niedziela, 3 listopada 2019

llona Gołębiewska - Pozwól mi kochać [recenzja]

Wydawnictwo Muza
Warszawa 2019

To moja druga książka Ilony Gołębiowskiej (pierwsza tutaj). Tym razem naprawdę ostatnia. Po "Podaruj mi jutro" napisałam, że więcej po publikacje tej autorki nie sięgnę. Chyba tylko postępująca skleroza spowodowała, że skusiłam się na "Pozwól mi kochać". 
Jednak od pierwszych stron nowej powieści bez trudu przypomniałam dlaczego więcej Gołębiewskiej czytała nie będę.
Po pierwsze: styl - a raczej jego brak: często naiwny, momentami pensjonarski, bez polotu, drygu, kompetencji. Gołębiowska pisze jak autorka szkolnego wypracowania. Tyle w mojej ocenie poziomu pisarstwa. Niestety.
Po drugie: wachlarz wątków. "Pozwól mi kochać" to szaleństwo wyboru: od afery uczelnianej z korupcją w tle, po depresję, aferę mafijną, porachunki z przeszłością, miłość dojrzałą czy ziołolecznictwo. Serio.
Autorka kipi pomysłami i bardzo wiele z nich próbuje wrzucić do pojemnego wora, jakim bez wątpienia jest jej powieść. Pełno tu emocji: porachunki uczuciowe na linii: matka - córka, próba odnalezienia właściwych uczuć na okoliczność odzyskania ojca, poznania nowego mężczyzny (rokującego na miłość życia), a do tego depresja spowodowana niesłusznymi oskarżeniami zawodowymi, to tylko część emocjonalnej karuzeli, jaką zgotowała swojej bohaterce autorka.
Jest nią Sabina Horczyńska, wykładowczyni akademicka podejrzana o sfałszowanie wyników badań oraz łapówkarstwo. Załamana sytuacją ulega namowom córki i wyjeżdża na Podlasie do dworu matki (z którą niemal od zawsze jest skłócona). Spokojna wieś na uboczu zaoferuje jej nie tylko wytchnienie od problemów wielkiego miasta, ale także podaruje nowe znajomości, przyjaźnie i wyzwania, które będą rzutować na przyszłe decyzje.
Nie wątpię w dobre intencje autorki. Chce ona pisać o emocjach, edukować swoich czytelników w kwestii wyborów moralnych i duchowych, przypomina o ulotności czasu, instruuje, że szkoda tracić go na nic nie warte zatargi.
Jednak pewnego rodzaju naiwność, hm... prostoduszność, powodują, że ta opowieść wydaje się być momentami ramotą. Dość nieznośną.
Nie opuszcza mnie także przekonanie, że książka ta powstała trochę na siłę, czy to z powodu umowy wymagającej konkretnej ilości powieści czy też z powodu sprzedaży poprzedniej książki. Brakuje tu lekkości, płynności, finezji, językowej gracji. 
Pastwię się nad autorką i aż mi wstyd, że nie potrafię napisać nic pozytywnego o jej twórczości. 
Staram się przywołać w pamięci jakąkolwiek zacną część "Pozwól mi kochać". Nie potrafię nic znaleźć. Dialogi miałkie, oś fabularna jest pełna zamętu, zaś sam koncept momentami nazbyt infantylny.
Rozumiem, że powieść obyczajowa tej proweniencji musi kipieć optymizmem i łagodnością, jednak tutaj zgrzyta naiwnością. 
Nie dla mnie te mądrości.

Za egzemplarz książki dziękuję wydawnictwu:




piątek, 20 września 2019

Søren Sveistrup - Kasztanowy ludzik [recenzja]

Przekład: Justyna Haber-Biały
Wydawnictwo: Grupa Wydawnicza Foksal Sp. z o. o.
Warszawa 2019

Wszystko mnie w tej książce przeraża. Począwszy od makabrycznej okładki aż po gargantuiczny rozmiar.
Przebrnięcie przez tę historię było nie lada wyczynem, gdyż autor wziął sobie za cel powiązanie tak wielu wątków, że trudno je zliczyć.
Jest polityka, nawiązanie do trudnych rodzinnych relacji, przemocy, molestowania, krzywd z przeszłości, problemów teraźniejszych (szczególnie w kwestii zawodowych potyczek jednego z policjantów prowadzących śledztwo), osobowe i finansowe problemy policji, które mają chyba przybliżyć powieść zwykłemu zjadaczowi chleba, a tak naprawdę stanowią dodatkowy obciążnik, który z wielką siłą ciągnie powieść na samo dno.
Pominąwszy powolność akcji, jej rwanie realizowane za pomocą nieznośnie krótkich rozdzialików cała ta historia nie trzyma się kupy.
Drastyczne, psychopatyczne zamiłowanie mordercy do konstruowania kalekich ludzików z kasztanów jest tak marnym i tanim zabiegiem, że aż człowieka przechodzi dreszcz, który z biegiem czasu (a potrzeba go naprawdę dużo na ten rozbuchany rozmiarowo koszmarek literacki) przeradza się we współczucie.
Toporne, naiwne, pseudo psychologiczne tłumaczenie mordercy z jego zbrodni obezwładnia mnie swoją infantylnością i rodzi pytanie - jakim cudem znalazł się wydawca tej naiwnej, wydumanej i przekombinowanej opowieści? Czy naprawdę ze światem literackim jest już tak źle, że na decyzję wydawnictwa wpływa przede wszystkim popularność nazwiska autora?
Czy dobrze utkana historia nie ma już racji bytu? Wystarczy okładkowe wspomnienie, że autor był współscenarzystą popularnego serialu, by dać mu przyzwolenie na publikowanie? Litości.
Jednak do rzeczy. Czas pochylić się nad tym okazem.
Mamy więc seryjnego mordercę, który poza okrutnymi mordami zajmuje się też teatralizowaniem miejsc zbrodni poprzez dodawanie scenografii, której trwałym i powtarzalnym elementem jest wspomniany wcześniej kasztanowy ludzik.
Sprawę prowadzi para bardzo niedobranych policjantów, których różni wszystko, od płci począwszy, po kraj zamieszkania. Zabieganie o sympatię czytelnika opartą na antagonizmach jest dość wytarte, jednak zawsze się sprawdza. Tutaj mamy do czynienia z dziarską policjantką Thulin oraz relegowanym ze struktur międzynarodowych Hessem, kreowanym na postać outsidera, policjanta będącego ponad prawem, trochę szeryfa, trochę renegata. Drocząc się i walcząc, współpracując i czasem schodząc sobie z drogi te dwie zdolne, rzutkie policyjne charty ruszają w pościg za przebiegłym złoczyńcą. Ten bawi się z nimi pozostawiając na miejscach zbrodni kasztanowy tworek, na którym zawsze znajdują się odciski palców nastolatki, córki prominentnej polityk, która zaginęła jakiś czas temu.
Presja czasu, zainteresowanie opinii publicznej, a także widmo kontrolowania sprawy przez wysokich rangą polityków predestynuje policjantów do żmudnej i wykańczającej pracy.
Efekt miał być zaskoczeniem.
Cóż. Z tego co wiem książka spotkała się z życzliwym przyjęciem czytelników i należę do bardzo wąskiego grona osób zażenowanych fabułą. Wydaje mi się, że jestem w tym odosobniona i tworzę jednoosobowy klub. Okopuję się więc w mojej niechęci i dodam na koniec, że momentami czułam, że autor mniej lub bardziej celowo obraża czytelnika inteligencję (szczególnie na finał, gdzie wyjaśnia motywy seryjnego, a także zdradza jego tożsamość).
Cały czas nie mogę wyjść ze zdumienia, jakim cudem autorowi udało się znaleźć wydawcę.

Za egzemplarz książki dziękuję:


poniedziałek, 9 września 2019

Strofy o teatrze. Antologia [recenzja]

Wybór, opracowanie i posłowie Katarzyna Madoń i Piotr Mitzner
Wydawnictwo: Iskry 1982

Naprawdę warto spojrzeć na teatr oczami poety - uwypukli on wszystko to co dla poety widoczne, istotne, czami mroczne, kiedy indziej niepokojące. 
Na co więc zwracają uwagę poeci? - czy na osobę aktora, na scenę, uczucia, tło społeczne? Autorzy tomu dokonali podziału, który pokazuje teatr wielowymiarowo.
I, choć niektóre z wierszy brzmią śmiesznie, będąc silnie drewnianymi, jak choćby ten o warszawskim teatrze dworskim Adama Jarzębskiego, to większość nieźle się komponuje z wizją autorów opracowania.
Istnieje tu przedział dla hołdów, jakie oddają poeci ulubionym artystom scen polskich, m. in. Helenie Modrzejewskiej. Większość to jedynie mdłe wspomnienie kompletnie zapomnianych aktorskich talentów, które nie przetrwały próby czasu.
Znamienne, że większość utworów zawartych w tomie inspirowała się teatrem, powiedzmy delikatnie, niedoskonałym, z niedopracowaną scenografią, nie dość dobrym aktorem, nie potrafiącym stworzyć wrażenia obcowania z prawdziwą sztuką.
Niektórzy poeci szukali prawdy w teatrach wędrownych, których nomadyczni aktorzy występowali w miejscach nietypowych, niezwykłych dla sztuki teatralnej, jak choćby stodoła, próbując przekazać zwykłym ludziom, choć część swojej wrażliwości.
Inny nurt przedstawiony w zbiorze to marzenia o "teatrze ogromnym" jak u Wyspiańskiego, gdzie śmiałość i. wizjonerstwo twórców są największymi wartościami, podobnie jak ich reagowanie na pulsującą rzeczywistość, na mody i kaprysy odbiorców.
Zresztą, ważną część widowiska teatralnego - publiczność ma też swoje miejsce w antologii. Bilans poetyckich sympatii nie plasuje się jednak po ich stronie. Publika okazuje się być gnuśna, hałaśliwa (skarży się Słowacki w "Beniowskim", że nie podobają się jej rozwiązania dramaturga), grzmiąca wrzawą (Leon Jaruszewski "Do nieobecnej"), wątpiąca w talenta aktorskie (Anonim "Na aktora, dawniej balwierza" czy chudeusze u Artura Bartelsa w "Stronie ujemnej Warszawy").
Sam wybitny historyk sztuki, Karol Estreicher, chwycił za pióro, by w wierszu "Kraków narodowej sztuce" dać upust swym rozczarowaniom - trudnemu losowi artysty.
Na koniec szybka runda moich ulubionych autorów. Boy "?" - pochwała aktorki, podróżniczki i pisarski Jadwigi Mrozowskiej.
Słonimski "Adamita w teatrze" - o sile przeżycia teatralnego.
Szymborska "Buffo" - o miłości komediantów, a także o wrażeniach z teatru, tym co chwyta za gardło.
Tuwim "Minister i sztuka": "Pan minister się spóźnił na początek.
A gdy przyszedł - z oburzenia zbladł:
Podejrzany, niebezpieczny wątek...
Skonfiskować! Niech mają naukę!
... Pan minister się spóźnił na sztukę
O pięć minut i piętnaście lat." (1932)

By mieć zdanie w danej materii trzeba dużo wiedzieć, czytać, poznawać, konfrontować. Pieczołowicie zebrana antologia państwa Mitznerów to znakomite narzędzie w tej materii. Więcej takich!

sobota, 7 września 2019

Jan Kreczmar - Drugi notatnik aktora [recenzja]

Wydawnictwo PIW
Warszawa 1971

Uwielbiam wspomnienia aktorów. Najbardziej ze względu na anegdoty ze sceny. Kreczmar znakomicie w tym temacie.
Wspomina między innymi własne początki, gdy uciekał wzrokiem przed publiką - zarówno z tremy, jak i z ... obawy przed zezem do którego miał skłonność.
Kreczmar przypomina, że fatalne reżyserskie pomysły (koszmarne angażowanie psa w jednej ze sztuk Och-Teatru) z umieszczaniem na scenie zwierząt, mają długie tradycje. Sam grał w sztuce Władysława Anczyca "Kościuszko pod Racławicami" znienawidzoną przez siebie postać mdłego amanta, który dodatkowo krążył po scenie na białym koniu. Zwierzę na próbie generalnej, znudzone przeciągającą się akcją zmiotło ze sceny fragment scenografii.
Kreczmar co chwilę sypie anegdotami i ważnymi dla siebie wydarzeniami. Okazuje się, że "Pigmaliona" Shawa grali w latach 30. 133 razy, co i dziś oznaczałoby wielką popularność.
Wspomina on w pewnym momencie swoje zetknięcie z Marią Pawlikowską-Jasnorzewską, która przychodziła na próby własnej sztuki "Zalotnicy niebiescy", w której to sztuce Kreczmar grał Porucznika Kobuza. Jakież było jego rozczarowanie osobą wielkiej poetki. Otóż autorka eterycznej poezji była tylko "obrazem mieszczańskiego wyglądu starzejącej się kobiety". Pewnie dlatego wszyscy zaangażowani w sztukę aktorzy nazywali ją "ciocią Jasnorzewską".
Jest też króciutkie wspomnienie Ireny Solskiej, którą oglądał z widowni w "Zbrodni i karze", gdzie grała ona Katarzynę Iwanownę. Patrzenie na wielką aktorkę było jak "muśnięcie powiewu wielkiej sztuki aktorskiej".
Warto też wspomnieć Arnolda Szyfmana, wspaniałego dyrektora i reżysera teatralnego. We wspomnieniach Kreczmara jawi się jako prężny artysta, goniący wciąż za sukcesem frekwencyjnym, a co za tym idzie - finansowym. Był świetnym przykładem na to jak od wielkich ambicji artystycznych przechodziło się do mozolnej walki o powodzenie i trwanie danej sztuki.
Ważnym elementem wspomnień są wspaniałe fotografie dokumentujące ważne dla autora role. Zwracają uwagę bajecznymi pozami, kostiumami, scenografią (jak choćby ta ze "Snu nocy letniej" w reż. Leona Schillera).
Nie brak wspomnień najbardziej dekadenckich spektakli w których brał udział, tutaj prym wiodą "Dziady" Schillera, które były bardzo kosztowne ze względu na doangażowanie aktorów, tłum statystów i orkiestrę (od razu stanęły mi przed oczami 14-godzinne "Dziady" Michała Zadary sprzed kilku lat). Inna rzecz, że w XX - leciu międzywojennym aktorzy grający w sztukach współczesnych występowali we własnych frakach lub smokingach, było to dla marnie zarabiających adeptów sztuki nie lada wyzwanie. Tylko sztuki kostiumowe, historyczne doposażane byłī w "państwowe" kostiumy.
We wspomnieniach Kreczmara pojawia się sam wielki Edward Gordon Craig, który swego czasu odwiedził Warszawę. Zasiadł on w teatralnej loży z Schillerem i oglądał "Judasza", by podziwiać 60. lecie pracy twórczej znakomitego Ludwika Solskiego. Po spektaklu powiedział ponoć, że to fenomenalne grać tyle lat i wciąż tak źle...
Kreczmar chwali w swoich wspomnieniach Jarosława Iwaszkiewicza, którego "Lato w Nohant" grano jak na tamte warunki bardzo długo, bo ponad pięć miesięcy. Uważano ogólnie Iwaszkiewicza za pełnego humoru i wzruszająco gościnnego.
W końcowej części wspomnień poświęca autor wiele miejsca swemu dyrektorowi, Arnoldowi Szyfmanowi. Pisze o Szyfmanie "dnia codziennego": troszczącego się o teatralne gospodarstwo, nerwowego, ruchliwego, nieustannie czujnie kontrolującego pracę i każdy szczegół w teatralnej machinie. Wszystkie składowe dzieła teatralnego były dla niego jednakowo ważne, żądał więc od współpracowników, poprawiania niedociągnięć - od aktora do teatralnego krawca. Cechowała go żelazna wola, chłód, trzeźwy obiektywizm, co nie przysparzało mu przyjaciół. Oddawał się pracy, trudnym zadaniom, toteż w teatrze Szyfmana wszystko szło jak w zegarku, organizacja pracy była wzorowa.
Zaskoczeniem było dla mnie... wspomnienie Zbyszka Cybulskiego. Kreczmar przyznaje, że początkowo miał o nim jak najgorsze zdanie i kiepskie relacje, jednak z biegiem czasu objawił się mu jako inteligentny, nonkonformistyczny talent obserwacyjny.
W końcowej części wspomnień pisze też Kreczmar o wartości metody Stanisławskiego, o tym, co z jego spuścizny jest trwałe i aktualne. Rozważa też aktualne (stan na 1964 rok) problemy aktorstwa i teatru, próbuje analizować polską sztukę aktorską powojenną, a także odnosi się do metody Grotowskiego (choć jak sam podkreśla w sposób "nieuczony").
I już zupełnie na finał daje Kreczmar wskazówki do gry aktorskiej, czerpiąc ze swego bogatego repertuaru. Posiłkując się własnymi rolami, np. Fantazego czy Horsztyńskiego, daje rady dotyczące warsztatu i przygotowania do ról.
Niezwykłą podróżą są wspomnienia Kreczmara, pokazują przede wszystkim trudy i radości aktorskiego fachu, ale też dają wiedzę o dawno minionych ludziach i obyczajach, Niezwykle cenna lekcja dla tych, którzy potrafią poddać się refleksji.

czwartek, 5 września 2019

Wiktor Suworow - Akwarium [recenzja]

Przekład: Andrzej Mietkowski
Editions - Spotkania
Paris - Warszawa 1990

W świecie radzieckich szpiegów nic nie jest takim jakim się początkowo wydaje. Fabryka części do traktorów to tak naprawdę jednostka zbrojeniowa, która niejako przy okazji produkuje też części dla ciągników. Jedno z najcięższych więzień kryje w swym wnętrzu ściśle tajny obóz szkoleniowy dla radzieckich szpiegów z GRU.
Wiktor Suworow, a raczej były szpieg ukrywający się pod tym pseudonimem, opowiada swojemu czytelnikowi drogę jaką przebył od kołochoźniczego sprzedawcy arbuzów (według mnie ten fragment to najlepsza część książki, nie tylko fabularnie, ale też językowo), po dowódcę czołgu, aż po sam Olimp radzieckich służb - bycie agentem specjalnym w placówkach dyplomatycznych zachodniej Europy.
I, choć dla postronnych jego praca była elitarna, sam miał o niej gorsze zdanie - poza okazjonalnym werbowaniem współpracowników, każdego dnia wykonywał niebezpieczną i niegratyfikowaną pracę "charta" - ubezpieczanie akcji wyższych rangą i zadaniami oficerów.
Zresztą, cała jego droga na szczyt opowieść o morderczej, tytanicznej pracy, która opierała się na sprawności fizycznej (skoki z pędzącego pociągu, mostu, ze spadochronem), psychicznej (testy, walki charakterologiczne), nauce języków (conajmniej dwa), pamięciowego opanowywania amerykańskich baz w Europie, a także walki wręcz, nie tylko z ludźmi, ale też ze zwierzętami.
Ogrom programu szkoleniowego, jego "finezja", pomysłowość oficerów prowadzących naukę, nie miała granic.
Brak życia prywatnego, ciągła inwigilacja, wieczne sprawdzanie kandydatów pod kątem ich lojalności, poświęcenia i prawdomówności nie miały końca. Donoszenie, pisanie raportów, brak zaufania wśród współpracowników - oto codzienność Suworowa szpiega i jemu podobnych.
Poraża w tej relacji nieustająca tymczasowość i wieczne poczucie zawieszenia. Nigdy nie wiadomo kiedy na szczytach władzy nastąpi tąpnięcie, które przyniesie zmianę kierownictwa, a co za tym idzie strącenie w niebyt całych zastępów protegowanych zdymisjonowanych dowódców.
Elektryzuje czytelnika wyścig sił jaki prezentuje KGB i GRU. Powala bogactwo i hojność przekupujących agentów.
Jednocześnie Suworow z przekąsem i ironią pisze o oddaniu służbie - po prostu nie było innego wyjścia: z Akwarium, czyli najważniejszej jednostki najwyższego pionu GRU nie ma wyjścia, chyba, że przez komin...
Suworow uciekł na Zachód. Ciąży na nim wyrok śmierci za zdradę narodu. Czy może spać spokojnie mając w pamięci własną przeszłość?
Czy może nadto ubarwił własne wspomnienia, przygody, akcje w których brał udział?
Papier wszystko przyjmie, nawet najdziwniejszą prawdę.

środa, 4 września 2019

Justyna Bednarek, Jagna Kaczanowska - Galopem po szczęście [recenzja]

Wydawnictwo W.A.B.
Warszawa 2019

Zgrany autorski tandem postanowił, zdaje się, odświeżyć formułę swoich powieści i przenieść akcję z dala od wcześniejszych bohaterów. Jest tu delikatne odniesienie do poprzedniej serii i swego rodzaju oko puszczone do publiczności znającej tamte książki.
Fabuła osadza się na losach Baśki, matki 15-letniej Karoli, które to panie poznajemy w dynamicznej scenie pierwszej, która pokazuje ich pospieszną ucieczkę z Warszawy w rodzinne strony Baśki, do Jędrzejowa.
Co spowodowało, że z dni na dzień matka zabiera córkę z jej bezpiecznego, znanego środowiska rówieśniczego, szkoły? Co popchnęło ją do porzucenia wygodnego życia w stolicy? Na początku książki nie wiadomo, jednak z czasem i biegiem kartek, wiedza czytelnika ulegnie systematycznemu poszerzeniu.
Dla Baśki powrót w rodzinne strony nie jest łatwy - uciekła od prowincjonalnego życia dawno temu, nie czuje związku z rodziną, nie ma też kontaktu z nikim z rodzinnych stron. Silne postanowienie, bo nigdy już tam nie wracać spełzło jednak na niczym. Właśnie siedzi w samochodzie jadącym prosto do Jędrzejowa.
Właśnie tam jej ojciec jest dyrektorem przesławnej w świecie stadniny koni, które są dumą i chlubą okolicy. Dzięki protekcji ojca, kobieta może na nowo rozpocząć życie zawodowe, zupełnie jednak różne od dotychczasowego.
Zderzenie z jędrzejowską mentalnością oraz innym, bardziej tradycyjnym spojrzeniem na świat są dla Baśki trudne.
Skomplikowane relacje rodzinne również nie ułatwiają jej życia. Siostra Anka, borykająca się z kompleksami "kobiety domowej", skrzętnie ukrywa problemy i słabości, by tylko wyglądać przed sąsiadami jak idealne prowadzi życie.
Burzliwy powrót czarnej owcy przewraca do góry nogami życie całej rodziny, a po części także społeczności miasteczka. Co wyniknie z tego galimatiasu?
Autorki z wprawą i werwą prowadzą fabułę, uzupełniając ją niezłymi dialogami, bez wikłania czytelnika w przeładowane portrety psychologiczne.
Dostarczają przyjemnej rozrywki, dając chwilę przyjemnego odprężenia.


Za egzemplarz książki dziękuję wydawnictwu:




wtorek, 3 września 2019

Jarosław Iwaszkiewicz - Księżyc wschodzi [recenzja]

Wydawnictwo Czytelnik
Warszawa 1975

Latem lubię wracać do Iwaszkiewicza, do jego utworów dziejących się w tej właśnie porze roku. "Księżyc wschodzi" idealnie wpasowuje się w moje wakacyjne wymagania.
Urzeka mnie tam klimat kresów, ich codzienność, powieściowe zależności między bohaterami, upał letnich wieczorów, odczuwalny niemal w sposób rzeczywisty.
Urzeka nihilizm z początków XX wieku, związany nieodłącznie z hedonizmem, stwarzając aurę tajemnicy i fascynacji.
Otrzymujemy oto świat gdzie podróżuje się wolantami zaprzężonymi w irchowe kucyki, gdzie damy wdziewają obszerne pudermantle i zielonoliliowe woalki, gdzie pachnie step, gdzie w sieni wieszaki zapełnione były burnusami, bałachonami, sławuckimi burkami i serdakami.
Fabuła książki przedziera się do czytelnika jak zza mgły. Dobrym porównaniem będzie odniesienie się do filmu Konwickiego "Dolina Issy", tam również świat przedstawiony widziany jest przez filtr o mglistej, mlecznej, onirycznej strukturze. Tak samo jest tutaj.
Oczami głównego bohatera powieści, dworskiego nauczyciela, Antoniego, obserwujemy powolny upadek i biednienie szlachty kresowej. Dawne ślady bogactw i świetności widoczne są w pojedynczych egzemplarzach mebli, złoconych tacach czy niemodnych strojach ze szlachetnych materii, a także w bibliotekach pełnych nierozciętych jeszcze starych ksiąg.
Bohater, który nie jest już dzieckiem, ale daleko mu do dorosłego próbuje odnaleźć się w tej sytuacji pomiędzy. Uczy się emocji i uczuć, poznaje je, próbuje sobie z nimi radzić: "Przejmowało go od niedawna przerażenie i lęk człowieka samotnego wśród przyrody, samotnego wśród ludzi, teraz jeszcze bardziej przejmował go lęk pustki, jaką odczuwał stanąwszy sam na sam z sobą".
Do tego barwne postaci dekadenckich, znudzonych kresowych wielmożów dopełniają całości.
Iwaszkiewicz po latach sam się sobie dziwił, że napisał w młodości powieść bardziej instynktowną i improwizowaną niż przemyślaną i staranną. A to właśnie młodzieńcza naiwność jest siłą książki i czyni ją ważną dla autora, przez co nawet po latach, czuje się on do niej mocno przywiązany.
Iwaszkiewicz realizuje w powieści najważniejsze credo pisarskie: poznać, zrozumieć, wyrazić. I właśnie te określenia wybrzmiewają w powieści najmocniej. Potraktował je autor z całą powagą i jka najbardziej serio.
Iwaszkiewiczowski styl w pełnej krasie. Uczta.