Wydawnictwo Czarne
Wołowiec 2026
Rzadko kiedy w literaturze coś mnie zaskoczy. Jeszcze rzadziej coś mi się spodoba. A już sytuacja w której ze zdziwieniem i niechęcią kończę czytać, bo muszę wysiadać ze środka transportu w którym pochłaniałam lekturę jest prawdziwie rzadka.
No i przytrafiło się to wszystko o czym wyżej. Paweł Sołtys i jego "Monolok" mnie zaskoczyli, spodobali mi się i spowodowali, że w biegu zbierałam swoje rzeczy wysiadając ze środka lokomocji. W oczarowaniu, ciekawości, przyjemności przekładałam kolejne kartki, w uciesze prawdziwej.
Lirycznie, nostalgicznie, a przede wszystkim gawędziarsko zjednuje sobie Autor czytelniczkę, z każdym akapitem bardziej. Wracają do mnie grochowskie uliczki, własne wspomnienia miejsc i ludzi, budynków i trotuarów. Miasto, jego dzielnica, jego codzienność, zbudowane z pamięci i niepamięci. Z rozmów o ludziach, którzy byli, wspomnieniach mocniejszych i lżejszych, postaciach, które widać bardziej i tych zacierających się. Prawdziwych i zmyślonych, takich, którzy żyli głośniej, i takich, którzy cicho i powoli spełniali swój los. Grochów stworzony ze wspomnień i o wspomnieniach, które sączą się powoli na fryzjerskim fotelu. I dużo ciszy, i dużo milczenia, i wszystko to co jest pomiędzy słowami - urzekające, oddające szacunek i pamięć. Potrzeba uważności na ludzki los, na zwyczajność i codzienność są tak niedzisiejsze i nieoczywiste, a tutaj są solą opowieści,.
Bardzo dobrze się czyta tę grochowską gawędę, nie tylko dzięki swobodzie w prowadzeniu wątków, w odwołaniach do rzeczywistych miejsc i danych geograficznych, ale, przede wszystkim, przez łaskawość i przychylność do bohaterów. A przez to chce się żyć wolniej. Choć przez chwilę, choć na czas lektury. Za to Autorowi dziękuję.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz