poniedziałek, 5 listopada 2018

Joanna Ostrowska - Przemilczane. Seksualna praca przymusowa w czasie II wojny światowej [recenzja]

Wydawnictwo Marginesy
Warszawa 2018

Lektura tej książki boli jak diabli. 
Czyta się małymi fragmentami, bo inaczej się nie da. Trzeba od książki odpoczywać, łapać oddech, bo zarówno temat, jak i przytoczone fakty są porażające i przerażające.
II wojna światowa to czarna karta na mapie historycznej świata. Jednym z jej krępujących, przemilczanych i zapomnianych fragmentów jest seksualna praca przymusowa. 
Ofiarami jej najczęściej były kobiety, werbowane z obozów koncentracyjnych (za obietnicę szybkiego powrotu do normalności), kobiety z ulicznych łapanek, kobiety podejrzewane o nierząd, kobiety związane z Niemcami (wykrycie takiego związku oznaczało kary dla obu stron). Różne oblicza miały poszczególne przypadki wojennych pracownic seksualnych, niemal każda z nich istnieje w historii jako szczątkowa opowieść.
Spisane biogramy bądź zostały wycofane przez rodziny, bądź same kobiety, często wcale nie przyznawały się one do swoich okupacyjnych koszmarów z obawy przed posądzeniem o kolaborację, często ze wstydu, strachu, na pewno także przemawiała za tych chęć odcięcia się od wojennego dramatu.
Niewyobrażalne jest cierpienie, strach, upokorzenie, dehumanizacja, jakiej doświadczały zarówno w burdelach na froncie, domach publicznych dla nazistów, puff-ów w obozach koncentracyjnych...
Suche fakty, liczby, statystyki przytaczane przez autorkę również przygnębiają.
Nie chodzi tu tylko o liczbę osób, które obsługiwały setki "klientów", czy liczbę badań jakie musiały przechodzić co kilka dni (celem weryfikacji w kierunku chorób wenerycznych). Chodzi też o ból, poczucie beznadziei, samotności, jednak to nie znajduje się w żadnej relacji.
Czas wojny w którym stały się niewolnicami trzeba też oddzielić od powojnia, w którym wcale nie przyszło wytchnienie czy ulga.
Seksualne pracownice przymusowe musiały się mierzyć z piętnem kolaborantek, nagle ich okupacyjna przeszłość była postrzegana jako dobrowolna współpraca.
Obawa przed spotkaniem kogoś kto pamięta, strach przed rozpowszechnieniem historii czy wreszcie, tzw. postrzyżyny, czyli golenie głów kobietom, które w czasie wojny utrzymywały dobrowolne lub przymusowe relacje z okupantem. Strach czaił się wszędzie.
Nie można zapomnieć też o powojennych gwałtach, jakich sprawcami byli wycofujący się żołnierze nazistowscy, później zaś wkraczający radzieccy. Gwałty Polaków na Niemkach.
Mechanizmy tych działań, również przytaczane przez autorkę nijak nie tłumaczą tych zachowań, dają jednak pewien obraz wojennych traum, późniejszej rzeczywistości i przyzwoleń, które panowały wśród ludności.
Wszystko to jest jednym wielkim bagnem, koszmarem, który nie miał prawa się wydarzyć, a jednak był.
Autorka dokonała wielkiej pracy, szukając materiałów w archiwach, poszukując świadków, wyciągając na światło dzienne historie, których nikt nie chciał pamiętać.
I, choć bardzo chciała przywrócić pamięć o kobietach, które przeżyły ten wojenne koszmar, to jednak zdaje sobie ona sprawę z tego, że nie jest to wygodna wiedza.
W świadomości polskiej historiografii to wciąż marginalne, niewygodne przypadki, które skazane są na tabuizację i zapomnienie.
Dzięki Joannie Ostrowskiej nie do końca.

czwartek, 1 listopada 2018

Aleksander Kaczorowski - Ota Pavel. Pod powierzchnią [recenzja]

Wydawnictwo Czarne
Wołowiec 2018

Konieczna, ważna, wspaniała książka o wielkim, niezwykłym wspaniałym pisarzu.
Dobrze, że powstała.
Gdy pierwszy raz czytałam "Śmierć pięknych saren" płakałam ze śmiechu. To był pierwszy i ostatni raz, gdy literatura aż tak mnie rozbawiła.
Później, gdy stopniowo poznawałam historię autora, był to śmiech przez łzy, teraz mogłam wreszcie poznać pełną biografię autora i wiele spraw związanych z jego twórczością przemyślałam na nowo.
Ota Pavel to tragiczna postać, tak samo jak czasy, w których przyszło mu żyć.
Urodzony w 1930 jako Otto Popper, od najmłodszych lat musiał stawiać czoła historii. Jako dziecko "mieszane" Czeszki i Czecha żydowskiego pochodzenia był skazany na zagładę. Jego starsi bracia przeżyli prace przymusowe i obozy koncentracyjne, on sam na szczęście przetrwał wojnę z matką.
Ojciec, barwna i niezwykła postać - urodzony handlowiec, komiwojażer sprzedający z sukcesem odkurzacze Electrolux jest bohaterem opowiadań "Śmierci pięknych saren", ale też postać, która ukształtowała młodego Otę. Wspólne, rodzinne wyprawy nad rzekę Berounkę nie tylko dały chłopcu poczucie bezpieczeństwa, a w dorosłym życiu były szansą na odnalezienie spokoju, choć przez chwilę.
Ota długo szukał pomysłu na siebie. Fascynował się komunizmem (długo z tego wychodził), pracował w gazetach, wreszcie zajął się pisaniem o sporcie.. Jak wielki miał talent dowie się ten, kto sięgnie po jego genialne (to nie jest przesada) artykuły o czeskich sporowcach: "Bajka o Rašce i inne reportaże sportowe" (tu: recenzja). Każde zdanie jest przemyślane, każde wspaniałe literacko, inteligentne dowcipne, często pisane z przymrużeniem oka. Barwne, czasem bajkowe narracje nie tylko urzekają formą, ale także pokazują jak niezwykli byli bohaterowie Pavla.
Autor biografii odszukuje osoby związane z Otą, pyta o warsztat, sposób pracy, próbuje odsłonić przed czytelnikiem jakim był człowiekiem, jakim artystą.
Ta słodko-gorzka podróż przez czeską historię, zmiany ustrojowe, niepokoje i zrywy społeczne, pełna jest trudnych momentów, jakie towarzyszyły Pavlowi. I ten, który w biografii jest niezwykle ważną cezurą czasową, dotyczący sytuacji z hokejowej szatni, gdy jeden z zawodników wysłał go do gazu, oczywiste skojarzenie z Holocaustem.
To wydarzenie traktowane jest jako symboliczne przejście, początek długiego stadium choroby, które rzuca cień na kolejne lata.
Ota Pavel był perfekcjonistą, pełnym niezadowolenia ze swoich działań, poprawiającym i zmieniającym kolejne rozdziały swoich dzieł, walczącym z własnymi ułomnościami, ponadto zbyt wrażliwym na czasy jakie musiał obsłużyć.
To wszytko pogłębiało jego chorobę, prowadziło do kolejnych załamań, oddalało go nie tylko od twórczości, ale od życia, rodziny.
Fascynująca, porywająca lektura, po której od razu zechcecie sięgnąć po twórczość Oty Pavla.
I smutna, i piękna.
Nie mam wyjścia, po raz kolejny sięgam po "Śmierć pięknych saren".

środa, 31 października 2018

Kurban Said - Dziewczyna znad Złotego Rogu [recenzja]

Przekład: Agnieszka Gadzała
Wydawnictwo W.A.B.
Warszawa 2018

Fascynuje mnie biografia autora. Kurban Said to pseudonim pisarza, który w rzeczywistości nazywał się Lew Nussimbaum i był synem potentata naftowego oraz pochodzącej z rosyjskiej arystokracji wywrotowej komunistki.
Kolejne jego wcielenia, życiorysy, kreacje dodają postaci tajemniczości, intrygują i pobudzają czytelniczą ciekawość i literacki apetyt.
Jednym z jego wcieleń był właśnie Said, na co wpłynęło zafascynowanie Orientem i islamem. 
"Dziewczyna znad Złotego Rogu" to druga powieść autora, którą wydał w 1938 roku.
Po pierwsze, zwraca uwagę jej ponadczasowość, a może bycie kompletnie poza czasem. Napisana jest w tak nowoczesny, współczesny dla ans sposób, że aż trudno uwierzyć, że powieść dotyczy dwudziestolecia międzywojennego.
Berlin, Wiedeń, portret ówczesnych rozrywek, podróży, w ujęciu Saida niewiele odstaje od aktualnych treści.
Kosmopolityczne towarzystwo, wielokulturowy tygiel, a do tego uczucia, wybory i jeszcze ta szczypta Orientu, dla wielu niezrozumiała, czasem odstraszająca.
Mamy oto Berlin po pierwszej wojnie światowej. Wysoki rangą generał byłego imperium osmańskiego emigruje tutaj wraz z córkę, Asiadeh. Dziewczyna studiuje języki orientalne i czeka na przybycie księcia, któremu została obiecana.
Czasy się zmieniły, imperium upadło, a dawni włodarze rozproszyli się po całym świecie. Książę zmienił tożsamość, jest teraz Johnem Rollandem, zapijaczonym, acz uznanym i wpływowy scenarzystą w Nowym Jorku. 
Asiadeh czuje się związana obietnicą, którą podważa Alexander Hassa, zakochany w niej wiedeński laryngolog. Gdy dziewczyna wiąże się z lekarzem, do Europy przybywa osmański książę. Sprawy się komplikują.
Asiadeh musi stanąć przed wyborem: tradycja i wierność kulturze czy lojalność i uczciwość wobec męża?
Towarzyszymy jej podczas rozmów z mężem, obserwacji europejskiego życia, jakże różnego od tego, które pamiętała z rodzinnego domu. Dziewczyna próbuje pogodzić dwa światy: wschodu i zachodu, połączyć kultury, zrozumień dziedzictwo swego zeuropeizowanego małżonka, pozostając jednocześnie w zgodzie z własną tradycją.
Wydaje się to niemożliwe. Do tego przyrzeczony książę, który również ma swoje plany, w tym własne odrodzenie i odnalezienie drogi do spokoju.


Za egzemplarz książki dziękuję:



 

niedziela, 28 października 2018

Luca D'Andrea "Lissy" [recenzja]

Przekład: Andrzej Szewczyk
Wydawnictwo W.A.B.
Warszawa 2018

Marlene nie ma łatwego życia. Od dzieciństwa skazana  na poczucie winy i lęk. Uciekając od demonów przeszłości wyszła za kryminalistę, w środowisku zwanego jako Herr Wegener. 
Splot okoliczności powoduje, że kobieta postanawia wymknąć się ze złotej klatki, uciec od męża. Zabiera ze sobą coś, co ma dla Wegenera ogromną wartość.
Uciekająca przez zimowe, oblodzone włoskie góry, Marlene ma wypadek, z którego ratuje ją tajemniczy i niepokojący Simon Keller.
I tu zaczynają się banialuki. Piętrowe.
Keller to pustelnik, zdziwaczały i niebezpieczny. Pochodzi on z rodziny powiedzmy, skrybów, którzy przepisują Pismo Święte. Simon kontynuuje tradycję, broni swej prywatności, hoduje świnie, z których każda ma imię... Jedno z nich ma szczególne znaczenie, o czym Marlene będzie musiała przekonać się na własnej skórze.
Cała ta opowieść o świńskim królu, który ma w głowie cały potężny mętlik i obłęd wylewa się na czytelnika powoli, acz systematycznie. Im dalej w las, tym trudniej było mi znosić logikę tłumaczeń i wyjaśnień narratora, wszystko co działo się w wątku Kellera przestawało mieć sens, zaczynało ocierać się o absurd.
Kolejny wątek jest łatwiej strawny i bardziej prawdopodobny. Chodzi o pościg, jaki za Marlene wysłał jej mąż. I nie chodzi tu tylko o chęć ukarania żony, okazuje się, że zniknięciem zaczęło interesować się Konsorcjum, silna i rozległa grupa przestępcza, której nikt i nic nie jest w sanie zatrzymać.
Zdradzony, porzucony mąż, który nie chce i nie potrafi dusić w sobie wściekłości i chęci zemsty, a do tego Zaufany Człowiek, zatrudniony przez mafię, który również szuka Marlene. Tak, ten wątek zdecydowanie ratuje sytuację.
Z jednej strony góry, tajemnica, nieznani sobie ludzie, którzy stopniowo wyjawiają tajemnice, a także pościg i planowe i zorganizowane poszukiwania uciekinierki z drugiej strony mogą stanowić silny bodziec dla miłośników wartkiej akcji i wielu niewiadomych, sekretów, które stopniowo zmieniają swój poznawczy status.


Za egzemplarz książki dziękuję:



poniedziałek, 22 października 2018

Marek Hłasko - Nawrócony w Jaffie [recenzja]

Wydawnictwo Elf
Warszawa 2004

Według mnie to najbardziej teatralne opowiadanie Hłaski.
Czytam dialogi i widzę jak łatwo rozpisać je na kolejne sceny, jak proszą się one o uwagi, didaskalia, podział na role.
W swej melancholii i posępności Hłasko oprowadza czytelnika/widza po znojnym i beznadziejnym życiu dwóch znajomych/partnerów od drobnych przestępstw.
Obaj przyjechali do Izraela z Polski, obaj szukają łatwego zarobku.
Raz oszukają matrymonialne jakąś naiwną kobietę, raz wykonają tzw. "mokrą robotę", innym znów razem kantują na perskich dywanach. Każda okazja dobra, by zyskać na czasie i po raz kolejny prześlizgnąć się bezboleśnie przez kolejny tydzień w Tel Avivie.
Pełna przygnębienia i beznadziei atmosfera opowieści dziwnie wybrzmiewa w słonecznej, rajskiej, pięknej Jaffie. Kawałek polskiego piekiełka przeniesiony  w inną perspektywę, inny świat.
Co zrobić by się nie narobić, jak oszukać, jak mataczyć, jak przebimbać następny tydzień/miesiąc?
Ci ludzie z trudną przeszłością, uciekający przed nią, próbują urządzić się w świecie kłamstw, łajdactw i niegodziwości, których sami są projektantami i udziałowcami.
Nie ma w nich pokory, skruchy, wszystko obliczone jest na zysk. Gdy trafia im się możliwość uzyskania sponsora w postaci kanadyjskiego misjonarza (który nie ma żadnych sukcesów na polu wiary), postanawiają wykorzystać każdą jego słabość, by polepszyć swój los.
Dramat wisi w powietrzu.
Hłasko bez zbędnych czułości pokazuje wyrachowanie i okrucieństwo dwóch oszustów, którzy obracając się w szemranym światku gdzieś w okolicach ulicy Allenby, dają świadectwo wielkiej życiowej pustce, bezsensowi i jeszcze większej samotności.
W tym świecie nie ma solidarności, nie ma co liczyć na pomoc, wsparcie czy zwykłą ludzką uprzejmość.
Pojawia się gorzka refleksja na temat kondycji międzyludzkich związków i zależności.
Ja żałuję zaś, że spektakl Teatru Powszechnego na motywach opowiadania powstał tak dawno temu (koniec lat 80.). Grali tam i Gajos, i Lutkiewicz, i Machalica, i jeszcze Pieczka. Scenografię robili Starscy, muzykę Satanowski.
Może gdzieś w odmętach internetu błąka się choć nagranie spektaklu. Bardzo chętnie je zobaczę.

wtorek, 16 października 2018

Haruki Murakami - Śmierć Komandora [recenzja]

Przekład: Anna Zielińska - Elliott
Wydawnictwo Muza
Warszawa 2018


Czarowny świat Murakamiego wciąga od pierwszej strony. 
Choć początek opowieści jest banalny i mocno wyeksploatowany (zdradzony mąż), to w ujęciu autora zaczyna on pulsować energią i tajemnicą.
Mąż - uznany w Tokio malarz - portrecista wyjeżdża z miasta, by przyswoić sobie nową rzeczywistość oraz odzyskać psychiczny spokój i znaleźć nowy plan na życie.
Kupuje stary samochód, przez długie tygodnie podróżuje przez wyspę Honsiu, aż w końcu, dzięki uprzejmości przyjaciela ze studiów zamieszkuje w górskim domu znanego malarza, pana Amady - ojca rzeczonego przyjaciela.
Odizolowany od świata artysta stopniowo odzyskuje spokój ducha.
Nie potrafi jednak wrócić do malowania. Nie chce już tworzyć portretów, jednak nie potrafi się przemóc, by malować cokolwiek innego.
Pewnego dnia otrzymuje jednak propozycję, niezwykle kuszącą finansowo, związaną z nowym portretem.
Nie potrafiąc oprzeć się sumie, jaka pada przy zleceniu, podejmuje się wyzwania i decyduje jeszcze raz stworzyć portret. 
I tym sposobem zmienia całe swoje dotychczasowe życie. Jego model, a zarazem zleceniodawca, pan Menshiki jest tajemniczym, niepokojącym mężczyzną, który wiele może, a jeszcze więcej ukrywa.
Ich relacja wciąż się zmienia, ewoluuje, z czasem po trosze zacieśnia, jednak nie na tyle, by czuli się swobodnie w swoim towarzystwie.
Za każdym razem, gdy autor opisuje sceny z ich udziałem, czuć pewne napięcie, ale też wzajemną ciekawość. Obaj, pochodzą z kompletnie różnych światów, mają skrajnie różne podejście do życia i zapatrywania na świat, a jednocześnie wiele spraw zaczyna ich łączyć...
Bardzo interesujące jest śledzenie zmian i ewolucji w tej znajomości, jest też rosnąca niepewność: co przyniesie? Wszystko zależy od zapatrywań czytelnika, ja, w trakcie lektury, wciąż czekałam na jakąś tragedię.
Menshiki jest tak dominującą, mocną postacią, która zdaje się nie mieć żadnych skrupułów, ni wątpliwości, pewnie dlatego osiągnął oszałamiający sukces zawodowy, który zresztą jest pilnie strzeżoną tajemnicą...
Zresztą, relacja między mężczyznami nie jest najistotniejsza.
Z każdą kolejną stroną wychodzą na jaw kolejne szczegóły dotyczące życia malarza, jego perypetie w górskim domu, które z czasem zaczynają zdawać się fantasmagoryczne, odrealnione, a jednak podane w niezaangażowany, rzeczowy sposób, co każe czytelnikowi przyjąć każdą kolejną rewelację jako pewnik.
Bardzo szczególnie przedstawia się sprawa tytułowego obrazu, który w drugiej części książki nabiera ułudnego charakteru i wciąga czytelnika w na poły feeryczną, na poły absurdalną sytuację, która stawia czytelnika w poznawczym, niewygodnym rozkroku - w co wierzyć a w co nie?
Niepokoje, nocne ułudy (czy nie ułudy), postać Komandora, wszystko to bardzo zgrabnie łączy się ze wspomnieniami malarza.
Zarówno tymi dotyczącymi siostry (i jej porównanie do żony - czy to już wynaturzenie i perwersja czy proste skojarzenie?), a związanymi z wyborem żony - na podobieństwo zmarłej krewnej, czy też wspomnienia z czasów wędrówki po zdradzie żony - takiej trochę onirycznej, również tajemniczej przeprawie przez własne smutki i rozterki.
Na koniec jeszcze finał, który pozostawia zakończenie otwarte (widziałam okładkę drugiego tomu - sugestywna i intensywna), ale też powoduje, że wszystko co związane z treścią, przechodzi kompletną metamorfozę, pół strony finału wystarczyło, by czytelnik zrobił woltę refleksji i rozumienia treści. Niezwykłe, a przy tym dające wyobrażenie, jak gęsto od znaczeń, pułapek myślowych będzie w kolejnej części.
A wszystko to z podkreśleniem tytułowego Komandora, jednego z bohaterów Mozartowskiego "Don Giovanniego". 
Obraz znaleziony przez malarza na strychu domu, zaczyna mocno wpływać na jego życie. Nie chodzi tylko o pojmowanie znaczeń, jakie malują się na licach poszczególnych bohaterów obrazu, ale też próbuje on połączyć fabułę z życiem twórcy, z biografią pana Amady, który w latach 30. XX wieku mieszkał w Austrii.
Jednak przyszedł Anschluss i skończyła się pewna epoka. Pan Amada wrócił do Japonii, zarzucił dotychczasowe "europejskie" malowanie na rzecz tradycyjnego, japońskiego stylu. 
Nic tu nie pozostaje bez znaczenia, wszystko ma moc i siłę sprawczą.
Murakami jest literackim kuglarzem, szarlatanem słowa, który wyprowadza czytelnika na manowce, bawi się nim, bałamuci. Jest pisarzem silnie rozrywkowym, relaksowym, popularnym.
Korzysta z tego bardzo sprytnie, a w "Śmierci Komandora" dodatkowo zagarnia czytelnika czas, stawia go w pozycji niewolnika książki, bo naprawdę trudno się oderwać od tej historii.



Za egzemplarz książki dziękuję wydawnictwu:




poniedziałek, 15 października 2018

Susie Hodge - Krótka historia sztuki [recenzja]

Przekład: Jerzy Malinowski
Oficyna Wydawnicza Alma-Press
Warszawa 2018

W czasach short newsów krótkie, kieszonkowe przewodniki są na wagę złota.
Jak wielką sztuką jest w telegraficznym niemal skrócie opowiedzieć historię sztuki, dowie się, kto sięgnie po publikację Susie Hodge.
Kultura obrazkowa, wymagania dotyczące skondensowanej, mocno skoncentrowanej treści powodują reakcje ze wszystkich stron, również ze świata sztuki czy świata wydawniczego.
Wychodzenie na przeciw potrzebą odbiorców jest tu jak najbardziej uzasadnione, a jednocześnie niezwykle trudne.
Z wielką ciekawością sięgnęłam zatem po kieszonkowy przewodnik po historii sztuki. Jak wybrać spośród całych wieków najważniejsze elementy, jak wyłonić dzieła, twórców, jak streścić wiodące prądy? 
Po trosze jest to misja niemożliwa do spełnienia, po trosze jest to dobry przyczynek do pogłębienia badań dla zaintrygowanych czytelników.
Susie Hedge dzieli swoją książkę na cztery główne nurty, które najpełniej, ale też najbardziej skrótowo odpowiedzieć na potrzeby dotyczące poznania (choć pobieżnego) światowej historii sztuki.
Całkiem słusznie rozpoczyna przygodę od kierunków, poprzez dzieła (wybrane spośród tych tworzonych na przestrzenie 18 tysięcy lat...), aż po najpopularniejsze tematy w sztuce i wreszcie kończy na przeglądzie głównych technik artystycznych, dominujących w sztuce.
Krótko, zwięźle i na temat.
Rzeczywiście, koncept autorki jest prosty, przejrzysty i bardzo praktyczny.
Książka tłumacząc najbardziej ważkie zagadnienia, pozwala niezorientowanemu odbiorcy w bardzo przystępny sposób zrozumieć prądy i tendencje, jakie kształtowały sztukę przez wieki.
Pasja autorki, jej umiłowanie tematu jest bardzo widoczne i mocno oddziałuje na czytelnika. Choć (jak podkreślam po raz kolejny) wiedza jaką serwuje jest bardzo pobieżna, cząstkowa, daje jednak wyobrażenie o temacie.
Wydaje mi się, że najważniejszym atutem publikacji jest zaszczepienie w odbiorcy ciekawości i głodu wiedzy, gdyż najważniejsze to rozpocząć poszukiwania, znaleźć w sobie siłę na dalsze zdobywanie wiedzy. Hodge popycha do tropienia historycznej wiedzy. 
Nie bez znaczenia jest też dokładność i estetyka wydania, które rzeczywiście spełnia wszelkie wyśrubowane wymogi: estetyczne, bardzo poręczne, kusi okładkową Moną Lisą. 
Nic, tylko sięgnąć po książkę, ja do niej wracam, również dla reprodukcji.


Za egzemplarz książki dziękuję wydawnictwu: