niedziela, 17 września 2017

Jerzy Chociłowski - Niezwykłe kobiety Drugiej Rzeczypospolitej [recenzja]

Wydawnictwo Akurat
Warszawa 2017

Jeśli na okładce książki znajduje się podobizna Zofii Stryjeńskiej to muszę ja mieć!
A tak na serio. Ta publikacja to w zasadzie jedynie wstęp, przyczynek do biografii nagromadzonych w tomie kobiet.
Jest tu tak wiele nazwisk niezwykłych kobiet, że aż trudno spamiętać wszystkie.
Powoduje to u czytelnika wrażenie, że autor chciał je wszystkie ocalić od zapomnienia, napisać choć kilka słów, które mają zachęcić potencjalnego odbiorcę do poszukania w źródłach rozbudowanych historii i biogramów.
Oprę się na mojej ulubionej Zofii Stryjeńskiej - zawarty w tomie biogram tej niesamowitej, barwnej artystki jest ledwie muśnięciem, wskazaniem na fundamentalne elementy jej życia, jak również te najbarwniejsze, skandaliczne. Z braku miejsca (i zdaje się z samego założenia autora) niemożebne było opowiedzenie o całej jej wyjątkowości. Jest wspominek o studiach artystycznych w Monachium pod męskim przebraniem, jest ekscentryczna historia ślubu z Karolem Stryjeńskim, ale to wciąż mało. Z jednej strony zachęta do pogłębienia wiedzy, swoisty trailer, z drugiej taka namiastka notki biograficznej, która nie jest suchym zlepkiem statystycznych szczegółów (urodzona, zmarła, mieszkała itp.), a ma w sobie pikanterię i ciekawość, jaką budzą w nas losy bardziej i mniej znanych.
Jest tut kilka postaci, które (poza wspaniałą Zochą) powinny mieć, jeśli nie pomnik, to choć film biograficzny (koniecznie nakręcony w Hollywood, bo tam mają większy rozmach).
Gen. Elżbieta Zawacka, której wojenne losy brzmią nieprawdopodobnie, świadcząc o niezwykłej sile, odwadze i harcie ducha. Zuzanna Ginczanka, której talent literacki daleko wyprzedzał czasy i obyczaje, przerwany został bezsensowną śmiercią w płaszowskim obozie. 
Nadzwyczajna Halina Konopacka, która biła lekkoatletyczne rekordy, spadochroniarka Janina Lewandowska, która zginęła w Katyniu. Jest też rzecz o słynnych: Irenie Krzywickiej, Poli Gojawiczyńskiej, Marii Skłodowskiej - Curie, Kaziemirze Iłłakowiczównie, Zofii Szczuckiej czy Aleksandrze Piłsudskiej.
Nie zabrakło miejsca dla dobrodziejki warszawskich pielęgniarek, Zofii Szlenkierównie, jest też miejsce dla artystek sceny: przedwcześnie zgasłej Zuli Pogorzelskiej, Elżbiety Barszczewskiej czy Toli Mankiewiczównie.
Są panie mniej i bardziej znane, wszystkie jednak charakteryzowały się charakterem, osobnością, wielkością i talentem. Każda w innej dziedzinie, każda na swój sposób.
Dziś Jerzy Chociłowski próbuje ocalić ich wyjątkowość od zapomnienia. Słusznie, bo wśród ogólnej małości to co ważne i godne pamiętania umyka.
I choć ten zbiorek jest jedynie wstępem, wspomnieniem ledwo niezwykłych kobiet Drugiej Rzeczypospolitej, to dobrze, że powstał.
Ku pamięci.



Za egzemplarz książki dziękuję wydawnictwu:






Sacha Batthyany - A co ja mam z tym wspólnego? Zbrodnia popełniona w marcu 1945 roku. Dzieje mojej rodziny [recenzja]

Tłumaczenie: Emilia Bielicka
Wydawnictwo Czytelnik
Warszawa 2017

Nie wiem od czego zacząć. Nie wiem jak zacząć. O Shoah napisano już tak wiele, tak sugestywnie. Czy kolejna książka na ten temat może cokolwiek zmienić, spowodować, że sprawa zyska nowe światło?
Pewnie nie, ale wiwisekcja, którą przeprowadził na sobie Batthyany na mnie zrobiła wrażenie.
Jeśli wierzyć jego relacji, stało się to zupełnie przypadkowo. Redakcyjna koleżanka podała mu wycięty z gazety artykuł dotyczący masakry jaka miała miejsce pod koniec marca 1945. Wówczas, w austriackim Rechnitz  hrabina Margit Thyssen-Batthyany urządziła przyjęcie pożegnalne dla miejscowych hitlerowców. W jego trakcie goście zamordowali 180 Żydów, przetrzymywanych w okolicy dworca kolejowego.
Koleżanka Sachy Battyany'ego podając mu artykuł zasugerowała się nazwiskiem ponurej hrabiny, nie zdając sobie sprawy, z rodzinnych koligacji dziennikarza.
Margit Thyssen była jego ciotką, zimną i wyniosłą, pamiętaną jako ciotka z językiem jaszczurki.
Wycinek z gazety zmienił Sachę. Zaczął on szukać informacji o tamtej strasznej nocy, chciał znaleźć świadków, dowiedzieć się więcej, przede wszystkim, chciał zaś odnaleźć swoje miejsce w rodzinnej historii okrucieństwa.
Podróżował po świecie, odnajdując kolejne fragmenty historycznej układanki, która powoli rozjaśniała mu w głowie całą wojenną historię rodzinną. Brazylia, Rosja, Węgry, wszędzie tam odnajdywał fragmenty tajemnicy, pojmował decyzje i zachowania swoich najbliższych.
Swoistym uatrakcyjnieniem tomu jest włączenie fabularyzowanych dzienników babki, a także próba (w formie dialogów dramatycznych) zrekonstruowania motywacji i jednostkowych zdarzeń, które dzięki tym właśnie zabiegom nabierają mocy i sugestywności.
Żonglowanie konwencjami - od reportażu przez dziennik po fragmenty (jak najbardziej) scenicznego dramatu ożywiają historię, nadają jej tempa i dramatyzmu.
Nawet ustępy z kozetki u terapeuty nie trącą taniością ni złym gustem. Całość pomyślana jako szukanie odpowiedzi na tytułowe pytanie generuje taki zapas dystansu, który jest hamulcem bezpieczeństwa dla oczywistych konkluzji, które przychodzą do autora wraz z wiedzą o przeszłości.
Nie oszczędza on nikogo, ani potwornej ciotki, ni własnego ojca, nawet siebie.
Zresztą na pytanie czy byłby w stanie uratować w czasie wojny kogokolwiek, szczerze odpowiada, że nie. Brakłoby sił, odwagi...
A to dopiero odwaga, przyznać się do słabości i strachu.
Wiele pytań, wiele zagadek, rozmyślań nad dziedziczeniem historii i rodzinnych grzechów.
Trudna, mocna historia o nieprzemijalności strachu, wstydu i zła, które w końcu niedziedziczone wisi nad narratorem niczym miecz Damoklesa.

niedziela, 10 września 2017

Billie Holiday, William Dufty - Lady Day śpiewa bluesa [recenzja]

Przekład: Marcin Wróbel
Wydawnictwo Czarne
Wołowiec 2017

Wszystko w tej książce jest wyjątkowe: bohaterka, jej historia (jak i styl opowieści), jej talent, jej ból i jakże trudna i niesprawiedliwa epoka, w której przyszło jej żyć.
Wspomnienia Billie Holiday powinni przeczytać wszyscy ci, którym kariera sceniczna kojarzy się ze splendorem, uwielbieniem fanów i życiem mlekiem i miodem płynącym.
Nic z tych rzeczy. Ciężka, żmudna praca, która często pozostawała niedoceniana, bądź marginalizowana. Fałszywi przyjaciele wietrzący zysk,  marne stawki, głód, bieda, brak mieszkania i perspektyw.
Początek był jeszcze gorszy - od najmłodszych lat Billie była służącą myjącą podłogi za marne grosze, później pracowała jaka prostytutka, później zaczęła śpiewać.
Dramaty rodzinne - bieda, porzucenie przez ojca,gwałt, brak zrozumienia, pogarda innych, a przy tym własny trudny, ekspansywny charakter charakteryzowały wczesne, młodzieńcze lata Lady Day.
Lady piła, ćpała, wiązała się z niewłaściwymi mężczyznami, była okradana, kradła, głodowała, żyła ponad stan, miała marzenia, wielki talent i bardzo dużo samozaparcia.
Ciągłe kłody, jakie rzucał jej pod nogi biały, rasistowski świat, cała gama upokorzeń jakie serwowano jej podczas występów w klubach i hotelach, obraźliwe, okrutne komentarze dotyczące pochodzenia i koloru skóry, co kilka stron są przytaczane przez Billie.
Trzeba przyznać, że jej barwny język dodatkowo pokazuje mrok i intensywność podziału, jaki trwał w ówczesnym świecie. Stereotypy, bezwzględność i okrucieństwo przesądów i ludzi mocno z nimi związanych martwią i pokazują, jak trudno było Billie Holiday osiągnąć pozycję, jaką w końcu posiadła. W obliczu przeciwieństw losu oraz złych języków wydaje się to wręcz nieprawdopodobne.
Rasizm, prymitywny, skondensowany, jakże zakorzeniony w Ameryce lat 40. i 50. zostaje odmalowany w najbardziej jaskrawych barwach.
Billie opisując swe doświadczenia nie stosuje polityki martyrologicznej, do losu i jego zrządzeń podchodzi z dystansem i humorem.
Dodatkowo język, mocny, dosadny, odarty z woali i przenośni brzmi prosto, prawdziwie i dosłownie. Billie opowiada tak, że czytelnik jej wierzy, identyfikuje się z jej opowieścią, dopinguje, wspiera, współczuje. Narratorka niewiele ukrywa, jest szczera, mówi o sprawach najtrudniejszych bez ogródek, bez tłumaczeń, pisze o sprawach po prostu, tak jak je rozumie, przeżywa, czuje.
Po lekturze pozostaje pustka, smutek, żal. Na czasy, na trudy życia, na niesprawiedliwość, ale też na wybory życiowe samej bohaterki.
Lady Day opowiedziała bluesową wersję swojej biografii. 

środa, 6 września 2017

Jørn Lier Horst - Felicja zaginęła [recenzja]

Przekład: Milena Skoczko
Wydawnictwo Smak Słowa
Sopot 2017

William Wisting w kolejnej odsłonie.
Jak zwykle udanej.
Horst czerpiąc ze swej kariery policyjnej, w każdej książce przywołuje inny aspekt sytuacji i problemów z którymi na co dzień borykają się norweskie służby.
Mając na uwadze liczbę zaginięć, jaka każdego roku odnotowywana jest w Norwegii Horst tym razem ukazał czytelnikom historię tytułowej Felicji.
Podczas prac budowlanych na jednej z dróg zostają znalezione zwłoki kobiety. Jednocześnie prowadzący śledztwo William Wisting dostaje do prowadzenia sprawę zaginięcia młodej dziewczyny.
Zaczyna walkę z czasem, ponieważ pierwsza sprawa może za chwilę ulec przedawnieniu (śledczy wydedukowali, że zbrodnia została popełniona przed ćwierćwieczem), druga zaś jest bardzo tajemnicza, ponieważ zaginięcie jest tajemnicze i mocno niespójne.
Za każdą z tych historii kryje się tajemnica, mniej lub bardziej mroczna.
Wisting stopniowo, powoli, opierając się na własnym doświadczeniu policyjnym oraz intuicji wchodzi w świat obu kobiet, poznając je, zestawiając ze sobą najważniejsze fakty, dochodzi do bardzo zaskakujących wniosków, które w pewnym stopniu oddają część tajemnicy zaginięć, ale też pokazują jak bardzo świat postrzegany różni się od rzeczywistego. Najczęściej widzimy tylko to, co inni chcą nam pokazać, oficjalną, ugłaskaną, grzeczną wersję siebie. Jak drzewniej mawiali - zjesz beczkę soli nim poznasz do woli. 
Ludzkie dusze kryją wiele mrocznych zakamarków, a proza Horsta uchyla rąbka tajemnicy. Nie robi  tego w spektakularny, agresywny sposób, tylko metodycznie, powoli, bez fajerwerków.
I w tym tkwi siła jego prozy, jest zwyczajna, policjant nie jest superbohaterem, a zwykłym człowiekiem z problemami. Sprawa ciągnie się, bądź szybko rozwiązuje - zupełnie jak w życiu.
Felicja zaginęła pokazuje jak ewaluuje styl autora, jak z każdą kolejną książką nabiera on pewności siebie, wie jak chce pokazywać bohaterów i ich miejsce życia.
To cenne doświadczenie - obserwowanie krzepnącego sposobu opisywania świata przedstawionego, nabierania pisarskiej pewności autora.


Za egzemplarz książki dziękuję wydawnictwu:





poniedziałek, 17 lipca 2017

Kuba Wojtaszczyk - Dlaczego nikt nie wspomina psów z Titanica? [recenzja]

Wydawnictwo Akurat
Warszawa 2017

Pisarstwo Wojtaszczyka jest bardzo w moim guście: impulsywne, niepokojące, gęste od emocji i znaczeń, a także naznaczone irracjonalnymi sytuacjami, które sytuują tę prozę gdzieś pomiędzy jawą a marą.
Uwielbiam jego przydługie barokowe tytuły, które groźnie robią miny do czytelnika, niektórych zniechęcając już na wstępie, innych kupując samą okładką.
W swej najnowszej powieści wraca do ponurego roku 1945, zaraz po zakończeniu wojny. Prezentuje cały wachlarz dziwnych, pokaleczonych postaci, które czasem budzą lęk, innym razem współczucie i rozpacz.
I tu pojawia się zarzut, najpoważniejszy i bodaj jedyny. Brak tu fabuły i trwałej historii, motywu przewodniego, czegoś, co spowodowałoby, że na tę książkę spojrzy się inaczej niż tylko na gabinet osobliwości.
Mamy oto cyrk, któremu przewodzi zagadkowy Właściciel. Kolekcjonuje on ludzkie okazy, wśród których na szczególną uwagę zasługuje wróżka Irmina (oślepiona przez wyzwolicieli), Moryc reklamowany jako "ostatni polski Żyd", karzeł Szczepan, który przetrwał piekło obozów koncentracyjnych. Jest także udający niemowę nazista Damiel, terkotliwy Volksdeutch Cassiel oraz Lena, kobieta - guma, której numer pokazowy to prześlizgiwanie się między drutami kolczastymi.
I tyle. Poszczególne ustępy powieści zogniskowane są na kolejnych bohaterów, jednak są to solowe występy, a przy braku gry zespołowej, całość pozostawia niedosyt i poczucie, że coś czytelnika ominęło, czyżby historia?
Na myśl nasuwa się porównanie Polski do świeżo odbudowanego cyrku, pełnego zwichrowanych obywateli, i ta myśl mogłaby być wstępem do rozwinięcia historii. Mocne, skomplikowane i rysowane bardzo grubą kreską charaktery bohaterów nie zostawiły jednak autorowi miejsca na zajęcie się tym zagadnieniem.
Galeria postaci jest, brak opowieści.
I tak Cię lubię Wojtaszczyku. Czekam na rozwój wypadków.


Za egzemplarz książki dziękuję wydawnictwu:






niedziela, 25 czerwca 2017

Tomasz Jastrun - Wyszedł z siebie i nie wrócił [recenzja]

Wydawnictwo Czarna Owca
Warszawa 2017

Dawno, dawno temu zaczynałam cotygodniową lekturę pewnego tygodnika od ostatniej strony, gdzie swoje felietony publikował Tomasz Jastrun. Zaśmiewałam się nad perypetiami jakie przechodził on ze swoim synkiem, przyjmowałam optykę autora i ze zdziwieniem spoglądałam na rzeczywistość w której on bezczelnie się rozmnażał, podczas, gdy jego znajomi zaczęli odchodzić.
W najnowszej powieści Jastrun pokazuje, że jest w formie. Język wcale się nie stępił, dowcip (często wisielczy) również na miejscu, czytałam tę książkę wybuchając czasem nerwowym chichotem, śmiechem przez łzy, innym razem reagując na fabułę zgrzytem zębów. Wachlarz bogaty, tak samo jak zbiór przypadków oraz refleksji, jakie napadają co i rusz na głównego bohatera.
Jest nim przeżywający kryzys twórczy (i wieku średniego też) malarz Franciszek, który czasy świetności ma już za sobą, a jak wiadomo każdy artysta źle nosi zmierzch własnej popularności/atrakcyjności.
Franciszek nie radzi sobie z odpływającą weną, nieprzychylności krytyki, która zapomina o jego twórczości. Ponadto na kryzys nakładają się problemy osobiste - pijąca żona, problemy urologiczne, kredyt hipoteczny oraz wystający brzuch, który symbolizuje ostateczny upadek i wstydliwy początek końca (przynajmniej dla narratora).
Nic się Franciszkowi w życiu nie udaje, nic go nie cieszy, nic nie stymuluje, ni nie daje nadziei. Wpadł w czarną dziurę myśli, refleksji, na dodatek umiejscowionych w TYM kraju, w TYM czasie, w TEJ rzeczywistości. Pewną radość daje mu internetowa znajomość, którą nazywa wręcz więzią, jednak pozostawiając tę relację jedynie wirtualną, skazuje się na domysły, wątpliwości.
Franciszek choruje na depresję i każda próba poradzenia sobie z nią nie przynosi pożądanego skutku - nie działa salon erotycznego masażu, nie przynoszą ulgi leki, nawet romans nie ratuje bohatera ze szponów choroby.
Starzenie się przynosi nowe wyzwania oraz obnaża niechciane prawdy - człowiek przestaje być atrakcyjny dla świata, to co oferuje nie budzi już zachwytów ni oczekiwania. Atrakcyjność spada, użyteczność też, relacja intymna napotyka na trudności natury fizjologicznej, pojawia się pytanie o sens i dalszą drogę.
Jastrun wcale nie pisze w sposób lekki, robi to jednak ze swadą, żarliwością, przez co czytelnik nie tylko sympatyzuje z głównym bohaterem, ale też zauważa pewien satyryczny wymiar sytuacji, w jaką uwikłany jest niemal każdy z nas (lub kiedyś będzie). Życie jest tak tragiczne, że aż śmieszne. Dzięki historii Franciszka, czytelnik uświadamia sobie, że bywa również absurdalne.
Nic tylko wyjść z siebie i nie wrócić.



Za egzemplarz książki dziękuję wydawnictwu:







Benedict Wells - Koniec samotności [recenzja]

Przekład: Viktor Grotowicz
Wydawnictwo Muza
Warszawa 2017

Niech nie zwiedzie was okładka - ta powieść nie jest babskim romansidłem. Benedict Wells konfrontuje czytelnika z historią bohatera bardzo doświadczonego przez życie.
Gdy trzydziestokilkuletni Jules ulega wypadkowi motocyklowemu, wydarzenie to staje się bodźcem do wspomnień dalekiej przeszłości, która zaważyła na życiu wielu osób. Jules, oraz jego starsze rodzeństwo Marty i Liz zostają nagle osieroceni przez obje rodziców. Trafiają do domu dziecka, gdzie zostają rozdzieleni, Jules trafia do młodszych dzieci, gdzie nie radząc sobie z nową sytuacją chłopiec staje się samotnikiem, dziwakiem, zamkniętym w świecie marzeń i wspomnień.
Starsze rodzeństwo również radykalnie zmienia swoje dotychczasowe przyzwyczajenia i usposobienie, Liz wulgarnieje, Marty staje się zapatrzonym w siebie egoistą. Każdy na swój sposób próbuje przeżyć żałobę, odnaleźć się w samotności. Rodzeństwo traci kontakt, rany oraz wspomnienia są zbyt silne.
Jules opowiada historię swoją i swojej rodziny opierając się na wieloletnich obserwacjach. Wynika z nich jasno, że życie jest kruche, nieprzewidywalne, gorzkie, ale też pełne małych szczęść, które raz na jakiś czas rozświetlają szarość. Żadna to nowość,w zasadzie banał, jednak nadanie tym truizmom kostiumu Julesa i jego rodzeństwa powoduje pewną wyjątkowość i niepowtarzalność.
Miłości i sympatie, wyzwania zawodowe, talenty,pragnienia, wszystko to opowiada nam narrator, pokazując jak bardzo na dorosłe życie i decyzje rodzeństwa miały tragiczne wydarzenia z ich dzieciństwa.
Jak łatwo jest się poróżnić, stracić z oczu, oddalić się od siebie, nawet wśród rodzeństwa. Jak wielkie są nasze potrzeby akceptacji, miłości, poczucia wspólnoty i przynależności. Jak wiele w końcu zależy od ułożenia się poszczególnego dzieciństwa, sposobu wychowania. Przeszłość wraca, czasem w całkiem niespodziewanym momencie, rzutując na dorosłe relacje, poczucie własnej wartości.
Autor utrzymuje w powieści minorowy ton, pełen smutku i ciągle obecnego przeczucia, że ta historia naznaczona będzie do końca smutkiem, dojmującym, gęstym, przykrywającym wszystko inne, tylko nie samotność.
Benedict Wells zaskoczył mnie swoją dojrzałością (jest on raptem trzydziestokilkuletnim autorem), znajomością ludzkiej duszy oraz przenikliwością, która bez skrupułów obnaża mroki i tęsknoty ludzkiej egzystencji.



Za egzemplarz książki dziękuję wydawnictwu: