niedziela, 25 września 2016

Paweł Smoleński - Zielone migdały, czyli po co światu Kurdowie [recenzja]

Wydawnictwo Czarne
Wołowiec 2016

Kurdystan. Górzysta kraina w Azji południowo - zachodniej, leżąca na terytoriach: Turcji, Iraku, Iranu i Syrii. Jej mieszkańcy mają własną tradycję, obyczaje, historię, jednak nie mają niepodległości. Miotani między poszczególnymi rządami, państwami, są rozdarci i pozbawiani własnego miejsca na ziemi.
Walczą z islamskimi fanatykami religijnymi, walczą o autonomię, zewsząd szukając poparcia i akceptacji dla swoich dążeń.
Z różnym skutkiem.
Paweł Smoleński już na wstępie zaznacza, że jest pod wielkim wrażeniem Kurdów. Ich  bojowej historii (wieczna walka o niepodległość, kulturę, obyczaje), pewnej dozy nonszalancji w codziennym życiu, a także serdeczności i otwartości, której coraz mniej w tak zwanym zachodnim świecie.
Całą radość i zachwyt, wynikający z przebywania z nimi, przelewa Smoleński na czytelników. Stronniczy, zakochany w ludziach i ich opowieściach, snuje swoją mocno subiektywną opowieść, starając się jednak opisać ich codzienność i troski z pozycji obserwatora, nie zaś oczarowanego uczestnika codzienności.
Smoleński jest z włodarzami autonomii, siada przy stole z decydentami, ale też odwiedza muzeum w Halabdży, które upamiętnia ludobójstwo mieszkańców.
Ze zwykłymi ludźmi przeżywa każdy kolejny dzień, obserwuje ich przy pracy, w czasie odpoczynku i święta, patrzy jak z maniakalnym wręcz uporem (niektórzy z nich) starają się nadążyć za Zachodem, inni zaś z pietyzmem pielęgnują tradycję, dbają o strój ludowy, pamięć o narodzie.
Z relacji Pawła Smoleńskiego wyłania się naród niezłomny, trawiony wojną i niesprawiedliwością, ale niepoddający się uciskowi i groźbom.
Peszmergowie, czyli ichni partyzanci, wciąż darzeni są poważaniem, zaś ich waleczność i odwagę, a także niezwykłą, jak na tak wielkie dziejowe tragedie, twardość i siłę.
Niejednoznaczna opowieść, która przybliża świat Kurdów, trochę zapomnianych, trochę lekceważonych, a (jak wspólnie ze swoimi rozmówcami zauważa autor) ponoć nam podobnych dziejowych partyzantów.

sobota, 24 września 2016

Paula Hawkins - Dziewczyna z pociągu [recenzja]

Przekład: Jan Kraśko
Wydawnictwo Świat Książki
Warszawa 2015

I o co tyle hałasu? Zachwyty, peany, ekranizacja, krzykliwe blurby, i co? Nic wielkiego. Kolejna przereklamowana powiastka.
Rachel Watson, zaniedbana, sponiewierana życiem trzydziestokilkulatka, każdego dnia dojeżdża podmiejskim pociągiem do Londynu. Codziennie mija osiedle jednorodzinnych domków, codziennie podgląda idealne (jak jej się wydaje) życie mieszkających tam ludzi. Szczególnie upodobała sobie młodą parę, którą w myślach nazwała Jason i Jess.
Gdy pewnego dnia Jess znika, Rachel zaczyna własne śledztwo. 
Sprawę utrudniają jej własne problemy - postępujący alkoholizm, problemy emocjonalne, zawodowe. 
Walka z samą sobą, własnymi słabościami, pokusami, a także wybiórcza, zanikająca pamięć, przeszkadzają jej w odkryciu prawdy o zaginionej dziewczynie. Mimo to wciąż próbuje dociec, gdzie jest Jess (która tak naprawdę ma na imię Megan). Nawiązuje kontakt z policją, mężem zaginionej, a także jej terapeutą i sąsiadami.
Chce poznać prawdę.
Prawdę tę poznaje między jedną a drugą puszką ginu z tonikiem/winem/innym drinkiem, kolejnym natrętnym telefonem do byłego męża, bądź jeszcze jedną podróżą pociągiem.
Można by powiedzieć (z przekąsem), że to powieść drogi - tory, semafor, świat widziany z okna podmiejskiej kolejki, a do tego monotonne , ślamazarne tempo (jak stukot kół), skakanie między bohaterkami (by podnieść temperaturę akcji - zabieg nietrafiony), kolejne szczegóły z ich życia, mające na celu budowanie napięcia, było dla mnie nużące i sprawiało wrażenie niedopracowania, pewnej przypadkowości.
Zdaję sobie sprawę, że w tego typu literaturze (w założeniu miał to być thriller?) nie da się stworzyć nic nowego, powiela się wciąż istniejące schematy, jednak jedni robią to lepiej, inni zupełnie bez talentu. Tu mamy tę drugą ewentualność.
Fatalna końcówka, pozbawiona napięcia, zdeformowana, bez jakiegokolwiek psychologicznego wytłumaczenia czy oparcia, wprost nieprawdopodobna i groteskowa.
Autorka tym niewydarzonym finałem strzeliła sobie w kolano.
Kariera niektórych książek jest naprawdę niezrozumiała...

poniedziałek, 12 września 2016

Dror A. Mishani - Człowiek, który chciał wszystko wiedzieć [recenzja]

Przekład: Anna Halbersztat
Wydawnictwo WAB
Warszawa 2016

Pozornie tę powieść można zaklasyfikować jako kryminał, będzie to jednak bardzo ogólnikowa typizacja.
Bo, choć głównym bohaterem jest izraelski komisarz Awri Awraham, rozwiązujący swą pierwszą sprawę o zabójstwo, to jest to tylko urozmaicenie, dodatek to właściwej treści tej książki.
Gdy przybywa on do mieszkania zamordowanej Lei Yeager, odkrywa, że miał już do czynienia z tą kobietą. Okazuje się, że kilka lat wcześniej została ona zgwałcona, a komisariat Awrahama zajmował się wówczas sprawą. Choć winny gwałtu został wskazany przez ofiarę, osądzony i skazany, pojawia się ziarno niepewności - po latach ktoś morduję Leę. Przypadek?
Tropy mnożą się, kolejne osoby z otoczenia denatki zostają włączone w krąg podejrzanych. Każdy ma coś do ukrycia. Dodatkowo, świadek zeznaje, że mieszkanie zamordowanej odwiedził niezidentyfikowany policjant, którego teraz poszukują wszystkie służby.
Sprawa staje się głośna, angażują się w nią media, komisarz czuje wielką presję. 
Dodatkowo, na śledztwo nakładają się też jego prywatne problemy, które, mimo ważkości, muszą ustąpić pierwszeństwa poszukiwaniom zabójcy.
A kim jest ów zabójca? Domyślamy się już na początku. Autor pozwala nam patrzeć na niego oczami bliskich. Z czasem domyślamy się, co nim powodowało, jak zmieniał się, podejmował decyzje, co tak naprawdę obudziło w nim mordercę.
Każdy, kto klasyfikuje widzenie świata poprzez czarno - biały filtr, będzie musiał pogodzić się z całym morzem szarości, jakie wylewa na czytelnika autor. Poprzez swoich bohaterów mówi (żadna to nowość, ale forma podania jest łatwo przyswajalna), że nie ma ludzi jednoznacznych, że ich motywy, uwarunkowania są bardzo różne, prowadzące do wielu różnorakich czynów.
Na przykładzie losów małżeństwa Mali i Kobiego, pokazuje rozpad pożycia, załamania, smutki, wielkie traumy, które jedno z nich wzmocniły, drugie zaś, kompletnie zniszczyły. Samotność we dwoje, wyobcowanie (motyw Marianki, partnerki komisarza), trudne dorastanie do bycia w związku, oto właściwa treść powieści.
Obserwując codzienność Mali, jej zaangażowanie w rodzinne życie, troskę o dom, dzieci, zabezpieczenie ich bytu, mamy dla niej i sympatię i zrozumienie. Gdy w ten uporządkowany, jednoznacznie pozytywny obraz wkracza jej mąż, Kobi sytuacja się zmienia,
Empatyczny czytelnik odczuwa niepokój, strach. Dziwne zachowania męża, jego odosobnienie, brak zaangażowania, rozmów, partnerstwa, skupienie na sobie, są dojmujące i wywołujące lęk.
Wespół z bohaterami czekamy przełomu, ale tez boimy się go. 
Bo co będzie dalej?
Moja kuzynka mawia: chcesz poznać prawdę o danym państwie, przeczytaj kryminał, który się w nim dzieje. Tło obyczajowe, codzienność, zwyczajność, tak niezbędne do zaskarbienia sobie ufności i przychylności czytelnika są fundamentem, szkieletem, na którym opiera się cała intryga.
Dzięki Mishaniemu wiem parę nowych rzeczy o Tel Avivie. Czekam na konfrontację miasta papierowego z tym geograficznym. Już niedługo.

niedziela, 11 września 2016

Irwin Shaw - Hotel świętego Augustyna [recenzja]

Przekład: Anna Przedpelska - Trzeciakowska
Wydawnictwo Muza
Warszawa 2006

Książka - przygoda. Zaczyna się zaskoczeniem, które później co chwilę się multiplikuje.
Douglas Grimes, z przyczyn zdrowotnych rezygnuje z kariery pilota samolotów pasażerskich. Przygnębiony i zrezygnowany zatrudnia się jako nocny portier w bardzo poślednim nowojorskim hotelu. 
Pewnej nocy, dzięki splotowi okoliczności, a także własnej nieuczciwości wchodzi w posiadanie znacznej sumy pieniędzy. Natychmiast porzuca pracę i postanawia wyruszyć do Europy. 
Pierwszym przystankiem jest Szwajcaria, którą za czasów pilotowania, polecali mu bogaci klienci. 
Zaopatruje się więc Douglas w dwie elegancie walizki, w większej upycha pieniądze i rusza w nieznane. 
Stary kontynent, już na szwajcarskim lotnisku szykuje mu nie lada niespodziankę. Ktoś pomylił walizki i fortuna Douglasa znajduje się teraz w innych rękach. Grimes zaczyna szukać złodzieja. Przemierza w tym celu wszystkie ekskluzywne szwajcarskie kurorty, poznaje coraz to nowych zblazowanych nuworyszy, wciąż mając nadzieję na odzyskanie pieniędzy. Los nie ma nad nim litości, przygotowując coraz to nowe zaskoczenia.
Z pewnością nie jest to wybitna opowieść, raczej historyjka napisana z przymrużeniem oka, która obnaża wszelkie amerykańskie słabostki i bolączki. Mamy więc oszustwa, kradzieże, defraudacje, zdrady, polityczne gierki, wykorzystywania, zbrodnie różnego kalibru, a wszystko to uzbrojone w promienny, fałszywy uśmieszek poszczególnych bohaterów. Piją, przegrywają pieniądze, kłamią, spiskują, ach, brakuje mi już słów, by określić rozmiar i rozmach zachłanności na pieniądze, sławę, poklask, ale i uczucia.
Główny bohater, kompletnie nie umiejący się odnaleźć w nowej sytuacji, przypomina odrobinę karierowicza Dyzmę, acz pozbawiony jest pierwiastka ordynarności i prymitywizmu. Skromność i swego rodzaju niewinność jawią się w tym podłym i pozbawionym skrupułów świecie jako groźna i nieobliczalna broń, która potrafi zjednać chwilowych sojuszników oraz otworzyć wszystkie drzwi.
Odprężająca opowieść o współczesnym świecie, w lekki i łatwy sposób podająca przerażającą prawdę o wszystkich łajdactwach, jakie się na nim dzieją.

środa, 7 września 2016

Tadeusz Dębicki - Moienzi Nzadi. U wrót Konga [recenzja]

Wydawnictwo Dowody na Istnienie
Warszawa 2016

Ręce robocze w Afryce są tanie. Dwunogich zwierząt nie zabraknie nigdy. Czarni robotnicy nie są zorganizowani. Europa jest daleko. Cywilizowany biały człowiek ma tu wielkie pole do popisu. Może robić z krajowcami, co mu się żywnie podoba. W Europie nie dowiedzą się o tym.
Jest rok 1927. Tadeusz Dębicki, młody polski marynarz zaciąga się na belgijski statek, który płynie do Konga. Wyprawa, która początkowo jest dlań wyzwaniem i wielką przygodą, z czasem staje się też lekcją człowieczeństwa, humanitaryzmu.
Obserwując tubylców, poznając ich zwyczaje, konfrontuje je z zachowaniem przybyszów z Europy. Goście nie wypadają w tym pojedynku korzystnie. Skupieni na zysku (a nade wszystko wyzysku), cywilizowaniu autochtonów, doskonale czujący się w rolach zarządców i władców, realizują zamorską politykę swoich państw.
Bolesny obraz niszczenia i deprecjonowania kultury która uważana była na niską, prymitywną i niewartą uwagi.
Czarni robotnicy dźwigający niemałe ciężary, pogodzeni z maleńkimi racjami żywnościowymi, nie skarżą się na swój los. Kornie przyjmują uwagi, zastraszeni, ale też szanujący najeźdźców, z zaciekawieniem i niepewnością patrzą na zmiany w krajobrazie, które systematycznie realizują Europejczycy.
Budynki, maszyny, tzw. udogodnienia są zupełną nowością, w poukładanym i dostosowanym do potrzeb tubylców świecie. Zachłanność Europejczyków nie ma granic - eksploatują (rękami autochtonów) kopalnie cennych metali, są okrutni, bezwzględni, destrukcyjni.
Jednocześnie, mimo przenikliwości i narodowowyzwoleńczych przekonań, Dębicki pełen jest wstecznych, ciasnych poglądów (wyznaje teorię ras, tubylców traktuje z przymrużeniem oka, jako naiwnych głupców, ponadto nie docenia kobiet, jest do nich uprzedzony, a może tylko widzi w nich fizyczność i przypisuje im służalczy charakter).
Relacja Dębickiego jest pogmatwana, z jednej strony konserwatyzm wspomniany wcześniej, z drugiej antykolonializm. Gdzie leży prawda o autorze? Wątpliwości dotyczące jego postawy i przekonań przeszkadzały mi w odbiorze książki, która, choć spójna, powodowała u mnie momenty zawahania.

wtorek, 30 sierpnia 2016

Elena Ferrante - Historia nowego nazwiska [recenzja]

Przekład: Lucyna Rodziewicz - Doktór
Wydawnictwo Sonia Draga
Katowice 2015

Po raz pierwszy od dawna sięgnęłam po tak zwaną babską książkę. Zrobiłam to zachęcona entuzjastycznymi recenzjami koleżanek. W zasadzie nie żałuję. Nie żałuję też, że zaczęłam od drugiego tomu (ten wpadł mi  ręce), ponieważ opowieść snuta przez autorkę zawiera pewną ściągawkę, a ponadto nie wymaga od czytelnika szczególnej znajomości pierwszej części. 
Początkowo pewną trudność sprawia mnogość osób, nazwisk, a także ich powiązań, ale z czasem wszystko się rozjaśnia, prostuje i jest już tylko radością odkrywania kolejnych stron.
Neapol. Dwie szesnastolatki, Lila i Helena, znajdują się na zakręcie swej młodzieńczej przyjaźni. Pierwsza z nich wyszła już za mąż i odkrywa kolejne, coraz bardziej przyziemne tajniki małżeństwa, druga zaś wciąż się uczy, dobrze rokując na przyszłość, jednak nie może sobie poradzić z byciem tłem dla bardziej przebojowej koleżanki.
Pierwsza odkrywa, że pospieszyła się z małżeństwem, druga odczuwa wyobcowanie i samotność pośród pozornie bliskich ludzi. Lila to odpycha, to przyciąga Helenę, męcząc i siebie i najlepszą przyjaciółkę. Okresy sympatii i spotkań często przeplatają się z posuchą, cichymi dniami i brakiem porozumienia. Raz się gubią, by za chwilę znów się odnaleźć, ot, prawa młodości,
Gdy obie wyruszają na wakacyjną wyprawę nad morze, nie sadzą nawet jak bardzo zmieni ona ich życie. Będzie czasem podejmowania decyzji, szukania dróg do szczęścia, określania priorytetów, ale też przeżywania wielkich rozczarowań.
Ferrante jest wnikliwą obserwatorką, dobrze radzącą sobie z opisami uczuć, emocji, namiętności rządzących nastoletnimi bohaterkami. 
Ta opowieść to dobra propozycja dla spragnionych obyczajowej opowieści o dorastaniu, odcieniach przyjaźni. Innych zainteresuje Neapol lat 60., które choć, całkiem niedawne, w kwestii obyczajów i panujących wówczas norm jawią się mocno przestarzałe i wsteczne. 
Sięgnę po trzecią część, babska ciekawość wymaga, by dowiedzieć się jaki będzie finał tej burzliwej znajomości.

sobota, 27 sierpnia 2016

Hubert Hender - Kolejność [recenzja]

Wydawnictwo Filia
Poznań 2016

Pamiętam debiut autora: mroczna Zapora dziejąca się nad malowniczym Jeziorem Pilchowickim. Zwróciłam wówczas uwagę na dobre dialogi, zwartą i esencjonalną fabułę, bez typowego dla tzw. kryminalistów wodolejstwa. Byłam ciekawa jak dalej potoczy się twórczość Hendera, czy przetrwa, czy skończy na debiucie?
Po kilku latach powraca on z Kolejnością, powieścią która po raz kolejny odkrywa mroczne strony Dolnego Śląska. Znany z poprzedniej książki jeleniogórski komisarz Iwanowicz zajmuje się tym razem sprawą bestialskiego mordu dokonanego na jednym z pracowników kowarskiej sztolni. Zdumiewająca zbrodnia w sennym miasteczku bez reszty angażuje komisarza i jego współpracowników. Przemęczeni (nie tylko letnimi upałami) i przepracowani policjanci szukają motywu i świadków zbrodni, Czytelnik śledzi ich metody operacyjne, bierze udział w przesłuchaniach, aż w końcu spada na niego wiadomość o kolejnym morderstwie w okolicy. Przypadek czy zaplanowany zbrodniczy ciąg ofiar? Przyszłość pokaże zdumiewający finał tej historii.
Kolejność odsłania kulisy prywatnego życia komisarza Iwanowicza, czego brakowało mi w Zaporze. Choć nadal tajemniczy i wycofany, jest on teraz bliższy czytelnikowi, bardziej interesujący przez fragmenty opisujące jego życie wewnętrzne, przemyślenia, reminiscencje. 
Plus za lokalizację powieści - dobrze, że współcześni autorzy jeżdżą po Polsce ze swoimi historiami, dają czytelnikom możliwość poznania (lub przypomnienia sobie) pomniejszych miast i miejscowości, co poza zaspokojeniem ciekawości poznawczej odbiorców, jest też swoistą reklamą dla poszczególnych regionów.
Jest jednak coś, co przeszkadza mi w Kolejności. Okładka. Moim zdaniem mocno eksploatowany przez polskie wydawnictwa Mariusz Banachowicz staje się zbyt dosłowny, traci lekkość i szwung, znany z jego wcześniejszych prac. Ten ociekający krwią kilof drażni mnie ponad miarę. 
Chwalone na początku dialogi z Zapory również tutaj trzymają poziom. Mocna, gęsta od emocji i wrażeń atmosfera, umiejętnie skonstruowane postaci i kompletnie zarysowane tło obyczajowe dają prawdziwą przyjemność miłośnikom kryminałów.