niedziela, 30 czerwca 2019

Cecelia Ahern - Głos [recenzja]

Przekład: Jerzy Malinowski
Wydawnictwo: Muza
Warszawa 2019

Stało się. Doczekaliśmy się oto Paulo Coelho w wersji żeńskiej. Przedstawiam Państwu Cecelię Ahern, niektórym znaną z ekranizowanych powieści, raczej z gatunku: dla kobiet. Cokolwiek to stygmatyzujące i szowinistyczne hasło znaczy.
To, co dzieje się w zbiorze "Głos" przechodzi wszelkie pojęcie o poglądach autorki na czytelników. O tym jednak później.
Mamy oto kilkadziesiąt bardzo krótkich historii, które przedstawiają bolączki i dylematy współczesnych kobiet, muszących mierzyć się z wygórowanymi oczekiwaniami otoczenia, ale przede wszystkim muszą sprostać własnym wymaganiom, często większym, niż te atakujące z zewnątrz.
Tym sposobem autorka stworzyła klucz według którego każda poruszona w książce kwestia ma postać 
jakiegoś domorosłego symbolu, wątpliwej jakości.
I tak: "Kobieta, która znikała" - historyjka z doskonałym konceptem, który został całkowicie zniweczony. Mimo znakomitego pomysłu na opowieść o kobiecie, która pod presją  środowiska, wieku, seksistowskich adnotacji, po prostu znika, staje się coraz bardziej niewidzialna. I tu koniec następuje koniec - potencjał pomysłu został zamordowany. Całkowicie. Dalej jest już tylko źle. Zawiodły możliwości warsztatowe i (chyba) intelektualne.
Dalej historia ciągnie się bardziej na zasadzie szkolnego wypracowania czy bajki pełnej morałów dla przedszkolaków. Też dość wyświechtanym.
Każda kolejna historia powiela poprzednią w sferze obrażania możliwość intelektualnych czytelnika.
Zawodzi dosłownie wszystko. W "Kobiecie, która była trzymana na półce" - rzecz o kobietach ozdobach, bez własnego zdania i pozycji w relacji z mężczyzną.  Inna mówi o kobiecie pokąsanej przez wyrzuty sumienia.
Ahern miała chwalebny pomysł, by literacko rozprawić się z wszelkimi ograniczeniami, problemami i współczesnymi gorsetami społecznymi jakie narzuca się kobietom. Plusem jest też potencjał pierwszej historyjki o znikającej kobiecie
Reszta to niestosowność literacka, chyląca się ku literackiej gafie.
Na resztę spuszczam zasłonę milczenia. Kurtyna.

Za egzemplarz książki dziękuję wydawnictwu:




czwartek, 27 czerwca 2019

Igor Brejdygant - Układ [recenzja]

Wydawnictwo W.A.B.
Warszawa 2019

Jak przepastną i nieumiarkowaną wyobraźnię posiada autor!
Czasem wydaje mi się, że grzeszy jej nadmiarem.
Podliczając koncepty i sytuacje, jakie rozgrywają się w powieści, aż trudno uwierzyć w ich potencjalne prawdopodobieństwo. Autor puścił wodze fantazji. 
W sferze językowej, szczególnie dialogowej (najczęstszej bolączce polskich autorów kryminałów) jest naprawdę nieźle. Gdybym miała się czepiać, a lubię się czepiać, bo to takie łatwe, to przyczepiłabym się do wielokrotnych podkreśleń i powrotów do jednego wydarzenia z przeszłości głównej bohaterki.
Do znudzenia autor, wciąż niemal tymi samymi słowami, przypomina jej najtrudniejszy moment z przeszłości, co początkowo wywoływało u mnie konsternację, później już tylko złość.
Ponieważ im dalej w fabułę tym bardziej z powieści kryminalnej robi się SF, tym mniej o samej treści chcę pisać.
Chwalebne, że główną bohaterką jest kobieta - mocno doświadczona przez życie policjantka, komisarz Brzozowska, która jest zmuszona wrócić do czynnej służby po tym, gdy główni świadkowie jej sprawy (dotyczącej afery pedofilskiej w wysokich kręgach władzy) zaczynają umierać.
Z czasem okazuje się, że również jej życie jest zagrożone, a przez wzgląd na sfery w jakich dochodzi do przestępstw, układów, w jakie wikłani są kolejni ludzie, nie bardzo ma w kim znaleźć oparcie.
Nie wiadomo już kto jest przyjacielem, a kto wrogiem.
Ciekawie zapowiadała się postać tajemniczej kobiety, która jest główną przeciwniczką Brzozowskiej.
Zapowiadała się to jedyne warte podkreślenia słowo.
Autor komplikuje życie swoich bohaterów w nieznośny sposób. Piętrowe intrygi, które nijak się mają do rzeczywistości, są z każdą kolejną stroną coraz bardziej papierowe.
Autor chyba chciał za bardzo wyjść do czytelnika - zapewnić mu rozrywkę, suspens, całą garść tajemnic, wyjątkowych postaci i uwikłanego w mrok miasta, które przeraża możliwościami popełniania zła.
Dobrze, że główną bohaterką jest kobieta. 
Szkoda, że jej wątek odpłynął w odrealnionym kierunku.

Za egzemplarz książki dziękuję wydawnictwu:



piątek, 21 czerwca 2019

Martha Batalha - Niewidzialne życie [recenzja]

Przekład: Katarzyna Mojkowska
Wydawnictwo Muza
Warszawa 2019

Ta książka pachnie Márquezem, przesiąknięta jest kolorytem jego powieści.
Nie zbliża się nawet do poziomu Noblisty, jednak samą atmosferą i poświęceniem treści tematyce niezwykłych kobiet orbituje wokół.
Przy takich możliwościach fabularnych, rozszerzonych zdolnościach bohaterek, liczba stron w powieści zdaje się zbyt mała, jakby autorka nie wykorzystała stworzonego przez siebie potencjału.
Dodatkowe dygresje oscylujące wokół postaci epizodycznych nie służą skupieniu się na głównych bohaterkach, dają jednak obraz możliwości koncepcyjnych autorki.
Rzecz dotyczy dwóch sióstr, Eurídice i Guidy. Młodsza to dziecko wielu talentów, starsza to piękna kobieta, która zdaje sobie sprawę z własnego czaru.
Ich więź jest bardzo silna, do czasu, aż Guida zakochuje się w Marcusie. To uczucie zmienia rodzinne konfiguracje, wprowadzając je na zupełnie nowe, nieznane tory.
Starsza siostra znika z domu. Gdy po latach, przypadkiem odnajduje młodszą w sklepie bławatnym, opowiada jej swoją historię, gorzką, ale naznaczoną siłą i duchem walki.
Zestawienie życiorysów obu sióstr pokazuje w jak trudnych czasach przyszło im żyć - pierwsza połowa XX wieku nie dawała kobiecie wielu możliwości, Eurídice, młodsza z dwójki sióstr, mimo ogromnego potencjału i wielu talentów jest skromną gospodynią domową, która, co jakiś czas próbuje wyrwać się z ograniczającego ją pancerza konwenansów. Na próżno. Mąż skutecznie studzi jej rewolucyjne zapędy, przekonując, że powołaniem kobiety jest doglądanie domowego ogniska. Wyłącznie.
"Niewidzialne życie" to właśnie portret kobiet, które są, a jednak ich nie ma - sprowadzone do roli posługiwaczek i matek dzieciom stają się nieważne, przezroczyste. Z drugiej strony mają swoje marzenia, możliwości i zdolności, które marnieją, poskramiane przez patriarchalne obyczaje.
Gorzka opowieść o życiu, które umyka między palcami, powstrzymywane przez czasy i plemienne przyzwyczajenia.

Za egzemplarz książki dziękuje wydawnictwu:




niedziela, 2 czerwca 2019

Ilona Gołębiewska - Podaruj mi jutro [recenzja]

Wydawnictwo Muza
Warszawa 2019

"Podaruj mi jutro" to moje pierwsze spotkanie z Iloną Gołębiewską. Kolejnych nie będzie. Początkowe fragmenty powieści ulegają coraz to bardziej dotkliwym powtórzeniom, czyniąc czytelnika nie tyle niecierpliwym, co zrażonym do ciągu dalszego opowieści. Im dalej w las, tym powtórzeń jest mniej, aż wreszcie one zanikają. Gdy ma się do czynienia z opowieścią, w której (wydaje się) zostają przeklejone te same informacje w mało zmienionej formie kilka stron dalej, jest to dość niekomfortowe.
Gdy tylko mija etap powtórzeń, nastaje czas wybujałych i rozgałęziających się w niemożebną liczbę wątków. Czego tu nie ma: stary dwór, jego ekscentryczna, ale dobra właścicielka, jej perypetie rodzinne, tęsknota za ukochanym z czasów młodości, złośliwy sąsiad, również z czasów młodości, próba odgadnięcia tajemnicy zmarłego przed laty ojca, poszukiwanie skarbu, wizyta podejrzanego telewizyjnego redaktora, znajdzie się też wątek kryminalny. Do tego kilka motywów pobocznych, które dotyczą osób powiązanych ze dworem. Jest więc choroba, samotność, ofiara przemocy, a także zawiedziona miłość i kilka innych. Doprawdy zbyt wiele się tu dzieje.
Autorka ma głowę pełną pomysłów, to pewne, jednak ta powieść, która miała być pewnie zachętą do śledzenia dalszych losów bohaterów, stała się ociężała od nadmiaru wszystkiego.
Wiem, że powieść obyczajowa rządzi się swoimi prawami. Nie należy od niej wymagać wielkich mądrości czy dobrego stylu. Ma nieść rozrywkę, zbudowaną według starego, dobrego schematu, który najkrócej mówiąc, opiera się na złotej zasadzie: "i żyli długo i szczęśliwie". Zgadzam się. Potrzebny jest jednak umiar, który będzie reprezentowany zarówno w warstwie fabularnej, przyczynowo-skutkowej, ale też językowej.
Wylewny nadmiar, którego reprezentantką jest autorka powoduje, iż książka miast bawić, męczy. Zbyt wiele historii w jednym tomie powoduje, że nie są one odpowiednio opisane, reprezentowane. Jedne ledwie wspomniane, inne szybko ukrócone, uszyte pod wątek główny, nie maja szansy na rozkwitnięcie i zainteresowanie czytelnika. Bardzo proszę, by jednak samodzielnie ocenić poszczególne walory książki. Być może czepiam się jak zwykle bezzasadnie.
"Podaruj mi jutro" to opowieść o podlaskim dworze na Lipowym Wzgórzu, który pośród dziejowej zawieruchy opiera się różnym siłom, po latach trafia na powrót w ręce pierwszych właścicieli, reprezentowanych tutaj przez uznaną w świecie malarkę, Anielę Horczyńską.
Wraca ona w rodzinne strony mając w zamiarze stworzenie w dawnej siedzibie rodu pensjonatu oraz szkoły twórczej, zwanej Akademią Sztuk Anielskich (cóż za egzaltacja). Po drodze próbuje rozwiązać rodzinne problemy (nieułożone relacje z córką), a także uszczęśliwić wszystkich swoich lokalnych przyjaciół. Obserwowanie jej trosk, a także codziennych zmagań ludzi skupionych wokół pani Horczyńskiej jest główną osią fabularną książki.


Za egzemplarz książki dziękuję wydawnictwu:


sobota, 18 maja 2019

Lauren Groff - Floryda [recenzja]

Przekład: Dobromiła Jankowska
Wydawnictwo Pauza
Warszawa 2019

Podoba mi się Floryda wykreowana piórem Lauren Groff - jest daleka od idyllicznych obrazków z prospektów reklamowych biur podróży.
To Floryda z sennego koszmaru: pełna napięcia, niepewności, strachu, grozy, mentalnego brudu i sytuacji, których każdy chciałby uniknąć.
Niektóre z opowiadań wydają się klaustrofobiczne ("Psy w wilki"), inne niepokojące ("Duchy i puste"). Wszystkie historie, bez wyjątków, pełne są samotności,  odurzającego, udzielającego się lęku przed światem, ludźmi, a także szeroko rozumianej rezygnacji.
Bohaterowie zmagają się z własnymi demonami, próbując niepostrzeżenie prześlizgnąć się przez trudną rzeczywistość. Jedna z bohaterek (opowiadanie "Ponad i niżej") ucieka od dotychczasowego życia w miasteczku uniwersyteckim i przemierza Florydę, nocując w bagażniku swego wysłużonego samochodu. Pozbawiając się dóbr konsumpcyjnych, zyskuje nową perspektywę obserwowania i komentowania rzeczywistości.
Mocne są historie, których bohaterami są dzieci, najbardziej jaskrawa jawi się tu historia dwóch małych sióstr (4 i 7-letnia) pozostawionych bez opieki na małej wysepce. Pozbawione wsparcia, opieki, próbują przetrwać kolejne dni, z coraz bardziej uszczuplonymi zapasami żywności, z coraz większym zapasem klaustrofobicznego strachu, którego beneficjentem staje się czytelnik.
Jednak najbardziej pełnym opowiadaniem, którego konstrukcja jest zwarta, przemyślana i zręczna jest historia Jude'a, którego perypetie obserwujemy od dzieciństwa aż po późną dorosłość ("Z rogów czterech, gdyby je Ziemia krągła miała"). Poprzez zaproponowanie przekrojowej opowieści autorka stworzyła kompozycję bardzo udaną, gdzie poza sensownym podejściem do struktury opowiadania, jest ono pełne w sensie emocjonalnym, logicznym i fabularnym. Zdecydowanie najlepsza historia.
Pozostałe wydają się przy nim niedokończone, czasem zdają się być ledwie szkicami, jednak z potencjałem.
Autorka powoli buduje swój styl, który w niektórym opowiadaniach jest jeszcze niepełny, niepewny, niedookreślony. Wszystko zmierza jednak w dobrym kierunku i autorka wyrośnie na bardzo sprawną pisarkę opowiadań.
Ten zbiór jest dla mnie próbą dopiero, z jedną perełką, będącą dobrym prognostykiem na przyszłość. 

czwartek, 9 maja 2019

Henri Michaux - Barbarzyńca w Azji [recenzja]

Przekład: Oskar Hedemann
Wydawnictwo Świat Literacki
Izabelin 2005

Ach, jakże gęsto tłumaczy się autor ze swojej książki. Nigdy chyba jeszcze nie spotkałam się z takim sumitowaniem. 
Jednak, gdy próbowałam przebrnąć przez tę niewielką książeczkę, zrozumiałam usprawiedliwienia autora...
Jej kształt i formę zrzuca autor na swoją młodość, niewiedzę, naiwność. Jego ówczesne spostrzeżenia były mocno tymczasowe, pełne emocji, napięcia. Zastanawiam się co brał pisząc te stwierdzenia, co potęgowało jego odczucia podczas azjatyckich podróży.
Jego bardzo osobiste poszukiwania azjatyckiej duchowości, próby odkrycia ich sedna, dotarcia do jednej uniwersalnej prawdy życiowej wylewają się na karty książki. Każdą napotkaną sytuację potrafił on naciągnąć i wytłumaczyć w taki sposób, by była przydatna jego teorii. To naprawdę nieznośny zabieg.
Zarówno w przypadku opowieści o Indiach, Japonii czy Chinach, próbuje on w malarski sposób oddać pejzaż i atmosferę miejsc. Jednak jego zapalczywy, skrzący się emocjami styl powoduje, że całość wygląda dość miernie, naiwnie.
Poszukiwanie cech pierwotnych, cech fundamentalnych azjatyckich ludów jest motywem przewodnim. Próba nadania tematowi znamion uduchowienia trąci mocną egzaltacją i nieznośną manierycznością.
Rzeczywiście, ta literacka podróż nadaje się jedynie dla czytelników o mocnych nerwach i nadmiarze wolnego czasu. 
Sam autor w nowej przedmowie pisze, że jego relacji brakuje zbyt wiele, by stała się realną...
Podoba mi się to samoumniejszanie, które ma pewne znamiona kokieterii, jednak nie są one aż tak rażące.
W zasadzie broni się tylko ten rozdygotany, efemeryczny nastrój opowieści, jednak to za mało, by docenić książkę i nadać jej rangę literatury.
To nie jest literatura. Nie dla mnie.

poniedziałek, 6 maja 2019

Zgrzebłem po kołtunie [recenzja]

Wybór: Antoni Marianowicz
Wydawnictwo Czytelnik
Warszawa 1950

W serii "Biblioteka Szpilek" pojawił się w połowie XX wieku wybór "współczesnej humoreski polskiej" dokonany przez poetę i satyryka, Antoniego Marianowicza.
Jak bardzo orientalny i daleki od świata współczesnego czytelnika jest ten zbiór!
Budowa trasy W-Z, dwuobwodowe radio, wyścigi pracy w fabrykach brzmią jak wspomnienie dawno zapomnianych szczegółów życia z innej epoki.
Dla całkiem młodych czytelników (tylko kto by sięgnął po ten tomik?) poruszane tu kwestie będą kompletną Atlantydą, słowami wymagającymi baaaardzo długiej legendy.
Problemy poruszane przez ówczesną satyrę musiały mierzyć się z cenzurą, jednak autorom udawało się przemycać niektóre bolączki współczesności. Tak jest w przypadku utworu W. L. Brudzińskiego "Dymnik" z 1948 roku, w którym główny bohater opisuje problemy z mieszkaniem i ogólnym stanem sprzętów i pomieszczeń - od dziurawego dachu po dokwaterowywanie do mieszkań zupełnie obcych ludzi. Bogdana Brzezińskiego "Historia amerykańska" to pamflet na zapatrzenie na Amerykę. Choć z początku człowiek dziwi się jakim cudem cenzura przepuściła ten tekst, finał przynosi wyjaśnienie. Krajowi niezadowoleńcy spotykają w kawiarni Amerykanina. Kalecząc angielski, próbują wywiedzieć się czegoś na temat mitycznego raju zza oceanu...
"List" Stanisława Dygata to gorzka historia pracowniczych zatargów, gdzie każdy komplementem i tanim pochlebstwem próbuje ugrać coś dla siebie, kosztem kolegów z zakłady, rzecz jasna.
Nie mogło zabraknąć w tomie mojej ukochanej Stefanii Grodzieńskiej, reprezentowanej tutaj przez tekst między innymi przez tekst "Tajemnica pokoju nr 216" - mrożącą krew prawdę o urzędniczkach magistratu. "Z życia towarzyskiego" to ciekawa humoreska rzucająca światło na sprawę odwiedzin i utrzymywanie kontaktów przed epoką facebooka.
W tomiku znalazła też miejsce arcyzabawna satyra na kryminały i ich twórców "Zbrodnia na zamku Hismasresvoice" autorstwa Antoniego Marianowicza. Lektura szczególna, która przydałaby się Mrozowi czy innej Bondzie.
Ciekawie wybrzmiewa także utwór Tadeusza Różewicza "Prostaczek wśród literatów" z "Księgi przemian". Sportretowane relacje między literatami wywołują uśmiech, ale też trwogę - jak bardzo zakłamane i służalcze bywa to środowisko.
Na koniec kilka słów o niezrównanym Kazimierzu Rudzkim i jego"Konferencji patronalnej w sprawie mankamentów sektora piłkarskiego". Jak trudno rozwiązać problem niepowodzeń piłkarskich na boisku. W zasadzie, tutaj od lat nic się nie zmienia - winni ewentualnych niepowodzeń są zawsze: pech, stronniczy sędziowie, bądź niedostatecznie pomocni piłkarze drużyny przeciwnej.
W zbiorze znalazły się również utwory Magdaleny Samozwaniec, Wiecha.
Wszystkie pokazują jak trudne, ale i barwne było powojenne życie. Dają światło na ówczesne problemy, bolączki, zawoalowaną walkę z cenzurą, a także dystans do codzienności, trudnej i znojnej, pełnej... braków.
Bardzo ciekawy, choć trącący myszką zbiorek z ilustracjami samego Eryka Lipińskiego.

niedziela, 5 maja 2019

E.L. Doctorow - Ragtime [recenzja]

Przekład: Mira Michałowska
Wydawnictwo: Państwowy Instytut Wydawniczy
Warszawa 1983

Edgar Laurence Doctorow miał w spojrzeniu pewnego rodzaju kąśliwość i dowcip. Jego pisarstwo aż skrzy się od sarkazmu, inteligencji, ale też woła o uwagę. Pisarz lubujący się w wielowątkowości, potrafił znaleźć między poszczególnymi motywami balans, który powoduje u czytelnika poczucie, że każda z poruszanych kwestii jest jednakowo ważna i potrzebna, niezbędna do całościowego odniesienia się do danej książki.
W "Ragtime'ie" Doctorow gromadzi w fabule całą armię niezwykle ważnych wątków, wśród których można wymienić: rasizm, walkę klas, buzujący socjalizm, buchających, rozrastający się kapitalizm, szeroko rozumiany amerykański sen czy walkę o godność.
Pośród fikcyjnych bohaterów prym wiedzie (od drugiej części) czarnoskóry pianista, Coalhouse Walker, którego losy najjaskrawiej objawiają się w powieści. Jego wątek to mocny przykład dyskryminacji rasowej, której eskalacja doprowadziła bohatera do ostateczności. Jego szaleńca, w pewnym momencie niemal irracjonalna walka o własną godność przyjmuje gargantuiczne rozmiary, które poruszają opinię publiczną, dzieląc ją wielokrotnie. Upominanie się o własną dumę, obrona honoru są dla Walkera sensem życia, stąd jego coraz bardziej rozpaczliwe, a zarazem niezrównoważone.
Kolejny wątek to losy europejskiego imigranta - łotewskiego Żyda, zwanego Tatą, który wraz z małą córką zamieszkuje nowojorskie slumsy. Niezwykła jego droga do realizacji pasji, odkrycia, że może ona go utrzymać, a także uczynić kimś ważnym, pokazuje najbardziej chyba skrajnie jak może wyglądać "american dream". Jest też trzecia rodzina, najbardziej stateczna, reprezentująca wyższą klasę średnią rodzina z New Rochelle, w której skład wchodzą ojciec rodziny - producent flag i fajerwerków, jego żona, syn, szwagier (niezwykle intrygujący i nieoczywisty typ), a także teść i mały synek. Uleganie konwenansom, walka z namiętnościami, a także starania o zachowanie spokojnej wyważonej fasady, widzianej przez sąsiadów, są chlebem powszednim dla rodziny. Wszystko zmienia się, gdy matka znajduje w ogrodzie czarnoskórego noworodka, wówczas ich spokojne, mieszczańskie, ułożone i przewidywalne życie na zawsze odejdzie w zapomnienie. Do głosu dochodzą prawdziwe emocje i trudne (jak na początek XX wieku) wybory, które zadecydują o ich człowieczeństwie i kierunku, jaki obrał ich kompas moralny.
Ten zróżnicowany obraz początku wieku dodatkowo uatrakcyjnia obecność rzeczywistych postaci, wśród których autor umieścił przesławnego Harry'go Houdiniiego, Henry'ego Forda, potentata finansowego J. P. Morgana czy anarchistkę Emmę Goldman.
Doctorow odmalowuje skrzący się emocjami świat, który jest na progu wojennej katastrofy, zachłyśnięcia się możliwościami jakie dają powstające masowo wynalazki i udogodnienia,  a także zmieniającej się mentalności ludzkiej.
Ten nadmiar nie wróży niczego dobrego. Na pewno nie dla wszystkich. Co jednak finalnie przygotował dla swoich bohaterów Doctorow? Warto przeczytać.

niedziela, 28 kwietnia 2019

Wojciech Orliński - Lem. Życie nie z tej ziemi [recenzja]

Wydawnictwo Agora
Wydawnictwo Czarne
Wołowiec 2017


Przewertowałam archiwum mojego Bucha w poszukiwaniu Lemowskich recenzji i ze wstydem odkryłam, że mam tylko jedną jego książkę ("Katar"). Trochę się boję pisać o Lemie, za mała jestem, by komentować jego wielkie, wieloznaczne, wspaniałe utwory. Pewnie dlatego 6 (sic!) lat temu zdecydowałam się na komentarz w sprawie lemowskiego  kryminału. Przeczytałam ów komentarz - jest ostrożny, skupiony na treści. Zachowawczy. Bezpieczny.
Ostatnio z wielkim apetytem sięgnęłam po biografię Lema wydaną przez Czarne. Jestem przywiązana do tej serii, cenię ją, uważam za udaną.
I tu przyszedł czas na rozczarowanie. 
Po pierwsze, autor fabularyzuje swoją opowieść, tworzy sekwencje prawdopodobnych zdarzeń, opisuje całe sceny, które mogły się wydarzyć. Trochę upaja się własnymi wyobrażeniami na temat uwielbianego pisarza. Bo swoich uczuć, zachwytów i przywiązania do Lema wcale nie ukrywa, wręcz je podkreśla.
To akurat mały grzech biografa, ale jednak grzech.
Ponadto bardzo wiele jest tutaj odautorskich sugestii dotyczących autobiograficznych wątków, jakie autor przypisuje poszczególnych postaciom i wydarzeniom z lemowskich powieści. Czytelnik może oczywiście zaufać intuicji biografa, jednak to tylko przypuszczenia. Dużo tu (szczególnie na początku) spekulacji, rozważań, analiz, które nie przynoszą jednak pewności co do prawdopodobieństwa rozpatrywanych sytuacji. Takie balansowanie na krawędzi wierzytelności jest zupełnie niepotrzebne. Dodatkowo obciąża książkę dodatkowymi stronami, tworzy iluzoryczny, odautorski świat Lema, co nijak się ma do istoty biografii.
Za mało Lema w tej biografii. Został przysłonięty nadmiarem uczuć i namiętności Wojciecha Orlińskiego.
Tyle moich jęków.
Jeśli chodzi o pozostałe aspekty książki - wiele tu odniesień do wcześniejszych biograficznych książek o autorze "Solaris", przedruki listów, wspomnienia Szczepańskiego. Książka jest w dużej mierze oparta na tamtych właśnie pracach, poza autobiograficznym "Wysokim zamkiem" częste są odniesienia do wywiadów rzek Beresia i Fiałkowskiego.
Sam życiorys Lema to materiał na jedną książkę: od wojennego dzieciństwa we Lwowie, po krakowskie perypetie pisarskie, znakomite znajomości (jak Szymborska, Włodek, Turowicz, Szczepański), a także codzienne trudy i znoje związane z pisaniem i utrzymaniem rodziny.
O Lemie pisał wspaniale prof. Jerzy Jarzębski. Do pism Lema pod jego redakcją warto sięgnąć. 

piątek, 26 kwietnia 2019

Kateryna Babkina - Sonia [recenzja]

Przekład: Bohdan Zadura
Wydawca: Warsztaty Kultury w Lublinie
Lublin 2018

Przede wszystkim seria. Świetnie wydana, ze znakomitym projektem okładki Eweliny Kruszewskiej.
Zupełnie inna jakość na polskim rynku - skromna, wyważona, z poszanowaniem materiałów z jakich jest stworzona książka. Wielka rzecz.
Ciekawym zabiegiem jest też sięganie po młodych twórców zza wschodniej granicy - poznanie nurtujących ich problemów, wiodących trendów w literaturze itp.
Kateryna Babkina popełniła książkę drogi, w której oniryczny duch miesza się z powątpiewaniem i kompletną swobodą.
Tytułowa bohaterka książki, Sonia dowiaduje się, że jest w ciąży. Dziewczyna czuje się samotna i opuszczona, matka opiekuje się staruszkami w Szwajcarii, ojciec najprawdopodobniej przebywa w Polsce. Dziewczyna rusza jego śladem, chcąc odnaleźć prawdę o sobie, by w przyszłości móc dobrze pokierować relacjami z własnym dzieckiem.
Podróżując przez zachodnią Ukrainę do Polski dziewczyna spotyka bardzo różne osobowości. Każda z nich, choć na chwilę zbliża się do niej, otwierając Soni kolejną szufladkę z relacjami. Niestety, spotkania te są krótkotrwałe, dziewczyna nie umie stworzyć silnej relacji, co chwilę zmienia zdanie, ucieka, jest niespokojnym duchem.
W zasadzie pomysł na książkę był dobry, portretujący kobiety, dziewczyny w oczach ich bliskich. Okazuje się, że wpływ najbliższych na osobowość jest nie do przecenienia.
I tu kończą się mocne punkty powieści. 
Dalej autorka zaczyna tracić kontakt z rzeczywistością: wszystkie wkręty krakowskie traktujące o Shoah są conajmniej nie na miejscu. Wydaje się, że chcą budować silne napięcia autorka posługuje się znaczeniami i symbolami, które kompletnie nie przystają do poruszanej przez nią tematyki.
Ten zgrzyt jest na tyle duży, że zepsuł mi całościowe postrzeganie powieści.
Silenie się na wstrząsanie nie zawsze wychodzi na dobre.
Autorka mogła zostać w swoim pokręconym, osobliwym świecie, to miało wartość i było jakieś. Łączenie ciężarnej młodej Soni z gettowymi ofiarami brzmi jak kpina.

wtorek, 23 kwietnia 2019

Caroline Kepnes - Ty [recenzja]

Przekład: Jacek Żuławnik
Wydawnictwo W.A.B.
Warszawa 2019

Premiera: 15.05.2019

Od samego początku ta książka była dla mnie niewygodna. Uwierała mnie słowami, gniotła aurą, męczyła kolorytem.
Pisana z perspektywy mężczyzny odurzonego  autorskimi wyobrażeniami o świecie i przekonaniem o własnej sprawczości.
Inteligentny, przebiegły, a do tego opresyjny, silnie zaburzony psychicznie Joe Goldberg pracuje w nowojorskiej księgarni, gdzie jednym z ulubionych jego zajęć jest tworzenie swego rodzaju portretów psychologicznych swoich klientów.
Pewnego dnia wpada mu w oko jedna z klientek. Jest na tyle zainteresowany jej osobą, że kradnie dane z jej karty kredytowej, zaczyna śledzić jej media społecznościowe.
Stopniowo wprowadza w życie swój przerażający plan, mający na celu osaczenie dziewczyny z księgarni -Guinevere Beck.
Stalker ma zamiar wyeliminować każde niebezpieczeństwo stojące mu na drodze do szczęścia, którym jest według niego związek z Beck.
Śledząc wpisy w internecie, śledząc dziewczynę, stopniowo zyskuje nad nią przewagę - wie z kim i kiedy się spotyka, jakie ma marzenia, a także jak ma wyglądać jej związek idealny.
Stalker przemienia się w wymarzonego partnera... Teoretycznie.
Nowy związek jeszcze bardziej intensyfikuje zaborczość i podejrzliwość Joe, nie cofnie się od przed niczym, by utrzymać w tajemnicy swoje działania, a także jeszcze bardziej zafascynować sobą Beck.
Ta bezwzględna i niebezpieczna gra staje się coraz bardziej psychodeliczna, a dla czytelnika nieznośna w sensie emocjonalnym.
Autorka w dość bezwzględny sposób rozprawia się ze współczesnością, dając jasno do zrozumienia, że na własne życzenie podajemy swoje życie na tacy. Każdemu. Każdemu kto korzysta z mediów społecznościowych.
Poprzez swoją wylewność każdy z nas może stać się ofiarą działania ludzi niebezpiecznych czy zaburzonych. Fotografując swoje śniadania, wakacje, dzieci, chwaląc się w kilku słowach najnowszymi zdobyczami, nagrodami, planami, możemy sobie nieświadomie zaszkodzić.
Ten gęsty, ponury w zasadzie thriller powinien być skutecznym lekarstwem na internetową wylewność.
Mam nadzieję, że uleczy nadmierne ludzkie gadulstwo.


Za egzemplarz książki dziękuję wydawnictwu:





poniedziałek, 22 kwietnia 2019

Ursula Poznanski, Arno Stroble - Nieznajomi [recenzja]

Przekład: Anna i Miłosz Urbanowie
Wydawnictwo Mando
Kraków 2018

I znów mierzę się z książką napisaną dwugłosem. Para autorów, która zaskoczyła mnie "Darknetem" (tu recenzja) porywa się tym razem na thriller psychologiczny zamknięty w hermetycznym świecie Joanny i Erkia, którzy zaczynają niebezpieczną grę.
Trzeba bowiem wyobrazić sobie sytuację, w której w swoim domu spotykasz nagle obcego mężczyznę, który próbuje ci wmówić, że jest jego prawowitym mieszkańcem i dodatkowo twoim narzeczonym. Z drugiej strony trzeba też wysilić wyobraźnię o obraz z drugiej strony. Stąd też trzeba sobie wyobrazić sytuację, w której wracasz do domu, a narzeczona cię nie poznaje, próbuje przed tobą uciekać i kompletnie cię nie pamięta.
Sytuacja nie do pozazdroszczenia. Bez dwóch zdań.
Sprawdzonym sposobem (jedynym dostępnym, by książka pisana przez dwójkę autorów) gdzie krzyżują się rozdziały opowiadane kolejno przez dwie strony, poznajemy szczegóły, zagłębiamy się w intrygę, a także ulegamy rosnącemu napięciu, jakie towarzyszy każdej kolejnej odsłonie tajemnicy.
Tutaj tajemnic jest co niemiara, wątki rosną w siłę niedomówień i grozy, z czasem czytelnik nabiera coraz więcej wątpliwości.
Finał jest zbyt mocno zmanipulowany, kombinacje wydają się być zbyt barokowe, jednak sama idea i kilka konceptów fabularnych całkiem się udało.
Siłą tego duetu jest znakomita współpraca - ich książki są spójne językowo, nie drażni odmienna literackość, różne style.
Autorzy dopracowują książkę jako całość, a to ważna umiejętność.


niedziela, 21 kwietnia 2019

Agnieszka Szacka - Kuracja dla serca

 Wydawnictwo W.A.B.
Warszawa 2019
Premiera: 15 maja 2019 r.

Dobrze się stało, że bohaterowie powieści to ludzie dojrzali. Dość już hegemonii młodych, pozornie przebojowych, bogatych na kredyt korpo ludków, którzy na książkowych kartach zdobywają świat, popełniają błędy, szukają siebie, nie zostawiając miejsca dojrzałym, którzy jeśli już pojawiają się w powieściach to jako epizodyczny głos doradczy czy mgliste nawiązanie do fabuły.
W tym przypadku towarzyszymy historii Reanty, polonistki z Warszawy, rozwiedzionej matki dwójki dorosłych dzieci, która w związku z chorym sercem po raz pierwszy wyrusza do sanatorium.
Już w Nałęczowie przekonuje się, że trzy tygodnie z NFZ-ową ofertą będą dla niej nie lada wyzwaniem. Rozrywkowi współtowarzysze niewoli, mikre śniadanka, nudne zabiegi (choć są i przyjemne), rodzące się sympatie, ale też silniejsze fascynacje między ludźmi, którzy przyjechali do sanatorium po przygodę.
Udział w tym szalonym spędzie, nawet jeśli bierny, nie pozostawia Renaty bez refleksji na temat własnego samopoczucia i potrzeb, tych utajonych.
Dzięki rezolutnej i rozrywkowej współlokatorce szara i zdystansowana polonistka zaczyna korzystać z sanatoryjnych atrakcji, tych poza grafikiem określonym ramami ozdrowieńczych wskazówek NFZ.
W tego typu placówkach kuracjuszki stanowią lwią część turnusu, kuracjuszy jest dosłownie jak na lekarstwo. I gdy w stołówce pojawia się bardzo atrakcyjny Paweł, oczy wszystkich łowczyń przygód od razu obracają się w jego stronę. Wszystkie poza Renatą, której daleko do amorów. Przewrotny los popych ich jednak ku sobie, a my możemy tylko śledzić rodzącą się relację, jej ograniczenia i obawy, ale też nadzieje dla dwójki poranionych przez życie ludzi.
Autorka w swobodny, pozbawiony zadęcia sposób, bardzo lekko opisuje tę miłosną historię, dając czytelnikom oddech od rzeczywistości.
Warto czasem sięgnąć po taką niezobowiązująca, przynoszącą odprężenie książkę. A nuż ktoś znajdzie w niej bodziec do zmiany własnego losu?


Za egzemplarz książki dziękuję wydawnictwu:





niedziela, 14 kwietnia 2019

Emir Suljagić - Pocztówki z grobu [recenzja]

Przekład: Agnieszka Łasek
Wydawnictwo Czarne
Wołowiec 2007

To nie jest książka, którą należałoby rozpatrywać z perspektywy języka, jego piękna, literackości. Nie można też patrzeć na nią jak na reportaż.
Jedyną dostępną dla mnie formą odczytania "Pocztówek z grobu" jest potraktowanie ich jako świadectwa, opowieści życia, wspomnienia czasu horroru i gwałtu, ale też wspomnienie bliskich, których zabrało piekło wojny.
Autor, wówczas nastoletni chłopak, przeżył gehennę tylko dlatego, że był tłumaczem przy holenderskich siłach, będących częścią ONZ.
Srebrenica, lipiec 1995 roku. Uciekający przed serbskimi wojskami Bośniacy ze wschodu kraju kryją się w mieście, które na jakiś czas jest dostępnym dla nich schronieniem.
Z czasem miasto zostanie porównane do drugowojennego getta, odciętego od świata, skazanego na zagładę, w którym jednak przez pewien czas ludzie próbowali zachować życie i jego pozory, nie tylko wydając gazetę czy oglądając telewizję, ale także radząc sobie z chorobami, głodem, depresją.
Autor wspomina konkretnych ludzi i ich postawy, przedstawia własne wybory, pokazuje, jak trudnym  zadaniem było codzienne przeżycie w mieście skazanym na śmierć.
Nie jest on jednoznaczny w swoich ocenach, dla niego nie ma stron bez winy, również obserwatorzy i siły ONZ mają swój udział w masakrze.
Bo w końcu dochodzi do exodusu. Siły Mladicia wymordowały muzułmańskich mężczyzn i chłopców, opuszczających miasto w konwojach.
Jak to możliwe, że po II wojnie światowej, po doświadczeniu Shoah, po raz kolejny doszło do masowego ludobójstwa? I to niejednego - pamiętajmy o afrykańskich wydarzeniach.
"Nigdy więcej" powtarzane w lekturach, pismach traktujących o martyrologii pomordowanych miało wybrzmieć jako ostateczne zapewnienie. Nie wybrzmiało.
Srebrenica to opowieść o degradacji ludzi, o ich upokarzaniu, odczłowieczaniu, pozbawianiu praw, nadziei, w końcu życia.
To historia o końcu moralności, ciągłym i coraz bardziej drastycznym przesuwaniu granic człowieczeństwa, ale też fizycznej i etycznej wytrzymałości.
Wojna jest straszna, a to są zbyt małe słowa, by oddać jej potworność.
Suljagić wydaje się być martwym od środka. Opowiada o śmierci, widzi ją wciąż mimo upływu lat. Śmierć zabrała mu rodzinę, ale chyba też nadzieję na przyszłość.
"Pocztówki z grobu" to kasandryczne studium rozpadu i pędzącej coraz szybciej katastrofy, która, choć nieunikniona, była w pewien sposób spychana do kąta zdarzeń nieprawdopodobnych.
Świat zmierzył ku katastrofie. Nadal zmierza.

sobota, 13 kwietnia 2019

Sanjida Kay - Skradzione dziecko [recenzja]

Przekład: Hanna Pustuła - Lewicka
Wydawnictwo W.A.B.
Warszawa 2019

Premiera: 24.04.2019

Bycie rodzicem zmienia punkt widzenia na bardzo wiele spraw. Na literaturę także. 
Gdy rodzic czyta o porwaniu dziecka, przeżywa to zupełnie inaczej niż bezdzietny czytelnik. Wydaje mi się, że doświadcza lektury dużo silniej. 
Sandija Kay serwuje nam taką właśnie historię.
Zoe i Ollie po latach starań o dziecko zostają adopcyjnymi rodzicami Evie. Na fali szczęścia i spełnienia po jakimś czasie udaje im się doczekać kolejnego potomka, tym razem biologicznego.
Zoe realizuje się wychowując dzieci i malując obrazy. Ollie pnie się coraz wyżej po szczeblach zawodowej kariery w finansach. Patrząc z boku można mieć wrażenie, że to rodzina idealna.
Jednak sielankowy obraz zakłóca zazdrość Evie o młodszego brata, docinki, jakich jest ofiarą w szkole, ale nade wszystko tajemnicze przesyłki, jakie od pewnego czasu otrzymuje dziewczynka.
Okazuje się, że ktoś podrzuca jej listy i podarki, podpisując się jako prawdziwy, biologiczny ojciec, który ma zamiar odebrać dziewczynkę adopcyjnym rodzicom. Chce on odzyskać swoje skradzione dziecko...
Rodzice nie lekceważą sygnałów, zgłaszają sprawę na policję, jednak ten krok nie przestraszy zdesperowanego tajemniczego ojca, który nie spocznie, nim nie odzyska dziecka. 
I w takiej oto atmosferze strachu i niepewności będziemy odtąd podążać wspólnie z autorką aż do samego finału.
Po drodze poznamy motywacje, obiekcje oraz ukryte pragnienia i tajemnice głównych bohaterów oraz osób podejrzanych o udział w całej mistyfikacji dotyczącej listów i prezentów dla Evie.
Autorka pokusiła się o rozbudowanie psychologicznych profili niektórych postaci, chcąc tym samym wzbogacić fabułę, uczynić ją bardziej prawdopodobną i intrygującą.
Ten thriller porusza głównie ze względu na tematykę - sprawa w której na szali staje zdrowie i dobro dziecka zawsze poruszy wrażliwego czytelnika.
Wydaje mi się, że równie ważnym wątkiem w powieści jest ten związany z samotnością i poczuciem wyobcowania adoptowanego dziecka, które chce ukształtować własną tożsamość w oparciu o relacje z bliskimi i prawdę o swoim pochodzeniu. Trzeba jednak odpowiedzieć sobie na pytanie kto jest bliższy: matka, która urodziła, czy matka, która wychowała. Autorka pokazując relacje w adopcyjnej rodzinie daje wyraźny sygnał, że dbałość o relacje jest najważniejsza z uwagi na dobro wspólne.
Każda rysa, kryzys, brak porozumienia, może przyczynić się do rozłamu, a stąd już tylko krok do większych problemów.
O niektórych z nich traktuje "Skradzione dziecko".


Za egzemplarz książki dziękuję wydawnictwu:



wtorek, 9 kwietnia 2019

Donald Antrim - Głosuj na pana Robinsona i lepszy świat! [recenzja]

Przekład: Mikołaj Denderski
Wydawnictwo Karakter
Kraków 2019

Realia, w których osadzona jest powieść początkowo wydają się mocno prawdopodobne, współczesne. Mamy oto miasteczko amerykańskie, w którym niemal wszyscy się znają, choćby z widzenia.
Przekonanie to ulega zatarciu, gdy czytelnik zapozna się na dobre z językiem autora. Sugeruje on wiele niecodziennych, czasem mrożących krew w żyłach zdarzeń (nierzadko z udziałem dzieci), które powodują zachwianie pewności co do realności powieści.
Postapokaliptyczny duch całej narracji pojawia się bardzo szybko i zostaje z czytelnikiem do końca.
Wśród bohaterów wyczuwa się nerwowość i nieufność wobec wszystkich, strach i gotowość na najgorsze. Sam burmistrz został zamordowany, zginął w strasznych męczarniach, choć powody i przesłanki nie są do końca jasne. 
Wiadomo jednak, że od tej pory każdy mieszkaniec próbuje zamienić swoje domostwo w twierdzę, dzieci bawią się w tworzenie pól minowych, zaś widok drutów kolczastych na podwórku nie jest niczym niezwykłym.
Potworna, pełna niepewności teraźniejszość wzmaga w ludziach poczucie niestabilności, tymczasowości i nieufności. Każdy może być katem, każdy może stać się ofiarą.
Groza codzienności splata się lekko z ekscentrycznym humorem, często ocierającym się o osobliwość, zarówno w treści, jak i w formie.
Autor zręcznie operuje językiem - przeplata różne style, konwencje, formy językowe, przynależące w powieści do różnych bohaterów, powodując, że podziwiamy jego sprawność lingwistyczną zarówno pod postacią bombastycznych fragmentów, pełnych zdobień i napuszonych ozdobników, a także anemicznych partykuł czy zaimków.
Autor bawi się językiem, formą, znaczeniem, wykorzystując je do pokazania swojej wizji, czy może sportretowania współczesnego świata, a może najbardziej jego amerykańskiej części.
W aktualnej sytuacji historia widziana z perspektywy nauczyciela, Peta Robinsona, zafascynowanego średniowiecznymi narzędziami tortur, nabiera nowego wymiaru. Dość groteskowego.

poniedziałek, 1 kwietnia 2019

Alex Kerr - Japonia utracona [recenzja]

Przekład: Maria Kwiecieńska - Decker
Wydawnictwo Karakter
Kraków 2019


Pięknie wydana książka. Zarówno okładka, jak i wewnętrzne przedruki prac japońskich artystów, które nawiązują do starych tradycji, pokazując tradycyjne ujęcia niezwykłych miejsc Kraju Kwitnącej Wiśni.
W przedmowie Alexa Kerra z 2015 roku, autor wyjaśnia, że dwadzieścia cztery lata po napisaniu pierwszego artykułu, który dał początek książce "Japonia utracona" widzi jak wiele się przez ten czas nauczył.
Niestety, konstatuje też, że dawny świat, naturalny krajobraz Japonii ulega zatraceniu, zniszczeniu. Artykuły będące treścią tomu są pewnym wspomnieniem tego zaprzepaszczonego świata.
Bogactwem tej książki jest opisywanie świata z perspektywy przybysza, obcego, który próbuje odnaleźć się w hermetycznym japońskim świecie, pełnym kulturowych znaczników, ale też obostrzeń.
Daleki od turystycznych szlaków, przewodnikowych widoczków, pokazuje Japonię nieznaną, niedostępną zwykłemu turyście.
Autor rozpisuje się o swojej fascynacji teatrem kabuki, niesamowitym przemianom jego aktorów (wielu z nich stało się dobrymi znajomymi Alexa Kerra). Pozwala on sobie na rozległe przemyślenia nad seksualnością Japończyków (a propos ról w kabuki). Zresztą, którego tematu by nie dotknął, czy pisze o kaligrafii, upadku tradycyjnego budownictwa, zachłyśnięcia się kulturą europejską czy wreszcie niszczenia krajobrazów przez bezrefleksyjną rozbudowę dróg, zawsze opatruje je szerokim komentarzem.
Warto zaznaczyć, że nie jest to łatwa lektura, która wartkim strumieniem wpływa do głowy. Lektura wymaga skupienia, zastanowienia, a czasem polemiki z autorem.
Z drugiej strony jest to przewodnik dla osób, które mają już wiedzę o Japonii, interesują się tematem i chcą go pogłębić w takich dziedzinach jak sztuka czy ekonomia.
I, choć kusi okładka, wspaniałe wydanie, to warto zaznaczyć, że książka ta będzie dla wielu osób rozczarowaniem, właśnie przez wzgląd natężenie przemyśleń autora, na ich ukierunkowanie.
Z drugiej strony, to ważny i ciekawy głos w sprawie japońskiej tradycji, podany przez obcokrajowca,  przedstawiciela kultury zachodniej, a  tym samym łatwiej przyswajalny w naszej szerokości geograficznej.
Książka traktowana jako ciekawostka, która pokazuje złożoność i niezwykłość Japonii.

niedziela, 31 marca 2019

Lee Child - Czas przeszły [recenzja]

Przekład: Jan Kraśko
Wydawnictwo Albatros
Warszawa 2019

Nic na to nie poradzę. Choć Child działa w oparciu o jedną kliszę, wciąż sięgam po książki o Reacherze. 
Czytanie kolejnych wersji tej samej historii o byłym majorze żandarmerii wojskowej traktuję jako nieszkodliwe dziwactwo i sposób na relaks.
Tym razem (jak zwykle przypadkowo) trafia on do miasteczka Laconia, które jest miejscem urodzenia i dorastania jego ojca.
Reacher chce dowiedzieć się czegoś więcej o rodzicielu, postanawia zabawić kilka dni w miasteczku, by zbadać archiwum miejskie i odwiedzić kąty, które kiedyś były bliskie ojcu.
Jak zwykle wplątuje się w kolejne awantury, a wszystko z dobrego serca i silnego poczucia praworządności. Działając zgodnie z własnym sumieniem i w poczuciu obowiązku wobec zwykłej ludzkiej przyzwoitości Jack Reacher poznaje drobne tajemnice miasteczka, odkrywa też mroczną stronę rodzinnej historii.
To jednak tylko część fabuły.
Biegnąca dwutorowo narracja dotyczy również pewnej kanadyjskiej pary, która nieopatrznie trafia do motelu nieopodal Laconii.
Młodzi ludzie mają ambitne plany na życie, jednak niesprawny samochód opóźnia ich realizację. Nocleg w opuszczonym motelu ma być tylko nic nie znaczącym punktem na mapie ich podróży. Stanie się on jednak punktem zwrotnym.
Osobliwi właściciele, sploty dziwnych zdarzeń i niepokojąca atmosfera unosząca się nad motelem powodują napięcie u młodych ludzi.
Gdy wreszcie dowiedzą się jaką rolę wyznaczyli im posiadacze motelu, będą zaszokowani i przerażeni.
Na szczęście kilka kilometrów dalej jest Reacher, który swoim szóstym zmysłem wyczuwa każdą moralną anomalię.
Tyle w kwestii fabuły.
Zdecydowanie, wątek kanadyjski dominuje ciężarem gatunkowym. Jest ciasny, dręczący, złowrogi. Przeplatana dwoma lejtmotywami opowieść uzupełnia się i zgrywa. Dla mnie jednak, nie jest to najlepsza część przygód Reachera.
Trochę naciągana (szczególnie w kwestii naiwności Kanadyjczyków), z intrygą na wyrost i przesadzonym stopniem komplikacji, jest jednak firmowana nazwiskiem bohatera, które jest marką samą w sobie.
Choćby dlatego warto po nią sięgnąć.

piątek, 29 marca 2019

Ursula Poznanski, Arno Strobel - Darknet [recenzja]

Przekład: Anna i Miłosz Urbanowie
Wydawnictwo Mando
Kraków 2019

Premiera: 3 kwietnia 2019

Mocna, drapieżna okładka jest znakomitym wstępem do równie wyrazistej treści.
Autorzy zdecydowali się na hitchcockowski zabieg, trzęsienie ziemi, po którym napięcie tylko rośnie.
Mamy oto forum internetowe, na którym zalogowani użytkownicy wybierają spośród czterech osób, które popełniły jakieś przewinienie (mniej lub bardziej dotkliwe czy wydumane) jedną, która w przeciągu kilkudziesięciu godzin zostanie zamordowana. Według moderatora forum każda ze zgłoszonych osób zasługuje na śmierć. Jednak o ostatecznym rezultacie, a więc ofierze, decyduje głosowanie.
Ta przerażająca gra przyciąga coraz większe rzesze ciekawskich, którzy nie tylko logują się na forum, ale z coraz większą częstotliwością biorą czynny udział w głosowaniach...
Bohaterów powieści poznajemy podczas oględzin pierwszego miejsca zbrodni. W opuszczonej hamburskiej fabryce spotykają się komisarz Daniel Bucholz oraz jego nowa podwładna, Nina Salomon.
Między nowymi współpracownikami od początku iskrzy, trudno by było inaczej - to połączenie ognia i wody gwarantuje emocje i słowne przepychanki przez całą fabułę, dodając tym samym smaku narracji.
Poboczna wartość, jaką są wzajemne napięcia między bohaterami jest pewnym urozmaiceniem, ale główna oś fabuły mocno dominuje nad całością.
Przerażająca i niedostępna dla każdego przestrzeń darknetu przelewa się bowiem do przestrzeni publicznej, staje się częścią swoistych ludycznych igrzysk, gdzie żądza krwi stopniowo wymyka się spod kontroli.
Swoista refleksja nad kondycją współczesnych pokoleń, użytkujących internet jest konstatowana w karawaniarski sposób. Z treści książki jasno wynika, że ludzie nie cenią życia bliźnich, podobne rankingi traktują zabawowo, nie zdając sobie sprawy z niebezpieczeństwa, jakie one niosą. Żywy człowiek przegrywa z wizerunkiem awatara...
Bucholz i Salomon po omacku szukają mordercy, będąc pod ogromną presją czasu, co chwilę organizowany jest kolejny ranking, kolejna osoba w bliskim czasie straci życie.
Dodatkowo nad policjantami nie ma litości opinia publiczna, mass media, a także politycy, którzy próbują nie dopuścić do szerszej paniki w społeczeństwie.
Przygnieceni odpowiedzialnością policjanci walczą z czasem, szukając punktu zaczepienia. To karkołomne zadanie wystawi na próbę nie tylko świeżo zadzierzgnięte relacje, ale także kariery policjantów.
Każda kolejna nominacja jest coraz bardziej szalona i groteskowa. Czas ucieka, a morderca staje się coraz bardziej zuchwały.
Wciągająca narracja nie pozwala oderwać się od książki, podział rozdziałów na relację Bucholza i Salomon dodatkowo uatrakcyjnia całość.
Kolejny przykład dobrej współpracy dwójki autorów.
Naprawdę dobrze się bawiłam czytając tę powieść.
Interesująca, trzymająca w napięciu do samego końca propozycja.

niedziela, 24 marca 2019

Kristen Roupenian - Kociarz [recenzja]

Przekład: Magdalena Sommer
Wydawnictwo: Warszawskie Wydawnictwo Literackie Muza SA
Warszawa 2019

Premiera: 24 kwietnia 2019

Zbiór opowiadań 38 - letniej amerykańskiej pisarki jest ciekawym głosem w przestrzeni debaty o kondycji i wyobrażeniu pokolenia ery social mediów.
Autorka, przedstawicielka pokolenia milenialsów (lub jak kto woli pokolenia Y) przynależy do generacji, która nie dość, że oswoiła nowinki techniczne, to jeszcze aktywnie z nich korzysta, dając świadectwo otwarcia na świat i wyzwania z nim związane.
W tomie "Kociarz", podejmuje ona trudną próbę sportretowania pokolenia insta i tindera, dając dość jednoznaczny obraz pewnego rodzaju letargu, marazmu, partykularyzmu, ale też alienacji, mniej lub bardziej świadomej.
Otwierające zbiór opowiadanie "Niedobry chłopiec" to dość przewrotna historia przyjaźni między tytułowym chłopakiem a dość znudzoną, drapieżną parą zakochanych.
Zblazowani sparowani próbują uzależnić od siebie i zniewolić mentalnie chłopaka, który stopniowo zapada w swoisty niebyt. Niebezpieczna gra jaką prowadzą wymyka się spod kontroli, pokazując jak bardzo rzeczywiste emocje różne są od tych wyobrażonych i przekazywanych za pośrednictwem mediów społecznościowych. 
Z jednej strony głód wrażeń, poszukiwanie nowych podniet, mocnych doznań, a z drugiej kompletna niefrasobliwość i brak rozsądku w zawieraniu znajomości. Mowa o tym w opowiadaniu "Look at Your Game, Girl". Nieostrożność nastolatki w nawiązanej w realu znajomości z dorosłym mężczyzną, powoduje w czytelniku rodzaj silnego strachu o dziewczynę, której niefrasobliwość poraża, ale też daje pełen obraz naiwności i braku krytycyzmu, jaki jest udziałem współczesnych pokoleń.
Wreszcie opowiadanie tytułowe,"Kociarz", które daje kolejną porcję lęków, kompleksów i nieumiejętności radzenia sobie z żywym człowiekiem. Śliczna studentka zwraca uwagę na nijakiego, starszego od niej o kilkanaście lat mężczyznę z którym zaczyna esemesowy flirt. To, co w przestrzeni telefonicznej wydaje się być łatwą i przyjemną rozrywką, w zetknięciu z rzeczywistością nabiera ciężaru gatunkowego. Żywy człowiek nie jest już tak interesujący, jego wypowiedzi błyskotliwe i urzekające. Rzeczywistość wymaga ciągłego podkręcenia - wyobrażeń o ulubionych aktorach, idolach, których wyobrażenie sobie jest konieczny, by przetrwać spotkanie z prawdziwym Robertem, bo tak ma na imię nijaki obiekt zainteresowania.
Trudność w rozmowach face to face, brak odwagi w mówieniu o prawdziwych odczuciach i przemyśleniach staje się coraz bardziej frustrujące.
Strach przed prawdą i byciem zdyskredytowanym, mniej fajnym niż w rzeczywistości wirtualnej prowadzi do nowych sytuacji, które tylko komplikują i tak niewesołą sytuację.
Brak umiejętności radzenia sobie z prawdziwym światem, emocjami, nazywaniem uczuć, postępowaniem z żywym człowiekiem to główne słabostki i bolączki bohaterów tego opowiadania.
Cały tom, utrzymany w podobnym tonie pokazuje, że współczesność, mimo całego zaawansowania technicznego, kompletnie nie radzi sobie z tym co na świecie było dużo wcześniej - z ludzkimi uczuciami.
Wyidealizowany, przekłamany świat wirtualnej rzeczywistości jest pułapką, w którą wpadają kolejni bohaterowie kolejnych opowiadań z tomu.
Czas się opamiętać, autorka daje jasny przekaz. Póki czas.


Za egzemplarz książki dziękuję wydawnictwu:





czwartek, 21 marca 2019

Justyna Bednarek, Jagna Kaczanowska - Ogród Zuzanny. Warto walczyć o tę miłość [recenzja]

Wydawnictwo W.A.B.
Warszawa 2019

Premiera książki: 24.04.2019 r.

Ten duet autorek jest ewenementem w świecie literackim. Choć często się zdarza, że pisarze łączą się w tandemy, by tym ochoczej podbić rynek wydawniczy, zazwyczaj rzadko się to udaje.
Dysharmonijnie brzmią bowiem łączone na siłę style, pomysły na bohaterów, fabułę. Przychodzi mi na myśl kilka przykładów z kryminalnej półki, jednak nie czas i miejsce na tego typu wypominki.
Justyna Bednarek i Jagna Kaczanowska po raz trzeci udowadniają, że są naprawdę zgraną drużyną.
Świat przedstawiony jaki wykreowały jest tak urzekający, ciepły, bliski normalności o jakiej mówi się w kontekście życzeniowym, że aż chce się czytać.
Spokojne, ciche miasteczko (niepozbawione jednak intrygantów), życzliwi, ciepli ludzie, intrygujące relacje, trochę wiktoriańskiej mowy roślin, parę wzmianek o arcyciekawym życiu pszczół, a także garść zabawnych historyjek o powieściowych zwierzętach (i nie chodzi wcale o psy i koty, tutaj jest i świnia i koza i koń, ale nie tylko).
Powieść pocieszająca, ratująca ciężki dzień, dająca ukojenie, wytchnienie, w zasadzie można by ją przepisywać na receptę, jako ważny element walki z wiosennym zmęczeniem czy niepewnością,
Warto sięgnąć po poprzedzające tom powieści, które znakomicie wprowadzają w klimat Starej Leśnej, a także ilustrują przemiany jakie w toku poszczególnych części przechodzą bohaterowie.
Tym razem dużo uwagi poświęcają autorki Kazi, przebojowej właścicielce księgarni z literackim zacięciem.
Kazia przechodzi wiele różnych kryzysów, w tym ten najbardziej dotkliwy - małżeński. Śledzimy jej nastroje i emocje na przestrzeni miesięcy wypełniających powieść. Towarzyszymy jej przyjaciółkom, Zuzannie i Wioli, a także pozostałym dobrze znanym bohaterom drugoplanowym, którzy w żadnym razie nie mogą skarżyć się na nudę.
Bezpretensjonalny styl, ciepła, serdeczna narracja są miodem na moje serce.
Świeżo po lekturze książki mam ochotę wrócić do początku, a w skrytości wierzę, że to nie jest ostatni tom serii.
Z czystym sumieniem polecam na mniejsze i większe smuteczki.


Za egzemplarz książki dziękuję wydawnictwu:




wtorek, 19 marca 2019

Dionisios Sturis, Ewa Winnicka - Głosy. Co się zdarzyło na wyspie Jersey [recenzja]

Wydawnictwo Czarne
Wołowiec 2019

Nie wiem jak obronić moje stanowisko. Nie znajduję dość silnych i przekonujących argumentów, by je dostatecznie uzasadnić, wytłumaczyć. Mimo powyższych irytujących braków muszę stwierdzić, że według mnie, ta książka nie powinna powstać.
Choć Ewa Winnicka to jedna z moich ulubionych reportażystek.
Poruszyła mnie historia zawarta w książce "Był sobie chłopczyk", zafascynowała opowieść o niejednoznacznej Barbarze Piaseckiej - Johnson, urzekła subtelność i klasa rozmowy w rodziną Stuhrów. To tylko część moich wynurzeń na temat sukcesów pióra Ewy Winnickiej. Rzetelna, fachowa, uważna.
W przypadku "Głosów" wszystkie jej wiodące cechy wciąż dominują, jednak nie ratują sytuacji.
Temat wydaje mi się zbyt... bulwarowy, kojarzący się z pierwszymi stronami kolorowych dzienników wątpliwej wartości. Z drugiej strony, dotyka tak prywatnych, intymnych sfer, że pisanie, wspominanie o nich zdaje się być  nie na miejscu.
Mamy oto polską rodzinę emigrantów, którzy szukają szczęścia na wyspie Jersey. On pracuje, ona opiekuje się dwójką dzieci. Rzeszowscy wydają się być typowi, zwyczajni, nudni. Do czasu aż mąż i ojciec rodziny podczas weekendowego grilla pozbawia życia dzieci, żonę, teścia i jeszcze przyjaciółkę domu wraz z małoletnią córką.
Szok. Niedowierzanie sąsiadów, znajomych, pracodawcy i wszystkich tych którzy mieli z nimi kiedykolwiek do czynienia. Z czasem pojawiają się nieśmiałe przebąkiwania o przemocy domowej, zazdrości, zdradzie, depresji.
Z rozmów jakie autorzy przeprowadzają ze świadkami życia rodziny Rzeszowskich, wyłania się jednak dość ponury obraz uwikłania w emigrację jako jedynego sposobu na wyrwanie się z biedy. Towarzyszy jej depresja, samotność, tęsknota za krajem i bliskimi, o tyle beznadziejna, że z racjonalnego punktu widzenia, nie dająca nadziei na powrót do kraju.
Pojawiają się historie pogubionych Polaków, którzy mają problem z aklimatyzacją w nowym miejscu, co odbija się na całych rodzinach. Nieszczelny, niegotowy na imigrantów system społeczny, nie gwarantuje pomocy psychologicznej, a co za tym idzie, generuje kolejne jednostki, stojące nad przepaścią.
Autorzy śledzą proces Rzeszowskiego, oglądają kilkadziesiąt godzin zapisu wideo z przebiegu procesu, przytaczając/skracając relację do najważniejszych fragmentów. Wyłania się z nich kompletnie niespójny obraz diagnoz psychiatrycznych, gdzie najtęższe brytyjskie głowy ścierają się nad powodami dla których Polak zabił najbliższych.
Niejednoznaczna ocena i przyczyna tragedii, niekompletny, niegotowy na tego rodzaju sprawy system prawny są kolejnymi fragmentami zmuszającymi do przemyśleń.
Autorzy zostawiają czytelnikowi miejsce na analizy i podsumowania, są dokładni i sumienni, a jednak sam temat, podejście do intymnych, rodzinnych spraw powoduje, że momentami czytelnik czuje się jak podglądacz.
I ma poczucie winy, że czyta, choć nie powinien.

czwartek, 14 marca 2019

Andrew Mayne - Powiększenie [recenzja]

Wydawnictwo W.A.B.
Warszawa 2019
Premiera 3 kwietnia 2019 r.


Dawno już nie czytałam kryminału o seryjnym zabójcy. 
W zasadzie to trudny temat, dużo gorszy do obronienia, aniżeli książka o pojedynczej zbrodni. Jest bowiem seryjny, ze swoim charakterystycznym sposobem zabijania, jest śledczy (często równie niepokojący co morderca), a z czasem pojawiają się mniej lub bardziej rzeczowe motywy, którymi kieruje się ścigany. Konstrukcja zawsze taka sama, trudno tu o zaskoczenie.
W "Powiększeniu" głównym bohaterem jest bardzo popularny naukowiec, Theo Cray, bioinformatyk, który po odkryciu tożsamości seryjnego zabójcy, Joego Vika zaczyna współpracę z tajnymi służbami, porzucając na dobre naukową karierę.
Jego aktualne zajęcie aż skrzy się od problemów, spięć i prób udowadniania swoich racji pośród tajnych agentów, dlatego też postanawia zrobić sobie wolne od pracy.
Niestety, sława ściga go nawet na urlopie. Przypadkiem zajmuje się zaginięciem syna Williama Bostroma, szeregowego księgowego z przedmieść Los Angeles.
Chłopiec zaginął przed dziewięciu laty. Cray przeglądając materiały ze śledztwa stwierdza opieszałość i brak zaangażowania policji, co sprawia, że cała sprawa zaczyna go bardzo interesować.
Rozpoczyna on polowanie na kolejnego seryjnego mordercę, którego osiedlowe dzieciaki nazywały Zabaweczką. Dorośli myślą o nim w kategoriach legendy i dziecięcego wymysłu, jednak Cray bierze pod uwagę wszystkie szczegóły, włącza w proces poszukiwania i odkrywania tożsamości mordercy całą swoje wiedzę naukową, a także skomplikowany system algorytmów i oprogramowań, które mają mu pomóc w ujęciu seryjnego.
Towarzyszymy mu w drodze, która prowadzi do nieuchronnego finału, a tym samym odkrycia tożsamości mordercy. Nie jest to droga szczególnie wyboista, nie jest też wybitnie intrygująca, w zasadzie jest dość przeciętna, szablonowa.
Pewnego rodzaju urozmaiceniem jest zaś włączenie w fabułę elementów wierzeń ludowych, zaklinaczy, czyli świata, hm, nazwijmy go, nadprzyrodzonego.
Kolekcjonerzy powieści o seryjnych mordercach powinni sięgnąć po książkę z oczywistych względów.

Za egzemplarz książki dziękuję wydawnictwu:


wtorek, 12 marca 2019

Ilona Wiśniewska - Lud. Z grenlandzkiej wyspy [recenzja]

Wydawnictwo Czarne
Wołowiec 2018

Niezwykłe i zadziwiające dla mnie (ciepłolubność) jest zainteresowanie i oddanie autorki tematyce zimna. Od lat przemierza geograficzne krainy lodu (Spitsbergen czy inna daleka północ norweska), opisując swoje fascynacje tamtejszymi środowiskami. 
Tym razem, przeżuwając skórę wieloryba (surowego) trafia na Grenlandię, gdzie zatrudnia się w osadzie – Uummannaq. Pracuje tam w najdalej na świecie na północ położonym domu dziecka, pośród małej, bo około 1300 osobową lokalną społecznością.
Pokazuje ich problemy (szeroko rozumiana seksualność), problemy z depresją i samobójstwami, radzenie sobie starej, sprawdzonej w najtrudniejszych warunkach ekonomicznych społeczności, która naraz musi sobie radzić z limitami połowów ryb czy polowań na foki.
Problem pewnej izolacji na arenie politycznej, rożnogłos w kwestii przynależności (bądź nie) do Danii, a także dostępność edukacji i korzystanie z niej przez Grenlandczyków, oto niektóre zagadnienia poruszane przez autorkę.
Dzięki zaangażowaniu w pracę w placówce opiekuńczej ma możliwość poznania i zrozumienia osadników.
Nie jest to łatwa sytuacja, nie chodzi jedynie o warunki klimatyczne (gdy przeczytałam, że przy minus dwudziestu stopniach zaczynają chodzić w trampkach, szczelniej przykryłam się kocem), ale także tradycje, ginące zawody, próba przetransponowania się na warunki europejskie (duńskie) i nade wszystko czas, jakże drugorzędny w grenlandzkiej rzeczywistości.
Narracja autorski snuje się zgodnie z trybem wyspy, dostosowuje się do niej: jest spokojna, momentami ospała.
Krajobrazy, które zabierają spojrzeniu kontur, niedźwiedzie skóry suszące się na ścianach domów, a nade wszystko ludzie, którzy tworzą koloryt miejsca.
Autorka ma do nich słabość, podejście, znalazła też klucz do ich wspomnień i relacji.

poniedziałek, 4 marca 2019

Olivier Norek - Kod 93 [recenzja]

Przekład: Joanna Polachowska
Wydawnictwo Mando
Kraków 2019

"Kod 93" jest reprezentatywnym przykładem utrzymującej się wciąż tendencji we francuskiej literaturze kryminalnej. Po pierwsze: mocne, twarde środowisko policjantów tworzących spójną, zwartą grupę, zaufanych ludzi. Po drugie: mroczne przedmieścia i blokowiska, w których dzieją się rzeczy upiorne, przesycone złem i okrucieństwem. Po trzecie: emigranci - uwikłani w mroczne biznesy skumulowane wokół narkotyków i prostytucji. Po czwarte: władza, jej tajemnice, matactwa, dobrze ukryte zbrodnie. Po piąte: establishment, będący świetną przeciwwagą dla plugawego towarzystwa z przedmieść. Tak to widzę. W taki sposób swoją książkę realizuje Olivier Norek, opierając ją na większości powyższych punktów. 
Podobnie ze swoimi osiami fabularnymi postępowali zarówno Maxime Chattam czy Pierre Lemaitre, a także całe rzesze filmowców, przenoszących na ekrany scenariusze pełne zbrodni.
Jeśli chodzi o fabułę, starym dobrym hitchcockowskim wzorem zaczyna od trzęsienia ziemi, by później tylko podkręcać napięcie. Okrutnie wymęczone zwłoki młodej kobiety, okaleczone ciało potężnego emigranta, który okazuje się być nie do końca trupem, czy prywatne śledztwo Victora Coste'a, dowódcy grupy śledczej, które przyniesie mu wielu nerwów...
Rzecz dzieje się w departamencie Seine-Saint-Denis, któremu władze przyporządkowały kod 93. Ostatnio dzieje się tam bardzo wiele, dochodzi do dużej ilości przestępstw, w tym wielu największego kalibru...
Coste trafia na trop spisku, który im bliżej oglądany, tym bardziej przerażający się wydaje. Co gorsza, jego współudziałowcami okazują się być bardzo prominentni ludzie, niektórzy całkiem znani Victorowi.
Choć postaci wydają się całkiem dopracowane, a dialogi żywe, pojawia się pewien chaos w gospodarowaniu poszczególnymi charakterami. Moim zdaniem takim niedopracowanym, potraktowanym po macoszemu (mało wyeksponowany, mimo ważkiej funkcji) kapitan Malbert. 
Należy jednak pamiętać, że autor z zawodu jest porucznikiem policji sądowej, funkcjonariuszem, którego doświadczenie widać w fabule. Niech będzie to usprawiedliwieniem dla ewentualnych potknięć.

niedziela, 3 marca 2019

Angelika Kuźniak - Marlene [recenzja]

Wydawnictwo Czarne
Wołowiec 2013

Mam problem z tą książką. 
Nie jest ona ani biografią, ani klasycznym reportażem. W zasadzie trudno jednoznacznie powiedzieć czym jest.
W posłowiu autorka przyznaje, że praca nad książką zajęła jej dziewięć lat, łączenie w pracą w archiwach i zbieraniem materiałów. To z pewnością robi wrażenie, jednak nie powoduje, że nabieram przekonania do samej historii.
Po śmierci Marleny Dietrich, do Berlina trafiają pamiątki po niej, łącznie 25 ton zapisków, ubrań, przedmiotów codziennego użytku. Jest tam także niepozorny notes z kilkoma polskimi nazwiskami. 
I to był przyczynek do poszukiwań dla Angeliki Kuźniak. 
Polskie akcenty związane są z tournée, jakie w 1964 i 1966 Błękitny anioł odbył po kilku miastach, między innymi: Warszawie, Gdańsku, Wrocławiu. Skrupulatność i wyjątkowy pedantyzm Marleny spowodowały, że z notatek możemy poznać zarówno temperaturę powietrza podczas każdego dnia wizyty w Polsce, ale też zaznajomić się z jej wydatkami czy ówczesnymi kursami walut.
Ze wspomnień jej współpracowników, a także osób, które w Polsce miały z nią mniejszą czy większą styczność, wyłania się chłodna profesjonalistka, całkowicie oddana sprawie. Taka, która zauważy spóźnienie szeregowego muzyka, usterkę jednej lampy na scenie, czy przeciągającą się naprawę aparatu fotograficznego. Kobieta kontrolująca. Kobieta lustrująca. Kobieta weryfikująca. Bardzo poważnie podchodząca do wszystkich swoich zobowiązań, zadań i projektów.
Skupiona na sobie, znająca swoją wartość, planująca wszystko z wyprzedzeniem. Jednocześnie skryta, pełna tajemnic, dyskretnych uczuć i relacji, a do tego silna i charakterna kobieta, nie bojąca się krytykowania i odrzucenia hitleryzmu w latach jego rozkwitu.
Zresztą, sprawy z nazistami ciągnęły się za nią do samej śmierci, a nawet długo później, o czym także pisze autorka.
Posągowa Marlena (co nie jest niespodzianką) to tylko fasada, za którą chowała się samotna, zgorzkniała kobieta. Wspominana przez córkę, wnuki, za każdym razem, przy każdym wspomnieniu pokazuje się z innej strony: czuła babcia, wymagająca matka, kobieta wielu oblicz i nastrojów.
Angelika Kuźniak odkrywa kolejne jej wcielenia, ilustrujące je kolejnymi przypisami z życia.
Mimo wszystko nie potrafię przekonać się do tej książki, być może przez jej fragmentaryczność (przecież zamierzoną).

piątek, 1 marca 2019

Wojciech Tochman - Pianie kogutów, płacz psów [recenzja]

Wydawnictwo Literackie
Kraków 2019

Najtrafniej o pisarstwie Wojciecha Tochmana wypowiedziała się kilka lat temu Małgorzara Szejnert. Cytat jest konieczny, w zasadzie załatwia całą sprawę i najlepiej oddaje to, co sama chciałabym powiedzieć: "Mówiąc krótko: Tochman nie pisze niepotrzebnych słów". 
Oszczędny, wyważony styl autora jest zarazem pełen dyskrecji i wyczucia, wcale nieczęstych we współczesnych reportażach. 
Zresztą, tematy jakie porusza w swej najnowszej książce obligują do powściągliwości. Już pierwszy reportaż wstrząsa czytelnikiem. Dotyczy on operacji "Zerwać łańcuch", jaką kambodżańska organizacja Transulture Psychological Organisation (TPO) przeprowadza na prowincji, próbując leczyć ludzi chorych psychicznie. Reporter towarzyszy doktor Ang Sody (pierwsza w kraju lekarka psychiatra), która odwiedza ukryte w dżungli wioski diagnozując chorych, dostarczając leki, odwiedzając stałych pacjentów. To, co za każdym razem zastają na miejscu, nie mieści się w naszych przywykłych do komfortu głowach. Ludzie uwięzieni w chlewach, innym razem specjalnych klatkach, gdzie za nogę przytwierdzani są łańcuchem do podłoża, traktowani jako opętani przez duchy różnych proweniencji. Nadzy, brudni (choć nie wszyscy i nie zawsze), często głodni, otoczeni własnymi odchodami, bytują tak od lat (niektórzy kilkunastu!!!). 
Autor poznaje historie rodzin, chorych, próbując dociec, co stoi za uwięzieniem pacjentów doktor Ang Sody. Ta wstrząsająca relacja budzi oburzenie, ale i zdziwienie, że w dzisiejszym świecie, tak skomplikowanie zaawansowanym technicznie, tak liberalnym i otwartym (pozornie) jest miejsce na wszystkie zamierzchłe okrucieństwa - od głodu po izolowanie i więzienie chorych, innych, odstających od reszty.
Czasem choroba ma związek z przeszłością, historią kraju. Jak bumerang wraca Pol Pot i Czerwoni Khmerzy, którzy praktykując przerażającą politykę ludobójstwa we własnym kraju doprowadzili do zniszczeń i rozłamu (także duchowego, solidarnościowego) narodu, który trwa po dziś dzień.
W kolejnych reportażach z tomu, autor pokazuje kambodżańską teraźniejszość. Sama nie wiem, która jej część jest najstraszliwsza: staruszki wypychane przez rodziny na żebry (tak mają zapracować na przysłowiową miskę ryżu), historia starego kina, będącego najmocniejszym dowodem na słabość państwa, czy opowieść księgarza, który mimo kalectwa próbuje utrzymać siebie, rodzinę i godność, sprzedając na ulicy niepopularne książki.
Najbliżej mi do opowieści "Rok wszystkich śmierci" (jest szalenie literacka). Jej bohaterka, Nhep Sary opowiada koleje własnego losu, przez okrutną historię splątane z czasami Pol Pota. Jej narracja pozbawiona afektacji i wzburzenia, pokazuje, jak inna jest to kultura, jak wiele złego musiało się tam wydarzyć, by ludzie z pokorą i spokojem znosili kolejne ciosy (jak dla mnie) nie do udźwignięcia. Jednocześnie jest to w pewnym sensie kambodżańska historia uniwersalna, bo niemal każdy doświadczył tam dotyku totalitaryzmu. 
Reporter towarzyszy swoim bohaterom, zadaje pytania, stoi z boku, użyczając czytelnikowi swojej wrażliwości i niepokoju. To wielka sztuka.
Sam tom skłania zaś do powrotu czy refleksji nad poprzednimi książkami autora o ludobójstwie: "Jakbyś kamień jadła" o konsekwencjach wojny w Bośni i Hercegowinie, czy "Dzisiaj narysujemy śmierć" o ludobójstwie w Rwandzie. Ten tryptyk powinien być lekturą konieczną. Szczególnie teraz, w tych zobojętniałych, bezdusznych, okrutnych czasach.
  A teraz potrzebuję czasu, by dojść do siebie...