poniedziałek, 29 lutego 2016

Marcin Rychcik - Roman Wilhelmi. Biografia [recenzja]

Nigdy nie napiszę biografii mojego ukochanego Franka Londona. Dlaczego? Z obawy, że wyjdzie mi coś tak marnego jak książka Rychcika o Wilhelmim. Jeśli darzy się jakiegoś artystę szczególną estymą, należy pozostać z tym w ukryciu, bez śladów na papierze. Dlaczego? By nie znużyć czytelnika stronniczością i ciągłymi zachwytami.
By biografia była dobra potrzeba dystansu jej autora do opisywanej postaci, ponadto talentu pisarskiego, swobody w układaniu wspomnień poszczególnych powinowatych i znajomych, a także pomysłu na całość. Tutaj zabrakło wszystkich powyższych. Taka szkoda, bo Wilhelmi jawi się jako nietuzinkowy, niebanalny, wielce utalentowany aktor, który zasłużył na dobrego biografa. Trafiło na Rychcika. Niestety.
Poza zdjęciami z archiwum prywatnego, a także fotosami z filmów, spektakli i seriali nie ma tam nic godnego uwagi. Nawet wypowiedzi znakomitości (jak choćby Henryk Worcell, Janusz Gajos czy Maciej Prus) zostały tak wplecione w narrację, że wyglądają dość blado i nijako. 
Wilhelmi był wielką indywidualnością, egoistą, narcystycznym artystą, kochliwym bawidamkiem, skandalistą, pogubionym dzieckiem szukającym ukojenia w alkoholu, a także tytanem pracy, zatracającym się w kolejnych aktorskich wyzwaniach.
Dlaczego więc nic do siebie w tej biografii nie pasuje? Przez błędy jej autora. Brak konsekwencji i pomysłów na poprowadzenie historii, podawanie poszczególnych opowieści bez kontekstu, ale (co gorsza) bez umiejętności łagodnego, swobodnego przejścia z jednej anegdoty w drugą, powodują, że lektura męczy i nuży. Brak szkieletu fabularnego, pewna przypadkowość w zamieszczaniu poszczególnych wypowiedzi nie sprzyja porządkowi i pożądanym efektom.
To kompletnie niedopuszczalne, niestety, nawet sam Wilhelmi i jego bogata biografia nie zdołały się obronić przed kiepskim piórem Rychcika.
Wszystko co przeczytacie w tej książce zostanie zapomniane bardzo szybko, nawet w trakcie czytania, niestety. Taka szkoda.

niedziela, 28 lutego 2016

Olga Grjasnowa - Rosjanin to ten, kto kocha brzozy [recenzja]

Sama nie wiem od czego zacząć. Tyle myśli, tyle wrażeń, ale każde z nich ponurym tonie. Grjasnowa bierze na warsztat imigranckie życie, pokazując je w ostrym, bezwzględnym świetle. 
Masza jako mała dziewczynka wraz z rodzicami wyemigrowała z Azerbejdżanu do Niemiec. Ojciec i matka są rosyjskimi Żydami, którzy dla swej jedynaczki postanowili uciec przed wojną Azerów, Ormian i Rosjan. Wybór był w zasadzie prosty: odrzucili Izrael ze względu na tamtejszy konflikt zbrojny, wybrali spokojne i dające perspektywy Niemcy, gdzie ich córka mogła rozwijać swój talent językowy.
Masza nie może znaleźć sobie miejsca, nigdzie nie czuje się u siebie w domu. Jest młoda, ma przed sobą całe życie, ale jest ono naznaczone poczuciem obcości, uciążliwym brakiem stabilizacji, zwyczajności, równowagi. Jej (i tak zawikłane) życie ulega kolejnej tragicznej zmianie, gdy umiera Elisza, jej chłopak.
Masza nie potrafi pogodzić się z tą niepotrzebną, zaskakującą śmiercią. Rzuca całą swoją niewyraźną teraźniejszość, by jechać do Izraela, tak podejmuje pracę tłumaczki w niemieckiej fundacji. Już samo powitanie na lotnisku Ben Guriona zwiastuje katastrofę: jej komputer zostaje (dosłownie) zastrzelony przez izraelskich żołnierzy. Później jest tylko gorzej - na drodze Maszy wciąż stają trudni, pogubieni, nieszczęśliwi ludzie. Rozmawia z nimi w różnych językach, wciąż stykając się z tymi samymi problemami, różne kultury, różne tradycje, problemy te same. Mimo posługiwania się wieloma językami, nie potrafi ona mówić najprostszych rzeczy, nie potrafi omawiać i ustalać najbardziej elementarnych spraw.
Osaczona przez myśli, skojarzenia, tęskniąca z kimś, kogo już nie ma, idealizująca go, nie potrafi sprostać codzienności. 
Wyobcowanie, samotność, psychiczne okaleczenia i gorzkie odczuwanie tęsknoty za stabilizacją i (powiedzmy) normalnością są wciąż obecne w głowie Maszy.
Gorzkie (nadużywam tego słowa, ale pasuje tu idealnie) spojrzenie na emigrację oraz współczesność, pełną etykiet, stereotypów i krzywdzących uproszczeń.

piątek, 19 lutego 2016

Susan Taubes - Rozwiązek [recenzja]

Nie sposób czytać tej książki bez znajomości biografii autorki. Taubes swoje życie (bez specjalnych zmian i masek) podaje czytelnikowi poprzez historię Sophie, węgierskiej emigrantki, która w ostatniej chwili ucieka wraz z ojcem z Budapesztu, gdzie na dobre zagościli naziści. 
Ojciec Susan Taubes (i powieściowej Sophie) był uznanym psychoanalitykiem, który po przeprowadzce za ocean dalej prężnie rozwijał swą karierę. Sama Susan/Sophie realizowała swoje ambicje wykładając historię i filozofię religii na uniwersytecie. Wychodzi ona za mąż za Ezrę Blinda (w rzeczywistości Jacoba Taubesa), swego nauczyciela filozofii. Małżeństwo zmienia całej jej życie, mąż traktuje ją jak tło dla własnego życia. Bycie cieniem dla człowieka, który taki stan rzeczy traktuje jako sytuację oczywistą i naturalną jest dla niej nie do zniesienia.
Dla kobiety wyzwolonej, znającej swą wartość, rozstanie to tylko kwestia czasu.
Susan Taubes bierze na warsztat codzienność, zarówno w wymiarze rodzinnym/prywatnym, jak i społecznym. Jednak forma jaką proponuje autorka jest dość surowa i wymagająca. Porzuca ona tradycyjną formę narracji - nie opisuje swego życia od budapesztańskiego dzieciństwa, po życie w Nowym Jorku, czy Paryżu, ale przeplata poszczególne etapy życia, prezentuje najważniejsze dla niej epizody z życia (rozstanie rodziców, wyjazd do Nowego Jorku, szukanie miejsca w życiu, ślub,  przeprowadzka do Paryża, rozstanie, śmierć w wyniku potrącenia przez samochód).
Rezygnacja z linearnej konstrukcji komplikuje narrację, najbardziej przystępne są fragmenty o dzieciństwie na Węgrzech, gdzie mocno trzyma się autorka chronologii. 
Szczypta surrealizmu (scena rozwodowa w sądzie), trochę satyry, a do tego duża dawka wspomnień, podanych w formie sennych majaków, mglistych śladów. Taubes analizuje związek swoich rodziców i swój. Każdy w nich był nietrafiony, rujnujący. Kochankowie matki, kochanki męża, czy też jej przygodni partnerzy byli wynikiem akceptacji takiego życia czy też brakiem wyboru? Jak fatalny był każdy kolejny powrót męża, który przeczuwając rozpad związku, ciągnął Sophie do łóżka, w wyniku czego na świecie pojawiało się kolejne dziecko. Resztę niech dopowiedzą sobie feministki,
Interesująco wygląda aspekt Holocaustu, również obecny w książce: ojciec z córką uciekają w ostatnim momencie z europejskiej pożogi. W wielu ich rozmowach pojawiają się kominy Auschwitz. Wstrząsający jest fragment, w którym Sophie analizuje drzewo genealogiczne swojej rodziny: siedem znanych jej pokoleń, ponad sto siedemdziesiąt małżeństw, i dwóch razy więcej pojedynczych osób, które musiały się spotkać, by wreszcie pojawiała się ona. Ilu z protoplastów przeżyło Zagładę, ilu zginęło? 
Mocna, trudna książka, która działa na czytelnika na wielu płaszczyznach, podsuwając pytania, stwarzając pewne mniej lub bardziej gęste nastroje i sytuacje. 
Dodatkowym stymulantem jest świadomość, ze kilka dni po wydaniu książki Taubes popełniła samobójstwo.

środa, 17 lutego 2016

Patrick Modiano - Perełka [recenzja]

Therese to młoda, niedoświadczona dziewczyna mieszkająca w Paryżu. Pewnego dnia spotyka kobietę, która jest żywym obrazem jej zaginionej/zmarłej w Maroku matki. Podobieństwo jest na tyle duże, że postanawia ją śledzić, by wiedzieć kim jest, gdzie mieszka, jakie ma zwyczaje. 
Ta paryska podróż przeplatana jest wspomnieniami z dzieciństwa, które upłynęło dziewczynie w cieniu niezrealizowanych marzeń i pragnień matki, byłej tancerki, której kontuzja przekreśliła możliwość kariery. 
Poszukując własnej tożsamości, sięga po wspomnienia, które czasem zatarte, czasem nieoczywiste, sprawiają, że cała ta historia jest otwarta, niedopowiedziana, pozostawiająca czytelnikowi wiele możliwości interpretacyjnych.
Siłą prozy Modiano jest dyskrecja, aluzyjność, subtelność i ta wielka wolność, jaką zostawia temu, kto sięgnie po książkę. Próżno tu szukać wielkich zwrotów akcji, mocnych słów, czy słownych napaści. Między prostymi, oszczędnymi słowami zawiera cały skomplikowany, wieloaspektowy świat swoich bohaterów.
Perełka nie rzuca na kolana, ten kto będzie chciał dopatrzeć się geniuszu na miarę Nobla, pozostanie rozczarowanym. Po pierwsze dlatego, że komisja ma dość szczególny gust, po drugie dlatego, że w dzisiejszym świecie sugerowanie się nagrodami jest zgoła niestosowne i nieadekwatne. W świecie wyszydzania i zniesławiania wszystkiego i wszystkich należy polegać jedynie na własnym odbiorze nie tylko literatury, ale rzeczywistości w ogóle. 
Tyle.

poniedziałek, 15 lutego 2016

Andrea Camilleri - Kryjówka [recenzja]

Co za gniot. Coraz szerzej otwieram oczy, coraz bardziej się dziwię, że WL wydał coś tak koszmarnego. 
Może podobnie jak ja nabrali się na nazwisko autora? Camilleri jest przecież twórcą legendarnego Montalbano i zabawnego Catarelli, pisarzem, który bystrym okiem opisuje sycylijską rzeczywistość, ludzi, mechanizmy zakorzenione na wyspie, tradycje i ich wpływ na życie mieszkańców. Ileż lekkości, finezji, a przy tym ciekawych historii było w tomach opisujących sprawy komisarza Montalbano. Pozostańcie przy tamtej serii, Kryjówkę omijajcie szerokim łukiem. Dobrze radzę.
Tylko słabość do nazwiska tłumaczy moją gafę. Dlaczego gafę? Już wyjaśniam.
Kryjówka to (jedno wielkie nieporozumienie) coś na podobieństwo thrillera, wymieszanego byle jak z kiepskiej jakości erotyką. Do tego zwichrowanie psychiczne głównej bohaterki (tłumaczone na różne sposoby), które prowadzi do takich, a nie innych skutków (wiadomo - opłakanych).
Arianna (trzydzieści trzy lata na karku - jak ona może znieść taką liczbę?) to skończona i nieodgadniona piękność (cóż za banał). Po wielu perypetiach życiowych (nawymyślał jej Camilleri trudności, może nawet zanadto) trafia ona wreszcie w posiadanie (nie ma się co oburzać użytym sformułowaniem, kto przeczyta, ten potwierdzi słuszność moich słów) dużo starszego, zamożnego Giulia. Ponieważ mąż jest eunuchem, a przy tym rozumie potrzeby młodszej żony, postanawia on kontrolować przygody swej wybranki, i raz w tygodniu organizuje jej kochanka. Arianna godzi się na układ do czasu, aż natrafia na pewnego licealistę, który traci dla niej głowę. Misterny plan się chwieje w posadach, tragedia wisi w powietrzu, czytelnik zaś zachodzi w głowę: czy pod Camilleriego nie podszył się jaki grafoman?
Podsumowując:  kicz , tandeta , chała , lipa , ramota , koszmarek, gniot, piramidalna bzdura.

niedziela, 14 lutego 2016

Agnieszka Wójcińska - Reporterzy bez fikcji [recenzja]

Po jakie licho powstają takie książki? Zbiór siedemnastu rozmów z czołowymi polskimi reporterami za każdym razem poprzedzony jest krótkim fragmentem tekstu każdego z rozmówców.
Zapewne chodziło o przybliżenie sylwetek twórców, poznanie ich warsztatu, motywacji, zapatrywania na etykę dziennikarską, a także podejście do rozmówców (czy są tylko tematem, czy też zostają w pamięci, sercu, działaniu). Autorka zdradzają tajniki warsztatu, sposoby na rozliczenie się z opracowywanym materiałem, a także receptą na powrót do rzeczywistości, który musi nastąpić po napisaniu reportażu.
Wiele ciekawostek, smaczków, fragmenty poszczególnych światopoglądów, sposobów na radzenie sobie z emocjami, i tym podobne, mieszczą się w wywiadach.
Mimo całej sympatii do poszczególnych bohaterów książki, uznania dla ich talentu, nadal nie widzę sensu dla powstania tej książki.
Niechaj za reporterów mówią ich reportaże, niech opisywane przez nich sytuacje i ludzie będą świadectwem ich talentu, ich możliwości, wrażliwości. Dosłowne, pozbawione dystansu (tak ściśle związanego z twórczością literacką) wywiady, odzierają ich z tajemnicy, niewiadomej, jaka kryje się za ich pracą.
Z drugiej strony znajdą się entuzjaści wynurzeń reporterów, ludzie, których zaciekawi ich spojrzenie na świat itp.
Przeczytałam z sympatii dla reporterów, bez entuzjazmu, bez chęci powrotu do lektury, wciąż nie widząc sensu w tej publikacji.

sobota, 13 lutego 2016

Sylwia Chutnik - Jolanta [recenzja]

Nie dla mnie twórczość Sylwii Chutnik. Jej poetyka, wrażliwość, estetyka są mi odległe, nie wywołujące wzruszeń. Dlatego też Jolanta wcale mnie nie poruszyła.
Historia dziewczyny z warszawskiego Żerania w zamyśle ma pokazać samotność i zagubienie dziecka z rozbitej robotniczej rodziny. Gdy Jola miała kilka lat z domu odszedł ojciec, poza córką porzucił też starszego syna i żonę, która popadła w alkoholizm. 
Dwa ciasne pokoiki z widokiem na komin elektrociepłowni Żerań, nuda, brak perspektyw, brak ambicji i porozumienia z bliskimi. Do tego kompulsywne zachowania zakompleksionej, samotnej dziewczyny i dramat gotowy. Taka historia nie może się skończyć dobrze.
Matka umiera, brat wyjeżdża do Berlina, Jolka zachodzi w ciążę i zyskuje męża. Banał znany z wielu innych książek, historia jakich wiele.
Chutnik przemyca w swej powieści fragmenty szarej rzeczywistości lat 80. Monotonne życie robotniczego osiedla, mężczyźni i kobiety spieszący do pracy w fabryce samochodów, telewizory rozświetlające osiedle wieczorami, a także cały szereg zmian obyczajowych, które pociąga za sobą ustrojowa rewolta, w której poukładani, usadowieni w stagnacji mieszkańcy, muszą się odnaleźć.
Obserwujemy Jolkę i zmiany w niej zachodzące. Z każdą stroną jest z główną bohaterką coraz gorzej: urodzenie dziecka i zamążpójście wcale nie wyrywa jej z dawnych traum. Spełnione marzenie o własnej rodzinie nie daje satysfakcji. Coraz bardziej zamyka się ona w sobie, pojawiają się myśli samobójcze. Wciąż brakuje jej poczucia bezpieczeństwa, wciąż czuje się winna za rozpad małżeństwa rodziców.
Znikąd ratunku, ponieważ Jolka nie potrafi na głos mówić o swoich potrzebach i problemach. Depresja końca lat 80. i 90. w wersji najpełniejszej.