sobota, 18 maja 2019

Lauren Groff - Floryda [recenzja]

Przekład: Dobromiła Jankowska
Wydawnictwo Pauza
Warszawa 2019

Podoba mi się Floryda wykreowana piórem Lauren Groff - jest daleka od idyllicznych obrazków z prospektów reklamowych biur podróży.
To Floryda z sennego koszmaru: pełna napięcia, niepewności, strachu, grozy, mentalnego brudu i sytuacji, których każdy chciałby uniknąć.
Niektóre z opowiadań wydają się klaustrofobiczne ("Psy w wilki"), inne niepokojące ("Duchy i puste"). Wszystkie historie, bez wyjątków, pełne są samotności,  odurzającego, udzielającego się lęku przed światem, ludźmi, a także szeroko rozumianej rezygnacji.
Bohaterowie zmagają się z własnymi demonami, próbując niepostrzeżenie prześlizgnąć się przez trudną rzeczywistość. Jedna z bohaterek (opowiadanie "Ponad i niżej") ucieka od dotychczasowego życia w miasteczku uniwersyteckim i przemierza Florydę, nocując w bagażniku swego wysłużonego samochodu. Pozbawiając się dóbr konsumpcyjnych, zyskuje nową perspektywę obserwowania i komentowania rzeczywistości.
Mocne są historie, których bohaterami są dzieci, najbardziej jaskrawa jawi się tu historia dwóch małych sióstr (4 i 7-letnia) pozostawionych bez opieki na małej wysepce. Pozbawione wsparcia, opieki, próbują przetrwać kolejne dni, z coraz bardziej uszczuplonymi zapasami żywności, z coraz większym zapasem klaustrofobicznego strachu, którego beneficjentem staje się czytelnik.
Jednak najbardziej pełnym opowiadaniem, którego konstrukcja jest zwarta, przemyślana i zręczna jest historia Jude'a, którego perypetie obserwujemy od dzieciństwa aż po późną dorosłość ("Z rogów czterech, gdyby je Ziemia krągła miała"). Poprzez zaproponowanie przekrojowej opowieści autorka stworzyła kompozycję bardzo udaną, gdzie poza sensownym podejściem do struktury opowiadania, jest ono pełne w sensie emocjonalnym, logicznym i fabularnym. Zdecydowanie najlepsza historia.
Pozostałe wydają się przy nim niedokończone, czasem zdają się być ledwie szkicami, jednak z potencjałem.
Autorka powoli buduje swój styl, który w niektórym opowiadaniach jest jeszcze niepełny, niepewny, niedookreślony. Wszystko zmierza jednak w dobrym kierunku i autorka wyrośnie na bardzo sprawną pisarkę opowiadań.
Ten zbiór jest dla mnie próbą dopiero, z jedną perełką, będącą dobrym prognostykiem na przyszłość. 

czwartek, 9 maja 2019

Henri Michaux - Barbarzyńca w Azji [recenzja]

Przekład: Oskar Hedemann
Wydawnictwo Świat Literacki
Izabelin 2005

Ach, jakże gęsto tłumaczy się autor ze swojej książki. Nigdy chyba jeszcze nie spotkałam się z takim sumitowaniem. 
Jednak, gdy próbowałam przebrnąć przez tę niewielką książeczkę, zrozumiałam usprawiedliwienia autora...
Jej kształt i formę zrzuca autor na swoją młodość, niewiedzę, naiwność. Jego ówczesne spostrzeżenia były mocno tymczasowe, pełne emocji, napięcia. Zastanawiam się co brał pisząc te stwierdzenia, co potęgowało jego odczucia podczas azjatyckich podróży.
Jego bardzo osobiste poszukiwania azjatyckiej duchowości, próby odkrycia ich sedna, dotarcia do jednej uniwersalnej prawdy życiowej wylewają się na karty książki. Każdą napotkaną sytuację potrafił on naciągnąć i wytłumaczyć w taki sposób, by była przydatna jego teorii. To naprawdę nieznośny zabieg.
Zarówno w przypadku opowieści o Indiach, Japonii czy Chinach, próbuje on w malarski sposób oddać pejzaż i atmosferę miejsc. Jednak jego zapalczywy, skrzący się emocjami styl powoduje, że całość wygląda dość miernie, naiwnie.
Poszukiwanie cech pierwotnych, cech fundamentalnych azjatyckich ludów jest motywem przewodnim. Próba nadania tematowi znamion uduchowienia trąci mocną egzaltacją i nieznośną manierycznością.
Rzeczywiście, ta literacka podróż nadaje się jedynie dla czytelników o mocnych nerwach i nadmiarze wolnego czasu. 
Sam autor w nowej przedmowie pisze, że jego relacji brakuje zbyt wiele, by stała się realną...
Podoba mi się to samoumniejszanie, które ma pewne znamiona kokieterii, jednak nie są one aż tak rażące.
W zasadzie broni się tylko ten rozdygotany, efemeryczny nastrój opowieści, jednak to za mało, by docenić książkę i nadać jej rangę literatury.
To nie jest literatura. Nie dla mnie.

poniedziałek, 6 maja 2019

Zgrzebłem po kołtunie [recenzja]

Wybór: Antoni Marianowicz
Wydawnictwo Czytelnik
Warszawa 1950

W serii "Biblioteka Szpilek" pojawił się w połowie XX wieku wybór "współczesnej humoreski polskiej" dokonany przez poetę i satyryka, Antoniego Marianowicza.
Jak bardzo orientalny i daleki od świata współczesnego czytelnika jest ten zbiór!
Budowa trasy W-Z, dwuobwodowe radio, wyścigi pracy w fabrykach brzmią jak wspomnienie dawno zapomnianych szczegółów życia z innej epoki.
Dla całkiem młodych czytelników (tylko kto by sięgnął po ten tomik?) poruszane tu kwestie będą kompletną Atlantydą, słowami wymagającymi baaaardzo długiej legendy.
Problemy poruszane przez ówczesną satyrę musiały mierzyć się z cenzurą, jednak autorom udawało się przemycać niektóre bolączki współczesności. Tak jest w przypadku utworu W. L. Brudzińskiego "Dymnik" z 1948 roku, w którym główny bohater opisuje problemy z mieszkaniem i ogólnym stanem sprzętów i pomieszczeń - od dziurawego dachu po dokwaterowywanie do mieszkań zupełnie obcych ludzi. Bogdana Brzezińskiego "Historia amerykańska" to pamflet na zapatrzenie na Amerykę. Choć z początku człowiek dziwi się jakim cudem cenzura przepuściła ten tekst, finał przynosi wyjaśnienie. Krajowi niezadowoleńcy spotykają w kawiarni Amerykanina. Kalecząc angielski, próbują wywiedzieć się czegoś na temat mitycznego raju zza oceanu...
"List" Stanisława Dygata to gorzka historia pracowniczych zatargów, gdzie każdy komplementem i tanim pochlebstwem próbuje ugrać coś dla siebie, kosztem kolegów z zakłady, rzecz jasna.
Nie mogło zabraknąć w tomie mojej ukochanej Stefanii Grodzieńskiej, reprezentowanej tutaj przez tekst między innymi przez tekst "Tajemnica pokoju nr 216" - mrożącą krew prawdę o urzędniczkach magistratu. "Z życia towarzyskiego" to ciekawa humoreska rzucająca światło na sprawę odwiedzin i utrzymywanie kontaktów przed epoką facebooka.
W tomiku znalazła też miejsce arcyzabawna satyra na kryminały i ich twórców "Zbrodnia na zamku Hismasresvoice" autorstwa Antoniego Marianowicza. Lektura szczególna, która przydałaby się Mrozowi czy innej Bondzie.
Ciekawie wybrzmiewa także utwór Tadeusza Różewicza "Prostaczek wśród literatów" z "Księgi przemian". Sportretowane relacje między literatami wywołują uśmiech, ale też trwogę - jak bardzo zakłamane i służalcze bywa to środowisko.
Na koniec kilka słów o niezrównanym Kazimierzu Rudzkim i jego"Konferencji patronalnej w sprawie mankamentów sektora piłkarskiego". Jak trudno rozwiązać problem niepowodzeń piłkarskich na boisku. W zasadzie, tutaj od lat nic się nie zmienia - winni ewentualnych niepowodzeń są zawsze: pech, stronniczy sędziowie, bądź niedostatecznie pomocni piłkarze drużyny przeciwnej.
W zbiorze znalazły się również utwory Magdaleny Samozwaniec, Wiecha.
Wszystkie pokazują jak trudne, ale i barwne było powojenne życie. Dają światło na ówczesne problemy, bolączki, zawoalowaną walkę z cenzurą, a także dystans do codzienności, trudnej i znojnej, pełnej... braków.
Bardzo ciekawy, choć trącący myszką zbiorek z ilustracjami samego Eryka Lipińskiego.

niedziela, 5 maja 2019

E.L. Doctorow - Ragtime [recenzja]

Przekład: Mira Michałowska
Wydawnictwo: Państwowy Instytut Wydawniczy
Warszawa 1983

Edgar Laurence Doctorow miał w spojrzeniu pewnego rodzaju kąśliwość i dowcip. Jego pisarstwo aż skrzy się od sarkazmu, inteligencji, ale też woła o uwagę. Pisarz lubujący się w wielowątkowości, potrafił znaleźć między poszczególnymi motywami balans, który powoduje u czytelnika poczucie, że każda z poruszanych kwestii jest jednakowo ważna i potrzebna, niezbędna do całościowego odniesienia się do danej książki.
W "Ragtime'ie" Doctorow gromadzi w fabule całą armię niezwykle ważnych wątków, wśród których można wymienić: rasizm, walkę klas, buzujący socjalizm, buchających, rozrastający się kapitalizm, szeroko rozumiany amerykański sen czy walkę o godność.
Pośród fikcyjnych bohaterów prym wiedzie (od drugiej części) czarnoskóry pianista, Coalhouse Walker, którego losy najjaskrawiej objawiają się w powieści. Jego wątek to mocny przykład dyskryminacji rasowej, której eskalacja doprowadziła bohatera do ostateczności. Jego szaleńca, w pewnym momencie niemal irracjonalna walka o własną godność przyjmuje gargantuiczne rozmiary, które poruszają opinię publiczną, dzieląc ją wielokrotnie. Upominanie się o własną dumę, obrona honoru są dla Walkera sensem życia, stąd jego coraz bardziej rozpaczliwe, a zarazem niezrównoważone.
Kolejny wątek to losy europejskiego imigranta - łotewskiego Żyda, zwanego Tatą, który wraz z małą córką zamieszkuje nowojorskie slumsy. Niezwykła jego droga do realizacji pasji, odkrycia, że może ona go utrzymać, a także uczynić kimś ważnym, pokazuje najbardziej chyba skrajnie jak może wyglądać "american dream". Jest też trzecia rodzina, najbardziej stateczna, reprezentująca wyższą klasę średnią rodzina z New Rochelle, w której skład wchodzą ojciec rodziny - producent flag i fajerwerków, jego żona, syn, szwagier (niezwykle intrygujący i nieoczywisty typ), a także teść i mały synek. Uleganie konwenansom, walka z namiętnościami, a także starania o zachowanie spokojnej wyważonej fasady, widzianej przez sąsiadów, są chlebem powszednim dla rodziny. Wszystko zmienia się, gdy matka znajduje w ogrodzie czarnoskórego noworodka, wówczas ich spokojne, mieszczańskie, ułożone i przewidywalne życie na zawsze odejdzie w zapomnienie. Do głosu dochodzą prawdziwe emocje i trudne (jak na początek XX wieku) wybory, które zadecydują o ich człowieczeństwie i kierunku, jaki obrał ich kompas moralny.
Ten zróżnicowany obraz początku wieku dodatkowo uatrakcyjnia obecność rzeczywistych postaci, wśród których autor umieścił przesławnego Harry'go Houdiniiego, Henry'ego Forda, potentata finansowego J. P. Morgana czy anarchistkę Emmę Goldman.
Doctorow odmalowuje skrzący się emocjami świat, który jest na progu wojennej katastrofy, zachłyśnięcia się możliwościami jakie dają powstające masowo wynalazki i udogodnienia,  a także zmieniającej się mentalności ludzkiej.
Ten nadmiar nie wróży niczego dobrego. Na pewno nie dla wszystkich. Co jednak finalnie przygotował dla swoich bohaterów Doctorow? Warto przeczytać.

niedziela, 28 kwietnia 2019

Wojciech Orliński - Lem. Życie nie z tej ziemi [recenzja]

Wydawnictwo Agora
Wydawnictwo Czarne
Wołowiec 2017


Przewertowałam archiwum mojego Bucha w poszukiwaniu Lemowskich recenzji i ze wstydem odkryłam, że mam tylko jedną jego książkę ("Katar"). Trochę się boję pisać o Lemie, za mała jestem, by komentować jego wielkie, wieloznaczne, wspaniałe utwory. Pewnie dlatego 6 (sic!) lat temu zdecydowałam się na komentarz w sprawie lemowskiego  kryminału. Przeczytałam ów komentarz - jest ostrożny, skupiony na treści. Zachowawczy. Bezpieczny.
Ostatnio z wielkim apetytem sięgnęłam po biografię Lema wydaną przez Czarne. Jestem przywiązana do tej serii, cenię ją, uważam za udaną.
I tu przyszedł czas na rozczarowanie. 
Po pierwsze, autor fabularyzuje swoją opowieść, tworzy sekwencje prawdopodobnych zdarzeń, opisuje całe sceny, które mogły się wydarzyć. Trochę upaja się własnymi wyobrażeniami na temat uwielbianego pisarza. Bo swoich uczuć, zachwytów i przywiązania do Lema wcale nie ukrywa, wręcz je podkreśla.
To akurat mały grzech biografa, ale jednak grzech.
Ponadto bardzo wiele jest tutaj odautorskich sugestii dotyczących autobiograficznych wątków, jakie autor przypisuje poszczególnych postaciom i wydarzeniom z lemowskich powieści. Czytelnik może oczywiście zaufać intuicji biografa, jednak to tylko przypuszczenia. Dużo tu (szczególnie na początku) spekulacji, rozważań, analiz, które nie przynoszą jednak pewności co do prawdopodobieństwa rozpatrywanych sytuacji. Takie balansowanie na krawędzi wierzytelności jest zupełnie niepotrzebne. Dodatkowo obciąża książkę dodatkowymi stronami, tworzy iluzoryczny, odautorski świat Lema, co nijak się ma do istoty biografii.
Za mało Lema w tej biografii. Został przysłonięty nadmiarem uczuć i namiętności Wojciecha Orlińskiego.
Tyle moich jęków.
Jeśli chodzi o pozostałe aspekty książki - wiele tu odniesień do wcześniejszych biograficznych książek o autorze "Solaris", przedruki listów, wspomnienia Szczepańskiego. Książka jest w dużej mierze oparta na tamtych właśnie pracach, poza autobiograficznym "Wysokim zamkiem" częste są odniesienia do wywiadów rzek Beresia i Fiałkowskiego.
Sam życiorys Lema to materiał na jedną książkę: od wojennego dzieciństwa we Lwowie, po krakowskie perypetie pisarskie, znakomite znajomości (jak Szymborska, Włodek, Turowicz, Szczepański), a także codzienne trudy i znoje związane z pisaniem i utrzymaniem rodziny.
O Lemie pisał wspaniale prof. Jerzy Jarzębski. Do pism Lema pod jego redakcją warto sięgnąć. 

piątek, 26 kwietnia 2019

Kateryna Babkina - Sonia [recenzja]

Przekład: Bohdan Zadura
Wydawca: Warsztaty Kultury w Lublinie
Lublin 2018

Przede wszystkim seria. Świetnie wydana, ze znakomitym projektem okładki Eweliny Kruszewskiej.
Zupełnie inna jakość na polskim rynku - skromna, wyważona, z poszanowaniem materiałów z jakich jest stworzona książka. Wielka rzecz.
Ciekawym zabiegiem jest też sięganie po młodych twórców zza wschodniej granicy - poznanie nurtujących ich problemów, wiodących trendów w literaturze itp.
Kateryna Babkina popełniła książkę drogi, w której oniryczny duch miesza się z powątpiewaniem i kompletną swobodą.
Tytułowa bohaterka książki, Sonia dowiaduje się, że jest w ciąży. Dziewczyna czuje się samotna i opuszczona, matka opiekuje się staruszkami w Szwajcarii, ojciec najprawdopodobniej przebywa w Polsce. Dziewczyna rusza jego śladem, chcąc odnaleźć prawdę o sobie, by w przyszłości móc dobrze pokierować relacjami z własnym dzieckiem.
Podróżując przez zachodnią Ukrainę do Polski dziewczyna spotyka bardzo różne osobowości. Każda z nich, choć na chwilę zbliża się do niej, otwierając Soni kolejną szufladkę z relacjami. Niestety, spotkania te są krótkotrwałe, dziewczyna nie umie stworzyć silnej relacji, co chwilę zmienia zdanie, ucieka, jest niespokojnym duchem.
W zasadzie pomysł na książkę był dobry, portretujący kobiety, dziewczyny w oczach ich bliskich. Okazuje się, że wpływ najbliższych na osobowość jest nie do przecenienia.
I tu kończą się mocne punkty powieści. 
Dalej autorka zaczyna tracić kontakt z rzeczywistością: wszystkie wkręty krakowskie traktujące o Shoah są conajmniej nie na miejscu. Wydaje się, że chcą budować silne napięcia autorka posługuje się znaczeniami i symbolami, które kompletnie nie przystają do poruszanej przez nią tematyki.
Ten zgrzyt jest na tyle duży, że zepsuł mi całościowe postrzeganie powieści.
Silenie się na wstrząsanie nie zawsze wychodzi na dobre.
Autorka mogła zostać w swoim pokręconym, osobliwym świecie, to miało wartość i było jakieś. Łączenie ciężarnej młodej Soni z gettowymi ofiarami brzmi jak kpina.

wtorek, 23 kwietnia 2019

Caroline Kepnes - Ty [recenzja]

Przekład: Jacek Żuławnik
Wydawnictwo W.A.B.
Warszawa 2019

Premiera: 15.05.2019

Od samego początku ta książka była dla mnie niewygodna. Uwierała mnie słowami, gniotła aurą, męczyła kolorytem.
Pisana z perspektywy mężczyzny odurzonego  autorskimi wyobrażeniami o świecie i przekonaniem o własnej sprawczości.
Inteligentny, przebiegły, a do tego opresyjny, silnie zaburzony psychicznie Joe Goldberg pracuje w nowojorskiej księgarni, gdzie jednym z ulubionych jego zajęć jest tworzenie swego rodzaju portretów psychologicznych swoich klientów.
Pewnego dnia wpada mu w oko jedna z klientek. Jest na tyle zainteresowany jej osobą, że kradnie dane z jej karty kredytowej, zaczyna śledzić jej media społecznościowe.
Stopniowo wprowadza w życie swój przerażający plan, mający na celu osaczenie dziewczyny z księgarni -Guinevere Beck.
Stalker ma zamiar wyeliminować każde niebezpieczeństwo stojące mu na drodze do szczęścia, którym jest według niego związek z Beck.
Śledząc wpisy w internecie, śledząc dziewczynę, stopniowo zyskuje nad nią przewagę - wie z kim i kiedy się spotyka, jakie ma marzenia, a także jak ma wyglądać jej związek idealny.
Stalker przemienia się w wymarzonego partnera... Teoretycznie.
Nowy związek jeszcze bardziej intensyfikuje zaborczość i podejrzliwość Joe, nie cofnie się od przed niczym, by utrzymać w tajemnicy swoje działania, a także jeszcze bardziej zafascynować sobą Beck.
Ta bezwzględna i niebezpieczna gra staje się coraz bardziej psychodeliczna, a dla czytelnika nieznośna w sensie emocjonalnym.
Autorka w dość bezwzględny sposób rozprawia się ze współczesnością, dając jasno do zrozumienia, że na własne życzenie podajemy swoje życie na tacy. Każdemu. Każdemu kto korzysta z mediów społecznościowych.
Poprzez swoją wylewność każdy z nas może stać się ofiarą działania ludzi niebezpiecznych czy zaburzonych. Fotografując swoje śniadania, wakacje, dzieci, chwaląc się w kilku słowach najnowszymi zdobyczami, nagrodami, planami, możemy sobie nieświadomie zaszkodzić.
Ten gęsty, ponury w zasadzie thriller powinien być skutecznym lekarstwem na internetową wylewność.
Mam nadzieję, że uleczy nadmierne ludzkie gadulstwo.


Za egzemplarz książki dziękuję wydawnictwu: