niedziela, 25 czerwca 2017

Tomasz Jastrun - Wyszedł z siebie i nie wrócił [recenzja]

Wydawnictwo Czarna Owca
Warszawa 2017

Dawno, dawno temu zaczynałam cotygodniową lekturę pewnego tygodnika od ostatniej strony, gdzie swoje felietony publikował Tomasz Jastrun. Zaśmiewałam się nad perypetiami jakie przechodził on ze swoim synkiem, przyjmowałam optykę autora i ze zdziwieniem spoglądałam na rzeczywistość w której on bezczelnie się rozmnażał, podczas, gdy jego znajomi zaczęli odchodzić.
W najnowszej powieści Jastrun pokazuje, że jest w formie. Język wcale się nie stępił, dowcip (często wisielczy) również na miejscu, czytałam tę książkę wybuchając czasem nerwowym chichotem, śmiechem przez łzy, innym razem reagując na fabułę zgrzytem zębów. Wachlarz bogaty, tak samo jak zbiór przypadków oraz refleksji, jakie napadają co i rusz na głównego bohatera.
Jest nim przeżywający kryzys twórczy (i wieku średniego też) malarz Franciszek, który czasy świetności ma już za sobą, a jak wiadomo każdy artysta źle nosi zmierzch własnej popularności/atrakcyjności.
Franciszek nie radzi sobie z odpływającą weną, nieprzychylności krytyki, która zapomina o jego twórczości. Ponadto na kryzys nakładają się problemy osobiste - pijąca żona, problemy urologiczne, kredyt hipoteczny oraz wystający brzuch, który symbolizuje ostateczny upadek i wstydliwy początek końca (przynajmniej dla narratora).
Nic się Franciszkowi w życiu nie udaje, nic go nie cieszy, nic nie stymuluje, ni nie daje nadziei. Wpadł w czarną dziurę myśli, refleksji, na dodatek umiejscowionych w TYM kraju, w TYM czasie, w TEJ rzeczywistości. Pewną radość daje mu internetowa znajomość, którą nazywa wręcz więzią, jednak pozostawiając tę relację jedynie wirtualną, skazuje się na domysły, wątpliwości.
Franciszek choruje na depresję i każda próba poradzenia sobie z nią nie przynosi pożądanego skutku - nie działa salon erotycznego masażu, nie przynoszą ulgi leki, nawet romans nie ratuje bohatera ze szponów choroby.
Starzenie się przynosi nowe wyzwania oraz obnaża niechciane prawdy - człowiek przestaje być atrakcyjny dla świata, to co oferuje nie budzi już zachwytów ni oczekiwania. Atrakcyjność spada, użyteczność też, relacja intymna napotyka na trudności natury fizjologicznej, pojawia się pytanie o sens i dalszą drogę.
Jastrun wcale nie pisze w sposób lekki, robi to jednak ze swadą, żarliwością, przez co czytelnik nie tylko sympatyzuje z głównym bohaterem, ale też zauważa pewien satyryczny wymiar sytuacji, w jaką uwikłany jest niemal każdy z nas (lub kiedyś będzie). Życie jest tak tragiczne, że aż śmieszne. Dzięki historii Franciszka, czytelnik uświadamia sobie, że bywa również absurdalne.
Nic tylko wyjść z siebie i nie wrócić.



Za egzemplarz książki dziękuję wydawnictwu:







Benedict Wells - Koniec samotności [recenzja]

Przekład: Viktor Grotowicz
Wydawnictwo Muza
Warszawa 2017

Niech nie zwiedzie was okładka - ta powieść nie jest babskim romansidłem. Benedict Wells konfrontuje czytelnika z historią bohatera bardzo doświadczonego przez życie.
Gdy trzydziestokilkuletni Jules ulega wypadkowi motocyklowemu, wydarzenie to staje się bodźcem do wspomnień dalekiej przeszłości, która zaważyła na życiu wielu osób. Jules, oraz jego starsze rodzeństwo Marty i Liz zostają nagle osieroceni przez obje rodziców. Trafiają do domu dziecka, gdzie zostają rozdzieleni, Jules trafia do młodszych dzieci, gdzie nie radząc sobie z nową sytuacją chłopiec staje się samotnikiem, dziwakiem, zamkniętym w świecie marzeń i wspomnień.
Starsze rodzeństwo również radykalnie zmienia swoje dotychczasowe przyzwyczajenia i usposobienie, Liz wulgarnieje, Marty staje się zapatrzonym w siebie egoistą. Każdy na swój sposób próbuje przeżyć żałobę, odnaleźć się w samotności. Rodzeństwo traci kontakt, rany oraz wspomnienia są zbyt silne.
Jules opowiada historię swoją i swojej rodziny opierając się na wieloletnich obserwacjach. Wynika z nich jasno, że życie jest kruche, nieprzewidywalne, gorzkie, ale też pełne małych szczęść, które raz na jakiś czas rozświetlają szarość. Żadna to nowość,w zasadzie banał, jednak nadanie tym truizmom kostiumu Julesa i jego rodzeństwa powoduje pewną wyjątkowość i niepowtarzalność.
Miłości i sympatie, wyzwania zawodowe, talenty,pragnienia, wszystko to opowiada nam narrator, pokazując jak bardzo na dorosłe życie i decyzje rodzeństwa miały tragiczne wydarzenia z ich dzieciństwa.
Jak łatwo jest się poróżnić, stracić z oczu, oddalić się od siebie, nawet wśród rodzeństwa. Jak wielkie są nasze potrzeby akceptacji, miłości, poczucia wspólnoty i przynależności. Jak wiele w końcu zależy od ułożenia się poszczególnego dzieciństwa, sposobu wychowania. Przeszłość wraca, czasem w całkiem niespodziewanym momencie, rzutując na dorosłe relacje, poczucie własnej wartości.
Autor utrzymuje w powieści minorowy ton, pełen smutku i ciągle obecnego przeczucia, że ta historia naznaczona będzie do końca smutkiem, dojmującym, gęstym, przykrywającym wszystko inne, tylko nie samotność.
Benedict Wells zaskoczył mnie swoją dojrzałością (jest on raptem trzydziestokilkuletnim autorem), znajomością ludzkiej duszy oraz przenikliwością, która bez skrupułów obnaża mroki i tęsknoty ludzkiej egzystencji.



Za egzemplarz książki dziękuję wydawnictwu:





wtorek, 6 czerwca 2017

Aneta Prymaka-Oniszk - Bieżeństwo 1915. Zapomniani uchodźcy [recenzja]

Wydawnictwo Czarne
Wołowiec 2016

Staram się być ostrożną w ocenie. Główkuję jakich słów użyć, jak opisać to co przychodzi mi do głowy po przeczytaniu książki. Z jednej strony bardzo cenię temat, cieszę się, że ktoś pochylił się nad maluczkimi, zapomnianymi przez świat i ludzi, którzy porzucili wszystko co mieli (a nie było tego dużo), by spełnić wolę imperium i uchronić się przed przepowiednią zagłady.
Z drugiej strony Prymaka-Oniszk reprezentuje ten rodzaj reportażu, jaki wywołuje u mnie sprzeciw. Nie sympatyzuję z aktualnym polskim trendem reportażowym. Równoważniki zdań, zdania proste, urywane, cięte. Brak literackiego sznytu, pomysłu, czuję, że każdy pisze od raz przyjętego szablonu. Wrażenie sprowadzone do zastanawiania się co byłoby za tym nagłym przecięciem, wyciszeniem. Ćwiczenie tyleż nużące, co irytujące czytelnika.
Mylą mi się nazwiska, tytuły, bo niemal każdy współczesny polski reportażysta pisze tak samo. Gdzie nie spojrzysz tam ten sam pomysł na pisanie.
Dla porównania podam wspaniałą, niezwykle poetycką, pełną wrażliwości, językowego pietyzmu i staranności książkę Martína Caparrósa (który ku mojemu wielkiemu rozczarowaniu nie zdobył nagrody im. Kapuścińskiego, podobnie mieli studenci Uniwersytetu Wrocławskiego, którzy uhonorowali go swoją nagrodą), który o Głodzie pisze przejmująco i nieszablonowo, dojmująco i pamiętliwie. Cóż. Gusta i guściki.
Wracając do Bieżeństwa. Przywrócenie tematu - wielka sprawa, odnalezienie jakichkolwiek materiałów opisujących tamtą Odyseję - brzmi nieprawdopodobnie. Za autorką benedyktyńska wręcz praca, wiele też osobistych wzruszeń (w końcu to rodzinna historia). Tym bardziej trudno mi pisać, rozdzielić to co osobiste od tego czym powinien być reportaż.
Uciekinierzy, bieżeńcy padają ofiarą wojny. Rosyjskie wojsko cofające się z frontu ciągnie za sobą mit niemieckich okrutników, którzy palą i gwałcą, mordują i bezczeszczą. Prawosławna polska ludność spod Lublina, Łomży czy Chełma, zachęcana przez lokalnych batiuszków pakuje na wozy pierzyny, wyprzedaje inwentarz, by ruszyć na bezpieczny wschód, gdzie nie sięgną germańskie macki. Nie są świadomi, że po drodze czeka ich znój, głód, choroby, a często też śmierć. 
Nim dotrą do mniej lub bardziej żyznych rejonów Rosji, utracą wszystko co miało dla nich znaczenie, w tym także poczucie bezpieczeństwa, nadzieje, tęsknoty.
I, choć znajdą się tacy, którzy zaśmieją się nad gustami bieżenców (długo nie potrafili przekonać się do białego, pszennego chleba - przywykli do gliniastych, czarnych bochenków, nie umieli pogodzić się z codziennością świątecznego dla nich rodzaju pieczywa. Tak samo było z pomidorami - długo wzbraniali się przed nimi jako substancją niejadalną). 
Tygodnie wyczerpujących wędrówek, bez jedzenia, wody, z padającymi, wycieńczonymi zwierzętami są codziennością uchodźców. Choroby i wysoka śmiertelność dzieci, masowe groby wyrastające przy rogach znaczą wędrówkę przesiedleńców. I tylko czasem któryś lokalny mużyk, czy też wielkopański małomiasteczkowy komitet dobrze sytuowanych pań z towarzystwa wyjdzie na drogę zrobić sobie pamiątkową fotografię z ludzką lawą.
Szybko pojawiają się komitety pomocy, reporterzy, kotły z zupą, ale to wciąż zbyt mało, by ocalić wszystkich.
Tragedia bieżeńców to nie tylko droga do Rosji, gdy upada carat, rewolucyjna zawierucha zmusza większość do powrotu do starego kraju...
Ogrom wysiłku, tragedii, poświęcenia, ale i samozaparcia jest niewyobrażalny. Przy braku środków, komunikacji, pośród walk i wielu niebezpieczeństw czyhających z każdej niemal strony, zdziesiątkowani bieżeńcy wracali w swoje strony. Exodus.

poniedziałek, 5 czerwca 2017

Philippe Beaussant - Przejścia. Z Renesansu do Baroku [recenzja]

Przekład: Wanda Klenczon
Wydawnictwo Kle
Warszawa 2017

Przejścia są jak wędrówka przez różne światy, a każdy znaczony wizją i charakterem innego stwórcy. Beaussant prowadzi nas przez arcydzieła muzyki i malarstwa Renesansu i Baroku podając ich genezę, nastrój czy ukryty wymiar w widowiskowy, barwny sposób.
Skupia się na największych, wśród nich znajduje się Tintoretto (ze zjawiskowym Ofiarowaniem Maryi Panny w Świątyni), Veronese i jego Gody w Kanie Galilejskiej, czy mój ukochany Caravaggio, raptus i gwałtownik, którego życie było równie bogatej, jak twórczość.
Beaussant prowadzi czytelnika/widza przez kolejne obrazy trochę jak ślepca, trochę jak dziecko przed którym odkrywa to, co dla niewprawionego oka niewidoczne. Fabularyzuje sceny ukazane na płótnach, dodaje szczegóły znane z historii sztuki, powodując, że nawet niewprawny odbiorca odkrywa głębię, piękno i bogactwo znaczeń, symboli, wrażeń.
Niejednoznaczność tematów, ich uwikłanie historyczne, obyczajowe, wreszcie prywatne (związane z fundatorami, mecenasami czy wreszcie twórcami) jest pasjonujące i urzekające. Powoli suniemy wzrokiem za słowami Beaussanta, ważymy je, odnosimy do postaci uwiecznionych na poszczególnych obrazach, smakujemy przemyślenia, łączymy je z wiedzą i prawdami o opisywanych epokach, uczymy się przeszłości.
Bardzo ważną kwestię poruszył autor już na początku książki i jest ona konieczna do zacytowania właśnie w tym miejscu: Jak powstrzymać się od nakładania na myśl niegdysiejszych ludzi naszego własnego sposobu osądzania? Jak uniknąć interpretacji tego, co czynili, czego pragnęli, co kochali, a co odrzucali, za pomocą kryteriów, które ustaliliśmy my, ludzie innych czasów? Jak sprawić, by oglądając i słuchając dzieł przeszłości z perspektywy, która dała nam wiedzę o ewolucji rzeczy, mieć zarazem prostoduszność tych, którzy odkrywają coś nowego, coś, czego istnienia nie podejrzewali, i nie wiedzą, dokąd może ich to zaprowadzić?
Trudna sztuka, jednak dzięki Beaussantowi niemal możliwa. Opisując zmiany, jakie spowodowały w muzyce madrygały Monteverdiego, jaki wpływ na epos rycerski miała Jerozolima wyzwolona autorstwa Torquato Tasso, widzimy, że nasze zepsute cywilizacją i późniejszymi arcydziełami oko nie doceni tego, co w powyższych widzieli im współcześni,
Dzięki Beaussantowi mgła współczesności trochę się rozjaśnia, pokazuje, jak wielkim postępem, zmianą, były nowe podejście do światłocienia, ukazanie rycerza w ponurym stanie zakochania, czy wreszcie słowo nadające formę utworowi muzycznemu. 
Beaussant zabiera czytelnika w wyjątkowo podróż do źródeł wrażliwości, do historii piękna, które wciąż trwa, zachwyca, autor odziera je jednak z naleciałości wieków, z nowych znaczeń, odsłaniając to, co było sednem omawianych dzieł, w czasie, w którym powstawały.
Bezcenna przygoda, której dodatkowym atutem jest oddanie i pasja autora, wyzierająca zza każdej stronicy.

czwartek, 11 maja 2017

Marcin Kącki - Białystok. biała siła, czarna pamięć [recenzja]

Wydawnictwo Czarne
Wołowiec 2016

Czytam i skóra mi cierpnie. Ze względu na opisywane historie, ale też z powodu stronniczości autora, który jest dość jednoznaczny w swoich sądach, choć wypowiada je między wierszami. Obraz wyłoniony ze zbioru reportażu Kąckiego pokazuje, że historia niczego nie uczy. Ludzie (mimo postępu, teoretycznemu wzrostowi świadomości, łatwiejszemu dostępowi do oświaty) wcale się nie zmieniają, nie mądrzeją, nie poszerzają horyzontów, nie dbają o przeszłość i własne dziedzictwo.
Zbiór reportaży dotyczących Białegostoku i jego okolic zasmuca i osłabia, pokazuje całą galerię narodowych słabości.
Mając w pamięci wielokulturowość tego miejsca (Żydzi, Polacy, Ukraińcy, Białorusini, a nawet Tatarzy), ważne historycznie i społecznie hasła (esperanto, in vitro) odnosi się wrażenie, że Białystok to postęp i wizytówka nowoczesności i kultury.
Prawda jest taka, że nie dba się o pamięć o Zamenhofie, z miasta pozbyto się teatru Trzyrzecze, który mówił o bolesne i zamiatane pod dywan, a esperanto istnieje tylko w podręcznikach.
Z książki Kąckiego wyłania się obraz antysemickiego i w ogóle rasistowskiego miasta, gdzie kolor skóry predestynuje do szykan i drżenia o własne zdrowie. Gdzie społecznicy są szykanowani i zastraszani, neofaszyści prężą muskuły, a kibole odstawiają kolejne ustawki i popierają rasizm.
W narodzie wciąż żywa jest legenda niesławnego Burego, a białostocka kolebka in vitro staje się teraz przyczółkiem kółka różańcowego. A do tego disco polo - matecznik Białystok.
Czas załamać ręce i zapłakać, o ile argumenty przedstawione w książce są miarodajne i rzetelne.
Białystok jest aż tak straszny? Czy wszystkie narodowe przywary skumulowały się na Podlasiu, czy są bardziej jaskrawe?
Żadną nowością nie będzie stwierdzenie, że Polsce daleko do egalitarności, tolerancyjności czy liberalizmu.
Powoli, drobnymi kroczkami idzie lepsze, ale z drugiej stronie przy postępującemu wciąż skrętowi w prawo, zaraz okaże się, że miast iść naprzód, cofamy się.
Nie wiem co sądzić o tej książce, z jednej strony obnaża polskie grzechy, z drugiej jest nazbyt obarczona zdaniem i przekonaniami autora. Nie pozwala to na przestrzeń dla własnych przemyśleń.
Interesująca, ale i kontrowersyjna.

poniedziałek, 8 maja 2017

Tove Jansson - Słoneczne miasto [recenzja]

Przekład: Teresa Chłapowska, Justyna Czechowska
Wydawnictwo Marginesy
Warszawa 2017

Moja matka chrzestna mawia, że starość jest straszna. Po lekturze dwóch opowiadań Jansson, zaczynam nabierać przekonania, że ma rację. Pierwsze jest "Słoneczne miasto", opowieść o domu spokojnej starości w małym miasteczku na Florydzie. Pensjonariusze spędzają każdy dzień w bujanych fotelach na werandzie, pośród komentarzy, podglądania sąsiadów, rozmów, bądź samotnych rozmyślań.
Jedyny ważny moment w roku to Bal Wiosenny, na którym sztywne reguły nie pozwalają na swobodną zabawę (taniec tylko w mieszanych parach, w konsekwencji panie, których przewaga nad mężczyznami jest miażdżąca, stoją niepewnie przy przekąskach, patrząc z zazdrością na szczęściary tańczące na parkiecie). 
Starsi ludzie porzuceni są n margines życia, oddani przez dzieci, zapomniani, samotni, przerażeni przyszłością, udręczeni odrzuceniem i izolacją na jaką skazali ich bliscy. Niekochani, niepogodzeni ze starością, która niesie same trudy i znoje (głównie w zakresie zdrowia), wegetują na werandzie, żyjąc od posiłku do posiłku. Odczłowieczenie starości, jakie pokutowało długie lata, głośno walczy o swoje prawa - właśnie tu, w historii opowiedzianej przez Tove Jansson. Gorzka, smutna opowieść o ciężkim losie, który majaczy daleko na horyzoncie, pokazując, że każdego może czekać taka sama banicja, bez względu na wcześniejsze zasługi i możliwości. 
Drugie opowiadanie " Kamienne pole" to historia Jonasza, świeżo upieczonego emeryta. Ma on jeszcze jedną misję do spełnienia - napisanie biografii Igreka. Niespodziewanie okazuje się, że jego bohater ma wiele wspólnego ze swoim biografem. Praca nad książką staje się okazją do rachunku sumienia i gorzkich podsumowań: trudne relacje z żoną i córkami, ciągłe ucieczki od rzeczywistego świata, pełnego obowiązków i uczuć. Bilans życia wypada fatalnie...
Jak w piosence Jana Kantego Pawluśkiewcza do słów Michała Zabłockiego: "Stare ciała są w złym guście, stare ciała do śmierci zmuście (...) po co wam? po co one wam?".
Gorzko......

Hubert Hender - Lęk [recenzja]

Wydawnictwo Filia
Poznań 2017

Hender zaskakuje. Wraca z trzecią powieścią, lepszą od poprzednich.  Z przyjemnością patrzę na rozwój talentu tego pisarza i czekam kolejnych jego literackich prób. 
W najnowszej powieści przenosi nas do Jeleniej Góry, gdzie znika nastolatka. Początkowy sceptycyzm policji przeradza się w gorączkowe poszukiwania. Powodem są zaginięcia kolejnych dzieci. Iwanowicz bardzo osobiście traktuje całą sprawę, a ta rozwija się w coraz większym tempie. Jej finał zaskakuje, ale też daje wiele do myślenia. Czas goni śledczych,  atmosfera gęstnieje...
„Lęk” jest inny  niż wcześniejsze jego powieści, dojrzalszy, a przy tym bardzo emocjonujący, chwytający za serce. Napięcie trzyma czytelnika w żelaznym uścisku, ma ono jednak inne podłoże niż wcześniejsze książki, mniej tu strachu, więcej emocji, które dotykają nas na co dzień. 
Atutem drogi, którą podąża autor jest regionalizm i rzucenie bohaterów na Dolny Śląsk, w rodzinne strony autora. Pokazanie topografii miejsc, atmosfery miast i miasteczek, wiosek i turystycznych atrakcji pokazuje, jak toczy się życie w małych społecznościach, jak wyglądają tam układy, codzienność. Rzeczywistość wyobrażona przez autora jest jak szyta na miarę – tak mocno przypomina naszą codzienność, że łatwo przekuć sceny z książki na realne sytuacje. 
Bycie blisko zwykłego człowieka, pokazanie świata z oddolnej perspektywy zjednuje czytelnika, daje wrażenie poufałości.
Ważne jest też pokazanie ludzkiej strony głównego bohatera, właśnie tego mi było trzeba – zajrzeć do jego emocji, poznać historię. Ta wiedza nie tylko utwierdziła mnie w sympatii do Iwanowicza, ale też rozbudziła chęć na więcej opowieści o nim w kolejnym tomie. Czekam więc.
Najlepszą stroną Hendera były do tej pory dialogi – mocne, spójne, przemyślane i logiczne (a w dzisiejsze prozie kryminalnej to nie takie oczywiste). W tej materii nic się nie zmieniło – dialogi są jego wizytówką.
I, choć na rynku  polskich pisarzy kryminalnych jest bardzo ciasno Hender ma tam ugruntowaną pozycję. Pośród rozchwytywanego hurtownika Mroza (grozą napawa mnie ilość premier i wydań kolejnych jego książek), egzaltowanej i sztucznej Bondy (wciąż nie rozumiem jej popularności....) czy pozostającego dziś nieco na uboczu Miłoszewskiego (któremu nie wybaczę błędów formalnych w „Ziarnie prawdy”). Hender wydaje się niezmanierowany i świeży.
Będę bacznie obserwować jego dalszą drogę, ciekawe dokąd go zaprowadzi...