał wyraz swoim abolicjonistycznym przekonaniom zarówno podczas spotkań z prezydentem Jeffersonem, ale też w każdej innej sytuacji, gdy widział nierówność społeczną. Z jednej strony oddany w walce o prawa, z drugiej złośliwy i krytyczny wobec środowisk akademickich. Humorzasty i skromny, dowcipny i pełen rezerwy. Humboldt pełen był sprzeczności, emocji, pasji i szacunku. Choćby do świata.
I teraz przyszło mi na myśl, że Humboldt jest w tej biografii po trosze bohaterem romantycznym - z góry skazanym na przegraną. Po pierwsze, mało kto o nim dziś pamięta, po drugie idee, które opiewał nie spotykały się z uznaniem i poparciem (mówię o niektórych, jak te proekolgiczne), po trzecie - dla nauki poświęcił całe swe życie prywatne i majątek.
Pisał, ilustrował swe dzieła (wygooglajcie jego grafiki - dzieła sztuki). Po powrocie z Ameryk opublikował ponad trzydzieści tomów traktujących o przyrodzie i kulturze. A to wciąż mało, bo później powstał szeroko komentowany Kosmos.
Był człowiekiem Renesansu. Był wielkim piewcą natury i prostego życia.
Wielka postać, wielkie wrażenie, wielka sprawa.
PS I, choć z czasem autorka popada w coraz większe dłużyzny, pozbawione zresztą uroku, to jednak sam jej bohater dzielnie wygrywa z oratorskimi próbkami biografki. Humbold jest klasą samą w sobie.
A ja cały czas pod wrażeniem tej niezwykłej postaci.

środa, 11 października 2017

Agata Tuszyńska & Lonia - Jamnikarum [recenzja]

Wydawnictwo MG
Warszawa 2016

Hm, hm, hm, hm, hm, hm, hm, hm, hm, hm, hm, hmmmmm, hmmmmm, hmmmmmm...
Żart literacki? Chwila oddechu przed kolejną ciężką biografią? Nieważne. Każdy autor ma prawo do eksperymentów, nie każdy czytelnik musi później to czytać.
Agata Tuszyńska wraz ze swoją jamniczką Lonią popełniły bardzo pięknie wydaną (ach ten collage!) księgę pamięci.
Dotyczy ona naszych braci mniejszych, i to bardzo konkretnych, co sugeruje już sam tytuł.
Ciekawostki, anegdoty, wspomnienie właścicieli (od Waldorffa po Mrożka, od Napoleona po Czechowa), garść mniej lub bardziej znanych faktów z życia pojedynczego jamnika. Oto Jamnikarium
Wrócę na chwilę do szaty graficznej i całego collage'owego uzupełnienia tekstu. Wspaniały, nowoczesny pomysł, który nawiązuje do chlubnych lat polskich ilustracji.
Wspaniałe są te połączenia, faktury, struktury, kompozycje, mieszanki. Wszystko tu gra i łączy się w zgrabną całość. Naprawdę jestem pod wrażeniem rozwiązań estetycznych.
Sam tekst jest dla mnie dodatkiem, uzupełnieniem, czasem przerywnikiem w oglądaniu tego o czym wspomniałam wyżej.
Niewątpliwe jest oddanie autorki Loni - suczce jamnika. Jak na dłoni widać ich (opisywane przecież) wzajemne przywiązanie, współpracę, zrozumienie. Zawsze wzruszały mnie podobne uczucia, stąd też pewne zrozumienie i sympatia dla właścicielki/autorki.
Nadal mam jednak problem z zaklasyfikowaniem książki,  przypięciem jej gęby. Nie wiem czy to żart czy poważna sprawa. Ta wiedza nawet nie jest mi specjalnie potrzebna, jednak lubię wiedzieć, a tu wciąż niepewność.
Hm... hm... hm... hm...hm... hmmmm... hmmmm... hmmmmm... hmmmm.... hmmm... hmmm... hm...

wtorek, 10 października 2017

Carlos Ruiz Zafon - Labirynt duchów [recenzja]

Przekład: Katarzyna Okrasko i Carlos Marrodán Casas
Wydawnictwo Muza
Warszawa 2017

To książka epicka, napisana z wielki rozmachem, przemyślaną konstrukcją, wielkimi charakterologicznymi wyzwaniami, a także pewną klamrą, która zasłużenie wieńczy cały monumentalny cykl.
Gdy przeczytałam Cień anioła byłam oczarowana Hiszpanią, Cmentarzem Zapomnianych Książek, atmosferą starego antykwariatu i tajemnicą, skrzętnie skrywaną przez zakamarki magicznej Barcelony.
W Labiryncie duchów przez cały czas towarzyszy zaś czytelnikowi mroczna atmosfera reżimu generała Franco. Wszystko przez postać enigmatycznej, kryjącej wiele tajemnic Alicji, agentki rządowej, która otrzymuje zadanie odnalezienia ministra kultury, Mauricia Vallsa. Sprawa jest bardzo delikatna i skomplikowana. Zaginiony mężczyzna był bardzo prominentny, a także nielubiany w pewnych kręgach, liczba jego wrogów utrudnia zadanie.
Alicja jednoczy siły z wyznaczonym jej do pomocy policjantem Vargasem, wespół z którym zagłębia się w prawdziwy labirynt duchów - ludzi zapomnianych, bez tożsamości, pełnych tajemnic i sprzeczności, którzy z ukrycia zmieniają bieg historii i ludzkich losów.
Gdy w trakcie poszukiwań Alicja natrafia na kolejny tom serii Juliana Caraxa, niezawodnie prowadzi on ją do barcelońskiej księgarni Sempere & Synowie, które to miejsce nie tylko przywołuje wspomnienia, ale także pomaga odkryć wiele zagadek i tajemnic, z którymi musi zmierzyć się dzielna Alicja.
Jak bardzo narażeni jesteśmy na uleganie wpływom, sterowaniu i zwodzeniu nas przez mataczących, łaknących własnej korzyści ludzi. Jak wiele się przed nami ukrywa, pomija, nie dopowiada. Jak ciężko jest żyć w reżimie, wśród zakazów, ograniczeń i gróźb. O tym także mówi ta książka. 
Czytelnik cofa się w czasie do i strasznych i barwnych czasów reżimu, ale też do sekwencji z trudnych lat wojny domowej i światowej. Czasów, w których ważna była przenikliwość, dyplomacja, spryt i duża doza szczęścia.
Mimo wielu odniesień historycznych powieść jest też historią miłosną, pochwałą literatury, hołdem dla miasta, wartości, uczuć, namiętności.
Zafon po raz kolejny określa własne priorytety, dzieli się z czytelnikiem wartościami i przemyśleniami, które jasno sytuują pośród najważniejszych elementów rzeczywistości książki oraz świat w nich przestawiony.
Bez literatury nie ma życia, nie ma kolorów, nie ma nasycenia, ciepła, emocji, zanika sens. Zafon pokazuje, że warto kochać książki, że trzeba im ulegać, oddawać się historiom i postaciom, które nie tylko wzbogacą wyobraźnię, ale może i czegoś nauczą.
Labirynt duchów to labirynt znaczeń, moc wskazówek, całe morze przywiązania do literatury i czytelnika. Credo Zafona.



Za egzemplarz książki dziękuję wydawnictwu:





poniedziałek, 9 października 2017

Katarzyna Surmiak - Domańska - Ku Klux Klan. Tu mieszka miłość [recenzja]

Wydawnictwo Czarne
Wołowiec 2015

Jak mawia moja najdroższa Babcia: sprawa się rypła. Na samo wspomnienie Trumpkowego zaprzysiężenia jest mi słabo. Ameryka tak bardzo skręciła w prawo, że można doznać urazu szyi. 
W świetle obecnych wydarzeń książka o Ku Klux Klanie jest więc bardzo na miejscu. Niestety. 
Autorka poleciała do USA na Krajowy Zjazd Partii Rycerzy KKK do Arkansas, gdzie rozmawiała z Wielkimi Magami, Smokami, którzy ubrani w białe kaptury stawali pod krzyżem (płonącym) i utwierdzali się we własnych przekonaniach.
Autorka jest cierpliwa, nie naciska zbytnio na swoich rozmówców, ale bacznie obserwuje, wyciąga wnioski i łączy pewne fakty, szukając wytłumaczenia ich działań, próbując odczytać, zrozumieć ich perspektywę.
Jak na dłoni, bardzo wyraźnie widać ciągłą granicę i cale może różnic, które dzielą wciąż północ i południe USA. W tak zwanym Pasie Biblijnym, gdzie dominują konserwatywni protestanci (między innymi w Karolinie Północnej, Georgii, Teksasie, Pensylwanii) związki religii i życia codziennego są bardzo silne i złożone.
Krwiożerczo i przerażająco brzmi bon mot królowej Ku Klux Klanu, która uczy dzieci, że kropla ciemnego lukru psuje biały lukier potrzebny do wykonania bożonarodzeniowego tortu.
Zatem Południe kocha Boga, bliźniego (białego), a także słabego i zagubionego (wciąż białego), który w poszukiwaniu sensu życia zasili szeregi Klanu.
Historia samego ruchu bardzo ciekawie przeplata się z poszczególnymi opowieściami uczestników zjazdu w Arkansas, dzięki czemu poznajemy bardzo różne oblicza rasizmu oraz ewolucje samego ruchu, który od bardzo opresyjnego przeradza się w równie bezwzględny, aczkolwiek bardziej ugłaskany, schowany pod delikatnym make up'em poprawności, ruchu sąsiedzko - lokalnego, którego zadaniem jest pomoc, wsparcie, obrona przed niebezpieczeństwami.
Głosząc hasła propagujące rodzinę, modlitwę, amerykańska tradycję powodują, że ich obraz wygląda jak z patriotycznej reklamy - stonowana amerykańska rodzina na uroczym pikniku pod gołym niebem. Tyle tylko, że pod płaszczykiem wzorcowości jest nienawiść, rasizm i zmyślnie przemyślana polityka, która sprawia, że niektóre rejony Stanów są homogeniczne, zamknięte.
Gdy poczytasz zaś czytelniku fragment o PR-owych staraniach nowego wypromowania ruchu, przetrzesz oczy ze zdumienia, zdaje się, że ta sama firma miesza teraz w Polsce - wypisz wymaluj, te same brednie.
Tak daleko ten Pas Biblijny, a tak blisko.
Czytajcie ku przestrodze, choć u nas chyba już za późno, czytajcie dla wiedzy i dla stylu autorki.
Czytajcie i wyglądajcie białych kapturów, nie chcę siać defetyzmu, ale wydaje mi się, że parę osób ma już własny, wyprasowany w pogotowiu...

niedziela, 8 października 2017

Monika Sznajderman - Fałszerze pieprzu. Historia rodzinna [recenzja]

Wydawnictwo Czarne
Wołowiec 2016

Fałszerzy pieprzu skończyłam czytać w maju, ale wciąż nie mogłam się przemóc, by zebrać myśli i ocenić jej treść.
Wciąż mi trudno. Wiem na pewno, że w książce tej podoba mi się (aż) jedynie okładka.
Pewne poruszenie wywołało we mnie jeszcze to, że książka napisana jest w hołdzie dla ojca autorki, który nie opowiada nigdy o swoim losie, historii rodziny. Jak pisze autorka, ta historia powstała z milczenia ojca.
"Mój ojciec należy do tych, którzy milczą. To jego milczenie jest ogromne, przepastne i można się w nim utopić. Dlatego zaczęłam pamiętać. Przeciw temu milczeniu, przeciw zapomnieniu, przeciw nicości, która chciałaby to wszystko pochłonąć".
Pewnie dlatego historia między szlachecką rodziną matki, a żydowską ojca jest tak nierówna - dominuje linia po mieczu.
Monika Sznajderman spogląda na zdjęcia, fragmenty dokumentów, odtwarza koleje losów swoich przodków.
Wiele tu domysłów, odtworzeń, prawdopodobieństw. Mało faktów, pewników, więcej życzeń i pytań. Odwiedzanie miejsc, w których kiedyś stały żydowskie domy, żydowskie bóżnice również nie przynosi pomocy - w większości przypadków takich budowli już nie ma, zostały tylko okruchy pamięci.
W czasie gdy żydowski odłam rodziny walczył o życie, gdy tracił życie, ziemiańska, szlachecka rodzina matki wciąż cieszyła się swobodą, prowadząc w miarę stabilne życie. Dysonans pomiędzy nimi jest wręcz zbrodniczy, autorka nie ocenia jednak, nie deprecjonuje. Przynajmniej się stara.
Pisze o antysemityzmie, również tym rodzinnym, o samotności, strachu, tajemnicach.
Trochę się chlubi, trochę się pyszni zarówno pochodzeniem (z obu stron), jak i koneksjami rodzinnymi. To moje wrażenie. Jest ono na tyle silne, że powoduje irytację całością, zbyt przysłania mi obraz, by spojrzeć globalnie na całą historię. Ponadto mam zastrzeżenia kompozycyjne, konstrukcyjne, pachnie mi też kabotynizmem, który przejawiając się w szumnym tytule (choć bardzo zgrabnym) daje obraz takiej właśnie megalomanii, odwracającej uwagę od meritum. A dla mnie tym meritum powinny być relacje polsko - żydowskie, kwestia winy, współodpowiedzialności, braku pomocy i współpracy, wreszcie antysemityzm i problem zadośćuczynienia.
Autorka podąża jednak ścieżką własnych pytań, dręczących ją problemów, bardzo często teoretyzując, dumając, spekulując.
Nie dla mnie taka proza.
Przy całym szacunku do wybitnych tytułów wydawnictwa Czarnego, pozwalam sobie stwierdzić, że czasem lepiej książki wydawać niż pisać.

sobota, 7 października 2017

Maja i Jan Łozińscy - Wojciech Kossak. Opowieść biograficzna [recenzja]

PWN
Warszawa 2016


Moja słabość do biografii nie pozwala mi realnie/obiektywnie ocenić tej pracy. Poza tym sama familia Kossaków jest mi bliska, dlatego też ucieszyła mnie ta właśnie książka.
Wojciech Kossak był przesławnym (nie tylko w Polsce) malarzem batalistą, który pracował zarówno dla cesarza pruskiego Wilhelma II, austriackiego Franciszka Józefa, a także dla marszałka Piłsudskiego czy innych polskich możnych.
Sceny batalistyczne, którym się oddał, które przysporzyły mu popularności, swego czasu były bardzo popularne wśród władców tego świata oraz tych wszystkich, którzy do tego miana pretendowali.
Kossak popełnił zarówno Szarżę pod Rokitną, Olszynkę Grochowską czy Kościuszko prowadzi kosynierów do ataku. Był też współautorem Panoramy Racławickiej co przysporzyło mu nie lada zmartwień, o czym zresztą wspominają autorzy biografii.
Wojciech musiał zmierzyć się z popularnością wlasnego ojca, Juliusza również batalista i specjalista od malarstwa historycznego, a przy tym artysta kochający (i uwieczniający je wciąż) konie.
Wojciech szybko doszedł do sławy i biegłości w swoim fachu, a także popularności i miana artysty modnego, podziwianego.
Za fasadą stworzoną przez opinię publiczną krył się człowiek pełen namiętności (również kobieciarz), sprzeczności, mężczyzna porywczy, znający swoją wartość, wciąż borykający się z... kłopotami finansowymi, rozległymi zamówieniami (lub ich brakiem), do tego snob i pyszałek (przechwałki na temat pracy na cesarskich dworach, rzecz o tamtejszej popularności własnej osoby oraz jego prac).
Hazard, luksus, splendor towarzyszyły mu przez całe życie, nawet w najtrudniejszych momentach życia.
Ojciec Magdaleny Samozwaniec i Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej pracował dla zysku, często bez efektu. Zostawiał rodzinę, wyruszał na długie miesiące do Wiednia, by tam na dworze pracować na każde dostępne zamówienie.
Książka wzbogacona w fotografie i reprodukcje obrazów nie wydaje mi się jednak pełną biografią, jest raczej pobieżnym podaniem czytelnikowi najważniejszych faktów. Zwraca uwagę lekka narracja, bez pogłębienia opisu relacji międzyludzkich (Wojciech i jego bliźniaczy brat, relacja z żoną - co krok zdradzaną, rzecz o przyjaciołach - niemal zupełnie pominięta).
Mimo swego rodzaju powierzchowności jest to książka idealna dla zwykłego śmiertelnika, który po prostu lubi twórczość Kossaka i chciałby wiedzieć więcej o życiu ulubionego malarza.

Aleksandra Domańska - Grzybowska 6/10. Lament [recenzja]

Wydawnictwo Krytyki Politycznej
Warszawa 2016

Hmmm...
Jak zacząć, by nie zachować się jak słoń w składzie porcelany? Choć z jednej strony sam pomysł na książkę znakomity - mowa o widmowych przedwojennych domach i ich mieszkańcach, to jednak nowicjuszowskie podejście do tematu getta irytuje mnie i drażni, powodując, że chwalebna idea przywrócenia pamięci umyka i traci na mocy.
Autorka przyznaje wprost, że nie znała przeszłości tego miejsca, jest z nim związana poprzez matkę, mieszkająca w tymże bloku, jednak tylko tyle.
Do czasu aż zaczyna szperać w poszukiwaniu śladów. Pierwsze tropy prowadzą do wykazu dłużników, którzy nie płacili za gaz. I tak powoli, systematycznie odkrywa autorka kolejne nazwiska, kolejnych żydowskich mieszkańców Grzybowskiej 6/10.
Szczęśliwy traf sprawia, że dociera ona w końcu Jurka Yehudy Glassa, jedynego, który pamięta tamo miejsce, sąsiadów, miejscowych kupców, właścicieli składów drewna, żelaza.
Te okruchy pamięci sprzed Zagłady szybko ustępują jednak miejsca pamięci wojenne, gettowej. Listy, strzępki życiorysów, nieudolne próby pamięciowego odzyskania informacji o mieszkańcach ówczesnej kamienicy.
Jest głód, jest strach, oprawcy, wszechobecna śmierć, choroby, tęsknota. Cała potworna historia narodu żydowskiego wrzuconego w koszmar wojny.
Gdy autorka zaczyna snuć wnioski, robi się nieciekawie. Domorosłe osądy, wizje i spojrzenia znacząco wpływają na odbiór książki. Gorące emocje, powtarzanie truizmów, serwowanie prawd zastanych i dość wyświechtanych nie tylko deprymujące, ale zwyczajnie nie na miejscu. Przynajmniej dla mnie.
Być może osoby, które dopiero wchodzą w tę tematykę, poznają historię i czas getta będą mniej wymagające, jednak dla mnie cała ta powierzchowność książki jest nieznośna.
Był potencjał, pomysł, dobre chęci, ale zabrakło całej reszty - pewnego rodzaju biegłości i kunsztu.
Jestem rozczarowana, ale zdaję sobie sprawę, że ta książka może robić wrażenie, ba! jestem pewna, że je robi.
W zasadzie to jednak tytułowy lament...

piątek, 6 października 2017

Ewa Winnicka - Milionerka. Zagadka Barbary Piaseckiej-Johnson [recenzja]

Wydawnictwo Znak
Kraków 2017

Podtytuł: Zagadka Barbary Piaseckiej-Johnson jest jak najbardziej na miejscu. Siedzę i głowię się nad jej historią, biegiem losów, szczęściem/nieszczęściem życiowym, wyborami, traktowaniem ludzi.
Myślę kim była, co miała w głowie, tak bardzo była sprzeczna, nierówna, osobliwa.
Chłopskie dziecko z Kresów Rzeczpospolitej rusza w świat, nie po to by go zdobyć, ale by rzucić go na kolana i wywołać powszechną zazdrość.
W zasadzie się udaje, ale czy na pewno?
Gdy Piasecka zostaje kolejną panią Johnson, jej mąż jest już starym, zmęczonym człowiekiem, który podążając za wymaganiami młodej żony staje się wytrawnym kolekcjonerem sztuki, bywalcem. Barbara twierdzi, że z mężem połączyło ją gorące uczucie. Nie precyzuje do czego.
Walcząca (bezskutecznie) z kompleksem pochodzenia, wciąż zabiegała o uznanie i sympatię - pomagała Polakom w Stanach (ale na własnych warunkach i do czasu), wspierała talenty, dbała o własny wizerunek poprzez, hm, przyjaźnie z wielkimi tego świata. Była niewłaściwym człowiekiem na niewłaściwym miejscu, i, w zasadzie, widać to na każdym kroku - brutalna i publiczna walka o spadek, medialna, nieudana pomoc Stoczni Gdańskiej, afera z wystawą dla Muzeum Narodowego, ciągłe zmiany personelu, beneficjentów poszczególnych stypendiów. Lista kaprysów rośnie.
Ewa Winnicka próbuje odkryć kim była Piasecka: polskim Kopciuszkiem czy złą macochą? Wyrachowaną, popsutą pieniędzmi i wpływami sekutnicą czy zagubioną i pozbawioną przyjaciół dziewczyną? 
Autorka dotarła zarówno do przyjaciół rodziny, bliższych i dalszych znajomych, współpracowników, pracowników, artystów i stypendystów korzystających z wsparcia pani domu. Zaskakujące jak wielka była rozpiętość społeczna poszczególnych profitentów - od przymierających głodem imigrantów po najstarsze polskie rody szlacheckie, od rodzinnych pociotków po najznakomitsze nazwiska międzynarodowych scen. Wielu chciało ogrzać się w blasku życia milionerów, jeszcze więcej osób chciało tego bogactwa zakosztować.
I choć to studium przypadku opisuje tyleż nieprawdopodobną co zgubną karierę Barbary Piaseckiej-Johnson, o tyle jest to opowieść-przestroga dla wszystkich tych, którzy marzą o podobnej ścieżce.
Najistotniejszą mądrością, jaka płynie z tej historii jest stara prawda mówiąca, że pieniądze szczęścia nie dają.
Każdy wpływowy, majętny bohater tej opowieści jest głęboko nieszczęśliwy: każde z szóstki dzieci Sewarda Johnsona, sama Piasecka (choć tu sprawa nie jest tak czytelna ja w przypadku pasierbów), sam potentat firmy Johnson & Johnson... Robaczywe pieniądze zmieniają ludzi, prędzej czy później każdy im ulega, zmienia się jedynie cena.
Przykra prawda, ale prawda. Każdy ma swoją cenę, poznajcie więc cenę Barbary Piaseckiej-Johnson i skonstatujcie jej dziwne, burzliwe życie, które pod piórem Ewy Winnickiej nabiera dodatkowych walorów poznawczych.

czwartek, 5 października 2017

Katarzyna Berenika Miszczuk - Obsesja [recenzja]

Wydawnictwo WAB
Warszawa 2017

Dreszczowiec z przymrużeniem oka.
Autorka korzysta z własnego doświadczenia, wiedzy i zainteresowań i przemyca czytelnikowi kryminał ubrany w lekarski kitel.
Warszawska Praga, stworzony na potrzeby książki Szpital Wschodni. To w nim pracuje Asia, młoda lekarka robiąca specjalizację z psychiatrii. Wracająca do siebie po rozwodzie, ciekawa pacjentów oraz dręczących ich przypadłości.
Rutynę codzienności przerywa nagle seria listów od tajemniczego wielbiciela. Każdy kolejny jest dziwniejszy i bardziej płoszący od poprzedniego. Bohaterka popada w bardzo poważne tarapaty, seryjnie zaczynają ginąć kobiety podobne do niej...
Zdaje się, że autorce nie zależało szczególnie na straszeniu czytelnika. Miał raczej poczuć odprężenie, wciągnąć się w historię, a nade wszystko wbić sobie do głowy czym różni się lekarz od doktora, jakie niuanse dzielą profesję patologa sądowego od lekarza medycyny sądowej.
Tyrady poszczególnych bohaterów mają naświetlić te różnice, które zdaje się są newralgiczne dla samej autorki, w końcu poświeciła im tyle miejsca w swej powieści, nie mając ku temu specjalnego uzasadnienia...
Język Obsesji jest wartki, humorystyczny, często nacechowany dowcipnymi uwagami konstatującymi i zastaną rzeczywistość i charaktery postaci.
Wybór stylistyki skupionej wokół lekkiego podania historii spowodował, że o Obsesji myślę jak o książce przerywniku, opowiastce wdzięcznej, zabawnej, dostarczającej rozrywki. Takie wrażenie sprawia.
Nie zmienia świata, nie odkrywa prawd, daje wytchnienie i pozwala czasowi płynąć szybko. I dobrze, tego też czytelnikowi potrzeba.


Za egzemplarz książki dziękuję wydawnictwu:





niedziela, 17 września 2017

Jerzy Chociłowski - Niezwykłe kobiety Drugiej Rzeczypospolitej [recenzja]

Wydawnictwo Akurat
Warszawa 2017

Jeśli na okładce książki znajduje się podobizna Zofii Stryjeńskiej to muszę ja mieć!
A tak na serio. Ta publikacja to w zasadzie jedynie wstęp, przyczynek do biografii nagromadzonych w tomie kobiet.
Jest tu tak wiele nazwisk niezwykłych kobiet, że aż trudno spamiętać wszystkie.
Powoduje to u czytelnika wrażenie, że autor chciał je wszystkie ocalić od zapomnienia, napisać choć kilka słów, które mają zachęcić potencjalnego odbiorcę do poszukania w źródłach rozbudowanych historii i biogramów.
Oprę się na mojej ulubionej Zofii Stryjeńskiej - zawarty w tomie biogram tej niesamowitej, barwnej artystki jest ledwie muśnięciem, wskazaniem na fundamentalne elementy jej życia, jak również te najbarwniejsze, skandaliczne. Z braku miejsca (i zdaje się z samego założenia autora) niemożebne było opowiedzenie o całej jej wyjątkowości. Jest wspominek o studiach artystycznych w Monachium pod męskim przebraniem, jest ekscentryczna historia ślubu z Karolem Stryjeńskim, ale to wciąż mało. Z jednej strony zachęta do pogłębienia wiedzy, swoisty trailer, z drugiej taka namiastka notki biograficznej, która nie jest suchym zlepkiem statystycznych szczegółów (urodzona, zmarła, mieszkała itp.), a ma w sobie pikanterię i ciekawość, jaką budzą w nas losy bardziej i mniej znanych.
Jest tut kilka postaci, które (poza wspaniałą Zochą) powinny mieć, jeśli nie pomnik, to choć film biograficzny (koniecznie nakręcony w Hollywood, bo tam mają większy rozmach).
Gen. Elżbieta Zawacka, której wojenne losy brzmią nieprawdopodobnie, świadcząc o niezwykłej sile, odwadze i harcie ducha. Zuzanna Ginczanka, której talent literacki daleko wyprzedzał czasy i obyczaje, przerwany został bezsensowną śmiercią w płaszowskim obozie. 
Nadzwyczajna Halina Konopacka, która biła lekkoatletyczne rekordy, spadochroniarka Janina Lewandowska, która zginęła w Katyniu. Jest też rzecz o słynnych: Irenie Krzywickiej, Poli Gojawiczyńskiej, Marii Skłodowskiej - Curie, Kaziemirze Iłłakowiczównie, Zofii Szczuckiej czy Aleksandrze Piłsudskiej.
Nie zabrakło miejsca dla dobrodziejki warszawskich pielęgniarek, Zofii Szlenkierównie, jest też miejsce dla artystek sceny: przedwcześnie zgasłej Zuli Pogorzelskiej, Elżbiety Barszczewskiej czy Toli Mankiewiczównie.
Są panie mniej i bardziej znane, wszystkie jednak charakteryzowały się charakterem, osobnością, wielkością i talentem. Każda w innej dziedzinie, każda na swój sposób.
Dziś Jerzy Chociłowski próbuje ocalić ich wyjątkowość od zapomnienia. Słusznie, bo wśród ogólnej małości to co ważne i godne pamiętania umyka.
I choć ten zbiorek jest jedynie wstępem, wspomnieniem ledwo niezwykłych kobiet Drugiej Rzeczypospolitej, to dobrze, że powstał.
Ku pamięci.



Za egzemplarz książki dziękuję wydawnictwu:






Sacha Batthyany - A co ja mam z tym wspólnego? Zbrodnia popełniona w marcu 1945 roku. Dzieje mojej rodziny [recenzja]

Tłumaczenie: Emilia Bielicka
Wydawnictwo Czytelnik
Warszawa 2017

Nie wiem od czego zacząć. Nie wiem jak zacząć. O Shoah napisano już tak wiele, tak sugestywnie. Czy kolejna książka na ten temat może cokolwiek zmienić, spowodować, że sprawa zyska nowe światło?
Pewnie nie, ale wiwisekcja, którą przeprowadził na sobie Batthyany na mnie zrobiła wrażenie.
Jeśli wierzyć jego relacji, stało się to zupełnie przypadkowo. Redakcyjna koleżanka podała mu wycięty z gazety artykuł dotyczący masakry jaka miała miejsce pod koniec marca 1945. Wówczas, w austriackim Rechnitz  hrabina Margit Thyssen-Batthyany urządziła przyjęcie pożegnalne dla miejscowych hitlerowców. W jego trakcie goście zamordowali 180 Żydów, przetrzymywanych w okolicy dworca kolejowego.
Koleżanka Sachy Battyany'ego podając mu artykuł zasugerowała się nazwiskiem ponurej hrabiny, nie zdając sobie sprawy, z rodzinnych koligacji dziennikarza.
Margit Thyssen była jego ciotką, zimną i wyniosłą, pamiętaną jako ciotka z językiem jaszczurki.
Wycinek z gazety zmienił Sachę. Zaczął on szukać informacji o tamtej strasznej nocy, chciał znaleźć świadków, dowiedzieć się więcej, przede wszystkim, chciał zaś odnaleźć swoje miejsce w rodzinnej historii okrucieństwa.
Podróżował po świecie, odnajdując kolejne fragmenty historycznej układanki, która powoli rozjaśniała mu w głowie całą wojenną historię rodzinną. Brazylia, Rosja, Węgry, wszędzie tam odnajdywał fragmenty tajemnicy, pojmował decyzje i zachowania swoich najbliższych.
Swoistym uatrakcyjnieniem tomu jest włączenie fabularyzowanych dzienników babki, a także próba (w formie dialogów dramatycznych) zrekonstruowania motywacji i jednostkowych zdarzeń, które dzięki tym właśnie zabiegom nabierają mocy i sugestywności.
Żonglowanie konwencjami - od reportażu przez dziennik po fragmenty (jak najbardziej) scenicznego dramatu ożywiają historię, nadają jej tempa i dramatyzmu.
Nawet ustępy z kozetki u terapeuty nie trącą taniością ni złym gustem. Całość pomyślana jako szukanie odpowiedzi na tytułowe pytanie generuje taki zapas dystansu, który jest hamulcem bezpieczeństwa dla oczywistych konkluzji, które przychodzą do autora wraz z wiedzą o przeszłości.
Nie oszczędza on nikogo, ani potwornej ciotki, ni własnego ojca, nawet siebie.
Zresztą na pytanie czy byłby w stanie uratować w czasie wojny kogokolwiek, szczerze odpowiada, że nie. Brakłoby sił, odwagi...
A to dopiero odwaga, przyznać się do słabości i strachu.
Wiele pytań, wiele zagadek, rozmyślań nad dziedziczeniem historii i rodzinnych grzechów.
Trudna, mocna historia o nieprzemijalności strachu, wstydu i zła, które w końcu niedziedziczone wisi nad narratorem niczym miecz Damoklesa.

niedziela, 10 września 2017

Billie Holiday, William Dufty - Lady Day śpiewa bluesa [recenzja]

Przekład: Marcin Wróbel
Wydawnictwo Czarne
Wołowiec 2017

Wszystko w tej książce jest wyjątkowe: bohaterka, jej historia (jak i styl opowieści), jej talent, jej ból i jakże trudna i niesprawiedliwa epoka, w której przyszło jej żyć.
Wspomnienia Billie Holiday powinni przeczytać wszyscy ci, którym kariera sceniczna kojarzy się ze splendorem, uwielbieniem fanów i życiem mlekiem i miodem płynącym.
Nic z tych rzeczy. Ciężka, żmudna praca, która często pozostawała niedoceniana, bądź marginalizowana. Fałszywi przyjaciele wietrzący zysk,  marne stawki, głód, bieda, brak mieszkania i perspektyw.
Początek był jeszcze gorszy - od najmłodszych lat Billie była służącą myjącą podłogi za marne grosze, później pracowała jaka prostytutka, później zaczęła śpiewać.
Dramaty rodzinne - bieda, porzucenie przez ojca,gwałt, brak zrozumienia, pogarda innych, a przy tym własny trudny, ekspansywny charakter charakteryzowały wczesne, młodzieńcze lata Lady Day.
Lady piła, ćpała, wiązała się z niewłaściwymi mężczyznami, była okradana, kradła, głodowała, żyła ponad stan, miała marzenia, wielki talent i bardzo dużo samozaparcia.
Ciągłe kłody, jakie rzucał jej pod nogi biały, rasistowski świat, cała gama upokorzeń jakie serwowano jej podczas występów w klubach i hotelach, obraźliwe, okrutne komentarze dotyczące pochodzenia i koloru skóry, co kilka stron są przytaczane przez Billie.
Trzeba przyznać, że jej barwny język dodatkowo pokazuje mrok i intensywność podziału, jaki trwał w ówczesnym świecie. Stereotypy, bezwzględność i okrucieństwo przesądów i ludzi mocno z nimi związanych martwią i pokazują, jak trudno było Billie Holiday osiągnąć pozycję, jaką w końcu posiadła. W obliczu przeciwieństw losu oraz złych języków wydaje się to wręcz nieprawdopodobne.
Rasizm, prymitywny, skondensowany, jakże zakorzeniony w Ameryce lat 40. i 50. zostaje odmalowany w najbardziej jaskrawych barwach.
Billie opisując swe doświadczenia nie stosuje polityki martyrologicznej, do losu i jego zrządzeń podchodzi z dystansem i humorem.
Dodatkowo język, mocny, dosadny, odarty z woali i przenośni brzmi prosto, prawdziwie i dosłownie. Billie opowiada tak, że czytelnik jej wierzy, identyfikuje się z jej opowieścią, dopinguje, wspiera, współczuje. Narratorka niewiele ukrywa, jest szczera, mówi o sprawach najtrudniejszych bez ogródek, bez tłumaczeń, pisze o sprawach po prostu, tak jak je rozumie, przeżywa, czuje.
Po lekturze pozostaje pustka, smutek, żal. Na czasy, na trudy życia, na niesprawiedliwość, ale też na wybory życiowe samej bohaterki.
Lady Day opowiedziała bluesową wersję swojej biografii. 

środa, 6 września 2017

Jørn Lier Horst - Felicja zaginęła [recenzja]

Przekład: Milena Skoczko
Wydawnictwo Smak Słowa
Sopot 2017

William Wisting w kolejnej odsłonie.
Jak zwykle udanej.
Horst czerpiąc ze swej kariery policyjnej, w każdej książce przywołuje inny aspekt sytuacji i problemów z którymi na co dzień borykają się norweskie służby.
Mając na uwadze liczbę zaginięć, jaka każdego roku odnotowywana jest w Norwegii Horst tym razem ukazał czytelnikom historię tytułowej Felicji.
Podczas prac budowlanych na jednej z dróg zostają znalezione zwłoki kobiety. Jednocześnie prowadzący śledztwo William Wisting dostaje do prowadzenia sprawę zaginięcia młodej dziewczyny.
Zaczyna walkę z czasem, ponieważ pierwsza sprawa może za chwilę ulec przedawnieniu (śledczy wydedukowali, że zbrodnia została popełniona przed ćwierćwieczem), druga zaś jest bardzo tajemnicza, ponieważ zaginięcie jest tajemnicze i mocno niespójne.
Za każdą z tych historii kryje się tajemnica, mniej lub bardziej mroczna.
Wisting stopniowo, powoli, opierając się na własnym doświadczeniu policyjnym oraz intuicji wchodzi w świat obu kobiet, poznając je, zestawiając ze sobą najważniejsze fakty, dochodzi do bardzo zaskakujących wniosków, które w pewnym stopniu oddają część tajemnicy zaginięć, ale też pokazują jak bardzo świat postrzegany różni się od rzeczywistego. Najczęściej widzimy tylko to, co inni chcą nam pokazać, oficjalną, ugłaskaną, grzeczną wersję siebie. Jak drzewniej mawiali - zjesz beczkę soli nim poznasz do woli. 
Ludzkie dusze kryją wiele mrocznych zakamarków, a proza Horsta uchyla rąbka tajemnicy. Nie robi  tego w spektakularny, agresywny sposób, tylko metodycznie, powoli, bez fajerwerków.
I w tym tkwi siła jego prozy, jest zwyczajna, policjant nie jest superbohaterem, a zwykłym człowiekiem z problemami. Sprawa ciągnie się, bądź szybko rozwiązuje - zupełnie jak w życiu.
Felicja zaginęła pokazuje jak ewaluuje styl autora, jak z każdą kolejną książką nabiera on pewności siebie, wie jak chce pokazywać bohaterów i ich miejsce życia.
To cenne doświadczenie - obserwowanie krzepnącego sposobu opisywania świata przedstawionego, nabierania pisarskiej pewności autora.


Za egzemplarz książki dziękuję wydawnictwu:





poniedziałek, 17 lipca 2017

Kuba Wojtaszczyk - Dlaczego nikt nie wspomina psów z Titanica? [recenzja]

Wydawnictwo Akurat
Warszawa 2017

Pisarstwo Wojtaszczyka jest bardzo w moim guście: impulsywne, niepokojące, gęste od emocji i znaczeń, a także naznaczone irracjonalnymi sytuacjami, które sytuują tę prozę gdzieś pomiędzy jawą a marą.
Uwielbiam jego przydługie barokowe tytuły, które groźnie robią miny do czytelnika, niektórych zniechęcając już na wstępie, innych kupując samą okładką.
W swej najnowszej powieści wraca do ponurego roku 1945, zaraz po zakończeniu wojny. Prezentuje cały wachlarz dziwnych, pokaleczonych postaci, które czasem budzą lęk, innym razem współczucie i rozpacz.
I tu pojawia się zarzut, najpoważniejszy i bodaj jedyny. Brak tu fabuły i trwałej historii, motywu przewodniego, czegoś, co spowodowałoby, że na tę książkę spojrzy się inaczej niż tylko na gabinet osobliwości.
Mamy oto cyrk, któremu przewodzi zagadkowy Właściciel. Kolekcjonuje on ludzkie okazy, wśród których na szczególną uwagę zasługuje wróżka Irmina (oślepiona przez wyzwolicieli), Moryc reklamowany jako "ostatni polski Żyd", karzeł Szczepan, który przetrwał piekło obozów koncentracyjnych. Jest także udający niemowę nazista Damiel, terkotliwy Volksdeutch Cassiel oraz Lena, kobieta - guma, której numer pokazowy to prześlizgiwanie się między drutami kolczastymi.
I tyle. Poszczególne ustępy powieści zogniskowane są na kolejnych bohaterów, jednak są to solowe występy, a przy braku gry zespołowej, całość pozostawia niedosyt i poczucie, że coś czytelnika ominęło, czyżby historia?
Na myśl nasuwa się porównanie Polski do świeżo odbudowanego cyrku, pełnego zwichrowanych obywateli, i ta myśl mogłaby być wstępem do rozwinięcia historii. Mocne, skomplikowane i rysowane bardzo grubą kreską charaktery bohaterów nie zostawiły jednak autorowi miejsca na zajęcie się tym zagadnieniem.
Galeria postaci jest, brak opowieści.
I tak Cię lubię Wojtaszczyku. Czekam na rozwój wypadków.


Za egzemplarz książki dziękuję wydawnictwu:






niedziela, 25 czerwca 2017

Tomasz Jastrun - Wyszedł z siebie i nie wrócił [recenzja]

Wydawnictwo Czarna Owca
Warszawa 2017

Dawno, dawno temu zaczynałam cotygodniową lekturę pewnego tygodnika od ostatniej strony, gdzie swoje felietony publikował Tomasz Jastrun. Zaśmiewałam się nad perypetiami jakie przechodził on ze swoim synkiem, przyjmowałam optykę autora i ze zdziwieniem spoglądałam na rzeczywistość w której on bezczelnie się rozmnażał, podczas, gdy jego znajomi zaczęli odchodzić.
W najnowszej powieści Jastrun pokazuje, że jest w formie. Język wcale się nie stępił, dowcip (często wisielczy) również na miejscu, czytałam tę książkę wybuchając czasem nerwowym chichotem, śmiechem przez łzy, innym razem reagując na fabułę zgrzytem zębów. Wachlarz bogaty, tak samo jak zbiór przypadków oraz refleksji, jakie napadają co i rusz na głównego bohatera.
Jest nim przeżywający kryzys twórczy (i wieku średniego też) malarz Franciszek, który czasy świetności ma już za sobą, a jak wiadomo każdy artysta źle nosi zmierzch własnej popularności/atrakcyjności.
Franciszek nie radzi sobie z odpływającą weną, nieprzychylności krytyki, która zapomina o jego twórczości. Ponadto na kryzys nakładają się problemy osobiste - pijąca żona, problemy urologiczne, kredyt hipoteczny oraz wystający brzuch, który symbolizuje ostateczny upadek i wstydliwy początek końca (przynajmniej dla narratora).
Nic się Franciszkowi w życiu nie udaje, nic go nie cieszy, nic nie stymuluje, ni nie daje nadziei. Wpadł w czarną dziurę myśli, refleksji, na dodatek umiejscowionych w TYM kraju, w TYM czasie, w TEJ rzeczywistości. Pewną radość daje mu internetowa znajomość, którą nazywa wręcz więzią, jednak pozostawiając tę relację jedynie wirtualną, skazuje się na domysły, wątpliwości.
Franciszek choruje na depresję i każda próba poradzenia sobie z nią nie przynosi pożądanego skutku - nie działa salon erotycznego masażu, nie przynoszą ulgi leki, nawet romans nie ratuje bohatera ze szponów choroby.
Starzenie się przynosi nowe wyzwania oraz obnaża niechciane prawdy - człowiek przestaje być atrakcyjny dla świata, to co oferuje nie budzi już zachwytów ni oczekiwania. Atrakcyjność spada, użyteczność też, relacja intymna napotyka na trudności natury fizjologicznej, pojawia się pytanie o sens i dalszą drogę.
Jastrun wcale nie pisze w sposób lekki, robi to jednak ze swadą, żarliwością, przez co czytelnik nie tylko sympatyzuje z głównym bohaterem, ale też zauważa pewien satyryczny wymiar sytuacji, w jaką uwikłany jest niemal każdy z nas (lub kiedyś będzie). Życie jest tak tragiczne, że aż śmieszne. Dzięki historii Franciszka, czytelnik uświadamia sobie, że bywa również absurdalne.
Nic tylko wyjść z siebie i nie wrócić.



Za egzemplarz książki dziękuję wydawnictwu:







Benedict Wells - Koniec samotności [recenzja]

Przekład: Viktor Grotowicz
Wydawnictwo Muza
Warszawa 2017

Niech nie zwiedzie was okładka - ta powieść nie jest babskim romansidłem. Benedict Wells konfrontuje czytelnika z historią bohatera bardzo doświadczonego przez życie.
Gdy trzydziestokilkuletni Jules ulega wypadkowi motocyklowemu, wydarzenie to staje się bodźcem do wspomnień dalekiej przeszłości, która zaważyła na życiu wielu osób. Jules, oraz jego starsze rodzeństwo Marty i Liz zostają nagle osieroceni przez obje rodziców. Trafiają do domu dziecka, gdzie zostają rozdzieleni, Jules trafia do młodszych dzieci, gdzie nie radząc sobie z nową sytuacją chłopiec staje się samotnikiem, dziwakiem, zamkniętym w świecie marzeń i wspomnień.
Starsze rodzeństwo również radykalnie zmienia swoje dotychczasowe przyzwyczajenia i usposobienie, Liz wulgarnieje, Marty staje się zapatrzonym w siebie egoistą. Każdy na swój sposób próbuje przeżyć żałobę, odnaleźć się w samotności. Rodzeństwo traci kontakt, rany oraz wspomnienia są zbyt silne.
Jules opowiada historię swoją i swojej rodziny opierając się na wieloletnich obserwacjach. Wynika z nich jasno, że życie jest kruche, nieprzewidywalne, gorzkie, ale też pełne małych szczęść, które raz na jakiś czas rozświetlają szarość. Żadna to nowość,w zasadzie banał, jednak nadanie tym truizmom kostiumu Julesa i jego rodzeństwa powoduje pewną wyjątkowość i niepowtarzalność.
Miłości i sympatie, wyzwania zawodowe, talenty,pragnienia, wszystko to opowiada nam narrator, pokazując jak bardzo na dorosłe życie i decyzje rodzeństwa miały tragiczne wydarzenia z ich dzieciństwa.
Jak łatwo jest się poróżnić, stracić z oczu, oddalić się od siebie, nawet wśród rodzeństwa. Jak wielkie są nasze potrzeby akceptacji, miłości, poczucia wspólnoty i przynależności. Jak wiele w końcu zależy od ułożenia się poszczególnego dzieciństwa, sposobu wychowania. Przeszłość wraca, czasem w całkiem niespodziewanym momencie, rzutując na dorosłe relacje, poczucie własnej wartości.
Autor utrzymuje w powieści minorowy ton, pełen smutku i ciągle obecnego przeczucia, że ta historia naznaczona będzie do końca smutkiem, dojmującym, gęstym, przykrywającym wszystko inne, tylko nie samotność.
Benedict Wells zaskoczył mnie swoją dojrzałością (jest on raptem trzydziestokilkuletnim autorem), znajomością ludzkiej duszy oraz przenikliwością, która bez skrupułów obnaża mroki i tęsknoty ludzkiej egzystencji.



Za egzemplarz książki dziękuję wydawnictwu:





wtorek, 6 czerwca 2017

Aneta Prymaka-Oniszk - Bieżeństwo 1915. Zapomniani uchodźcy [recenzja]

Wydawnictwo Czarne
Wołowiec 2016

Staram się być ostrożną w ocenie. Główkuję jakich słów użyć, jak opisać to co przychodzi mi do głowy po przeczytaniu książki. Z jednej strony bardzo cenię temat, cieszę się, że ktoś pochylił się nad maluczkimi, zapomnianymi przez świat i ludzi, którzy porzucili wszystko co mieli (a nie było tego dużo), by spełnić wolę imperium i uchronić się przed przepowiednią zagłady.
Z drugiej strony Prymaka-Oniszk reprezentuje ten rodzaj reportażu, jaki wywołuje u mnie sprzeciw. Nie sympatyzuję z aktualnym polskim trendem reportażowym. Równoważniki zdań, zdania proste, urywane, cięte. Brak literackiego sznytu, pomysłu, czuję, że każdy pisze od raz przyjętego szablonu. Wrażenie sprowadzone do zastanawiania się co byłoby za tym nagłym przecięciem, wyciszeniem. Ćwiczenie tyleż nużące, co irytujące czytelnika.
Mylą mi się nazwiska, tytuły, bo niemal każdy współczesny polski reportażysta pisze tak samo. Gdzie nie spojrzysz tam ten sam pomysł na pisanie.
Dla porównania podam wspaniałą, niezwykle poetycką, pełną wrażliwości, językowego pietyzmu i staranności książkę Martína Caparrósa (który ku mojemu wielkiemu rozczarowaniu nie zdobył nagrody im. Kapuścińskiego, podobnie mieli studenci Uniwersytetu Wrocławskiego, którzy uhonorowali go swoją nagrodą), który o Głodzie pisze przejmująco i nieszablonowo, dojmująco i pamiętliwie. Cóż. Gusta i guściki.
Wracając do Bieżeństwa. Przywrócenie tematu - wielka sprawa, odnalezienie jakichkolwiek materiałów opisujących tamtą Odyseję - brzmi nieprawdopodobnie. Za autorką benedyktyńska wręcz praca, wiele też osobistych wzruszeń (w końcu to rodzinna historia). Tym bardziej trudno mi pisać, rozdzielić to co osobiste od tego czym powinien być reportaż.
Uciekinierzy, bieżeńcy padają ofiarą wojny. Rosyjskie wojsko cofające się z frontu ciągnie za sobą mit niemieckich okrutników, którzy palą i gwałcą, mordują i bezczeszczą. Prawosławna polska ludność spod Lublina, Łomży czy Chełma, zachęcana przez lokalnych batiuszków pakuje na wozy pierzyny, wyprzedaje inwentarz, by ruszyć na bezpieczny wschód, gdzie nie sięgną germańskie macki. Nie są świadomi, że po drodze czeka ich znój, głód, choroby, a często też śmierć. 
Nim dotrą do mniej lub bardziej żyznych rejonów Rosji, utracą wszystko co miało dla nich znaczenie, w tym także poczucie bezpieczeństwa, nadzieje, tęsknoty.
I, choć znajdą się tacy, którzy zaśmieją się nad gustami bieżenców (długo nie potrafili przekonać się do białego, pszennego chleba - przywykli do gliniastych, czarnych bochenków, nie umieli pogodzić się z codziennością świątecznego dla nich rodzaju pieczywa. Tak samo było z pomidorami - długo wzbraniali się przed nimi jako substancją niejadalną). 
Tygodnie wyczerpujących wędrówek, bez jedzenia, wody, z padającymi, wycieńczonymi zwierzętami są codziennością uchodźców. Choroby i wysoka śmiertelność dzieci, masowe groby wyrastające przy rogach znaczą wędrówkę przesiedleńców. I tylko czasem któryś lokalny mużyk, czy też wielkopański małomiasteczkowy komitet dobrze sytuowanych pań z towarzystwa wyjdzie na drogę zrobić sobie pamiątkową fotografię z ludzką lawą.
Szybko pojawiają się komitety pomocy, reporterzy, kotły z zupą, ale to wciąż zbyt mało, by ocalić wszystkich.
Tragedia bieżeńców to nie tylko droga do Rosji, gdy upada carat, rewolucyjna zawierucha zmusza większość do powrotu do starego kraju...
Ogrom wysiłku, tragedii, poświęcenia, ale i samozaparcia jest niewyobrażalny. Przy braku środków, komunikacji, pośród walk i wielu niebezpieczeństw czyhających z każdej niemal strony, zdziesiątkowani bieżeńcy wracali w swoje strony. Exodus.

poniedziałek, 5 czerwca 2017

Philippe Beaussant - Przejścia. Z Renesansu do Baroku [recenzja]

Przekład: Wanda Klenczon
Wydawnictwo Kle
Warszawa 2017

Przejścia są jak wędrówka przez różne światy, a każdy znaczony wizją i charakterem innego stwórcy. Beaussant prowadzi nas przez arcydzieła muzyki i malarstwa Renesansu i Baroku podając ich genezę, nastrój czy ukryty wymiar w widowiskowy, barwny sposób.
Skupia się na największych, wśród nich znajduje się Tintoretto (ze zjawiskowym Ofiarowaniem Maryi Panny w Świątyni), Veronese i jego Gody w Kanie Galilejskiej, czy mój ukochany Caravaggio, raptus i gwałtownik, którego życie było równie bogatej, jak twórczość.
Beaussant prowadzi czytelnika/widza przez kolejne obrazy trochę jak ślepca, trochę jak dziecko przed którym odkrywa to, co dla niewprawionego oka niewidoczne. Fabularyzuje sceny ukazane na płótnach, dodaje szczegóły znane z historii sztuki, powodując, że nawet niewprawny odbiorca odkrywa głębię, piękno i bogactwo znaczeń, symboli, wrażeń.
Niejednoznaczność tematów, ich uwikłanie historyczne, obyczajowe, wreszcie prywatne (związane z fundatorami, mecenasami czy wreszcie twórcami) jest pasjonujące i urzekające. Powoli suniemy wzrokiem za słowami Beaussanta, ważymy je, odnosimy do postaci uwiecznionych na poszczególnych obrazach, smakujemy przemyślenia, łączymy je z wiedzą i prawdami o opisywanych epokach, uczymy się przeszłości.
Bardzo ważną kwestię poruszył autor już na początku książki i jest ona konieczna do zacytowania właśnie w tym miejscu: Jak powstrzymać się od nakładania na myśl niegdysiejszych ludzi naszego własnego sposobu osądzania? Jak uniknąć interpretacji tego, co czynili, czego pragnęli, co kochali, a co odrzucali, za pomocą kryteriów, które ustaliliśmy my, ludzie innych czasów? Jak sprawić, by oglądając i słuchając dzieł przeszłości z perspektywy, która dała nam wiedzę o ewolucji rzeczy, mieć zarazem prostoduszność tych, którzy odkrywają coś nowego, coś, czego istnienia nie podejrzewali, i nie wiedzą, dokąd może ich to zaprowadzić?
Trudna sztuka, jednak dzięki Beaussantowi niemal możliwa. Opisując zmiany, jakie spowodowały w muzyce madrygały Monteverdiego, jaki wpływ na epos rycerski miała Jerozolima wyzwolona autorstwa Torquato Tasso, widzimy, że nasze zepsute cywilizacją i późniejszymi arcydziełami oko nie doceni tego, co w powyższych widzieli im współcześni,
Dzięki Beaussantowi mgła współczesności trochę się rozjaśnia, pokazuje, jak wielkim postępem, zmianą, były nowe podejście do światłocienia, ukazanie rycerza w ponurym stanie zakochania, czy wreszcie słowo nadające formę utworowi muzycznemu. 
Beaussant zabiera czytelnika w wyjątkowo podróż do źródeł wrażliwości, do historii piękna, które wciąż trwa, zachwyca, autor odziera je jednak z naleciałości wieków, z nowych znaczeń, odsłaniając to, co było sednem omawianych dzieł, w czasie, w którym powstawały.
Bezcenna przygoda, której dodatkowym atutem jest oddanie i pasja autora, wyzierająca zza każdej stronicy.

czwartek, 11 maja 2017

Marcin Kącki - Białystok. biała siła, czarna pamięć [recenzja]

Wydawnictwo Czarne
Wołowiec 2016

Czytam i skóra mi cierpnie. Ze względu na opisywane historie, ale też z powodu stronniczości autora, który jest dość jednoznaczny w swoich sądach, choć wypowiada je między wierszami. Obraz wyłoniony ze zbioru reportażu Kąckiego pokazuje, że historia niczego nie uczy. Ludzie (mimo postępu, teoretycznemu wzrostowi świadomości, łatwiejszemu dostępowi do oświaty) wcale się nie zmieniają, nie mądrzeją, nie poszerzają horyzontów, nie dbają o przeszłość i własne dziedzictwo.
Zbiór reportaży dotyczących Białegostoku i jego okolic zasmuca i osłabia, pokazuje całą galerię narodowych słabości.
Mając w pamięci wielokulturowość tego miejsca (Żydzi, Polacy, Ukraińcy, Białorusini, a nawet Tatarzy), ważne historycznie i społecznie hasła (esperanto, in vitro) odnosi się wrażenie, że Białystok to postęp i wizytówka nowoczesności i kultury.
Prawda jest taka, że nie dba się o pamięć o Zamenhofie, z miasta pozbyto się teatru Trzyrzecze, który mówił o bolesne i zamiatane pod dywan, a esperanto istnieje tylko w podręcznikach.
Z książki Kąckiego wyłania się obraz antysemickiego i w ogóle rasistowskiego miasta, gdzie kolor skóry predestynuje do szykan i drżenia o własne zdrowie. Gdzie społecznicy są szykanowani i zastraszani, neofaszyści prężą muskuły, a kibole odstawiają kolejne ustawki i popierają rasizm.
W narodzie wciąż żywa jest legenda niesławnego Burego, a białostocka kolebka in vitro staje się teraz przyczółkiem kółka różańcowego. A do tego disco polo - matecznik Białystok.
Czas załamać ręce i zapłakać, o ile argumenty przedstawione w książce są miarodajne i rzetelne.
Białystok jest aż tak straszny? Czy wszystkie narodowe przywary skumulowały się na Podlasiu, czy są bardziej jaskrawe?
Żadną nowością nie będzie stwierdzenie, że Polsce daleko do egalitarności, tolerancyjności czy liberalizmu.
Powoli, drobnymi kroczkami idzie lepsze, ale z drugiej stronie przy postępującemu wciąż skrętowi w prawo, zaraz okaże się, że miast iść naprzód, cofamy się.
Nie wiem co sądzić o tej książce, z jednej strony obnaża polskie grzechy, z drugiej jest nazbyt obarczona zdaniem i przekonaniami autora. Nie pozwala to na przestrzeń dla własnych przemyśleń.
Interesująca, ale i kontrowersyjna.

poniedziałek, 8 maja 2017

Tove Jansson - Słoneczne miasto [recenzja]

Przekład: Teresa Chłapowska, Justyna Czechowska
Wydawnictwo Marginesy
Warszawa 2017

Moja matka chrzestna mawia, że starość jest straszna. Po lekturze dwóch opowiadań Jansson, zaczynam nabierać przekonania, że ma rację. Pierwsze jest "Słoneczne miasto", opowieść o domu spokojnej starości w małym miasteczku na Florydzie. Pensjonariusze spędzają każdy dzień w bujanych fotelach na werandzie, pośród komentarzy, podglądania sąsiadów, rozmów, bądź samotnych rozmyślań.
Jedyny ważny moment w roku to Bal Wiosenny, na którym sztywne reguły nie pozwalają na swobodną zabawę (taniec tylko w mieszanych parach, w konsekwencji panie, których przewaga nad mężczyznami jest miażdżąca, stoją niepewnie przy przekąskach, patrząc z zazdrością na szczęściary tańczące na parkiecie). 
Starsi ludzie porzuceni są n margines życia, oddani przez dzieci, zapomniani, samotni, przerażeni przyszłością, udręczeni odrzuceniem i izolacją na jaką skazali ich bliscy. Niekochani, niepogodzeni ze starością, która niesie same trudy i znoje (głównie w zakresie zdrowia), wegetują na werandzie, żyjąc od posiłku do posiłku. Odczłowieczenie starości, jakie pokutowało długie lata, głośno walczy o swoje prawa - właśnie tu, w historii opowiedzianej przez Tove Jansson. Gorzka, smutna opowieść o ciężkim losie, który majaczy daleko na horyzoncie, pokazując, że każdego może czekać taka sama banicja, bez względu na wcześniejsze zasługi i możliwości. 
Drugie opowiadanie " Kamienne pole" to historia Jonasza, świeżo upieczonego emeryta. Ma on jeszcze jedną misję do spełnienia - napisanie biografii Igreka. Niespodziewanie okazuje się, że jego bohater ma wiele wspólnego ze swoim biografem. Praca nad książką staje się okazją do rachunku sumienia i gorzkich podsumowań: trudne relacje z żoną i córkami, ciągłe ucieczki od rzeczywistego świata, pełnego obowiązków i uczuć. Bilans życia wypada fatalnie...
Jak w piosence Jana Kantego Pawluśkiewcza do słów Michała Zabłockiego: "Stare ciała są w złym guście, stare ciała do śmierci zmuście (...) po co wam? po co one wam?".
Gorzko......

Hubert Hender - Lęk [recenzja]

Wydawnictwo Filia
Poznań 2017

Hender zaskakuje. Wraca z trzecią powieścią, lepszą od poprzednich.  Z przyjemnością patrzę na rozwój talentu tego pisarza i czekam kolejnych jego literackich prób. 
W najnowszej powieści przenosi nas do Jeleniej Góry, gdzie znika nastolatka. Początkowy sceptycyzm policji przeradza się w gorączkowe poszukiwania. Powodem są zaginięcia kolejnych dzieci. Iwanowicz bardzo osobiście traktuje całą sprawę, a ta rozwija się w coraz większym tempie. Jej finał zaskakuje, ale też daje wiele do myślenia. Czas goni śledczych,  atmosfera gęstnieje...
„Lęk” jest inny  niż wcześniejsze jego powieści, dojrzalszy, a przy tym bardzo emocjonujący, chwytający za serce. Napięcie trzyma czytelnika w żelaznym uścisku, ma ono jednak inne podłoże niż wcześniejsze książki, mniej tu strachu, więcej emocji, które dotykają nas na co dzień. 
Atutem drogi, którą podąża autor jest regionalizm i rzucenie bohaterów na Dolny Śląsk, w rodzinne strony autora. Pokazanie topografii miejsc, atmosfery miast i miasteczek, wiosek i turystycznych atrakcji pokazuje, jak toczy się życie w małych społecznościach, jak wyglądają tam układy, codzienność. Rzeczywistość wyobrażona przez autora jest jak szyta na miarę – tak mocno przypomina naszą codzienność, że łatwo przekuć sceny z książki na realne sytuacje. 
Bycie blisko zwykłego człowieka, pokazanie świata z oddolnej perspektywy zjednuje czytelnika, daje wrażenie poufałości.
Ważne jest też pokazanie ludzkiej strony głównego bohatera, właśnie tego mi było trzeba – zajrzeć do jego emocji, poznać historię. Ta wiedza nie tylko utwierdziła mnie w sympatii do Iwanowicza, ale też rozbudziła chęć na więcej opowieści o nim w kolejnym tomie. Czekam więc.
Najlepszą stroną Hendera były do tej pory dialogi – mocne, spójne, przemyślane i logiczne (a w dzisiejsze prozie kryminalnej to nie takie oczywiste). W tej materii nic się nie zmieniło – dialogi są jego wizytówką.
I, choć na rynku  polskich pisarzy kryminalnych jest bardzo ciasno Hender ma tam ugruntowaną pozycję. Pośród rozchwytywanego hurtownika Mroza (grozą napawa mnie ilość premier i wydań kolejnych jego książek), egzaltowanej i sztucznej Bondy (wciąż nie rozumiem jej popularności....) czy pozostającego dziś nieco na uboczu Miłoszewskiego (któremu nie wybaczę błędów formalnych w „Ziarnie prawdy”). Hender wydaje się niezmanierowany i świeży.
Będę bacznie obserwować jego dalszą drogę, ciekawe dokąd go zaprowadzi...

czwartek, 27 kwietnia 2017

Jørn Lier Horst - Kluczowy świadek [recenzja]

Przekład: Milena Skoczko
Wydawnictwo Smak Słowa
Sopot 2017

Ach ten Horst! We wstępie do książki dzieli się z czytelnikiem swymi prywatnymi doświadczeniami. Jako były policjant wiele miał w swym życiu skomplikowanych, zagadkowych spraw. Jedna z nich szczególnie mocno zapadła autorowi w pamięć. W rzeczywistości nierozwiązana posłużyła Horstowi za kanwę i inspirację w stworzeniu Kluczowego świadka. Fikcja literacka dała mu wreszcie możliwość rozwiązania tej sprawy. W oparciu o poszlaki, domysły, doprowadził śledztwo do końca. Choć w powieści.
To bardzo stymulujący wstęp, który znakomicie wprowadza czytelnika w historię, powodując rosnącą ciekawość. 
Mamy oto Williama Wistinga, wciąż początkującego policjanta (tak tak - to pierwszy tom cyklu), który marzy o urlopie, który zbliża się doń wielkimi krokami. I kiedy jest już naprawdę blisko upragnionego celu, zostaje zaangażowany do śledztwa w sprawie śmierci Prebena Pramma, emeryta ze spokojnej dzielnicy miasta. Drastyczne szczegóły dotyczące zabójstwa mężczyzny powodują, że wśród zaangażowanych w śledztwo rośnie nerwowość, ale też poczucie, że muszą jak najszybciej znaleźć zwyrodnialca, który pozbawił Pramma życia.
Jak zwykle w takich sytuacjach, podczas śledztwa, wychodzą na jaw mroczne szczegóły dotyczące samego zamordowanego, a także jego otoczenia. Ponieważ wszyscy mamy tajemnice, sprawa robi się coraz bardziej zagmatwana i intrygująca.
Wisting uczy się zawodu, próbuje nowych teorii, błądzi, ale zawsze z zaangażowaniem i zaciętością dąży do odkrycia prawdy.
Także w Kluczowym świadku, książce, która po raz kolejny pokazuje warsztat Horsta, pisarza, do którego twórczości chce się wracać.



Za egzemplarz książki dziękuję wydawnictwu:




Dany Laferrière - Kraj bez kapelusza [recenzja]

Przekład: Tomasz Surdykowski
Wydawnictwo Karakter
Kraków 2011

Karakter mi imponuje. Pięknie wydaje swoje książki, jest poza (a może ponad) trendami, a przede wszystkim ma styl i charakter/karakter.
Kraj bez kapelusza jest dowodem na moją teorię. Nieoczywista, niepoważna opowieść o Haiti, kryje w sobie drugie dno, bardziej mroczne, intrygujące. Sama stylistyka tej opowieści daje do myślenia - urywane, niekompletne, porzucane wciąż historie, wcale się nie łączą, nie dają globalnego oglądu sytuacji, nieco ją tylko nakreślają, dając pole wyobraźni. Język - cięty, dowcipny, ale też prosty, nieskomplikowany, którego specyfikę autor przyrównuje do pisarstwa naiwnego, ocierającego się o prymitywizm.
To po trosze kokieteria, po trosze zaś prawda, realizowana na potrzeby przybliżenia haitańskiej codzienności, charakteru ludu. Życie na karaibskiej wyspie widziane jest z perspektywy czterdziestoczteroletniego narratora, mężczyzny, który wraca z emigracji do domu. Stary Gnat (tak mówi o nim matka) ponad dwadzieścia lat żył w zimnym Montrealu, teraz odwiedza matkę i ciotkę, na każdym kroku spotyka dawnych znajomych i przyjaciół.
Suche spojrzenie wracającego na wyspę pisarza, bo tym trudni się nasz bohater, jest interesujące i niecodzienne. Porównuje białych ludzi z Montrealu z gorącymi wyspiarzami. Widzi biedę, którą zostawił lata temu, widzi zmiany, jakie zaszły w jego mieście, wspomina przyjaźnie i decyzje sprzed lat, które predestynowały go do zmiany miejsca zamieszkania.
Haitańczycy są specyficzni. Przekonani o własnej wyjątkowości (uważają, że jako pierwsi wylądowali na Księżycu), wciąż niepogodzeni w amerykańską okupacją, zmagający się z niedostatkiem, żyjący w obawie o spadek poziomu życia, który zmusi ich do utraty pozycji społecznej. Do tego, wciąż żywa jest opowieść voodoo, do której nawiązuje tytuł powieści. Kraj bez kapelusza to świat umarłych, do którego udaje się na chwilę dostać głównemu bohaterowi. Konfrontuje on własną wiedzę z tego zakresu z lokalnymi historiami, voodoo jest tu wciąż żywe. Według niektórych w kraju aktywne są całe armie nieżywych, którzy wciąż przebywają na naszym świecie, pędząc spokojny żywot, budzą się nocą. Świat zmarłych przenika do świata żywych, jeden maleńki element rozróżnia Haitańczyków żywych od martwych, choć w zasadzie ich sytuacja życiowa niewiele się różni bez względu na stopień żywotności.
Autor nie ma złudzeń co do kondycji swojego kraju, bezlitośnie ją portretuje, czyniąc to w kąśliwy sposób. Wplata w swą niezwykłą historię elementy publicystyczno - reporterskie, dzięki czemu obraz Haiti jest przekonujący i barwny.
Bardzo interesująca powieść, bardzo ciekawy autor.

czwartek, 20 kwietnia 2017

Martin Pollack - Cesarz Ameryki. Wielka ucieczka z Galicji [recenzja]

Przekład: Karolina Niedenthal
Wydawnictwo Czarne
Wołowiec 2011

Fascynująca. Wciągająca. Niezwykła. Pollack po raz kolejny zabiera czytelnika w podróż do nieistniejącego, zapomnianego świata przełomu wieków, gdzie mieszały się nacje, kultury, mocarstwa i ich interesy.
XIX-wieczna bieda spowodowała, że dziesiątki, a nawet setki tysięcy ubogich Słowaków, Polaków, Żydów, Rusinów zamarzyły o lepszym życiu w Nowym Świecie. Początki XX wieku to istny galicyjski exodus do obu Ameryk. 
Jednocześnie był to złoty czas dla oszustów i złodziei, którzy wykorzystując niepiśmienność, brak wiedzy emigrantów okradali ich, wpędzali w tęgie kłopoty, niweczyli marzenia.
Łowcy naiwnych, naganiaczki prostytutek, zwykli rabusie i przestępcy, którzy w łatwowierności kandydatów na emigrantów widzieli swoją szansę.
Do tego nieuczciwi przewoźnicy transportujący pasażerów za wygórowane ceny w fatalnych warunkach i mamy niemal komplet.
Przez książkę przewijają się kolejne procesy sądowe, które znakomicie ilustrują przekrój społeczny (w niższych warstwach), mechanizmy rządzące oszukującymi i oszukiwanymi, a także dają obraz skali problemu, jaki narastał w CK Galicji, krainie nędznie uposażonej rolniczo, przeludnionej, biednej i niewykształconej, pozbawionej perspektyw.
Ci, którzy szczęśliwie przebrnęli przez gęste sito pozwoleń, zaświadczeń, nieuczciwych pośredników, drogich biletów, dotarli wreszcie do Ameryki, gdzie chwile niepewności przeżywali przy amerykańskich celnikach. Jednak Ameryka ze snów i opowieści nijak miała się do rzeczywistości. Za marne pieniądze mężczyźni wykonywali ciężką, fizyczną pracę, utrzymywali się w podstawowym wymiarze, a i tak mieli trudności z odkładaniem wyśnionych dolarów.
Bieda zmieniona na biedę, może mniej dojmującą (bo pozbawioną ogona pod postacią rodziny), z drugiej strony palącą, bo przecież na wyjazd złożyła się (nierzadko) nie tylko cała rodzina, ale i wieś, w nadziei, że emigrant pomoże innym śmiałkom. Wielka presja. 
Cesarz Ameryki to także paralela współczesności: emigracja zarobkowa, nacjonalizmy, niechęć do obcych, szukanie szczęścia na obczyźnie. Ciągle to samo, tylko w innych dekoracjach.
Historia powinna uczyć, przestrzegać. Pollack o tym przypomina.

wtorek, 4 kwietnia 2017

Dariusz Orszulewski - Zjednoczone Siły Królestwa Utopii [recenzja]

Wydawnictwo: Korporacja Ha!art
Kraków 2016

Kiedy pęka hermetyczność, zanika tożsamość - oto sedno opowieści Dariusza Orszulewskiego. Jego bohater całe życie marzy o Wielkiej Brytanii. Jest ona dlań  uosobieniem wszelkich pragnień i tęsknot charakteryzujących wydumany przezeń model idealnego życia. Dostatek, tamtejsza kultura, a nawet brytyjska flegma, są pejzażem z marzeń i snów głównego bohatera. W zasadzie na tym kończy się jego wiedza i wyobrażenie o życiu na Wyspach, o czym boleśnie się przekonuje.
Gdy wreszcie trafia do Londynu jest nieco oszołomiony rzeczywistością, ogromem trudności i spraw z którymi musi się zmierzyć. Problemem okazuje się kupno telefonu, przejazd metrem między strefami, założenie konta w banku, znalezienie dobrego sklepu z jedzeniem. Brytyjskie kobiety są zaniedbane i grube, dowcip autochtonów skrzy się złośliwościami i miałkością, a wizyta w przychodni żywcem przypomina skecz Monty Pythona.
Słodko - gorzka historia emigranta, który zbierając doświadczenie z różnych miejsc pracy/zamieszkania odkrywa mechanizmy rządzące wśród najeźdźców zarobkowych, ale też pośród tubylców. Codzienne rozmowy, sposób na spędzanie czasu wolnego (plus walka z tęsknotą za domem, bliskimi), relacje i układy zawodowe, a także przemyślenia dotyczące przyszłości, możliwości wybicia się ze statusu zwykłego, ponurego imigranta zarobkowego są solą tej opowieści.
Środowisko imigrantów pełne jest różnic. Narodowości, wychowanie, wpojone wartości powodują, że brytyjski tygiel kulturowy tętni życiem nie do końca zrozumiałym, a już na pewno nieprzewidywalnym i zaskakującym.
Tarcia zdarzają się nie tylko między kulturami, najwięcej animozji jest jednak między rodakami, którzy z zazdrości, złej woli, głupoty czy źle pojmowanej narodowej wspólnoty co chwilę popełniają kolejne niewybaczalne gafy.
Chwiejność zawodowa głównego bohatera, jego gonienie za wiatrem, dobrze oddają specyfikę wyspiarskiej emigracji. Każdy chce tam zarobić jak najwięcej przy jak najmniejszym nakładzie sił. Wszyscy marzą o ubezpieczeniu, wynajmie dobrego lokum, ubezpieczeniu społecznym i szacunku sąsiadów. Nie każdy znajduje w sobie tyle samozaparcia, by podreperować język, zrobić kursy doszkalające. Nasz bohater przechodzi tę wyboistą drogę z pewnymi trudnościami, ale też malowniczymi historyjkami w zanadrzu.
Jego opowieści o ludziach stamtąd są osobnymi, zamkniętymi portretami, które błyszczą na szerokim wachlarzu brytyjskich imigranckich życiorysów.
Raj na przeludnionej wyspie zmienił się w wielokulturowy chaos, który w relacji głównego bohatera stopniowo wymyka się spod kontroli. Relacje Brytyjczyków z Polakami, Polaków z Polakami, obu nacji z tzw. ciapatymi, różnice kulturowe - wszystko to relacjonuje autor na bieżąco, wplatając w opowieść kolejne losy epizodycznych bohaterów. Ten patchwork, collage złożony z ludzkich losów jest mocnym akcentem powieści.
Na koniec język proponowany przez Orszulewskiego - jest on mieszaniną barw i temperamentów, nacechowań i giętkości. Makaronizmy, mowa potoczna, przezabawne, piramidalne metafory i neologizmy uatrakcyjniają i tak już ciekawą powieść.
A wszystko to tworzy barwną, ciekawą całość, która dzięki spójności i czujnemu oku autora jest jak Zjednoczone Siły Królestwa Utopii.




Za egzemplarz książki dziękuję wydawnictwu: