piątek, 11 listopada 2016

Rachel Abbott - Zabij mnie znów [recenzja]

Przekład: Joanna Dziubińska
Wydawnictwo Filia
Poznań 2016

Czekałam na tę książkę z wielką niecierpliwością. Zachęcona Obcym dzieckiem (tu recenzja) byłam ciekawa kolejnej książki z nadinspektorem Tomem Douglasem w roli głównej. 
Manchester. Młoda utalentowana prawniczka Maggie Taylor (z tym talentem to spora przesada, jej prywatne zachowanie, kompletny brak perspektywicznego myślenia, wykluczają skuteczność w sądzie, postać Maggie pełna jest niedoróbek, a to duży błąd autorki) sprowadza się wraz z dwójką dzieci i mężem Duncanem do miasta nad rzeką Irwell.
Pewnego dnia jej mąż wychodzi z domu, pozostawiając bez opieki kilkuletnie dzieci. Nie daje on znaku życia, można powiedzieć, ze zapada się pod ziemię. W tym samym czasie w Manchesterze zostają zamordowane dwie kobiety łudząco podobne do Maggie. Każda inna kobieta na jej miejscu spakowałaby manatki i uciekła gdzie pieprz rośnie (by chronić dzieci), ona jednak postanawia odnaleźć męża i dowiedzieć się, czy nie porzucił jej przypadkiem dla innej kobiety. Bezmyślność, nierozwaga, a także irytująca czytelnika krótkowzroczność, odbierają przyjemność czytania.
Bez wątpienia, ta książka jest dużo słabsza niż Obce dziecko. Zarys intrygi (jakoś nie trzyma się kupy pomysł na zabijanie kilku niezwykle podobnych do siebie kobiet - czy jest ich aż tyle na terenie jednego miasta? Kolejna z sobowtórek Maggie jest utrzymywana przy życiu, mimo porwania, ale dlaczego? Scena w opuszczonej fabryce jest nieznośnie płaska i niewiarygodna, autorce brakuje chyba sensownych pomysłów, a także kontaktu z rzeczywistością). 
Tom Douglas powoli odkrywa prawdę o zabójstwach, próbując przede wszystkim zapobiec kolejnym śmierciom. Na drodze staje mu nierozważna Maggie, która co krok próbuje zmylić służby. Motywacja jej postępowania jest jednak marnie zarysowana i naprawdę kiepska.
Douglas odkrywa też związek między aktualną sprawą a morderstwami sprzed dwunastu lat, kiedy to też traciły życie bliźniaczo podobne do siebie kobiety. Tamta sprawa nie została wyjaśniona, nie chce on dopuścić do sytuacji, w której znów nie znajdzie winnego.
Autorka porusza też problem zaufania i prawdy w związku. Chodzi tu o Duncana, jego prawdziwe oblicze i przeszłość, która potrafi odnaleźć każdego nawet po latach. Na ile znamy osobę z którą jesteśmy, na ile możemy jej zaufać?
Abbott próbuje małymi środkami odkrywać uniwersalne prawdy, jednak marna i niewiarygodna konstrukcja postaci Maggie odbiera jej powagę i autentyczność. 
Rozczarowanie. Szkoda.

niedziela, 6 listopada 2016

Szczepan Twardoch - Drach [recenzja]

Wydawnictwo Literackie
Kraków 2014

Rozdwojenie zaczyna się już na okładce, a później trwa przez całą książkę, aż po ostatnią jej stronę. Mnogość narracji, mieszanie czasów, losów, wątków. Ten pomysł na fabułę może przeszkadzać, przygniatać, może nawet zniechęcać, ale tylko w skrajnych przypadkach, w większości wciąga i hipnotyzuje.
Śląsk. Jego gwara, skomplikowana historia, charakterne (bądź całkiem niemrawe) postaci, a wszystko to zlepione soczystym, czasem profetycznym, czasem melancholijnym językiem Twardocha.
Ilość skojarzeń, myśli, momentów, które autor chciałby umieścić na jednej stronie swojej powieści przyprawia o zawrót głowy. Intensywność tej powieści dużo kosztuje czytelnika, wymaga  skupienia (skoki narracji, partie gwary śląskiej, ale też częste fragmenty po niemiecku), uwagi i refleksji. 
Co chwilę następuje przeskok między współczesnym Śląskiem a tym z początku XX wieku. Wojny, powstania śląskie, czasy małej stabilizacji, czy teraźniejsza gonitwa, bardzo płynnie przechodzą jedna w drugą, pokazując, że to, co miało miejsce dawno temu, łatwo odrodzi się tu i teraz.
Grzech popełniony przez Josefa Mangora ponad 100 lat temu ma swoje następstwa u jego prawnuka, Nikodema Gemandera. Zmienił się ustrój, granice, język, mowa, obyczaje, jednak rodzinny defekt odradza się w co którymś pokoleniu, i nie ma znaczenie wykształcenie, wiedza, prestiż i możliwości, jakimi mogą kierować się kolejni potomni. Dziedzictwo ułomności i mroczności wciąż jest przekazywane.
Tytułowy Drach, wieczny obserwator i komentator historii, aktualnej rzeczywistości, ale też przyszłości jest z czytelnikiem w każdej chwili. Przypomina, że nasze życie jest krótkie, ulotne i wcale nie wyjątkowe. Te same dylematy przeżywali już ludzie przed wiekami, tylko dekoracje były wtedy inne.
Po nas również pozostanie tylko garść prochów, po nas również za jakiś czas będą stąpać kolejne, niby udoskonalone, ale jednak takie same pokolenia, które nie będą umiały poradzić sobie z własnymi żądzami, kompleksami, ułomnościami. Będą się ranić, zostawiać, cierpieć. Nic się nie zmieni. 
Śmierć jest wieczna, jest bodaj jedyną pewną sprawą/chwilą/momentem w naszym życiu, bez względu na okoliczności historii, status materialny. 
Gorzkie podsumowanie, tak samo gorzkie jak cały ponury, trochę straszny Drach.

wtorek, 1 listopada 2016

Henryk Małkowski - Moje wspomnienia [recenzja]

Wydawnictwo PIW
Warszawa 1958

Henryk Małkowski był utalentowanym aktorem teatralnym i filmowym. Wyróżniał się wielkim poczuciem humoru, które wkładał w niemal każdą swoją rolę, ale, której sporą dawkę zaaplikował także w książkę wspomnieniową. Pasjonował się również charakteryzacją, którą w późniejszych latach kariery zawodowej wykładał w PWST. Zasłużył się organizując teatr dla dzieci, był społecznikiem, animatorem kultury.
Jego wspomnienia to kopalnia wiedzy o teatrze końca XIX, początku XX wieku. Pisał o pierwszych warszawskich kabaretach, które trudno było nazwać literackimi, czy nawet artystycznymi, były tam wówczas żonglerzy, czy tresowane zwierzęta. On sam wspominał Klasę Dramatyczną przy Towarzystwie Muzycznym, która przygotowywała do zawodu aktora. Istniała ona przy Placu Teatralnym, należało uiścić wpisowe (10 rubli), a także uiszczać miesięczną opłatę w wysokości 5 rubli. Po szkole adepci udawali się na tzw. giełdę aktorską, która mieściła się u Bliklego na Nowym Świecie.
Pierwszym teatrzykiem prawdziwie literackim w Warszawie był założony przez dra filozofii, Arnolda Szyfmana, który zainspirowany popularnością Zielonego Balonika zebrał teksty, artystów, muzykę, dekoracje i odniósł sukces. Jego Momus pozyskał przybyłego z Paryża Leona Schillera, prezentował swój program między północą o drugą nad ranem, kiedy to z bali, rautów i teatrów wychodzili (wciąż) spragnieni rozrywki bon wiwanci.
Henryk Małkowski występował z największymi, z rozrzewnieniem wspominał własną parodię Isadory Duncan, z którą (!) wystąpił w Filharmonii Warszawskiej. Spotykał się z Paderewskim, grał z Polą Negri, pracował też z samym Konstantym Stanisławskim. 
Po latach obserwowania modelu aktorstwa, w którym rządzi jednostka, nie ma mowy o grze zespołowej, zaś całym systemem trzęsie jedna gwiazda, która dyktuje warunki, ma największą gażę, był zdziwiony szkołą Stanisławskiego. Wcześniej, aktor specjalizował się z pewnym rodzaju ról, odpowiadającym jego dyspozycjom artystycznym, rola musiała leżeć w charakterze wykonawcy.
U Stanisławskiego w moskiewskim Teatrze Artystycznym pierwszy raz zetknął się z grą zespołową, ale też statystami. We wspomnieniach autor barwnie opisuje ich współpracę, warsztat, działania. 
Starzy znajomi, mistrzowie (Kazimierz Kamiński i Wincenty Rapacki), praca z dziećmi, w teatrach prowincjonalnych, a także wyjazdy do górniczych rejonów Francji, gdzie polscy aktorzy występowali dla emigrantów, ponadto wspomnienia rosyjskich wojaży (zabawna historia z handlarzem wołów). Bogactwo doświadczeń, przygód, mnogość barwnych postaci, pamiątek, reminiscencji - oto książka Małkowskiego.

poniedziałek, 24 października 2016

Elizabeth Strout - Nie odstępuj ode mnie [recenzja]

Przekład: Ewa Westwalewicz- Mogilska
Wydawnictwo Świat Książki
Warszawa 2008

Podstawowym atutem tej książki jest umiejscowienie jej akcji na amerykańskiej prowincji. Zwykli ludzie, małe - wielkie problemy, tradycja, małomiasteczkowe prawdy i obyczaje, esencja społeczeństwa - nie pędzące metropolie, pełne zahartowanych, nastawionych na sukces japiszonów, ale typowi, przeciętni amerykańscy zjadacze chleba i ich wdrukowany, konserwatywny obraz świata.
Mglista, senna atmosfera, małe ploteczki, które podkręcają sielską, nudnawą codzienność mieszkańców, przenika też na czytelnika. Jednocześnie pojawia się niepokój, którego źródła trzeba upatrywać w małej, pięcioletniej dziewczynce, która naraz została sama. Matka umarła, ojciec szuka pocieszenia w pracy pastora, młodsza siostrzyczka została oddana na wychowanie babci. Katherine zamyka się w sobie, przestaje mówić, nie chce utrzymywać kontaktu z innymi dziećmi, panie przedszkolanki snują wizję jej przyszłości, którą malują w czarnych barwach. 
Ojciec, pastor Tyler Caskey, nijak nie pasuje do przyjętego wzorca duszpasterza, młody, przystojny, potężny, a przy tym z gołębim sercem oraz problematyczną sytuacją prywatną, powoli zaczyna prowokować złe spojrzenia, później komentarze, które ewaluują do coraz to nowych, mniej przyjemnych wtajemniczeń.
Jest też wspomnienie jego żony, pięknej, wyzywającej Lauren, która samą swą obecnością gorszyła skostniałe towarzystwo, prowokowała złe języki i zazdrosne komentarze.
Trzeba bowiem wiedzieć, że lokalna społeczność, choć pozornie taka wzorcowa i akuratna, kryje w sobie całe morze uczuć i namiętności, wiele grzechów, zaniedbań, ciemnych sprawek, które starannie chowane, powoli wychylają się na światło dzienne.
Historia pastora, która wciąż narasta, powodując u czytelnika pilną potrzebę pozyskania efektownego finału, będzie miała ciąg dalszy, autora znajdzie dla niej rozwiązanie, jednak dla mnie, dużo większą prawdą, bardziej intrygujące były epizody opisujące problemy poszczególnych parafian. Sam pastor i jego dramat jest zbyt papierowy, płaski, być może przez taką a nie inną konstrukcję jego charakteru, z którego autorka uczyniła płochliwego, skromnego, idealistycznego olbrzyma o gołębim sercu. Dla mniej jest on zbyt nierzeczywisty, mdły. 
To wątek Charlie'ego, Doris czy Connie daje do myślenia i pokazuje jak złożone są to postaci, jak wiele są w stanie zaoferować czytelnikowi, jak wiele prawd o świecie opowiedzieć, jak barwne i intrygujące są lokalne osobowości. Pastor i jego wątek, staje się po trosze tłem, choć przecież z założenia miał być pierwszym planem.
Siła powieści jest też język - oszczędny, stonowany, pozbawiony wykrętów, ozdobników, przymilności. Surowy, w punkt trafia z ocenami, opowiada o istocie rzeczy, za pomocą krótkich, acz pełnych treści obrazów. Symbolika i przestrzeń ukryta w narracji Strout jest godna podziwu. To wielka sztuka mówiąc niewiele powiedzieć wszystko.

niedziela, 23 października 2016

Szolem Alejchem - Zaczarowany krawiec i inne humoreski [recenzja]

Przekład: Ludwik Górski
Wydawnictwo Austeria
Kraków 2016

Po pierwsze: radość i rozczarowanie. Radość, gdyż kolejny, pięknie wydany tom opowiadań Alejchema. Rozczarowanie wstępem Jarosława Mikołajewskiego, który sprawia wrażenie, jakby tematyką, którą podjął sprawiała mu wielką trudność. Niepewność, operowanie przeciągłymi cytatami i komentowanie ich powodują, że czytelnik nie ma zaufania do jego rekomendacji. Wrażenie jest takie, że do napisania wstępu poproszono niekompetentnego, za to będącego na fali popularności (znakomitego skądinąd) poety, tłumacza, który doskonale orientuje się we włoskiej literaturze, ale co wie o literaturze jidysz? Ze wstępu wynika, że niewiele, objaśniając cytaty próbuje zmierzyć się z wielkością Alejchema. Wstęp to nieporozumienie, po którym szczęśliwie następuje proza Salomona Rabinowicza,
Niech nikogo nie zwiodą tytułowe humoreski - poszczególne opowiadania przesycone są atmosferą epoki i całym ówczesnym bagażem społecznych doświadczeń: mieszkańcy sztetli są biedni, żyjący z odosobnieniu, w troskach i bolączkach dnia codziennego.
W Lekkim poście biedny reb Chaim Chajkin głoduje wraz z liczną rodziną. By oddać swą marną porcję zabiedzonym dzieciom, co i rusz wymyśla nowy powód postu, któremu się oddaje. W podobnym tonie utrzymana jest Prażenica bogacza, smutna w treści, acz zabawna w formie opowieść o marzeniu pewnego nędzarza, który chciałby skosztować omletu.
Gazety, a także Mój pierwszy romans  to satyra na tradycję i sztetlową obyczajowość, delikatna, ciepła, a jednocześnie przeszywająca i obnażająca wszystkie słabości obrzędowości Żydów.
Tytułowy Zaczarowany krawiec jest bodaj najbardziej sztukmistrzowski, łączący to, co nierzeczywiste z dowcipem, humorem i prostotą życia. Mamy biednego krawca, Szimona Ele Wniebogłośnego, na którego spada moc kłopotów, a wszystko przez kozę.
W Zaczarowanym krawcu autor żongluje językiem, bawi się formą, konwencjami, nawiązuje do wierzeń, tradycji, ale też ludzkich słabości, ułomności.
Czułość do opisywanych sytuacji, charakterów, postaci wyziera zza każdego akapitu. Szolem Alejchem jest pełen tkliwości, sympatii dla swoich bohaterów. wzrusza się ich losami, jest ciepły, przyjacielski i oddany swoim historiom. Ocala od zapomnienia sztetlowy świat, jego mieszkańców, ich troski i radości.
Zaczarowany krawiec, zaczarowany, zapomniany mikrokosmos maleńkich żydowskich siedzib i miejsc. Dzięki Alejchemowi istnieje choć w książkach. Tylko tyle i aż tyle, bo z opowiadań zawartych w zbiorze płynie wielki talent autora, jego przenikliwość, umiejętność opowiadania w prosty, czasem odkrywczy sposób o małych troskach, które pod jego piórem zamieniają się w wielką literaturę. Niezwykły zbiór.

piątek, 21 października 2016

Charlie Donlea - Dziewczyna z Summit Lake [recenzja]

Przekład: Anna Rogulska
Wydawnictwo Filia
Poznań 2016

Po naprawdę udanej Kolejności Huberta Hendera i Obcym dziecku Rachel Abbott wydawało mi się, że każda kolejna książka wydana w Mrocznej Serii będzie wydarzeniem. Początkowo Dziewczyna z Summit Lake (opis na okładce, wstęp książki) dawała nadzieję na kolejną świetną powieść, jednak ostatecznie mocno mnie rozczarowała.
Narracja biegnie dwutorowo: historia opowiadana jest z perspektywy ofiary, czyli Bekki Eckersley (i tutaj jest dość ciekawie) oraz z pozycji dziennikarki, Kelsey Castle, tropiącej zabójcę dziewczyny (ta część jest kompletnie nie do przyjęcia, zarówno przez brak pomysłu, traktowanie czytelnika jak idioty poprzez grubymi nićmi szyte kolejne trefne tropy, które wołają o pomstę do nieba). O ile przybliżenie ostatnich miesięcy życia Bekki, poznanie jej przyjaciół, okoliczności, które doprowadziły do tragedii są wciągające i naprawdę ciekawe, o tyle dziennikarskie śledztwo Kelsey jest co najwyżej marne.
Mamy oto małe wypoczynkowe górskie miasteczko, Summit Lake, które staje się świadkiem zagadkowej zbrodni. Ofiarą morderstwa jest młodziutka studentka prawa, Bekka Eckersley. Jest trup, nie ma winnego, nikt nic nie widział, nikt niczego nie słyszał, miasteczko zaś pogrąża się w domysłach i teoriach spiskowych.
Na miejsce zbrodni przyjeżdża uznana dziennikarka śledcza, Kelsey Castle, stawiająca sobie za cel rozwiązanie zagadki. Policja jest kompletnie bezradna, śledztwo stoi w miejscu, mimo iż, ofiara jest córką prominentnego prawnika, nic się nie dzieje. Dopiero przybycie Kelsey zmienia całą sytuację, wprowadza ona nowe tropy, balansując na granicy prawa, wciągając w sprawę coraz to nowe postronne osoby, przy okazji walcząc z własnymi demonami, dochodzi wreszcie do prawdy, która jest (delikatnie mówiąc) rozczarowująca.
Nie sposób uwierzyć w tę historię. Policja nie ma dostępu do danych medycznych, nie wspominając o dowodach rzeczowych i bazie potencjalnych sprawców. Próbka DNA porównana została tylko z kilkoma osobami z otoczenia (autor wymienia bodaj cztery), komendant składa broń i oddaje śledztwo dziennikarce, którą później nachodzi wyższy rangą policjant stanowy, który obstawia funkcjonariuszami całe miasto po to, by zaaresztować (czemu?) rzeczoną dziennikarkę. Ten wątek jest mocno konfundujący swą naiwnością i niedopracowaniem.
Autor z każdą kolejna stroną wpada na tak absurdalne rozwiązania, że aż żal czytać. Największy zgrzyt powodują oczywiście prymitywne naprowadzenia na kolejne fałszywe tropy, co momentami prowokuje do odłożenia książki na półkę (ewentualnie do kosza).
Szkoda czasu na twórczość Donlea.

niedziela, 16 października 2016

Ester Singer Kreitman - Rodowód [recenzja]

Przekład: Natalia Moskal
Wydawca: Ośrodek "Brama Grodzka - Teatr NN" i Fame Art
Lublin 2016

Tak Isaac Bashevis Singer pisał o swojej starszej siostrze: O Freudzie jeszcze w tamtych czasach nie wiedziano, ale w naszym domu rozgrywał się freudowski dramat. Moja siostra, Hinde Ester, najstarsza z nas, nie potrafiła dogadać się z matką. Podejrzewała, że matka jej nie kocha. To nie była prawda, ale prawdą było, że matka nie mogła jej znieść. Moja siostra była chasydem w spódnicy [...]; nie dość, że cierpiała na histerię, to także miała lekkie napady epilepsji. Czasami wydawało się, że siedzi w niej dybuk. Dla ojca była tylko kobietą, więc niewiele się nią zajmował. Moja matka zaś nie rozumiała jej, tak jak kura nie rozumie kaczego jajka, które wysiedziała....
To w zasadzie najlepiej oddaje styl, charakter i wrażliwość Ester Singer Kreitman. Przenikliwa, zdecydowana, wyprzedzająca swoją epokę, z pokaźnym talentem do obserwowania i pointowania rzeczywistości, była ona osobliwa, intrygująca, ale też (przez wzgląd na czasy i obyczaje, ale przede wszystkim ze względu na talent i popularność brata) odsuwana na boczny tor.
Zbiór Rodowód pokazuje możliwości pisarskie autorki, najbardziej ją interesujący obszar tematyki społecznej, a także wyjątkową predyspozycję do podkreślenia uwikłań, zależności, jakie pętają jej bohaterów.
Bo trzeba zaznaczyć, że postaci Kreitman nie są wybrańcami losu. Zarówno aktorzy polskich, jak i  jej brytyjskich opowiadań są doświadczani przez los. Część pierwsza - Opowiadania ze sztetł to panorama polskich miasteczek początku XX wieku. Tradycja (utwór Nowy świat - alter ego autorki, akcent na brak porozumienia z matką, jej rozczarowanie powiciem córki, poczucie wykluczenia dziecka), patriarchat (Atłasowa kapota), przesądy (Reb Mejrl), oto czym stał ówczesny żydowski świat. Kreitman znakomicie odmalowała powyższe wartości w swoich utworach. Jest jeszcze tytułowy Rodowód, który znów akcentuje siłę i dominację tradycji, nawet kosztem szczęścia młodych ludzi. Aranżowane śluby, dążenie do kontaktów z ludźmi możnymi, bądź, choć równymi sobie, troska o lepsze jutro, prestiż, szacunek, ale też bezpieczeństwo, oto codzienne zgryzoty bohaterów.
Opowiadania londyńskie zaś, są bardziej różnorodne. Jim to opowieść o życiu w kulturowym tyglu, w którym łatwo zapomnień o własnej tradycji. Tytułowy Jim, dopiero po ślubie z gojką  wraca pamięcią do dziedzictwa kulturowego swego ludu, sprowadza to nań poczucie sprzeniewierzenia, wywołuje rezygnację.
Inne londyńskie historie dotyczą skrajnej nędzy, ubóstwa, nieradzenia sobie z emigracją, poczucie wykluczenia, obcości, braku perspektyw.
Kreitman sama przeszła drogę z prowincjonalnego Biłgoraja aż do dalekiego Berlina, Londynu, gdzie przyszło jej żyć w dojrzałym życiu.
Nie chcę, by prozę Ester Singer traktowano jako ciekawostkę przez wzgląd na rodzinne koligacje. Tematyka, kompozycja, dociekliwość, pisarskie oko, powodują, że jej opowiadanie bronią się same.