niedziela, 27 września 2015

Jussi Adler - Olsen - Zabójcy bażantów [recenzja]

Tak wiele dobrego słyszałam o tej książce, ale gdy przyszło do konfrontacji z moimi własnymi odczuciami po lekturze, z tych wspaniałości nic nie zostało.
Jednak na początku fabuła: na biurko szefa Departamentu Q,  Carla Mørcka, trafia teczka z aktami starej, zamkniętej już sprawy. Zabójca odsiaduje wyrok, przyznał się, więc skąd ta teczka? Detektyw nie traktuje sprawy poważnie do momentu, aż jego przełożeni odsuwają go od sprawy. Wrodzona przekora i upór każą mu drążyć temat.
Okazuje się, że w świetle dowodów, podrzuconych przez nieznanego świadka, odpowiedzialnymi za podwójne morderstwo sprzed lat są absolwenci elitarnej prywatnej szkoły, którzy dziś piastują ważne stanowiska, są na tak zwanym świeczniku. Mørc przeciwstawia się korupcji, tajemnicom rządzących, a także ich układom i pogróżkom.
Poszukuje on także dawnej towarzyszki morderców, która od lat ukrywa się, mieszka na ulicy, cierpi na schizofrenię, ale przede wszystkim pragnie zemsty na tych, którzy kiedyś wyrządzili jej wielką krzywdę. Kimmie, bo tak ma na imię owa kobieta jest najciekawszym charakterem w książce. Stopniowo odsłania się przed nami jej historia, z każdym elementem bardziej tragiczna i przerażająca. W zasadzie Kimmie jest najważniejszym elementem układanki, a także postacią najatrakcyjniejszą dla czytelnika.
Mam problem z tą książką, nie podobała mi się, ale nie umiem wyjaśnić dlaczego. Wszystko przecież gra: intryga, główna postać jest wielobarwna, mocna, ciekawa, a mimo to nie potrafię myśleć o tej książce jako o czymś udanym.


1 komentarz:

  1. Fabuła nawet mnie zainteresowała, więc kiedyś kto wie...

    OdpowiedzUsuń