sobota, 12 czerwca 2021

Vivian Gornick - Przywiązania [recenzja]


 Przekład: Łukasz Witcza

Wydawnictwo Filtry

Warszawa 2021


Jestem oczarowana pisarstwem Gornic - wyraźnym, klarownym, intensywnym i żywym. 

Błyskotliwa i energiczna, nieznająca tabu i bezwględna dla siebie i otoczenia. Pisząc o własnej relacji z matką jest uważna, zasadnicza, ale też pełna oddania i skrywanej czułości.

I, co istotne, jej relacja z rodzicielką to istny poligon emocjonalny, naszpikowany wybuchowymi charakterami obu pań. Toczące ze sobą całożyciową walkę o dominację i tron w kwestii wiedzy o świecie, ludziach i obyczajach, nieustannie się sprawdzają i wystawiają na słowne wojenki. Ranią się przy tym, opamiętują, zazdrośnie śledzą relacje z postronnymi.

Niezwykle interesująca jest dla mnie opowieść o dzieciństwie i młodości, jaka toczy się w nowojorskiej kamienicy gdzieś na Bronksie. Przekrój środowiska, paleta charakterów, teatr sąsiedzkich gier i podglądań, a do tego krótkie biografie co ciekawszych i barwniejszych mieszkańców. Jidysz - "język ironii i buntu" przeplata się z angielskim, ekspresja i siła kobiet zajmujących się domem i życiem sąsiadów zestawiana jest z życiem dorosłej już narratorki - swobodnej seksulanie, wyzwolonej, o socjalistycznych poglądach i ciętej ripoście.

Siłę i urok tej książki można mierzyć błyskotliwością i inteligencją oraz świadomością Autorki. Przeprowadza nas ona przez epoki, zmieniajacą się wizję i pozycję kobiety w społeczeństwie, gdzie od kury domowej przechodzimy przez etap kobiet pracujących i kompletnie wyzwolonych, samodecydujących o sobie, strzepujące z ramion patriarchalne pyłki. Mężczyźni cały czas są dodatkiem do życia, czasem idealizowanym (zmarły ojciec), czasem szczęśliwie nieżywym (mąż Nettie), innym razem są obiektem seksulanych wyładowań, czasem mylnie branych za wybranków serca.

Wszystkie te reminiscencje dzieją się podczas spacerów starej matki z mocno już dojrzałą córką. 

Aż nabrałam ochoty na nowojorski spacer.

czwartek, 13 maja 2021

Andrzej Stasiuk - Przewóz [recenzja]

 

Wydawnictwo Czarne

Wołowiec 2021


Najpierw pojawia się zaskoczenie: Stasiuk podaje powieść, i do tego osadzoną w latach 40. XX w. 

Spodziewałam się standardowej Stasiukowej opowieści drogi, pełnej kaukaskiego piachu i niewygodnych dróg, między którymi żyją niezwykli ludzie, pełni niezwykłych spostrzeżeń ubranych w zwykłe słowa. A tu taka siurpryza.

Wczesne lato 1941 roku. Przygraniczna wieś, niby senna, a pełna rozgorączkowanych dziań. Z jednej strony przewoźnik, Lubko, jak głosi wieść gminna najlepszy w okolicy, nocami (za dobre pieniądze) przerzuca przez rzeczną granicę tych, którzy muszą zniknąć z ziem zajętych przez hitlerowców. 

Z drugiej, niedobitki partyzantów, w których ostatki żołnierskiej przyzwoitości walczą z wojenną barbaryzacją.

Z trzeciej widok z rzeki: po lewej eleganccy nazi oficerowie, po prawej nkwd-owskie szuje, z obu stron bieda i strach, szpicle i donosiciele, uciekinierzy i oprawcy, a także ci, którzy starają się żyć jak najbardziej po prostu.

Codzienność miesza się z niezwykłością czasów. Gęste, gorzkie upodlenie łączy się z heroizmem tych, którzy, choć na chwilę ocalić złudzenie normalności. 

Pośród wątków jakie przewijają się przez powieść najmocniej zapada mi w sercu historia dwójki młodych żydowskich uciekinierów. Podróżujący z Dorą Max marzy o dalekim Birobidżanie, wydaje mu się, że przekroczenie rzeki będzie zbawieniem. Walczący z głodem, zmęczeniem, ukradkowym nocnym przemieszczaniem się lasami i polami karmią się opowieściami o azjatyckiej ziemi obiecanej, która poza demokracją i czynnym udziałem w budowaniu państwowości oferuje pracę i wolność. Chyba nikt poza Maxem nie wierzy w tę bajkę, a jednak brną dalej, napotykając na swej drodze istotną przeszkodę pod postacią rzeki. Inteligenckie wychowanie, dobrobyt lat dziecinnych i nastoletnich,  zestawiony jest z obezwładniajacym strachem przed śmiercią, z brudem, podartymi koronkami, zniszczonymi ubraniami, dającymi jednak blade pojęcie o ich kosztownym pochodzeniu.  Na nic zdają się paryskie wspomnienia, języki obce, wtrącenia związane ze sztuką, pomizerniałe wspomnienia niegdysiejszych śniadań podawanych przez służącą. Wojenny upadek jest więcej niż bolesny, jest druzgocący. Przyszłość niepewna. Jak dla mnie oczywista. Ale pośród lektury żyłam nadzieją, że jednak nieoczywista.

Max i Dora mają nadzieję na długie życie w Stolicy Żydowskiego Obwodu Autonomicznego. Nie mają nawet pojęcia skąd nadejdzie kres, jak bezsensowny i tragiczny będzie, dokonany przez odczłowieczonych z nazwy tylko ludzi. Ten wątek najbardziej boli, najmocniej dotyka, najdłużej dopingowałam powodzeniu birobidżańskiej misji. By choć im się udało. Na próżno.

Partyzanci udają mężczyzn, sami przed sobą imitują ważność i niezastąpialność. Smutne to, choć bardziej chyba groteskowe, ale nie ma dla nich innej drogi. Muszą udawać, taką rolę przypisała im wojna. Raz nie radzą sobie z nielegalnym przecież świniobiciem, innym zaś razem wpadają w pograniczne kłopoty, które wiążą się z bezpośrednim zagrożeniem życia. Chyba jeszcze nie do końca zdają sobie sprawę z powagi sytuacji: piją bimer, palą raz lepsze, raz gorsze papierosy, liczą tanki, snują się. 

Dla przeciwwagi nad wątkiem desperackich uciekinierów i bezsensem partyzanckich niedobitków stawia przed nami Autor kobietę. Wdowę, która łączy wszystkie wątki, poszczególni bohaterowie bądź poznają z nią życie, bądź są przez nią karmieni, ukrywani, pocieszani. Inni zaś po prostu patrzą na przykuciniętą, wyciszoną, obserwującą postać, która swą życiową, hm, zaradnością, mądrością, a także przystosowaniem  jest najbardziej wyważoną i jaśniejącą bohaterką. Silna, odważna, gotowa wiele poświęcić, by ocalić drugiego człowieka. Niezwykła w swej empatii i przenikliwości, jest symbolicznym drogowskazem, oparciem i stałą, do której ciągną wszyscy, bez względu na wojenną pozycję: i zwyciężeni i zwycięzcy.

Stasiuk, poza tą lepką wojenną gęstością, daje dużo miejsca na ciszę, wcale nie bezwładną, raczej grzmiącą. Ten marny oksymoron ma tylko podkreślić, że między słowami kryje się wielka siła. Zazwyczaj jest to siła zła. Niestety. 





sobota, 1 maja 2021

David Sedaris - Calypso [recenzja]

 

Przekład: Piotr Tarczyński

Wydawnictwo Filtry
Warszawa 2020

"Rodzina, ach rodzina (...) nie cieszy, gdy jest (...) lecz kiedy jej nima samotnyś jak pies" - słowa piosenki Jeremiego Przybory idealnie pasują do opowieści Serdarisa.
Opowieści, która w pozornie lekki i przyjemny sposób snuje się wokół perypetii familii bliższej i dalszej Autorowi.
Cień zmarłej matki alkoholiczki, starość ojca, konfrontowanego z wizerunkiem z przeszłości, gdy silny i władczy manewrował rodzinnym, pełnym dzieci okrętem Sedarisów.
Autor, mimo rozlicznych, nie zawsze korzystnych bilansowo rozrachunków z rodzicami i rodzeństwem, to właśnie w nich widzi swoją przyszłość: rozmowy, spotkanie, wspólne wakacje, podróże wyznaczają kolejne pory roku i lata, pośród których Sedaris obserwuje dorastające dzieci rodzeństwa, przeżywa samobójczą śmierć siostry - trochę temat tabu, który przewija się przez cały zbiór, za każdym razem nie tyle spowolniając narrację, co wprowadzając ciszę, minutę pamięci ku czci zmarłej, będącą też chwilą konsterancji i wyrzutów sumienia całej żyjącej rodziny.
Sedaris długo czakał na swoją literacką szansę. Nie miał wsparcia w rodzinie, demotwywowany przez ojca, teraz świeci największym blaskiem, nie żywiąc urazy za brak zrozumienia z czasów młodości.
Czytamy wesołkowate, komiczne, zabawne zdania Sedarisa i czujemy smutek, współczucie, żal. Śmierć, starość, strach przed chorobą, samotnością, to coraz częstsze motywy przewijające się przez zbiór. 
Obserwowanie rzeczywistości z szufladki komika i stand-upera pozwala na więcej: noszenie dziwacznych japońskich ubrań, zadawania absurdalnych pytań i nocnego sprzątania przydrożnych śmiecie na  brytyskiej wiosze.
Momenami rozpaczliwe szukanie kontaktu z rzeczywistością, próba przekucia jej na własny język świata jest formą jakby stworzoną dla Sedarisa.
Nie wiem i nie chcę wiedzieć na ile wątki poruszane w książce są prawdziwe, na ile wykreowane i podkolorowane. 
Rzecz w tym, by mieć w sobie ironię (ze szczególnym naciskiem na autoironię), pewną dozę samoświadomości własnych i cudzych słabości, a także gogolowski humor.
Zamknę cytatem z "Rewizora", znów idealnie pasującego do Sedarisa: "Z czego się śmiejecie? Z samych siebie się śmiejecie".

wtorek, 20 kwietnia 2021

Małgorzara Boryczka - O perspektywach rozwoju małych miasteczek [recenzja]

 

Wydawnictwo: Nisza

Warszawa 2021


Opowiadania mają się dobrze, szczególnie te pisane przez kobiety. Osobną sprawą, niekoniecznie przyjemną jest systematyzowanie literatury z podziałem na płeć, ale ulegając uwarunkowaniom kulturowym i wychowawczemu chomątu, powielam ten przykry podział. Bo łatwy.

Popracuję nad sobą, obiecuję, a teraz: Małgorzata Boryczka i jej nieobojętna opowieść o prowincji. Takiej, w której żywa jest pamięć o Karelu Gottcie, gdzie wciąż stoi ruski czołg, a w sobotę w knajpie dają "koncert starych pierdzieli". 

Ta prowincja to także "Scheda" co drugie pokolenie, gdzie wśród kobiet dziedziczone jest słyszenie myśli ludzi wokół, gdzie lekarz jest nadal najbardziej szanowanym obywatelem, a wszystko co w jakimkolwiem stopniu odstaje od ogółu jest uznawane na nienormalne, a to prosta droga do potępienia, stąd  zabiegi przytomnej babci mające na celu ocalenie wnuczki przed małomiasteczkowym potępieniem.

W snutych przez Autorkę opowieściach relacje rodzinne to zwykle problematyczna materia: matka, która wiecznie wisi na telefonie, nie interesując się rodzinnym życiem; matka, która nie chce dowiedzieć się prawdy o córce, która przeszła piekło, dla której pozory gwarantują domowy mir. 

Mężczyźni nie lepsi - są słabi: uciekają od żon, zasiewają niebezpieczny ferment (ksiądz plotkarz, niszczący życie kobiecie), piją, stosują przemoc seksualną, to nieudacznicy, z byle powodu (np. słabość do siekiery) wpadają w tarapaty. 

Prowincja ma swoje problemy. Najsilniej doskwierały mi w "Źródle", gdzie zawiść i plotka potrafią zniszczyć wszystko. To bardzo dojmujące opowiadanie, parzące analogią do historycznych pogromów, które pokazuje, a nas czytelników przestrzega, że do słowa do czynu jest bardzo krótka droga, od fasynacji do tępego amoku ledwie krok. A wszystko ukryte za grą pozorów, sąsiedzkimi uśmiechami i pozorną niewinnością, tych o największym w społeczności autorytecie.

Kolejna mocna historia to "Krzyżówka", tocząca się na kanapie pozornie niewinna, podskórnie traumatyczna opowieść, która nie zostaje opowiedziana. Między kolejnymi hasłami krzyżówki rozwiązywanymi przez matkę, nastoletnia córka próbuje zwierzyć się, podzielić, uzyskać pomoc w kwestii najbardziej traumatycznego zdarzenia jej życia. Ta historia to mocny cios w fasadowość relacji rodzinnych, atrapę uczuć i związków na linii: rodzic-dziecko. Porażający i przerażający finał jest mocnym akcentem całego zbioru. 

Mam wrażenie, że Autorka obserwuje swoich bohaterów z dystansu, pokazując ich dominujące cechy w stonowany sposób. Nie wyolbrzmia, nie mitologizuje, nie ulirycznia. Tytułowe perspektywy rozwoju są mżonką, potrzebną, by istnieć, konieczną, by być, ale faktycznie to blaga. Ludzie od wieków są tacy sami: małomiasteczkowi (w znaczeniu: zawistni, knujący, tchórzliwi, okrutni). Wielkość reprezentowana przewrotnie przez dziewczyną naznaczoną metafizycznymi zdolnościami, czy przez niskorosłego "Giganta", który troszczy się o ludzi i środowisko są skazani na porażkę, odstają od perspektywicznie rozwojowego ogółu.

sobota, 17 kwietnia 2021

Dorota Kotas - Cukry [recenzja]

 

Wydawnictwo Cyranka

Warszawa 2021

Czekałam na tę książkę.

We wstępie Autorka pisze: "świat potrzebuje wszystkich mózgów", tych uznawanych za zwyczajne i tych neurorożnorodnych. Zgadzam się w całej rozciągłości. 

Sam wstęp to bardzo mocne wprowadzenie w nieneurotypowy świat. Autorka uchyla gardę, odsłania przed Czytelnikiem wrażliwe, intymne wręcz szczegóły ze swego życia, zyskując przy tym ogromną sympatię, ale też stawiając publikę w trudnej sytuacji. Gdyśmy odgrodzeni kreacją literacką czujemy się bezpieczni, ta zamierzona i wtłoczona we wstęp prywatność pozbawia nas przyjemnej osobności, anonimowości. Nagle stajemy się częścią świata Autorki, poznajemy Jej perspektywę. Spokój znika.

"Napiszę książkę tak, żeby wpuścić wszystkich, którzy ją przeczytają, do środka mojej głowy".  Stąd też wiele miejsca zajmuje opowieść o postrzeganiu codzienności, relacji międzyludzkich, o trudnościach z prowadzeniem rozmów i radzeniem sobie z przebodźcowaniem. Stąd też autotematyczne historie o pisaniu, które jest bezpiecznikiem, stałą niezachwialną i swego rodzaju drogowskazem prowadzącym przez pełne wybojów życie.

Zupełnie niezwykle wybrzmiewają bolesne wspomnienia, które przybierają tutaj rodzaj relacji z przeszłości, bez silnego nacechowania emocjonalnego. Dotyka samotność i smutek dziecka nierozumianego przez rodziców. Ta opowieść o osobie, która jest nieneurotypowa, nieheteronormatywna, nieprzywiązująca wagi do płci, której przyszło się wychowywać w latach 90. w słabo wykształconej rodzinie katolickiej w Garwolinie. Ważną częścią są te fragmenty poświęcone matce ("Matka mnie zabije, jak to przeczyta"). Zimna, wciąż rozdrażniona, zniecierpliwiona, rozczarowana córką, może zła, że urodziła ją za wcześnie i pozbawiła się beztroskiej młodości? Napięcie na linii matka - córka jest tak silne, że nie pozwala im na utrzymywanie kontaktów. Ta podstawowa, zdawałoby się relacja, tutaj nie istnieje.  "Pisząc daję też znać samej sobie, że moje doświadczenie jest ważne". 

W "Cukrze" obecny jest też na szczęście humor, który chwilami ściąga nadmiar ciężaru z czytelnika. Niektóre fragmenty, jak choćby ten o spalonej w kontrolowanym pożarze wersalce czy sąsiedzkich pracach odkrywkowych w piwnicy, pokazują skrzą się humorem, mają w sobie pewien dystans i serdeczność. 

Jednak większą część lektury zajmuje wzruszenie i identyfikowanie się z bohaterką, jak wtedy, gdy pragnie nad wszystko mieć własnego kota, jak wtedy gdy już Ritę ma. Bezbronna, próbująca uczyć się ludzi dziewczyna, która najbardziej ludzkie cechy odnajduje w zwierzęciu. 

Niech ta lektura będzie przewodnikiem po człowieczej różnorodności, niech będzie alfabetem akceptacji, tutorialem człowieczeństwa i empatii. 


sobota, 3 kwietnia 2021

Natalia Fiedorczuk - Odmieniec [recenzja]

 

Wydawnictwo Wielka Litera

Warszawa 2021


Jak dobrze, że powstała ta książka!

Jak niefortunnie, że powstała ta książka!

Tak, mam świadomość antynomii. 

Dobrze,  że powstała, ponieważ przywraca pamięć o niesłusznie zapomnianym artyście, Bolesławie Biegasie.

Niefortunnie, że powstała, ponieważ kostium historyczny nie leży Autorce, dialogi są drewniane, drętwe, nużące, przez narrację przebija się współczesny duch, barwa, sposób rozumowania, co wpływa na wiarygodność i przyswajalność treści. 

Preparowane fabularnie listy, wątek romansowy i rewolucyjny, nakreślanie przeszłości bohatera, która jednak pisana jest mocno współczesnym językiem (chwilowe wtrącenia anachroniczne nie wpływają znacząco na odbiór stylu) powodują, że cała ta konstrukcja wygląda na mocno chybotliwą i kompletnie niewiarygodną.

Sam podmiot opowieści, Bolesław Biegas to absolutny strzał w dziesiątkę, idealny materiał na niejedną powieść, niejeden film. Uboga wiejska sierota otoczona protektoratem kolejnych mecenasów (w tym samego Aleksandra Świętochowskiego, który na kształcenie Biegasa organizował zbiórki wśród społeczeństwa) trafia na studia do krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych, później zdobywa medale i wyróżnienia, był członkiem secesji wiedeńskiej, stypendystą Zachęty pracującym w Paryżu, gdzie również wyróżniał się pracami, był dostrzegany i chwalony.

Dokumentalna, historyczna i archiwalna praca Autorki każe mi chylić czoła przed Jej zaangażowaniem i benedyktyńską skutecznością: docieranie do strzępków dokumentów, szukanie hinduskiej księżniczki, wiązanie źródeł robi na mnie wielkie wrażenie. 

Sięgnięcie po życiorys tego niezwykłego człowieka zasługuje na wielkie wyróżnienie i rozgłos. Opowieść o człowieku z nizin, chłopskim synu, którego talent zaprowadził na szczyt brzmi jak filmowy scenariusz niemożliwy do zrealizowania w rzeczywistości. Ta kariera, społeczny awans jest tak druzgocąco niebotyczny, że aż trudno weń uwierzyć. Niepiśmienny do 16 roku życia skończył na paryskim Montparnasse'ie, przyjaźniąc się z wielkimi artystami tamtych czasów, stąd  też trudno przejść do porządku dzienniego nad ciszą i zapomnieniem jakie zabrały się nad postacią Biegasa.

Pośród kontrowersji dotyczących jego twórczości (od zachwytów po brak zrozumienia, od uznania po szufladkowanie jego sztuki jako naiwnej) bez wątpienia zasługuje on na poczesne miejsce w historii.

To wielkie zwycięstwo Fiedorczuk - wywołanie Biegasa z odmętów niepamięci. Jej porażką jest zaś forma  w jakiej postanowiła to uczynić. Do mnie kompletnie nie trafia.

piątek, 2 kwietnia 2021

Rebecca Solnit - Matka wszystkich pytań [recnezja]


 Przekład: Barbara Kopeć-Umiastowska

Wydawnictwo Karakter

Kraków 2021


Można by spisywać z "Matki wszystkich pytań" kolejne cytaty, a z nich tworzyć hasła na transparenty strajku kobiet, choć, jak marastycznie stwierdzam, i tak nic to nie da. Strajkujemy, efekty marne. Choć, z drugiej strony nie ma rady, trzeba walczyć, by zakończyć ponury stan milczenia, który "jest dla kobiet stanem historycznym, przez stulecia odmawiano im wykształcenia, odmawiano funkcji publicznych". 

Złość na teraźniejszość buduje się z każdą stroną, rośnie w równym tempie. Czytając o przemocy wobec kobiet czuję wściekłość, być może równie tępą jak motywacje jej sprawców, tych, którzy negują głosy przynależności i samookreślenia kobiet. Pośród przemocy płciowej, seksulanej, ustawodawczej czy płacowej wybijają się historie ofiar gwałtów na uniwersyteckich kampusach, przypadki bitych i gwałcownych żon.

I, choć debata publiczna o przemocy seksulanej ulega pewnym zmianom należy pamiętać, że bez zmiany kultury nic się nie da zrobić. Feminizm potrzebuje mężczyzn, bez zmiany ich postrzegania problemu proces ten będzie długotrwały i rwany.

Dawno minęły czasy wiernej Penelopy, która siedzi w domy, podstępem opędza się od ponad setki zalotników, podczas gdy Odyseusz nie raz używa życia (od Kirke po Kalipso). 

Autorka wspomina słowa Hannah Arendt, która przyznawała, że kondycja kobieca rzadko wykraczała poza produkowanie potomstwa, co jest ewidentnym podtrzymywaniem mitu o słabości płci.

Niestety, lektura książki szarpie nerwy, kłuje tematyką, dając jasno do zrozumienia, że mimo iż nastał nam XXI wiek, to wciąż nurzamy się w ciemnogrodzie, trochę tylko rozświetlonym. 

Autora zwraca uwagę na rozróżnienia współczesnego żargonu - od biologicznej płci po konstrukt społeczny za jaki uważa się gender. 

Przedstawia punkt widzenia feministek i lesbijek na fundamentalne sprawy, ale zwraca też uwagę na ich optykę widzenia pornografii (od rozrywki po instruktaż). Pisze o gwałtach jako aktach woli, gdzie aktorem jest gwałciciel.

Wiele niewygodnych, bolesnych zagadnień porusza Solnit. Wiele z nich jest wciąż w fazie opóźnienia, niestaranności, zacofania.

Na koniec cytat, wiele mówiący, rzecz jasna: "w życiu warto zadawać sobie wiele pytań, więc być może kiedyś staniemy się mądrzejsze i zrozumiemy, że na wszystkie trzeba odpowiadać".

Salve!