piątek, 20 września 2019

Søren Sveistrup - Kasztanowy ludzik [recenzja]

Przekład: Justyna Haber-Biały
Wydawnictwo: Grupa Wydawnicza Foksal Sp. z o. o.
Warszawa 2019

Wszystko mnie w tej książce przeraża. Począwszy od makabrycznej okładki aż po gargantuiczny rozmiar.
Przebrnięcie przez tę historię było nie lada wyczynem, gdyż autor wziął sobie za cel powiązanie tak wielu wątków, że trudno je zliczyć.
Jest polityka, nawiązanie do trudnych rodzinnych relacji, przemocy, molestowania, krzywd z przeszłości, problemów teraźniejszych (szczególnie w kwestii zawodowych potyczek jednego z policjantów prowadzących śledztwo), osobowe i finansowe problemy policji, które mają chyba przybliżyć powieść zwykłemu zjadaczowi chleba, a tak naprawdę stanowią dodatkowy obciążnik, który z wielką siłą ciągnie powieść na samo dno.
Pominąwszy powolność akcji, jej rwanie realizowane za pomocą nieznośnie krótkich rozdzialików cała ta historia nie trzyma się kupy.
Drastyczne, psychopatyczne zamiłowanie mordercy do konstruowania kalekich ludzików z kasztanów jest tak marnym i tanim zabiegiem, że aż człowieka przechodzi dreszcz, który z biegiem czasu (a potrzeba go naprawdę dużo na ten rozbuchany rozmiarowo koszmarek literacki) przeradza się we współczucie.
Toporne, naiwne, pseudo psychologiczne tłumaczenie mordercy z jego zbrodni obezwładnia mnie swoją infantylnością i rodzi pytanie - jakim cudem znalazł się wydawca tej naiwnej, wydumanej i przekombinowanej opowieści? Czy naprawdę ze światem literackim jest już tak źle, że na decyzję wydawnictwa wpływa przede wszystkim popularność nazwiska autora?
Czy dobrze utkana historia nie ma już racji bytu? Wystarczy okładkowe wspomnienie, że autor był współscenarzystą popularnego serialu, by dać mu przyzwolenie na publikowanie? Litości.
Jednak do rzeczy. Czas pochylić się nad tym okazem.
Mamy więc seryjnego mordercę, który poza okrutnymi mordami zajmuje się też teatralizowaniem miejsc zbrodni poprzez dodawanie scenografii, której trwałym i powtarzalnym elementem jest wspomniany wcześniej kasztanowy ludzik.
Sprawę prowadzi para bardzo niedobranych policjantów, których różni wszystko, od płci począwszy, po kraj zamieszkania. Zabieganie o sympatię czytelnika opartą na antagonizmach jest dość wytarte, jednak zawsze się sprawdza. Tutaj mamy do czynienia z dziarską policjantką Thulin oraz relegowanym ze struktur międzynarodowych Hessem, kreowanym na postać outsidera, policjanta będącego ponad prawem, trochę szeryfa, trochę renegata. Drocząc się i walcząc, współpracując i czasem schodząc sobie z drogi te dwie zdolne, rzutkie policyjne charty ruszają w pościg za przebiegłym złoczyńcą. Ten bawi się z nimi pozostawiając na miejscach zbrodni kasztanowy tworek, na którym zawsze znajdują się odciski palców nastolatki, córki prominentnej polityk, która zaginęła jakiś czas temu.
Presja czasu, zainteresowanie opinii publicznej, a także widmo kontrolowania sprawy przez wysokich rangą polityków predestynuje policjantów do żmudnej i wykańczającej pracy.
Efekt miał być zaskoczeniem.
Cóż. Z tego co wiem książka spotkała się z życzliwym przyjęciem czytelników i należę do bardzo wąskiego grona osób zażenowanych fabułą. Wydaje mi się, że jestem w tym odosobniona i tworzę jednoosobowy klub. Okopuję się więc w mojej niechęci i dodam na koniec, że momentami czułam, że autor mniej lub bardziej celowo obraża czytelnika inteligencję (szczególnie na finał, gdzie wyjaśnia motywy seryjnego, a także zdradza jego tożsamość).
Cały czas nie mogę wyjść ze zdumienia, jakim cudem autorowi udało się znaleźć wydawcę.

Za egzemplarz książki dziękuję:


poniedziałek, 9 września 2019

Strofy o teatrze. Antologia [recenzja]

Wybór, opracowanie i posłowie Katarzyna Madoń i Piotr Mitzner
Wydawnictwo: Iskry 1982

Naprawdę warto spojrzeć na teatr oczami poety - uwypukli on wszystko to co dla poety widoczne, istotne, czami mroczne, kiedy indziej niepokojące. 
Na co więc zwracają uwagę poeci? - czy na osobę aktora, na scenę, uczucia, tło społeczne? Autorzy tomu dokonali podziału, który pokazuje teatr wielowymiarowo.
I, choć niektóre z wierszy brzmią śmiesznie, będąc silnie drewnianymi, jak choćby ten o warszawskim teatrze dworskim Adama Jarzębskiego, to większość nieźle się komponuje z wizją autorów opracowania.
Istnieje tu przedział dla hołdów, jakie oddają poeci ulubionym artystom scen polskich, m. in. Helenie Modrzejewskiej. Większość to jedynie mdłe wspomnienie kompletnie zapomnianych aktorskich talentów, które nie przetrwały próby czasu.
Znamienne, że większość utworów zawartych w tomie inspirowała się teatrem, powiedzmy delikatnie, niedoskonałym, z niedopracowaną scenografią, nie dość dobrym aktorem, nie potrafiącym stworzyć wrażenia obcowania z prawdziwą sztuką.
Niektórzy poeci szukali prawdy w teatrach wędrownych, których nomadyczni aktorzy występowali w miejscach nietypowych, niezwykłych dla sztuki teatralnej, jak choćby stodoła, próbując przekazać zwykłym ludziom, choć część swojej wrażliwości.
Inny nurt przedstawiony w zbiorze to marzenia o "teatrze ogromnym" jak u Wyspiańskiego, gdzie śmiałość i. wizjonerstwo twórców są największymi wartościami, podobnie jak ich reagowanie na pulsującą rzeczywistość, na mody i kaprysy odbiorców.
Zresztą, ważną część widowiska teatralnego - publiczność ma też swoje miejsce w antologii. Bilans poetyckich sympatii nie plasuje się jednak po ich stronie. Publika okazuje się być gnuśna, hałaśliwa (skarży się Słowacki w "Beniowskim", że nie podobają się jej rozwiązania dramaturga), grzmiąca wrzawą (Leon Jaruszewski "Do nieobecnej"), wątpiąca w talenta aktorskie (Anonim "Na aktora, dawniej balwierza" czy chudeusze u Artura Bartelsa w "Stronie ujemnej Warszawy").
Sam wybitny historyk sztuki, Karol Estreicher, chwycił za pióro, by w wierszu "Kraków narodowej sztuce" dać upust swym rozczarowaniom - trudnemu losowi artysty.
Na koniec szybka runda moich ulubionych autorów. Boy "?" - pochwała aktorki, podróżniczki i pisarski Jadwigi Mrozowskiej.
Słonimski "Adamita w teatrze" - o sile przeżycia teatralnego.
Szymborska "Buffo" - o miłości komediantów, a także o wrażeniach z teatru, tym co chwyta za gardło.
Tuwim "Minister i sztuka": "Pan minister się spóźnił na początek.
A gdy przyszedł - z oburzenia zbladł:
Podejrzany, niebezpieczny wątek...
Skonfiskować! Niech mają naukę!
... Pan minister się spóźnił na sztukę
O pięć minut i piętnaście lat." (1932)

By mieć zdanie w danej materii trzeba dużo wiedzieć, czytać, poznawać, konfrontować. Pieczołowicie zebrana antologia państwa Mitznerów to znakomite narzędzie w tej materii. Więcej takich!

sobota, 7 września 2019

Jan Kreczmar - Drugi notatnik aktora [recenzja]

Wydawnictwo PIW
Warszawa 1971

Uwielbiam wspomnienia aktorów. Najbardziej ze względu na anegdoty ze sceny. Kreczmar znakomicie w tym temacie.
Wspomina między innymi własne początki, gdy uciekał wzrokiem przed publiką - zarówno z tremy, jak i z ... obawy przed zezem do którego miał skłonność.
Kreczmar przypomina, że fatalne reżyserskie pomysły (koszmarne angażowanie psa w jednej ze sztuk Och-Teatru) z umieszczaniem na scenie zwierząt, mają długie tradycje. Sam grał w sztuce Władysława Anczyca "Kościuszko pod Racławicami" znienawidzoną przez siebie postać mdłego amanta, który dodatkowo krążył po scenie na białym koniu. Zwierzę na próbie generalnej, znudzone przeciągającą się akcją zmiotło ze sceny fragment scenografii.
Kreczmar co chwilę sypie anegdotami i ważnymi dla siebie wydarzeniami. Okazuje się, że "Pigmaliona" Shawa grali w latach 30. 133 razy, co i dziś oznaczałoby wielką popularność.
Wspomina on w pewnym momencie swoje zetknięcie z Marią Pawlikowską-Jasnorzewską, która przychodziła na próby własnej sztuki "Zalotnicy niebiescy", w której to sztuce Kreczmar grał Porucznika Kobuza. Jakież było jego rozczarowanie osobą wielkiej poetki. Otóż autorka eterycznej poezji była tylko "obrazem mieszczańskiego wyglądu starzejącej się kobiety". Pewnie dlatego wszyscy zaangażowani w sztukę aktorzy nazywali ją "ciocią Jasnorzewską".
Jest też króciutkie wspomnienie Ireny Solskiej, którą oglądał z widowni w "Zbrodni i karze", gdzie grała ona Katarzynę Iwanownę. Patrzenie na wielką aktorkę było jak "muśnięcie powiewu wielkiej sztuki aktorskiej".
Warto też wspomnieć Arnolda Szyfmana, wspaniałego dyrektora i reżysera teatralnego. We wspomnieniach Kreczmara jawi się jako prężny artysta, goniący wciąż za sukcesem frekwencyjnym, a co za tym idzie - finansowym. Był świetnym przykładem na to jak od wielkich ambicji artystycznych przechodziło się do mozolnej walki o powodzenie i trwanie danej sztuki.
Ważnym elementem wspomnień są wspaniałe fotografie dokumentujące ważne dla autora role. Zwracają uwagę bajecznymi pozami, kostiumami, scenografią (jak choćby ta ze "Snu nocy letniej" w reż. Leona Schillera).
Nie brak wspomnień najbardziej dekadenckich spektakli w których brał udział, tutaj prym wiodą "Dziady" Schillera, które były bardzo kosztowne ze względu na doangażowanie aktorów, tłum statystów i orkiestrę (od razu stanęły mi przed oczami 14-godzinne "Dziady" Michała Zadary sprzed kilku lat). Inna rzecz, że w XX - leciu międzywojennym aktorzy grający w sztukach współczesnych występowali we własnych frakach lub smokingach, było to dla marnie zarabiających adeptów sztuki nie lada wyzwanie. Tylko sztuki kostiumowe, historyczne doposażane byłī w "państwowe" kostiumy.
We wspomnieniach Kreczmara pojawia się sam wielki Edward Gordon Craig, który swego czasu odwiedził Warszawę. Zasiadł on w teatralnej loży z Schillerem i oglądał "Judasza", by podziwiać 60. lecie pracy twórczej znakomitego Ludwika Solskiego. Po spektaklu powiedział ponoć, że to fenomenalne grać tyle lat i wciąż tak źle...
Kreczmar chwali w swoich wspomnieniach Jarosława Iwaszkiewicza, którego "Lato w Nohant" grano jak na tamte warunki bardzo długo, bo ponad pięć miesięcy. Uważano ogólnie Iwaszkiewicza za pełnego humoru i wzruszająco gościnnego.
W końcowej części wspomnień poświęca autor wiele miejsca swemu dyrektorowi, Arnoldowi Szyfmanowi. Pisze o Szyfmanie "dnia codziennego": troszczącego się o teatralne gospodarstwo, nerwowego, ruchliwego, nieustannie czujnie kontrolującego pracę i każdy szczegół w teatralnej machinie. Wszystkie składowe dzieła teatralnego były dla niego jednakowo ważne, żądał więc od współpracowników, poprawiania niedociągnięć - od aktora do teatralnego krawca. Cechowała go żelazna wola, chłód, trzeźwy obiektywizm, co nie przysparzało mu przyjaciół. Oddawał się pracy, trudnym zadaniom, toteż w teatrze Szyfmana wszystko szło jak w zegarku, organizacja pracy była wzorowa.
Zaskoczeniem było dla mnie... wspomnienie Zbyszka Cybulskiego. Kreczmar przyznaje, że początkowo miał o nim jak najgorsze zdanie i kiepskie relacje, jednak z biegiem czasu objawił się mu jako inteligentny, nonkonformistyczny talent obserwacyjny.
W końcowej części wspomnień pisze też Kreczmar o wartości metody Stanisławskiego, o tym, co z jego spuścizny jest trwałe i aktualne. Rozważa też aktualne (stan na 1964 rok) problemy aktorstwa i teatru, próbuje analizować polską sztukę aktorską powojenną, a także odnosi się do metody Grotowskiego (choć jak sam podkreśla w sposób "nieuczony").
I już zupełnie na finał daje Kreczmar wskazówki do gry aktorskiej, czerpiąc ze swego bogatego repertuaru. Posiłkując się własnymi rolami, np. Fantazego czy Horsztyńskiego, daje rady dotyczące warsztatu i przygotowania do ról.
Niezwykłą podróżą są wspomnienia Kreczmara, pokazują przede wszystkim trudy i radości aktorskiego fachu, ale też dają wiedzę o dawno minionych ludziach i obyczajach, Niezwykle cenna lekcja dla tych, którzy potrafią poddać się refleksji.

czwartek, 5 września 2019

Wiktor Suworow - Akwarium [recenzja]

Przekład: Andrzej Mietkowski
Editions - Spotkania
Paris - Warszawa 1990

W świecie radzieckich szpiegów nic nie jest takim jakim się początkowo wydaje. Fabryka części do traktorów to tak naprawdę jednostka zbrojeniowa, która niejako przy okazji produkuje też części dla ciągników. Jedno z najcięższych więzień kryje w swym wnętrzu ściśle tajny obóz szkoleniowy dla radzieckich szpiegów z GRU.
Wiktor Suworow, a raczej były szpieg ukrywający się pod tym pseudonimem, opowiada swojemu czytelnikowi drogę jaką przebył od kołochoźniczego sprzedawcy arbuzów (według mnie ten fragment to najlepsza część książki, nie tylko fabularnie, ale też językowo), po dowódcę czołgu, aż po sam Olimp radzieckich służb - bycie agentem specjalnym w placówkach dyplomatycznych zachodniej Europy.
I, choć dla postronnych jego praca była elitarna, sam miał o niej gorsze zdanie - poza okazjonalnym werbowaniem współpracowników, każdego dnia wykonywał niebezpieczną i niegratyfikowaną pracę "charta" - ubezpieczanie akcji wyższych rangą i zadaniami oficerów.
Zresztą, cała jego droga na szczyt opowieść o morderczej, tytanicznej pracy, która opierała się na sprawności fizycznej (skoki z pędzącego pociągu, mostu, ze spadochronem), psychicznej (testy, walki charakterologiczne), nauce języków (conajmniej dwa), pamięciowego opanowywania amerykańskich baz w Europie, a także walki wręcz, nie tylko z ludźmi, ale też ze zwierzętami.
Ogrom programu szkoleniowego, jego "finezja", pomysłowość oficerów prowadzących naukę, nie miała granic.
Brak życia prywatnego, ciągła inwigilacja, wieczne sprawdzanie kandydatów pod kątem ich lojalności, poświęcenia i prawdomówności nie miały końca. Donoszenie, pisanie raportów, brak zaufania wśród współpracowników - oto codzienność Suworowa szpiega i jemu podobnych.
Poraża w tej relacji nieustająca tymczasowość i wieczne poczucie zawieszenia. Nigdy nie wiadomo kiedy na szczytach władzy nastąpi tąpnięcie, które przyniesie zmianę kierownictwa, a co za tym idzie strącenie w niebyt całych zastępów protegowanych zdymisjonowanych dowódców.
Elektryzuje czytelnika wyścig sił jaki prezentuje KGB i GRU. Powala bogactwo i hojność przekupujących agentów.
Jednocześnie Suworow z przekąsem i ironią pisze o oddaniu służbie - po prostu nie było innego wyjścia: z Akwarium, czyli najważniejszej jednostki najwyższego pionu GRU nie ma wyjścia, chyba, że przez komin...
Suworow uciekł na Zachód. Ciąży na nim wyrok śmierci za zdradę narodu. Czy może spać spokojnie mając w pamięci własną przeszłość?
Czy może nadto ubarwił własne wspomnienia, przygody, akcje w których brał udział?
Papier wszystko przyjmie, nawet najdziwniejszą prawdę.

środa, 4 września 2019

Justyna Bednarek, Jagna Kaczanowska - Galopem po szczęście [recenzja]

Wydawnictwo W.A.B.
Warszawa 2019

Zgrany autorski tandem postanowił, zdaje się, odświeżyć formułę swoich powieści i przenieść akcję z dala od wcześniejszych bohaterów. Jest tu delikatne odniesienie do poprzedniej serii i swego rodzaju oko puszczone do publiczności znającej tamte książki.
Fabuła osadza się na losach Baśki, matki 15-letniej Karoli, które to panie poznajemy w dynamicznej scenie pierwszej, która pokazuje ich pospieszną ucieczkę z Warszawy w rodzinne strony Baśki, do Jędrzejowa.
Co spowodowało, że z dni na dzień matka zabiera córkę z jej bezpiecznego, znanego środowiska rówieśniczego, szkoły? Co popchnęło ją do porzucenia wygodnego życia w stolicy? Na początku książki nie wiadomo, jednak z czasem i biegiem kartek, wiedza czytelnika ulegnie systematycznemu poszerzeniu.
Dla Baśki powrót w rodzinne strony nie jest łatwy - uciekła od prowincjonalnego życia dawno temu, nie czuje związku z rodziną, nie ma też kontaktu z nikim z rodzinnych stron. Silne postanowienie, bo nigdy już tam nie wracać spełzło jednak na niczym. Właśnie siedzi w samochodzie jadącym prosto do Jędrzejowa.
Właśnie tam jej ojciec jest dyrektorem przesławnej w świecie stadniny koni, które są dumą i chlubą okolicy. Dzięki protekcji ojca, kobieta może na nowo rozpocząć życie zawodowe, zupełnie jednak różne od dotychczasowego.
Zderzenie z jędrzejowską mentalnością oraz innym, bardziej tradycyjnym spojrzeniem na świat są dla Baśki trudne.
Skomplikowane relacje rodzinne również nie ułatwiają jej życia. Siostra Anka, borykająca się z kompleksami "kobiety domowej", skrzętnie ukrywa problemy i słabości, by tylko wyglądać przed sąsiadami jak idealne prowadzi życie.
Burzliwy powrót czarnej owcy przewraca do góry nogami życie całej rodziny, a po części także społeczności miasteczka. Co wyniknie z tego galimatiasu?
Autorki z wprawą i werwą prowadzą fabułę, uzupełniając ją niezłymi dialogami, bez wikłania czytelnika w przeładowane portrety psychologiczne.
Dostarczają przyjemnej rozrywki, dając chwilę przyjemnego odprężenia.


Za egzemplarz książki dziękuję wydawnictwu:




wtorek, 3 września 2019

Jarosław Iwaszkiewicz - Księżyc wschodzi [recenzja]

Wydawnictwo Czytelnik
Warszawa 1975

Latem lubię wracać do Iwaszkiewicza, do jego utworów dziejących się w tej właśnie porze roku. "Księżyc wschodzi" idealnie wpasowuje się w moje wakacyjne wymagania.
Urzeka mnie tam klimat kresów, ich codzienność, powieściowe zależności między bohaterami, upał letnich wieczorów, odczuwalny niemal w sposób rzeczywisty.
Urzeka nihilizm z początków XX wieku, związany nieodłącznie z hedonizmem, stwarzając aurę tajemnicy i fascynacji.
Otrzymujemy oto świat gdzie podróżuje się wolantami zaprzężonymi w irchowe kucyki, gdzie damy wdziewają obszerne pudermantle i zielonoliliowe woalki, gdzie pachnie step, gdzie w sieni wieszaki zapełnione były burnusami, bałachonami, sławuckimi burkami i serdakami.
Fabuła książki przedziera się do czytelnika jak zza mgły. Dobrym porównaniem będzie odniesienie się do filmu Konwickiego "Dolina Issy", tam również świat przedstawiony widziany jest przez filtr o mglistej, mlecznej, onirycznej strukturze. Tak samo jest tutaj.
Oczami głównego bohatera powieści, dworskiego nauczyciela, Antoniego, obserwujemy powolny upadek i biednienie szlachty kresowej. Dawne ślady bogactw i świetności widoczne są w pojedynczych egzemplarzach mebli, złoconych tacach czy niemodnych strojach ze szlachetnych materii, a także w bibliotekach pełnych nierozciętych jeszcze starych ksiąg.
Bohater, który nie jest już dzieckiem, ale daleko mu do dorosłego próbuje odnaleźć się w tej sytuacji pomiędzy. Uczy się emocji i uczuć, poznaje je, próbuje sobie z nimi radzić: "Przejmowało go od niedawna przerażenie i lęk człowieka samotnego wśród przyrody, samotnego wśród ludzi, teraz jeszcze bardziej przejmował go lęk pustki, jaką odczuwał stanąwszy sam na sam z sobą".
Do tego barwne postaci dekadenckich, znudzonych kresowych wielmożów dopełniają całości.
Iwaszkiewicz po latach sam się sobie dziwił, że napisał w młodości powieść bardziej instynktowną i improwizowaną niż przemyślaną i staranną. A to właśnie młodzieńcza naiwność jest siłą książki i czyni ją ważną dla autora, przez co nawet po latach, czuje się on do niej mocno przywiązany.
Iwaszkiewicz realizuje w powieści najważniejsze credo pisarskie: poznać, zrozumieć, wyrazić. I właśnie te określenia wybrzmiewają w powieści najmocniej. Potraktował je autor z całą powagą i jka najbardziej serio.
Iwaszkiewiczowski styl w pełnej krasie. Uczta.

niedziela, 30 czerwca 2019

Cecelia Ahern - Głos [recenzja]

Przekład: Jerzy Malinowski
Wydawnictwo: Muza
Warszawa 2019

Stało się. Doczekaliśmy się oto Paulo Coelho w wersji żeńskiej. Przedstawiam Państwu Cecelię Ahern, niektórym znaną z ekranizowanych powieści, raczej z gatunku: dla kobiet. Cokolwiek to stygmatyzujące i szowinistyczne hasło znaczy.
To, co dzieje się w zbiorze "Głos" przechodzi wszelkie pojęcie o poglądach autorki na czytelników. O tym jednak później.
Mamy oto kilkadziesiąt bardzo krótkich historii, które przedstawiają bolączki i dylematy współczesnych kobiet, muszących mierzyć się z wygórowanymi oczekiwaniami otoczenia, ale przede wszystkim muszą sprostać własnym wymaganiom, często większym, niż te atakujące z zewnątrz.
Tym sposobem autorka stworzyła klucz według którego każda poruszona w książce kwestia ma postać 
jakiegoś domorosłego symbolu, wątpliwej jakości.
I tak: "Kobieta, która znikała" - historyjka z doskonałym konceptem, który został całkowicie zniweczony. Mimo znakomitego pomysłu na opowieść o kobiecie, która pod presją  środowiska, wieku, seksistowskich adnotacji, po prostu znika, staje się coraz bardziej niewidzialna. I tu koniec następuje koniec - potencjał pomysłu został zamordowany. Całkowicie. Dalej jest już tylko źle. Zawiodły możliwości warsztatowe i (chyba) intelektualne.
Dalej historia ciągnie się bardziej na zasadzie szkolnego wypracowania czy bajki pełnej morałów dla przedszkolaków. Też dość wyświechtanym.
Każda kolejna historia powiela poprzednią w sferze obrażania możliwość intelektualnych czytelnika.
Zawodzi dosłownie wszystko. W "Kobiecie, która była trzymana na półce" - rzecz o kobietach ozdobach, bez własnego zdania i pozycji w relacji z mężczyzną.  Inna mówi o kobiecie pokąsanej przez wyrzuty sumienia.
Ahern miała chwalebny pomysł, by literacko rozprawić się z wszelkimi ograniczeniami, problemami i współczesnymi gorsetami społecznymi jakie narzuca się kobietom. Plusem jest też potencjał pierwszej historyjki o znikającej kobiecie
Reszta to niestosowność literacka, chyląca się ku literackiej gafie.
Na resztę spuszczam zasłonę milczenia. Kurtyna.

Za egzemplarz książki dziękuję wydawnictwu:




czwartek, 27 czerwca 2019

Igor Brejdygant - Układ [recenzja]

Wydawnictwo W.A.B.
Warszawa 2019

Jak przepastną i nieumiarkowaną wyobraźnię posiada autor!
Czasem wydaje mi się, że grzeszy jej nadmiarem.
Podliczając koncepty i sytuacje, jakie rozgrywają się w powieści, aż trudno uwierzyć w ich potencjalne prawdopodobieństwo. Autor puścił wodze fantazji. 
W sferze językowej, szczególnie dialogowej (najczęstszej bolączce polskich autorów kryminałów) jest naprawdę nieźle. Gdybym miała się czepiać, a lubię się czepiać, bo to takie łatwe, to przyczepiłabym się do wielokrotnych podkreśleń i powrotów do jednego wydarzenia z przeszłości głównej bohaterki.
Do znudzenia autor, wciąż niemal tymi samymi słowami, przypomina jej najtrudniejszy moment z przeszłości, co początkowo wywoływało u mnie konsternację, później już tylko złość.
Ponieważ im dalej w fabułę tym bardziej z powieści kryminalnej robi się SF, tym mniej o samej treści chcę pisać.
Chwalebne, że główną bohaterką jest kobieta - mocno doświadczona przez życie policjantka, komisarz Brzozowska, która jest zmuszona wrócić do czynnej służby po tym, gdy główni świadkowie jej sprawy (dotyczącej afery pedofilskiej w wysokich kręgach władzy) zaczynają umierać.
Z czasem okazuje się, że również jej życie jest zagrożone, a przez wzgląd na sfery w jakich dochodzi do przestępstw, układów, w jakie wikłani są kolejni ludzie, nie bardzo ma w kim znaleźć oparcie.
Nie wiadomo już kto jest przyjacielem, a kto wrogiem.
Ciekawie zapowiadała się postać tajemniczej kobiety, która jest główną przeciwniczką Brzozowskiej.
Zapowiadała się to jedyne warte podkreślenia słowo.
Autor komplikuje życie swoich bohaterów w nieznośny sposób. Piętrowe intrygi, które nijak się mają do rzeczywistości, są z każdą kolejną stroną coraz bardziej papierowe.
Autor chyba chciał za bardzo wyjść do czytelnika - zapewnić mu rozrywkę, suspens, całą garść tajemnic, wyjątkowych postaci i uwikłanego w mrok miasta, które przeraża możliwościami popełniania zła.
Dobrze, że główną bohaterką jest kobieta. 
Szkoda, że jej wątek odpłynął w odrealnionym kierunku.

Za egzemplarz książki dziękuję wydawnictwu:



piątek, 21 czerwca 2019

Martha Batalha - Niewidzialne życie [recenzja]

Przekład: Katarzyna Mojkowska
Wydawnictwo Muza
Warszawa 2019

Ta książka pachnie Márquezem, przesiąknięta jest kolorytem jego powieści.
Nie zbliża się nawet do poziomu Noblisty, jednak samą atmosferą i poświęceniem treści tematyce niezwykłych kobiet orbituje wokół.
Przy takich możliwościach fabularnych, rozszerzonych zdolnościach bohaterek, liczba stron w powieści zdaje się zbyt mała, jakby autorka nie wykorzystała stworzonego przez siebie potencjału.
Dodatkowe dygresje oscylujące wokół postaci epizodycznych nie służą skupieniu się na głównych bohaterkach, dają jednak obraz możliwości koncepcyjnych autorki.
Rzecz dotyczy dwóch sióstr, Eurídice i Guidy. Młodsza to dziecko wielu talentów, starsza to piękna kobieta, która zdaje sobie sprawę z własnego czaru.
Ich więź jest bardzo silna, do czasu, aż Guida zakochuje się w Marcusie. To uczucie zmienia rodzinne konfiguracje, wprowadzając je na zupełnie nowe, nieznane tory.
Starsza siostra znika z domu. Gdy po latach, przypadkiem odnajduje młodszą w sklepie bławatnym, opowiada jej swoją historię, gorzką, ale naznaczoną siłą i duchem walki.
Zestawienie życiorysów obu sióstr pokazuje w jak trudnych czasach przyszło im żyć - pierwsza połowa XX wieku nie dawała kobiecie wielu możliwości, Eurídice, młodsza z dwójki sióstr, mimo ogromnego potencjału i wielu talentów jest skromną gospodynią domową, która, co jakiś czas próbuje wyrwać się z ograniczającego ją pancerza konwenansów. Na próżno. Mąż skutecznie studzi jej rewolucyjne zapędy, przekonując, że powołaniem kobiety jest doglądanie domowego ogniska. Wyłącznie.
"Niewidzialne życie" to właśnie portret kobiet, które są, a jednak ich nie ma - sprowadzone do roli posługiwaczek i matek dzieciom stają się nieważne, przezroczyste. Z drugiej strony mają swoje marzenia, możliwości i zdolności, które marnieją, poskramiane przez patriarchalne obyczaje.
Gorzka opowieść o życiu, które umyka między palcami, powstrzymywane przez czasy i plemienne przyzwyczajenia.

Za egzemplarz książki dziękuje wydawnictwu:




niedziela, 2 czerwca 2019

Ilona Gołębiewska - Podaruj mi jutro [recenzja]

Wydawnictwo Muza
Warszawa 2019

"Podaruj mi jutro" to moje pierwsze spotkanie z Iloną Gołębiewską. Kolejnych nie będzie. Początkowe fragmenty powieści ulegają coraz to bardziej dotkliwym powtórzeniom, czyniąc czytelnika nie tyle niecierpliwym, co zrażonym do ciągu dalszego opowieści. Im dalej w las, tym powtórzeń jest mniej, aż wreszcie one zanikają. Gdy ma się do czynienia z opowieścią, w której (wydaje się) zostają przeklejone te same informacje w mało zmienionej formie kilka stron dalej, jest to dość niekomfortowe.
Gdy tylko mija etap powtórzeń, nastaje czas wybujałych i rozgałęziających się w niemożebną liczbę wątków. Czego tu nie ma: stary dwór, jego ekscentryczna, ale dobra właścicielka, jej perypetie rodzinne, tęsknota za ukochanym z czasów młodości, złośliwy sąsiad, również z czasów młodości, próba odgadnięcia tajemnicy zmarłego przed laty ojca, poszukiwanie skarbu, wizyta podejrzanego telewizyjnego redaktora, znajdzie się też wątek kryminalny. Do tego kilka motywów pobocznych, które dotyczą osób powiązanych ze dworem. Jest więc choroba, samotność, ofiara przemocy, a także zawiedziona miłość i kilka innych. Doprawdy zbyt wiele się tu dzieje.
Autorka ma głowę pełną pomysłów, to pewne, jednak ta powieść, która miała być pewnie zachętą do śledzenia dalszych losów bohaterów, stała się ociężała od nadmiaru wszystkiego.
Wiem, że powieść obyczajowa rządzi się swoimi prawami. Nie należy od niej wymagać wielkich mądrości czy dobrego stylu. Ma nieść rozrywkę, zbudowaną według starego, dobrego schematu, który najkrócej mówiąc, opiera się na złotej zasadzie: "i żyli długo i szczęśliwie". Zgadzam się. Potrzebny jest jednak umiar, który będzie reprezentowany zarówno w warstwie fabularnej, przyczynowo-skutkowej, ale też językowej.
Wylewny nadmiar, którego reprezentantką jest autorka powoduje, iż książka miast bawić, męczy. Zbyt wiele historii w jednym tomie powoduje, że nie są one odpowiednio opisane, reprezentowane. Jedne ledwie wspomniane, inne szybko ukrócone, uszyte pod wątek główny, nie maja szansy na rozkwitnięcie i zainteresowanie czytelnika. Bardzo proszę, by jednak samodzielnie ocenić poszczególne walory książki. Być może czepiam się jak zwykle bezzasadnie.
"Podaruj mi jutro" to opowieść o podlaskim dworze na Lipowym Wzgórzu, który pośród dziejowej zawieruchy opiera się różnym siłom, po latach trafia na powrót w ręce pierwszych właścicieli, reprezentowanych tutaj przez uznaną w świecie malarkę, Anielę Horczyńską.
Wraca ona w rodzinne strony mając w zamiarze stworzenie w dawnej siedzibie rodu pensjonatu oraz szkoły twórczej, zwanej Akademią Sztuk Anielskich (cóż za egzaltacja). Po drodze próbuje rozwiązać rodzinne problemy (nieułożone relacje z córką), a także uszczęśliwić wszystkich swoich lokalnych przyjaciół. Obserwowanie jej trosk, a także codziennych zmagań ludzi skupionych wokół pani Horczyńskiej jest główną osią fabularną książki.


Za egzemplarz książki dziękuję wydawnictwu:


sobota, 18 maja 2019

Lauren Groff - Floryda [recenzja]

Przekład: Dobromiła Jankowska
Wydawnictwo Pauza
Warszawa 2019

Podoba mi się Floryda wykreowana piórem Lauren Groff - jest daleka od idyllicznych obrazków z prospektów reklamowych biur podróży.
To Floryda z sennego koszmaru: pełna napięcia, niepewności, strachu, grozy, mentalnego brudu i sytuacji, których każdy chciałby uniknąć.
Niektóre z opowiadań wydają się klaustrofobiczne ("Psy w wilki"), inne niepokojące ("Duchy i puste"). Wszystkie historie, bez wyjątków, pełne są samotności,  odurzającego, udzielającego się lęku przed światem, ludźmi, a także szeroko rozumianej rezygnacji.
Bohaterowie zmagają się z własnymi demonami, próbując niepostrzeżenie prześlizgnąć się przez trudną rzeczywistość. Jedna z bohaterek (opowiadanie "Ponad i niżej") ucieka od dotychczasowego życia w miasteczku uniwersyteckim i przemierza Florydę, nocując w bagażniku swego wysłużonego samochodu. Pozbawiając się dóbr konsumpcyjnych, zyskuje nową perspektywę obserwowania i komentowania rzeczywistości.
Mocne są historie, których bohaterami są dzieci, najbardziej jaskrawa jawi się tu historia dwóch małych sióstr (4 i 7-letnia) pozostawionych bez opieki na małej wysepce. Pozbawione wsparcia, opieki, próbują przetrwać kolejne dni, z coraz bardziej uszczuplonymi zapasami żywności, z coraz większym zapasem klaustrofobicznego strachu, którego beneficjentem staje się czytelnik.
Jednak najbardziej pełnym opowiadaniem, którego konstrukcja jest zwarta, przemyślana i zręczna jest historia Jude'a, którego perypetie obserwujemy od dzieciństwa aż po późną dorosłość ("Z rogów czterech, gdyby je Ziemia krągła miała"). Poprzez zaproponowanie przekrojowej opowieści autorka stworzyła kompozycję bardzo udaną, gdzie poza sensownym podejściem do struktury opowiadania, jest ono pełne w sensie emocjonalnym, logicznym i fabularnym. Zdecydowanie najlepsza historia.
Pozostałe wydają się przy nim niedokończone, czasem zdają się być ledwie szkicami, jednak z potencjałem.
Autorka powoli buduje swój styl, który w niektórym opowiadaniach jest jeszcze niepełny, niepewny, niedookreślony. Wszystko zmierza jednak w dobrym kierunku i autorka wyrośnie na bardzo sprawną pisarkę opowiadań.
Ten zbiór jest dla mnie próbą dopiero, z jedną perełką, będącą dobrym prognostykiem na przyszłość. 

czwartek, 9 maja 2019

Henri Michaux - Barbarzyńca w Azji [recenzja]

Przekład: Oskar Hedemann
Wydawnictwo Świat Literacki
Izabelin 2005

Ach, jakże gęsto tłumaczy się autor ze swojej książki. Nigdy chyba jeszcze nie spotkałam się z takim sumitowaniem. 
Jednak, gdy próbowałam przebrnąć przez tę niewielką książeczkę, zrozumiałam usprawiedliwienia autora...
Jej kształt i formę zrzuca autor na swoją młodość, niewiedzę, naiwność. Jego ówczesne spostrzeżenia były mocno tymczasowe, pełne emocji, napięcia. Zastanawiam się co brał pisząc te stwierdzenia, co potęgowało jego odczucia podczas azjatyckich podróży.
Jego bardzo osobiste poszukiwania azjatyckiej duchowości, próby odkrycia ich sedna, dotarcia do jednej uniwersalnej prawdy życiowej wylewają się na karty książki. Każdą napotkaną sytuację potrafił on naciągnąć i wytłumaczyć w taki sposób, by była przydatna jego teorii. To naprawdę nieznośny zabieg.
Zarówno w przypadku opowieści o Indiach, Japonii czy Chinach, próbuje on w malarski sposób oddać pejzaż i atmosferę miejsc. Jednak jego zapalczywy, skrzący się emocjami styl powoduje, że całość wygląda dość miernie, naiwnie.
Poszukiwanie cech pierwotnych, cech fundamentalnych azjatyckich ludów jest motywem przewodnim. Próba nadania tematowi znamion uduchowienia trąci mocną egzaltacją i nieznośną manierycznością.
Rzeczywiście, ta literacka podróż nadaje się jedynie dla czytelników o mocnych nerwach i nadmiarze wolnego czasu. 
Sam autor w nowej przedmowie pisze, że jego relacji brakuje zbyt wiele, by stała się realną...
Podoba mi się to samoumniejszanie, które ma pewne znamiona kokieterii, jednak nie są one aż tak rażące.
W zasadzie broni się tylko ten rozdygotany, efemeryczny nastrój opowieści, jednak to za mało, by docenić książkę i nadać jej rangę literatury.
To nie jest literatura. Nie dla mnie.

poniedziałek, 6 maja 2019

Zgrzebłem po kołtunie [recenzja]

Wybór: Antoni Marianowicz
Wydawnictwo Czytelnik
Warszawa 1950

W serii "Biblioteka Szpilek" pojawił się w połowie XX wieku wybór "współczesnej humoreski polskiej" dokonany przez poetę i satyryka, Antoniego Marianowicza.
Jak bardzo orientalny i daleki od świata współczesnego czytelnika jest ten zbiór!
Budowa trasy W-Z, dwuobwodowe radio, wyścigi pracy w fabrykach brzmią jak wspomnienie dawno zapomnianych szczegółów życia z innej epoki.
Dla całkiem młodych czytelników (tylko kto by sięgnął po ten tomik?) poruszane tu kwestie będą kompletną Atlantydą, słowami wymagającymi baaaardzo długiej legendy.
Problemy poruszane przez ówczesną satyrę musiały mierzyć się z cenzurą, jednak autorom udawało się przemycać niektóre bolączki współczesności. Tak jest w przypadku utworu W. L. Brudzińskiego "Dymnik" z 1948 roku, w którym główny bohater opisuje problemy z mieszkaniem i ogólnym stanem sprzętów i pomieszczeń - od dziurawego dachu po dokwaterowywanie do mieszkań zupełnie obcych ludzi. Bogdana Brzezińskiego "Historia amerykańska" to pamflet na zapatrzenie na Amerykę. Choć z początku człowiek dziwi się jakim cudem cenzura przepuściła ten tekst, finał przynosi wyjaśnienie. Krajowi niezadowoleńcy spotykają w kawiarni Amerykanina. Kalecząc angielski, próbują wywiedzieć się czegoś na temat mitycznego raju zza oceanu...
"List" Stanisława Dygata to gorzka historia pracowniczych zatargów, gdzie każdy komplementem i tanim pochlebstwem próbuje ugrać coś dla siebie, kosztem kolegów z zakłady, rzecz jasna.
Nie mogło zabraknąć w tomie mojej ukochanej Stefanii Grodzieńskiej, reprezentowanej tutaj przez tekst między innymi przez tekst "Tajemnica pokoju nr 216" - mrożącą krew prawdę o urzędniczkach magistratu. "Z życia towarzyskiego" to ciekawa humoreska rzucająca światło na sprawę odwiedzin i utrzymywanie kontaktów przed epoką facebooka.
W tomiku znalazła też miejsce arcyzabawna satyra na kryminały i ich twórców "Zbrodnia na zamku Hismasresvoice" autorstwa Antoniego Marianowicza. Lektura szczególna, która przydałaby się Mrozowi czy innej Bondzie.
Ciekawie wybrzmiewa także utwór Tadeusza Różewicza "Prostaczek wśród literatów" z "Księgi przemian". Sportretowane relacje między literatami wywołują uśmiech, ale też trwogę - jak bardzo zakłamane i służalcze bywa to środowisko.
Na koniec kilka słów o niezrównanym Kazimierzu Rudzkim i jego"Konferencji patronalnej w sprawie mankamentów sektora piłkarskiego". Jak trudno rozwiązać problem niepowodzeń piłkarskich na boisku. W zasadzie, tutaj od lat nic się nie zmienia - winni ewentualnych niepowodzeń są zawsze: pech, stronniczy sędziowie, bądź niedostatecznie pomocni piłkarze drużyny przeciwnej.
W zbiorze znalazły się również utwory Magdaleny Samozwaniec, Wiecha.
Wszystkie pokazują jak trudne, ale i barwne było powojenne życie. Dają światło na ówczesne problemy, bolączki, zawoalowaną walkę z cenzurą, a także dystans do codzienności, trudnej i znojnej, pełnej... braków.
Bardzo ciekawy, choć trącący myszką zbiorek z ilustracjami samego Eryka Lipińskiego.

niedziela, 5 maja 2019

E.L. Doctorow - Ragtime [recenzja]

Przekład: Mira Michałowska
Wydawnictwo: Państwowy Instytut Wydawniczy
Warszawa 1983

Edgar Laurence Doctorow miał w spojrzeniu pewnego rodzaju kąśliwość i dowcip. Jego pisarstwo aż skrzy się od sarkazmu, inteligencji, ale też woła o uwagę. Pisarz lubujący się w wielowątkowości, potrafił znaleźć między poszczególnymi motywami balans, który powoduje u czytelnika poczucie, że każda z poruszanych kwestii jest jednakowo ważna i potrzebna, niezbędna do całościowego odniesienia się do danej książki.
W "Ragtime'ie" Doctorow gromadzi w fabule całą armię niezwykle ważnych wątków, wśród których można wymienić: rasizm, walkę klas, buzujący socjalizm, buchających, rozrastający się kapitalizm, szeroko rozumiany amerykański sen czy walkę o godność.
Pośród fikcyjnych bohaterów prym wiedzie (od drugiej części) czarnoskóry pianista, Coalhouse Walker, którego losy najjaskrawiej objawiają się w powieści. Jego wątek to mocny przykład dyskryminacji rasowej, której eskalacja doprowadziła bohatera do ostateczności. Jego szaleńca, w pewnym momencie niemal irracjonalna walka o własną godność przyjmuje gargantuiczne rozmiary, które poruszają opinię publiczną, dzieląc ją wielokrotnie. Upominanie się o własną dumę, obrona honoru są dla Walkera sensem życia, stąd jego coraz bardziej rozpaczliwe, a zarazem niezrównoważone.
Kolejny wątek to losy europejskiego imigranta - łotewskiego Żyda, zwanego Tatą, który wraz z małą córką zamieszkuje nowojorskie slumsy. Niezwykła jego droga do realizacji pasji, odkrycia, że może ona go utrzymać, a także uczynić kimś ważnym, pokazuje najbardziej chyba skrajnie jak może wyglądać "american dream". Jest też trzecia rodzina, najbardziej stateczna, reprezentująca wyższą klasę średnią rodzina z New Rochelle, w której skład wchodzą ojciec rodziny - producent flag i fajerwerków, jego żona, syn, szwagier (niezwykle intrygujący i nieoczywisty typ), a także teść i mały synek. Uleganie konwenansom, walka z namiętnościami, a także starania o zachowanie spokojnej wyważonej fasady, widzianej przez sąsiadów, są chlebem powszednim dla rodziny. Wszystko zmienia się, gdy matka znajduje w ogrodzie czarnoskórego noworodka, wówczas ich spokojne, mieszczańskie, ułożone i przewidywalne życie na zawsze odejdzie w zapomnienie. Do głosu dochodzą prawdziwe emocje i trudne (jak na początek XX wieku) wybory, które zadecydują o ich człowieczeństwie i kierunku, jaki obrał ich kompas moralny.
Ten zróżnicowany obraz początku wieku dodatkowo uatrakcyjnia obecność rzeczywistych postaci, wśród których autor umieścił przesławnego Harry'go Houdiniiego, Henry'ego Forda, potentata finansowego J. P. Morgana czy anarchistkę Emmę Goldman.
Doctorow odmalowuje skrzący się emocjami świat, który jest na progu wojennej katastrofy, zachłyśnięcia się możliwościami jakie dają powstające masowo wynalazki i udogodnienia,  a także zmieniającej się mentalności ludzkiej.
Ten nadmiar nie wróży niczego dobrego. Na pewno nie dla wszystkich. Co jednak finalnie przygotował dla swoich bohaterów Doctorow? Warto przeczytać.

niedziela, 28 kwietnia 2019

Wojciech Orliński - Lem. Życie nie z tej ziemi [recenzja]

Wydawnictwo Agora
Wydawnictwo Czarne
Wołowiec 2017


Przewertowałam archiwum mojego Bucha w poszukiwaniu Lemowskich recenzji i ze wstydem odkryłam, że mam tylko jedną jego książkę ("Katar"). Trochę się boję pisać o Lemie, za mała jestem, by komentować jego wielkie, wieloznaczne, wspaniałe utwory. Pewnie dlatego 6 (sic!) lat temu zdecydowałam się na komentarz w sprawie lemowskiego  kryminału. Przeczytałam ów komentarz - jest ostrożny, skupiony na treści. Zachowawczy. Bezpieczny.
Ostatnio z wielkim apetytem sięgnęłam po biografię Lema wydaną przez Czarne. Jestem przywiązana do tej serii, cenię ją, uważam za udaną.
I tu przyszedł czas na rozczarowanie. 
Po pierwsze, autor fabularyzuje swoją opowieść, tworzy sekwencje prawdopodobnych zdarzeń, opisuje całe sceny, które mogły się wydarzyć. Trochę upaja się własnymi wyobrażeniami na temat uwielbianego pisarza. Bo swoich uczuć, zachwytów i przywiązania do Lema wcale nie ukrywa, wręcz je podkreśla.
To akurat mały grzech biografa, ale jednak grzech.
Ponadto bardzo wiele jest tutaj odautorskich sugestii dotyczących autobiograficznych wątków, jakie autor przypisuje poszczególnych postaciom i wydarzeniom z lemowskich powieści. Czytelnik może oczywiście zaufać intuicji biografa, jednak to tylko przypuszczenia. Dużo tu (szczególnie na początku) spekulacji, rozważań, analiz, które nie przynoszą jednak pewności co do prawdopodobieństwa rozpatrywanych sytuacji. Takie balansowanie na krawędzi wierzytelności jest zupełnie niepotrzebne. Dodatkowo obciąża książkę dodatkowymi stronami, tworzy iluzoryczny, odautorski świat Lema, co nijak się ma do istoty biografii.
Za mało Lema w tej biografii. Został przysłonięty nadmiarem uczuć i namiętności Wojciecha Orlińskiego.
Tyle moich jęków.
Jeśli chodzi o pozostałe aspekty książki - wiele tu odniesień do wcześniejszych biograficznych książek o autorze "Solaris", przedruki listów, wspomnienia Szczepańskiego. Książka jest w dużej mierze oparta na tamtych właśnie pracach, poza autobiograficznym "Wysokim zamkiem" częste są odniesienia do wywiadów rzek Beresia i Fiałkowskiego.
Sam życiorys Lema to materiał na jedną książkę: od wojennego dzieciństwa we Lwowie, po krakowskie perypetie pisarskie, znakomite znajomości (jak Szymborska, Włodek, Turowicz, Szczepański), a także codzienne trudy i znoje związane z pisaniem i utrzymaniem rodziny.
O Lemie pisał wspaniale prof. Jerzy Jarzębski. Do pism Lema pod jego redakcją warto sięgnąć. 

piątek, 26 kwietnia 2019

Kateryna Babkina - Sonia [recenzja]

Przekład: Bohdan Zadura
Wydawca: Warsztaty Kultury w Lublinie
Lublin 2018

Przede wszystkim seria. Świetnie wydana, ze znakomitym projektem okładki Eweliny Kruszewskiej.
Zupełnie inna jakość na polskim rynku - skromna, wyważona, z poszanowaniem materiałów z jakich jest stworzona książka. Wielka rzecz.
Ciekawym zabiegiem jest też sięganie po młodych twórców zza wschodniej granicy - poznanie nurtujących ich problemów, wiodących trendów w literaturze itp.
Kateryna Babkina popełniła książkę drogi, w której oniryczny duch miesza się z powątpiewaniem i kompletną swobodą.
Tytułowa bohaterka książki, Sonia dowiaduje się, że jest w ciąży. Dziewczyna czuje się samotna i opuszczona, matka opiekuje się staruszkami w Szwajcarii, ojciec najprawdopodobniej przebywa w Polsce. Dziewczyna rusza jego śladem, chcąc odnaleźć prawdę o sobie, by w przyszłości móc dobrze pokierować relacjami z własnym dzieckiem.
Podróżując przez zachodnią Ukrainę do Polski dziewczyna spotyka bardzo różne osobowości. Każda z nich, choć na chwilę zbliża się do niej, otwierając Soni kolejną szufladkę z relacjami. Niestety, spotkania te są krótkotrwałe, dziewczyna nie umie stworzyć silnej relacji, co chwilę zmienia zdanie, ucieka, jest niespokojnym duchem.
W zasadzie pomysł na książkę był dobry, portretujący kobiety, dziewczyny w oczach ich bliskich. Okazuje się, że wpływ najbliższych na osobowość jest nie do przecenienia.
I tu kończą się mocne punkty powieści. 
Dalej autorka zaczyna tracić kontakt z rzeczywistością: wszystkie wkręty krakowskie traktujące o Shoah są conajmniej nie na miejscu. Wydaje się, że chcą budować silne napięcia autorka posługuje się znaczeniami i symbolami, które kompletnie nie przystają do poruszanej przez nią tematyki.
Ten zgrzyt jest na tyle duży, że zepsuł mi całościowe postrzeganie powieści.
Silenie się na wstrząsanie nie zawsze wychodzi na dobre.
Autorka mogła zostać w swoim pokręconym, osobliwym świecie, to miało wartość i było jakieś. Łączenie ciężarnej młodej Soni z gettowymi ofiarami brzmi jak kpina.

wtorek, 23 kwietnia 2019

Caroline Kepnes - Ty [recenzja]

Przekład: Jacek Żuławnik
Wydawnictwo W.A.B.
Warszawa 2019

Premiera: 15.05.2019

Od samego początku ta książka była dla mnie niewygodna. Uwierała mnie słowami, gniotła aurą, męczyła kolorytem.
Pisana z perspektywy mężczyzny odurzonego  autorskimi wyobrażeniami o świecie i przekonaniem o własnej sprawczości.
Inteligentny, przebiegły, a do tego opresyjny, silnie zaburzony psychicznie Joe Goldberg pracuje w nowojorskiej księgarni, gdzie jednym z ulubionych jego zajęć jest tworzenie swego rodzaju portretów psychologicznych swoich klientów.
Pewnego dnia wpada mu w oko jedna z klientek. Jest na tyle zainteresowany jej osobą, że kradnie dane z jej karty kredytowej, zaczyna śledzić jej media społecznościowe.
Stopniowo wprowadza w życie swój przerażający plan, mający na celu osaczenie dziewczyny z księgarni -Guinevere Beck.
Stalker ma zamiar wyeliminować każde niebezpieczeństwo stojące mu na drodze do szczęścia, którym jest według niego związek z Beck.
Śledząc wpisy w internecie, śledząc dziewczynę, stopniowo zyskuje nad nią przewagę - wie z kim i kiedy się spotyka, jakie ma marzenia, a także jak ma wyglądać jej związek idealny.
Stalker przemienia się w wymarzonego partnera... Teoretycznie.
Nowy związek jeszcze bardziej intensyfikuje zaborczość i podejrzliwość Joe, nie cofnie się od przed niczym, by utrzymać w tajemnicy swoje działania, a także jeszcze bardziej zafascynować sobą Beck.
Ta bezwzględna i niebezpieczna gra staje się coraz bardziej psychodeliczna, a dla czytelnika nieznośna w sensie emocjonalnym.
Autorka w dość bezwzględny sposób rozprawia się ze współczesnością, dając jasno do zrozumienia, że na własne życzenie podajemy swoje życie na tacy. Każdemu. Każdemu kto korzysta z mediów społecznościowych.
Poprzez swoją wylewność każdy z nas może stać się ofiarą działania ludzi niebezpiecznych czy zaburzonych. Fotografując swoje śniadania, wakacje, dzieci, chwaląc się w kilku słowach najnowszymi zdobyczami, nagrodami, planami, możemy sobie nieświadomie zaszkodzić.
Ten gęsty, ponury w zasadzie thriller powinien być skutecznym lekarstwem na internetową wylewność.
Mam nadzieję, że uleczy nadmierne ludzkie gadulstwo.


Za egzemplarz książki dziękuję wydawnictwu:





poniedziałek, 22 kwietnia 2019

Ursula Poznanski, Arno Stroble - Nieznajomi [recenzja]

Przekład: Anna i Miłosz Urbanowie
Wydawnictwo Mando
Kraków 2018

I znów mierzę się z książką napisaną dwugłosem. Para autorów, która zaskoczyła mnie "Darknetem" (tu recenzja) porywa się tym razem na thriller psychologiczny zamknięty w hermetycznym świecie Joanny i Erkia, którzy zaczynają niebezpieczną grę.
Trzeba bowiem wyobrazić sobie sytuację, w której w swoim domu spotykasz nagle obcego mężczyznę, który próbuje ci wmówić, że jest jego prawowitym mieszkańcem i dodatkowo twoim narzeczonym. Z drugiej strony trzeba też wysilić wyobraźnię o obraz z drugiej strony. Stąd też trzeba sobie wyobrazić sytuację, w której wracasz do domu, a narzeczona cię nie poznaje, próbuje przed tobą uciekać i kompletnie cię nie pamięta.
Sytuacja nie do pozazdroszczenia. Bez dwóch zdań.
Sprawdzonym sposobem (jedynym dostępnym, by książka pisana przez dwójkę autorów) gdzie krzyżują się rozdziały opowiadane kolejno przez dwie strony, poznajemy szczegóły, zagłębiamy się w intrygę, a także ulegamy rosnącemu napięciu, jakie towarzyszy każdej kolejnej odsłonie tajemnicy.
Tutaj tajemnic jest co niemiara, wątki rosną w siłę niedomówień i grozy, z czasem czytelnik nabiera coraz więcej wątpliwości.
Finał jest zbyt mocno zmanipulowany, kombinacje wydają się być zbyt barokowe, jednak sama idea i kilka konceptów fabularnych całkiem się udało.
Siłą tego duetu jest znakomita współpraca - ich książki są spójne językowo, nie drażni odmienna literackość, różne style.
Autorzy dopracowują książkę jako całość, a to ważna umiejętność.


niedziela, 21 kwietnia 2019

Agnieszka Szacka - Kuracja dla serca

 Wydawnictwo W.A.B.
Warszawa 2019
Premiera: 15 maja 2019 r.

Dobrze się stało, że bohaterowie powieści to ludzie dojrzali. Dość już hegemonii młodych, pozornie przebojowych, bogatych na kredyt korpo ludków, którzy na książkowych kartach zdobywają świat, popełniają błędy, szukają siebie, nie zostawiając miejsca dojrzałym, którzy jeśli już pojawiają się w powieściach to jako epizodyczny głos doradczy czy mgliste nawiązanie do fabuły.
W tym przypadku towarzyszymy historii Reanty, polonistki z Warszawy, rozwiedzionej matki dwójki dorosłych dzieci, która w związku z chorym sercem po raz pierwszy wyrusza do sanatorium.
Już w Nałęczowie przekonuje się, że trzy tygodnie z NFZ-ową ofertą będą dla niej nie lada wyzwaniem. Rozrywkowi współtowarzysze niewoli, mikre śniadanka, nudne zabiegi (choć są i przyjemne), rodzące się sympatie, ale też silniejsze fascynacje między ludźmi, którzy przyjechali do sanatorium po przygodę.
Udział w tym szalonym spędzie, nawet jeśli bierny, nie pozostawia Renaty bez refleksji na temat własnego samopoczucia i potrzeb, tych utajonych.
Dzięki rezolutnej i rozrywkowej współlokatorce szara i zdystansowana polonistka zaczyna korzystać z sanatoryjnych atrakcji, tych poza grafikiem określonym ramami ozdrowieńczych wskazówek NFZ.
W tego typu placówkach kuracjuszki stanowią lwią część turnusu, kuracjuszy jest dosłownie jak na lekarstwo. I gdy w stołówce pojawia się bardzo atrakcyjny Paweł, oczy wszystkich łowczyń przygód od razu obracają się w jego stronę. Wszystkie poza Renatą, której daleko do amorów. Przewrotny los popych ich jednak ku sobie, a my możemy tylko śledzić rodzącą się relację, jej ograniczenia i obawy, ale też nadzieje dla dwójki poranionych przez życie ludzi.
Autorka w swobodny, pozbawiony zadęcia sposób, bardzo lekko opisuje tę miłosną historię, dając czytelnikom oddech od rzeczywistości.
Warto czasem sięgnąć po taką niezobowiązująca, przynoszącą odprężenie książkę. A nuż ktoś znajdzie w niej bodziec do zmiany własnego losu?


Za egzemplarz książki dziękuję wydawnictwu:





niedziela, 14 kwietnia 2019

Emir Suljagić - Pocztówki z grobu [recenzja]

Przekład: Agnieszka Łasek
Wydawnictwo Czarne
Wołowiec 2007

To nie jest książka, którą należałoby rozpatrywać z perspektywy języka, jego piękna, literackości. Nie można też patrzeć na nią jak na reportaż.
Jedyną dostępną dla mnie formą odczytania "Pocztówek z grobu" jest potraktowanie ich jako świadectwa, opowieści życia, wspomnienia czasu horroru i gwałtu, ale też wspomnienie bliskich, których zabrało piekło wojny.
Autor, wówczas nastoletni chłopak, przeżył gehennę tylko dlatego, że był tłumaczem przy holenderskich siłach, będących częścią ONZ.
Srebrenica, lipiec 1995 roku. Uciekający przed serbskimi wojskami Bośniacy ze wschodu kraju kryją się w mieście, które na jakiś czas jest dostępnym dla nich schronieniem.
Z czasem miasto zostanie porównane do drugowojennego getta, odciętego od świata, skazanego na zagładę, w którym jednak przez pewien czas ludzie próbowali zachować życie i jego pozory, nie tylko wydając gazetę czy oglądając telewizję, ale także radząc sobie z chorobami, głodem, depresją.
Autor wspomina konkretnych ludzi i ich postawy, przedstawia własne wybory, pokazuje, jak trudnym  zadaniem było codzienne przeżycie w mieście skazanym na śmierć.
Nie jest on jednoznaczny w swoich ocenach, dla niego nie ma stron bez winy, również obserwatorzy i siły ONZ mają swój udział w masakrze.
Bo w końcu dochodzi do exodusu. Siły Mladicia wymordowały muzułmańskich mężczyzn i chłopców, opuszczających miasto w konwojach.
Jak to możliwe, że po II wojnie światowej, po doświadczeniu Shoah, po raz kolejny doszło do masowego ludobójstwa? I to niejednego - pamiętajmy o afrykańskich wydarzeniach.
"Nigdy więcej" powtarzane w lekturach, pismach traktujących o martyrologii pomordowanych miało wybrzmieć jako ostateczne zapewnienie. Nie wybrzmiało.
Srebrenica to opowieść o degradacji ludzi, o ich upokarzaniu, odczłowieczaniu, pozbawianiu praw, nadziei, w końcu życia.
To historia o końcu moralności, ciągłym i coraz bardziej drastycznym przesuwaniu granic człowieczeństwa, ale też fizycznej i etycznej wytrzymałości.
Wojna jest straszna, a to są zbyt małe słowa, by oddać jej potworność.
Suljagić wydaje się być martwym od środka. Opowiada o śmierci, widzi ją wciąż mimo upływu lat. Śmierć zabrała mu rodzinę, ale chyba też nadzieję na przyszłość.
"Pocztówki z grobu" to kasandryczne studium rozpadu i pędzącej coraz szybciej katastrofy, która, choć nieunikniona, była w pewien sposób spychana do kąta zdarzeń nieprawdopodobnych.
Świat zmierzył ku katastrofie. Nadal zmierza.

sobota, 13 kwietnia 2019

Sanjida Kay - Skradzione dziecko [recenzja]

Przekład: Hanna Pustuła - Lewicka
Wydawnictwo W.A.B.
Warszawa 2019

Premiera: 24.04.2019

Bycie rodzicem zmienia punkt widzenia na bardzo wiele spraw. Na literaturę także. 
Gdy rodzic czyta o porwaniu dziecka, przeżywa to zupełnie inaczej niż bezdzietny czytelnik. Wydaje mi się, że doświadcza lektury dużo silniej. 
Sandija Kay serwuje nam taką właśnie historię.
Zoe i Ollie po latach starań o dziecko zostają adopcyjnymi rodzicami Evie. Na fali szczęścia i spełnienia po jakimś czasie udaje im się doczekać kolejnego potomka, tym razem biologicznego.
Zoe realizuje się wychowując dzieci i malując obrazy. Ollie pnie się coraz wyżej po szczeblach zawodowej kariery w finansach. Patrząc z boku można mieć wrażenie, że to rodzina idealna.
Jednak sielankowy obraz zakłóca zazdrość Evie o młodszego brata, docinki, jakich jest ofiarą w szkole, ale nade wszystko tajemnicze przesyłki, jakie od pewnego czasu otrzymuje dziewczynka.
Okazuje się, że ktoś podrzuca jej listy i podarki, podpisując się jako prawdziwy, biologiczny ojciec, który ma zamiar odebrać dziewczynkę adopcyjnym rodzicom. Chce on odzyskać swoje skradzione dziecko...
Rodzice nie lekceważą sygnałów, zgłaszają sprawę na policję, jednak ten krok nie przestraszy zdesperowanego tajemniczego ojca, który nie spocznie, nim nie odzyska dziecka. 
I w takiej oto atmosferze strachu i niepewności będziemy odtąd podążać wspólnie z autorką aż do samego finału.
Po drodze poznamy motywacje, obiekcje oraz ukryte pragnienia i tajemnice głównych bohaterów oraz osób podejrzanych o udział w całej mistyfikacji dotyczącej listów i prezentów dla Evie.
Autorka pokusiła się o rozbudowanie psychologicznych profili niektórych postaci, chcąc tym samym wzbogacić fabułę, uczynić ją bardziej prawdopodobną i intrygującą.
Ten thriller porusza głównie ze względu na tematykę - sprawa w której na szali staje zdrowie i dobro dziecka zawsze poruszy wrażliwego czytelnika.
Wydaje mi się, że równie ważnym wątkiem w powieści jest ten związany z samotnością i poczuciem wyobcowania adoptowanego dziecka, które chce ukształtować własną tożsamość w oparciu o relacje z bliskimi i prawdę o swoim pochodzeniu. Trzeba jednak odpowiedzieć sobie na pytanie kto jest bliższy: matka, która urodziła, czy matka, która wychowała. Autorka pokazując relacje w adopcyjnej rodzinie daje wyraźny sygnał, że dbałość o relacje jest najważniejsza z uwagi na dobro wspólne.
Każda rysa, kryzys, brak porozumienia, może przyczynić się do rozłamu, a stąd już tylko krok do większych problemów.
O niektórych z nich traktuje "Skradzione dziecko".


Za egzemplarz książki dziękuję wydawnictwu:



wtorek, 9 kwietnia 2019

Donald Antrim - Głosuj na pana Robinsona i lepszy świat! [recenzja]

Przekład: Mikołaj Denderski
Wydawnictwo Karakter
Kraków 2019

Realia, w których osadzona jest powieść początkowo wydają się mocno prawdopodobne, współczesne. Mamy oto miasteczko amerykańskie, w którym niemal wszyscy się znają, choćby z widzenia.
Przekonanie to ulega zatarciu, gdy czytelnik zapozna się na dobre z językiem autora. Sugeruje on wiele niecodziennych, czasem mrożących krew w żyłach zdarzeń (nierzadko z udziałem dzieci), które powodują zachwianie pewności co do realności powieści.
Postapokaliptyczny duch całej narracji pojawia się bardzo szybko i zostaje z czytelnikiem do końca.
Wśród bohaterów wyczuwa się nerwowość i nieufność wobec wszystkich, strach i gotowość na najgorsze. Sam burmistrz został zamordowany, zginął w strasznych męczarniach, choć powody i przesłanki nie są do końca jasne. 
Wiadomo jednak, że od tej pory każdy mieszkaniec próbuje zamienić swoje domostwo w twierdzę, dzieci bawią się w tworzenie pól minowych, zaś widok drutów kolczastych na podwórku nie jest niczym niezwykłym.
Potworna, pełna niepewności teraźniejszość wzmaga w ludziach poczucie niestabilności, tymczasowości i nieufności. Każdy może być katem, każdy może stać się ofiarą.
Groza codzienności splata się lekko z ekscentrycznym humorem, często ocierającym się o osobliwość, zarówno w treści, jak i w formie.
Autor zręcznie operuje językiem - przeplata różne style, konwencje, formy językowe, przynależące w powieści do różnych bohaterów, powodując, że podziwiamy jego sprawność lingwistyczną zarówno pod postacią bombastycznych fragmentów, pełnych zdobień i napuszonych ozdobników, a także anemicznych partykuł czy zaimków.
Autor bawi się językiem, formą, znaczeniem, wykorzystując je do pokazania swojej wizji, czy może sportretowania współczesnego świata, a może najbardziej jego amerykańskiej części.
W aktualnej sytuacji historia widziana z perspektywy nauczyciela, Peta Robinsona, zafascynowanego średniowiecznymi narzędziami tortur, nabiera nowego wymiaru. Dość groteskowego.

poniedziałek, 1 kwietnia 2019

Alex Kerr - Japonia utracona [recenzja]

Przekład: Maria Kwiecieńska - Decker
Wydawnictwo Karakter
Kraków 2019


Pięknie wydana książka. Zarówno okładka, jak i wewnętrzne przedruki prac japońskich artystów, które nawiązują do starych tradycji, pokazując tradycyjne ujęcia niezwykłych miejsc Kraju Kwitnącej Wiśni.
W przedmowie Alexa Kerra z 2015 roku, autor wyjaśnia, że dwadzieścia cztery lata po napisaniu pierwszego artykułu, który dał początek książce "Japonia utracona" widzi jak wiele się przez ten czas nauczył.
Niestety, konstatuje też, że dawny świat, naturalny krajobraz Japonii ulega zatraceniu, zniszczeniu. Artykuły będące treścią tomu są pewnym wspomnieniem tego zaprzepaszczonego świata.
Bogactwem tej książki jest opisywanie świata z perspektywy przybysza, obcego, który próbuje odnaleźć się w hermetycznym japońskim świecie, pełnym kulturowych znaczników, ale też obostrzeń.
Daleki od turystycznych szlaków, przewodnikowych widoczków, pokazuje Japonię nieznaną, niedostępną zwykłemu turyście.
Autor rozpisuje się o swojej fascynacji teatrem kabuki, niesamowitym przemianom jego aktorów (wielu z nich stało się dobrymi znajomymi Alexa Kerra). Pozwala on sobie na rozległe przemyślenia nad seksualnością Japończyków (a propos ról w kabuki). Zresztą, którego tematu by nie dotknął, czy pisze o kaligrafii, upadku tradycyjnego budownictwa, zachłyśnięcia się kulturą europejską czy wreszcie niszczenia krajobrazów przez bezrefleksyjną rozbudowę dróg, zawsze opatruje je szerokim komentarzem.
Warto zaznaczyć, że nie jest to łatwa lektura, która wartkim strumieniem wpływa do głowy. Lektura wymaga skupienia, zastanowienia, a czasem polemiki z autorem.
Z drugiej strony jest to przewodnik dla osób, które mają już wiedzę o Japonii, interesują się tematem i chcą go pogłębić w takich dziedzinach jak sztuka czy ekonomia.
I, choć kusi okładka, wspaniałe wydanie, to warto zaznaczyć, że książka ta będzie dla wielu osób rozczarowaniem, właśnie przez wzgląd natężenie przemyśleń autora, na ich ukierunkowanie.
Z drugiej strony, to ważny i ciekawy głos w sprawie japońskiej tradycji, podany przez obcokrajowca,  przedstawiciela kultury zachodniej, a  tym samym łatwiej przyswajalny w naszej szerokości geograficznej.
Książka traktowana jako ciekawostka, która pokazuje złożoność i niezwykłość Japonii.

niedziela, 31 marca 2019

Lee Child - Czas przeszły [recenzja]

Przekład: Jan Kraśko
Wydawnictwo Albatros
Warszawa 2019

Nic na to nie poradzę. Choć Child działa w oparciu o jedną kliszę, wciąż sięgam po książki o Reacherze. 
Czytanie kolejnych wersji tej samej historii o byłym majorze żandarmerii wojskowej traktuję jako nieszkodliwe dziwactwo i sposób na relaks.
Tym razem (jak zwykle przypadkowo) trafia on do miasteczka Laconia, które jest miejscem urodzenia i dorastania jego ojca.
Reacher chce dowiedzieć się czegoś więcej o rodzicielu, postanawia zabawić kilka dni w miasteczku, by zbadać archiwum miejskie i odwiedzić kąty, które kiedyś były bliskie ojcu.
Jak zwykle wplątuje się w kolejne awantury, a wszystko z dobrego serca i silnego poczucia praworządności. Działając zgodnie z własnym sumieniem i w poczuciu obowiązku wobec zwykłej ludzkiej przyzwoitości Jack Reacher poznaje drobne tajemnice miasteczka, odkrywa też mroczną stronę rodzinnej historii.
To jednak tylko część fabuły.
Biegnąca dwutorowo narracja dotyczy również pewnej kanadyjskiej pary, która nieopatrznie trafia do motelu nieopodal Laconii.
Młodzi ludzie mają ambitne plany na życie, jednak niesprawny samochód opóźnia ich realizację. Nocleg w opuszczonym motelu ma być tylko nic nie znaczącym punktem na mapie ich podróży. Stanie się on jednak punktem zwrotnym.
Osobliwi właściciele, sploty dziwnych zdarzeń i niepokojąca atmosfera unosząca się nad motelem powodują napięcie u młodych ludzi.
Gdy wreszcie dowiedzą się jaką rolę wyznaczyli im posiadacze motelu, będą zaszokowani i przerażeni.
Na szczęście kilka kilometrów dalej jest Reacher, który swoim szóstym zmysłem wyczuwa każdą moralną anomalię.
Tyle w kwestii fabuły.
Zdecydowanie, wątek kanadyjski dominuje ciężarem gatunkowym. Jest ciasny, dręczący, złowrogi. Przeplatana dwoma lejtmotywami opowieść uzupełnia się i zgrywa. Dla mnie jednak, nie jest to najlepsza część przygód Reachera.
Trochę naciągana (szczególnie w kwestii naiwności Kanadyjczyków), z intrygą na wyrost i przesadzonym stopniem komplikacji, jest jednak firmowana nazwiskiem bohatera, które jest marką samą w sobie.
Choćby dlatego warto po nią sięgnąć.

piątek, 29 marca 2019

Ursula Poznanski, Arno Strobel - Darknet [recenzja]

Przekład: Anna i Miłosz Urbanowie
Wydawnictwo Mando
Kraków 2019

Premiera: 3 kwietnia 2019

Mocna, drapieżna okładka jest znakomitym wstępem do równie wyrazistej treści.
Autorzy zdecydowali się na hitchcockowski zabieg, trzęsienie ziemi, po którym napięcie tylko rośnie.
Mamy oto forum internetowe, na którym zalogowani użytkownicy wybierają spośród czterech osób, które popełniły jakieś przewinienie (mniej lub bardziej dotkliwe czy wydumane) jedną, która w przeciągu kilkudziesięciu godzin zostanie zamordowana. Według moderatora forum każda ze zgłoszonych osób zasługuje na śmierć. Jednak o ostatecznym rezultacie, a więc ofierze, decyduje głosowanie.
Ta przerażająca gra przyciąga coraz większe rzesze ciekawskich, którzy nie tylko logują się na forum, ale z coraz większą częstotliwością biorą czynny udział w głosowaniach...
Bohaterów powieści poznajemy podczas oględzin pierwszego miejsca zbrodni. W opuszczonej hamburskiej fabryce spotykają się komisarz Daniel Bucholz oraz jego nowa podwładna, Nina Salomon.
Między nowymi współpracownikami od początku iskrzy, trudno by było inaczej - to połączenie ognia i wody gwarantuje emocje i słowne przepychanki przez całą fabułę, dodając tym samym smaku narracji.
Poboczna wartość, jaką są wzajemne napięcia między bohaterami jest pewnym urozmaiceniem, ale główna oś fabuły mocno dominuje nad całością.
Przerażająca i niedostępna dla każdego przestrzeń darknetu przelewa się bowiem do przestrzeni publicznej, staje się częścią swoistych ludycznych igrzysk, gdzie żądza krwi stopniowo wymyka się spod kontroli.
Swoista refleksja nad kondycją współczesnych pokoleń, użytkujących internet jest konstatowana w karawaniarski sposób. Z treści książki jasno wynika, że ludzie nie cenią życia bliźnich, podobne rankingi traktują zabawowo, nie zdając sobie sprawy z niebezpieczeństwa, jakie one niosą. Żywy człowiek przegrywa z wizerunkiem awatara...
Bucholz i Salomon po omacku szukają mordercy, będąc pod ogromną presją czasu, co chwilę organizowany jest kolejny ranking, kolejna osoba w bliskim czasie straci życie.
Dodatkowo nad policjantami nie ma litości opinia publiczna, mass media, a także politycy, którzy próbują nie dopuścić do szerszej paniki w społeczeństwie.
Przygnieceni odpowiedzialnością policjanci walczą z czasem, szukając punktu zaczepienia. To karkołomne zadanie wystawi na próbę nie tylko świeżo zadzierzgnięte relacje, ale także kariery policjantów.
Każda kolejna nominacja jest coraz bardziej szalona i groteskowa. Czas ucieka, a morderca staje się coraz bardziej zuchwały.
Wciągająca narracja nie pozwala oderwać się od książki, podział rozdziałów na relację Bucholza i Salomon dodatkowo uatrakcyjnia całość.
Kolejny przykład dobrej współpracy dwójki autorów.
Naprawdę dobrze się bawiłam czytając tę powieść.
Interesująca, trzymająca w napięciu do samego końca propozycja.

niedziela, 24 marca 2019

Kristen Roupenian - Kociarz [recenzja]

Przekład: Magdalena Sommer
Wydawnictwo: Warszawskie Wydawnictwo Literackie Muza SA
Warszawa 2019

Premiera: 24 kwietnia 2019

Zbiór opowiadań 38 - letniej amerykańskiej pisarki jest ciekawym głosem w przestrzeni debaty o kondycji i wyobrażeniu pokolenia ery social mediów.
Autorka, przedstawicielka pokolenia milenialsów (lub jak kto woli pokolenia Y) przynależy do generacji, która nie dość, że oswoiła nowinki techniczne, to jeszcze aktywnie z nich korzysta, dając świadectwo otwarcia na świat i wyzwania z nim związane.
W tomie "Kociarz", podejmuje ona trudną próbę sportretowania pokolenia insta i tindera, dając dość jednoznaczny obraz pewnego rodzaju letargu, marazmu, partykularyzmu, ale też alienacji, mniej lub bardziej świadomej.
Otwierające zbiór opowiadanie "Niedobry chłopiec" to dość przewrotna historia przyjaźni między tytułowym chłopakiem a dość znudzoną, drapieżną parą zakochanych.
Zblazowani sparowani próbują uzależnić od siebie i zniewolić mentalnie chłopaka, który stopniowo zapada w swoisty niebyt. Niebezpieczna gra jaką prowadzą wymyka się spod kontroli, pokazując jak bardzo rzeczywiste emocje różne są od tych wyobrażonych i przekazywanych za pośrednictwem mediów społecznościowych. 
Z jednej strony głód wrażeń, poszukiwanie nowych podniet, mocnych doznań, a z drugiej kompletna niefrasobliwość i brak rozsądku w zawieraniu znajomości. Mowa o tym w opowiadaniu "Look at Your Game, Girl". Nieostrożność nastolatki w nawiązanej w realu znajomości z dorosłym mężczyzną, powoduje w czytelniku rodzaj silnego strachu o dziewczynę, której niefrasobliwość poraża, ale też daje pełen obraz naiwności i braku krytycyzmu, jaki jest udziałem współczesnych pokoleń.
Wreszcie opowiadanie tytułowe,"Kociarz", które daje kolejną porcję lęków, kompleksów i nieumiejętności radzenia sobie z żywym człowiekiem. Śliczna studentka zwraca uwagę na nijakiego, starszego od niej o kilkanaście lat mężczyznę z którym zaczyna esemesowy flirt. To, co w przestrzeni telefonicznej wydaje się być łatwą i przyjemną rozrywką, w zetknięciu z rzeczywistością nabiera ciężaru gatunkowego. Żywy człowiek nie jest już tak interesujący, jego wypowiedzi błyskotliwe i urzekające. Rzeczywistość wymaga ciągłego podkręcenia - wyobrażeń o ulubionych aktorach, idolach, których wyobrażenie sobie jest konieczny, by przetrwać spotkanie z prawdziwym Robertem, bo tak ma na imię nijaki obiekt zainteresowania.
Trudność w rozmowach face to face, brak odwagi w mówieniu o prawdziwych odczuciach i przemyśleniach staje się coraz bardziej frustrujące.
Strach przed prawdą i byciem zdyskredytowanym, mniej fajnym niż w rzeczywistości wirtualnej prowadzi do nowych sytuacji, które tylko komplikują i tak niewesołą sytuację.
Brak umiejętności radzenia sobie z prawdziwym światem, emocjami, nazywaniem uczuć, postępowaniem z żywym człowiekiem to główne słabostki i bolączki bohaterów tego opowiadania.
Cały tom, utrzymany w podobnym tonie pokazuje, że współczesność, mimo całego zaawansowania technicznego, kompletnie nie radzi sobie z tym co na świecie było dużo wcześniej - z ludzkimi uczuciami.
Wyidealizowany, przekłamany świat wirtualnej rzeczywistości jest pułapką, w którą wpadają kolejni bohaterowie kolejnych opowiadań z tomu.
Czas się opamiętać, autorka daje jasny przekaz. Póki czas.


Za egzemplarz książki dziękuję wydawnictwu: