czwartek, 23 lutego 2017

Marek Bukowski, Maciej Dancewicz - Najdłuższa noc [recenzja]

Wydawnictwo Muza
Warszawa 2017

Wraca moda na stylizowane kryminały. Kryjcie się gdzie możecie...
Autorzy umyślili sobie, że akcję poprowadzą dwutorowo: poza wątkiem kryminalnym wspomogą się obyczajowym, szeroko opisującym perypetie życiowe niejakiego Jana Edigey - Koryckiego.
Ale po kolei.
Początek wieku, grudzień 1904 roku. Planty. Kraków. Na parkowej ławce zostają znalezione zwłoki młodej kobiety. Ślady wskazują na morderstwo, przy dziewczynie brak jednak dokumentów, które pozwoliłyby na jej identyfikację. Śledczy poszukują śladów, w mieście zaś dochodzi do kolejnej zbrodni. Czy w Krakowie grasuje seryjny morderca?
Fragmenty opisujące ich starania oraz sam proces poszukiwania mordercy są tłem dla przydługich, męczących opisów historii życia Jana Koryckiego, marynarza, krakusa, który niegdyś (w wyniku błędów młodości) musiał w popłochu opuścić miasto. Tułając się po świecie, zmieniając bandery, Korycki, niczym bohater romantyczny szuka zapomnienia i ukojenia. Kiedy otrzymuje wiadomość o śmierci matki, niezwłocznie wraca do Krakowa, gdzie wpada w sam środek kryminalnej intrygi.
Niuanse dotyczące wyborów życiowych Koryckiego, próby oddania ducha tamtej epoki, wtłoczenie do książki  elementów kojarzących się z Belle époque są nieznośne. Wysiłek włożony w stylizowanie (choć i tak umiarkowane) języka dialogów i opisów przynosi mierny skutek - trąci malizną, jest boleśnie sztuczny, drewniany.
Sama fabuła przeciągana i spowalniana perypetiami głównego bohatera powoduje, że w głowie rodzi mi się pytanie o tzw. kuchnię twórców książki - czy jeden był odpowiedzialny za intrygę kryminalną, a drugi cały ocean wątku obyczajowego, czy może wspólnie montowali tę chybotliwą konstrukcję?




Za egzemplarz książki dziękuję wydawnictwu:



wtorek, 21 lutego 2017

Konkurs # 6



Pytanie konkursowe brzmi:


Jaką książką zadebiutował Jørn Lier Horst?



Odpowiedzi proszę słać na: buchbuchbicher@gmail.com  do 28 lutego.

Nagrodą jest egzemplarz książki Horsta "Gdy zmrok zapada".

Zapraszam!

Jørn Lier Horst - Gdy zmrok zapada [recenzja]

Przekład: Karolina Drozdowska
Wydawnictwo Smak Słowa
Sopot 2016

Ach, kolejny Horst! Na każde tłumaczenie cyklu o Wistingu cieszę się jak dziecko! I znów jest!
Tym razem całkiem inny. Po pierwsze młodszy - akcja książki rozgrywa się w wiekach średnich, bo w roku 1983. Kiedy to było, strach pomyśleć!
William Wisting zostaje ojcem bliźniąt (praca na pełny etat), próbuje też odnaleźć się w roli posterunkowego w Stavern (drugi etat plus konieczne do utrzymania rodziny dodatkowe dyżury).
Charakteryzujący się dobrą wolą i oddaniem William ma też czas, by spełnić pewną nietypową prośbę znajomego - ma sprawdzić, kto jest właścicielem starej, rozpadającej się stodoły, w której (wedle plotek miejscowych) ukryty jest zabytkowy samochód, przedmiot pożądania owego znajomego. 
Rzeczone auto okazuje się mieć wiele dziur... po kulach, co jako żywo angażuje do działania młodego posterunkowego. Zaczyna on poszukiwania motywu i winnych, wyrusza w podróż do przeszłości, by dowiedzieć się co wydarzyło się lata temu w ukrytym skrzętnie przed oczami postronnych samochodzie.
Widz/czytelnik obserwuje rozwijający się talent dedukcyjny młodego policjanta. Powoli zarysowują się możliwości śledcze Williama. 
Ten tom może rozczarować wszystkich tych, którzy przywykli do schematu powieści Horsta. Nie ma tutaj bowiem tradycyjnego śledztwa, ofiar, akcji również nie ma. Osnute gęstą mgłą początki, które brzmią bardziej jak wspomnienia. Umęczony pracą młody policjant, który po godzinach próbuje rozwiązać śledztwo z przeszłości. 
Horst znakomicie poradził sobie z wykreowaniem Wistinga jako dojrzałej, kompletnej postaci - z jego inteligencją, humorem, dociekliwością. Jednak młody bohater, który dopiero szuka, próbuje jest sporym zaskoczeniem i odstępstwem od przyjętej, znajomej wersji Williama.
Z jednej strony brzmi to jak zarzut, z drugiej jest to atut, dający przestrzeń do posmakowania dojrzewania, ewolucji umiejętności, możliwości bohatera.
Wisting dojrzały jest kompletny, jak pięknie opakowany prezent, młody Wisting wygląda przy nim dość surowo i skromnie.


Za egzemplarz książki dziękuję wydawnictwu:





poniedziałek, 6 lutego 2017

Justyna Kopińska - Polska odwraca oczy [recenzja]

Wydawnictwo Świat Książki
Warszawa 2016

Przeczytasz i zapragniesz się napić. Jeśli tak wygląda polska rzeczywistość, to na trzeźwo nie sposób ją udźwignąć.
Kopińska sięgnęła po tajemnicze, nierozwiązane, zapomniane, pozostawione bez kary sprawy, którymi żyła Polska.
Zaczyna się mocno i irracjonalnie. Sprawa Trynkiewicza i zakochanych w nim kobiet, które ślą miłosne listy do gostynińskiego zakładu. Nielogiczne opowieści jego żony, jej sposoby na wybielanie i nieprzyjmowanie prawdy o zbrodniach męża wywołują zdziwienie i niesmak. Łagodnie mówiąc.
Każda kolejna historia jest bulwersująca, trudna do uwierzenia, szokująca. Kobieta gwałcona na konferencji nie może doczekać się uznania winy sprawców, z całego postępowania wyłania się obraz...jej winy. Ordynatorka szpitala psychiatrycznego w Starogardzie Gdańskim, która wraz z zespołem znęcała się (fizycznie i psychicznie) nad pacjentami. Jej metody jak żywo przypominały hitlerowskie obozy koncentracyjne, bądź sowieckie więzienia polityczne, Nie, to nie jest przesada. Lekarka uniknęła kary.
Następna jest siostra Bernadetta, zakonnica z Zabrza, która prowadziła ośrodek wychowawczy dla dzieci. Wielokrotne gwałty, ciężkie pobicia (nie tylko między wychowankami, ale przede wszystkim dokonywane przez zakonnice), poniżanie i pozbawianie człowieczeństwa, a wszystko to przy przyzwoleniu otoczenia, w końcu dom prowadziły siostry zakonne, nijak nie pasujące do piekła na ziemi, jakie stworzyły powierzonym im dzieciom.
Każda kolejna koszmarna historia pokazuje jak bardzo dziurawy i niefortunny jest polski system sądownictwa. Jak to możliwe, że wielokrotny morderca wychodzi na wolność przed upłynięciem zasądzonej kary (i znów próbuje zabić), niewyjaśnione zabójstwa kategoryzuje się jako samobójstwa (by statystki się zgadzały), zaś prezydent Zduńskiej Woli pobiera haracze od pracowników, bojących się zwolnienia. Wszyscy, rzecz jasna, pozostali bez zarzutów. 
Ręce opadają na tę polską rzeczywistość. Koślawe prawo, które nie broni ofiar, zmowa milczenia i strach osób, które bądź obserwowały, bądź wiedziały o krzywdach innych (personel szpitala, domu dziecka).
Śmiesznie niskie wyroki, bałagan w papierach (który pozwolił dać agresywnemu żołnierzowi naładowaną broń do ręki).
Choć wielu rzeczy nie widzimy, jest wiele takich, których widzieć nie chcemy, odwracamy oczy. Reportaże Kopińskiej to wyrzut sumienia.

środa, 1 lutego 2017

Małgorzata Czyńska - Kobiety Witkacego. Metafizyczny harem [recenzja]

Wydawnictwo Znak
Kraków 2016

Ta książka nie dała mi żadnej nowej wiedzy o Witkacym, jednak przeczytałam ją jednym tchem, gdyż... jest o Witkacym. Tym razem o kobietach. Nic nadzwyczajnego - kobiety były z nim zawsze, od zawsze. Zmieniały się częściej niż światła na Placu Wilsona, były barwne, niezwykłe, czasem demoniczne, czasem uległe. Wszystkie pod urokiem niesfornego Stasia, bon vivanta i dekadenta pełną gębą, mędrca i głupca. Dla mnie pozostaje on niezaprzeczalnym fenomenem, znakomitością, indywidualnością i kopalnią cytatów, a także inspiracją w artystycznych działaniach. Gdybym nie bała się wyświechtanego słowa "geniusz", wówczas bym go w tym przypadku użyła, bo najpełniej oddaje Witkacowski szwung, intuicję i talent, wielowymiarowy talent.
Był sobą. Nie udawał, nie kluczył. Zdradzał żonę ( oczy ją lojalnie uprzedzał przed ślubem), przyjaźnił się z dawnymi kochankami, był obcesowy, dosadny, kapryśny, swawolny. Zakochany w sobie, zapatrzony we własne kreacje, zerkający co chwilę na coraz młodsze panny, czarował otoczenie, a jeśli nie czarował, to chociaż ubarwiał zakopiańską (czasem warszawską) codzienność.
Ta książka to po trosze plotkarska relacja z Witkacowej alkowy: kiedy, z kim, w jakich okolicznościach. W bogatej galerii przyjaciółek była m.in. znakomita aktorka Irena Solska, poetka Maria Pawlikowska - Jasnorzewska, redaktorka literacka Zofia Pareńska (szerzej kojarzona jako żona Boya, a także pierwowzór Zosi w Weselu Wyspiańskiego). Były też manikiurzystka, urzędniczka bankowa, kobiety poznane na ulicy (zwabione obietnicą, spełnioną zresztą, pozowania).
Autorka nie kryje przed czytelnikiem wybuchowości i bezwzględności Witkacego: awanturnik, narkoman, obrażalski raptus, skupiony na sobie. Zmusił żonę do aborcji, kochankę (prawie) do samobójstwa. Miał wielki wpływ na swoje wybranki. Na potwierdzenie kolejnych szokujących faktów przytaczane są fragmenty licznej korespondencji, jaką Stanisław Ignacy prowadził z żoną i przyjaciółmi.
Och, ten Witkacy!
PS Po wnikliwej lekturze książki jestem przekonana, że jej autorka również należy do entuzjastek Witkiewicza juniora. Metafizyczny harem nie ma końca...

wtorek, 31 stycznia 2017

Zeruya Shalev - Ból [recenzja]

Przekład: Magdalena Sommer
Wydawnictwo WAB
Warszawa 2016

Proza Shalev jest gęsta, intensywna, pełna trudnych emocji. Lepi się do czytelnika, osacza go z każdej strony, nie pozwalając swobodnie oddychać. Z drugiej strony jej energia i ekspansywność zarażają, urzekają, wciągają. Dochodzi do paradoksu: chcę czytać, choć nie chcę czytać...
Ból to kolejna opowieść o związku, wspomnienie początków, bilans zysków i strat widziany po latach, a przede wszystkim sytuacja stron w obliczu powrotu pierwszej, dawnej miłości. 
Oto Iris, czterdziestoparoletnia mieszkanka Jerozolimy spotyka Ejtana, swego młodzieńczego ukochanego. Pomimo upływu lat pamięć (a także rana pozostała po zerwaniu) jest wciąż żywa. Na nowo wybucha uczucie, pasja, kochankowie próbują odrobić czas, jaki przepadł im przez lata osobności.
Szczerość uczucia, potrzeba bycia kochaną, dostrzeganą jest niezwykle silna. Iris porzuca skrupuły, wygląda na to, że pozostawi męża (dzieci już samodzielne) i odejdzie do pierwszej prawdziwej miłości.
Dylematy, rozterki, wybory, kobiece przemyślenia i intuicja, a także ten szczególny szósty zmysł, który wyostrza postrzeganie, pozwala nazwać to, co zwykle nienazywalne. 
Tytułowy ból przenika przez każdą stronę. Iris cierpi w nudnym, osobnym, niewypracowanym, zaniedbanym małżeństwie. Ból to także tęsknota za miłością, młodością i zdrowiem (10 lat wcześniej została poważnie ranna w zamachu bombowym). Kolejna dotkliwość to relacje z dziećmi, a w szczególności z córką, która porzuciła rodzinne gniazdo i (według intuicji matki) trafiła do nieciekawego towarzystwa, które stanowi zagrożenie dla jej niezależności.
Boli upływający czas, starzenie się rodziców (matki). Najważniejszy jest jednak ten najpierwszy, młodzieńczy, wciąż żywy ból porzuconej, zakochanej do granic możliwości dziewczyny, która wciąż tkwi w dojrzałej Iris. 
Shalev ma skłonność do oglądania szczegółów z każdej strony. Rozkłada je na czynniki pierwsze, smakuje, szuka nowych dróg, cały czas pamiętając o tym, że jej bohaterka przeżywa wewnętrzny dramat. 
Dla mnie najcenniejsze w książkach Shalev jest odniesienie do współczesnego Izraela, mojego ukochanego Tel Avivu, tajemniczej Jerozolimy, miejsc, które tętnią życiem, każde na swój niezwykły sposób. Odrobina lokalności, specyfiki państwa podana przez autorkę jest wspaniałym smaczkiem, dla mnie istotniejszym niż miłosna historia, a to dlatego, że porównuję go z moimi odczuciami i izraelskimi tęsknotami.
Może dlatego nie skupiłam się na zakończeniu, które dla paru osób jest kontrowersyjne, dla mnie wciąż żywy jest obraz barwnego bulwaru Rotschilda czy tętniącej życiem Dezingoff Street.
O rany, lecę zabukować bilet do Tel Avivu!

czwartek, 26 stycznia 2017

Danny Wattin - Skarb pana Isakowitza [recenzja]

Przekład: Ewelina Kmieciak
Wydawnictwo WAB
Warszawa 2015

Miało być lekko i z polotem, wyszło miałko i nieszczególnie. Oto przedstawia nam autor powieść drogi - przez Szwecję do Polski, a także podróż sentymentalną i  tę do przeszłości (liczne retrospektywy ukazujące historię rodziny Isakowitzów).
Dziadek, ojciec i syn jadą do Grudziądza (niegdysiejszy Marienwerder), gdzie przed wojną mieszkał i pracował pradziadek. Panowie myślą, że pozostawił po sobie skarb, zakopany na terenie swych dawnych włości. Poszukiwania są jedynie pretekstem do odbycia wyprawy, a tym samym zbliżenia się trzech pokoleń rodziny Isakowitzów/Wattinów.
Każdy z panów reprezentuje innym typ osobowości, światopoglądu. Dziadek to rozbisurmaniony smakosz, który wszędzie szuka okazji do zjedzenia czegoś smacznego. Wszędzie tropi spiski i dowody na prześladowania Żydów, jest zaciekłym polonofobem. Syn to przedstawiciel współczesnego, nowoczesnego, pozbawionego -izmów lekkiego ducha, który podróżuje, daje wolność i chwyta życie garściami, nie mając wobec niego wielkich oczekiwań. Jest jeszcze najmłodszy uczestnik wyprawy, Leo, który jako inicjator wycieczki jest najmniej wyeksponowanym bohaterem, ot, chłopak, towarzyszący dorosłym w podróży.
Atmosfera w samochodzie gęstnieje z godziny na godzinę (dziadek sypie dobrymi radami, podjada słodycze, prawi morały, ale też dzieli się informacjami i rodzinie). Od razu wiadomo, że panowie nie przebywają ze sobą na co dzień i trudno im odnaleźć się w sytuacji permanentnego bycia razem.
I choć ich motywacje są różne - jeden chce przygody, drugi dobrego materiału na książkę, a trzeci prawdy o rodzinie, to tak naprawdę, wszyscy otrzymują to samo: bliskość, poczucie wspólnoty, siłę.
Skoro o sile mowa, warto zauważyć, że mocną, nie - najmocniejszą stroną książki są rodzinne wspominki. Rodzinne korzenie bardzo mocno tkwią w głowach starszych uczestników wyprawy. To, czego dowiadujemy się o przeszłości czasami mrozi krew w żyłach - represje, odrzucenie w gorączkowym przedwojenny czasie, późniejszy exodus lat czterdziestych XX wieku, aż w końcu próba odbudowania rodziny w Szwecji. Pokolenia ludzi, którzy musieli wiele przezwyciężyć, by móc godnie, spokojnie żyć, czasem za cenę własnej tożsamości, o czym nie autor nie wstydzi się wspomnieć.
I kiedy wreszcie uświadomisz sobie czytelniku, że skarbem po który jechali Wattinowie jest rodzinna historia, docenisz wszelkie składowe tej książki, nawet jeśli, tak jak mnie, wyda się tobie, że jest przewidywalnie, czasem oparte na zgranych tekstach, to przecież w rodzinie siła, więc jeśli ktoś próbuje w lekki sposób pokazać rodzinne trudne tematy, dajmy mu szansę.