czwartek, 26 lutego 2015

Templa Grandin, Margaret M. Scariano - Byłam dzieckiem autystycznym [recenzja]

Po przeczytaniu tej książki mam bardzo ambiwalentne odczucia. Bardzo ostrożnie podchodzę do publikacji, ponieważ została ona popełniona przez kobietę wyleczoną z autyzmu. Mam zbyt małą wiedzę by podważać czy też polemizować z tematem, traktuję tę książkę jako pewną ciekawostkę.
Jest to bez wątpienia wartościowe źródło poznawcze, które z osobistej perspektywy traktuje o autyzmie. Nic bardziej nie oddziałuje na wyobraźnię i uczucia czytelnika niż jednostkowe świadectwo, opis własnych przeżyć. 
Temple Grandin urodziła się w 1947 roku w Bostonie. Trzy lata później zdiagnozowano u niej autyzm. Przez długi czas miała trudności ze znalezieniem pomocy u specjalistów, a nade wszystko ogromne problemy w kontaktach z rówieśnikami, nauczycielami. 
Książka to bardzo osobista opowieść o trudnych latach spędzonych w szkole, o tym jak zwykłe małe codzienne sprawy były dla Grandin wielkim problemem, wyzwaniem. Autorka bardzo obrazowo przedstawiła swoje niepokoje, doznania, opisała wszystkie milowe kroki, które przyszło jej postawić.
Z całą pewnością publikacja daje możliwość lepszego zrozumienia problemu, posmakowania trudności, lęków i obaw, jakie charakteryzują osoby dotknięte autyzmem. Dobrze by każdy ją przeczytał i dzięki temu nabrał większej wrażliwości, a przede wszystkim świadomości tego zaburzenia. 
Niesamowite jest to, że Temple Grandin umiała pokonać siebie. Skończyła studia, zrobiła doktorat, pisze książki. 

poniedziałek, 23 lutego 2015

Isabelle Laflèche - Kocham Nowy Jork [recenzja]

Mizerna treść ubrana w bardzo ładną okładkę (co za gustowna czcionka!). Jedynym wyróżnikiem tej kiepściuchnej historyjki jest życiorys jej autorki, która sama przez lata pracowała jako nowojorska prawniczka. Powinno to spowodować wplecenie w fabułę intrygujących wątków jurystycznych. Szkoda, że zamiast nich mamy biurkowe intrygi wypychane w korporacyjny świat przez wredne sekretarki lub biznesowe matactwa rodzące się podczas diabelnie drogich kolacji w najmodniejszych restauracjach.
Nowego Jorku jest tu jak na lekarstwo, no chyba, że bierzemy pod uwagę przewodnik kulinarny po najbardziej snobistycznych knajpach, tego wątku jest w książce w bród. 
Nie mam nic przeciwko opowiastkom o ubraniach, rautach i próżnym życiu, wręcz przeciwnie, czasem bardzo lubię przeczytać taką lekką książkę. Tu brakło klarowności, prostoty, dystansu i talentu też. Dialogi miałkie, momentami toporne. Intryga prosta jak budowa cepa, co nie byłoby zarzutem, gdyby ubrać ją w łatwo przyswajalne słowa. Ponadto ogólnikowi bohaterowie, którzy nijak nie potrafią zdobyć serca czytelnika. 
Jak już wcześniej wspomniałam, poza okładką nie ma tu niczego interesującego,
Treść. Paryska prawniczka Catherine zostaje przeniesiona na nowojorskiej centrali, gdzie tempo pracy jest wielokrotnie szybsze, wymagania większe, a wokół czają się korporacyjni współpracownicy, tylko czyhający na potknięcie nowicjuszki. W tle mamy informacje o ubraniach i zapachach naszej bohaterki, a także jej jałowe relacje pozazawodowe.
Temat był rozwojowy, niestety jego realizacja pozostawia wiele do życzenia. Okazuje się, że napisanie lekkiej powieści obyczajowej, która nie obrażałaby czytelnika pewnego rodzaju ignorancją jest sztuką nie lada. Szukam zatem dalej inteligentnej obyczajówki, mam nadzieję, że taka powstała.

niedziela, 22 lutego 2015

Ignacy Karpowicz - Balladyny i romanse [recenzja]

Spektakularny zawód. Historia z gatunku: tak dobrze żarło i zdechło. Wielka szkoda, bo książka zapowiadała się bardzo dobrze. Padła zaś ofiarą dłużyzn oraz przekombinowania formy. Zamiar był wielki, efekt więcej niż marny, być może za sprawą pewnej monotonii, która zaczęła się w części drugiej wraz z pojawieniem się bogów. Ich postępowanie i język są takie same jak poznanych wcześniej śmiertelników. Mnie to przeszkadza, bo, choć zamiarem było być może zrównanie istot ludzkich z boskimi, to w efekcie ten brak różnicy powoduje uciążliwą i nudzącą jednostajność, która w dodatku bywa pompatyczna i egzaltowana. Nieznośne połączenie.
Powieść nie ma wiodącego bohatera. Jest za to całe mnóstwo epizodów, które chowają się w gąszczu sobie podobnych i raz na ileś tam stron wracają by o sobie przypomnieć. Udajemy się więc do Białegostoku by poznać Olgę, starzejącą się singielkę (wymienne na starą pannę), wiodącą nudne i ubogie życie. Jest młodociany Janek, któremu uraz głowy zaburza osobowość, nagle przestaje być łobuzem. Potem przenosimy się do Warszawy, by poznać Artura, młodego japiszona, którego marzeniem jest duża rodzina. Do galerii osobliwości dołącza też kilku gejów, osiłkowaty wykładowca statystki i parę innych figur. Jest dobrze dopóki są tylko oni. Matowa i chropowata charakterystyka współczesnego społeczeństwa jest dotkliwa i wciągająca. Czas pryska wraz z zamknięciem piekła i pojawieniem się bogów (Atena, Nike, Eros itp. plus Jezus i Balladyna). I choć bardzo lubię absurd w literaturze, to rodzaj nonsensu zaproponowanego przez Karpowicza wcale mi nie odpowiada. Jezus grający w gry komputerowe ze zdziecinniałym japiszonem, Nike władająca obuwniczym imperium czy też Balladyna prowadząca firmę cateringową są postaciami miałkimi, trywialnymi.
Autor bierze na warsztat popkulturę, jałowość życia współczesnego człowieka, religijność, filozofię, relacje międzyludzkie i ich miejsce w świecie. Obrywa się każdemu, bez wyjątków.
Nie odmawiam Karpowiczowi dystansu i humoru, ani wiedzy, ni pomysłowości. Wszelkie te właściwości utonęły w potoku słów/stron/rozdziałów/miernej jakości/powtarzalności/stylizacjach językowych.
Zapowiadało się naprawdę dobrze, źle się skończyło.

środa, 18 lutego 2015

Wit Szostak - Sto dni bez słońca [recenzja]

Potrzebowałam tej książki. Jej wieloznaczność ukryta za pozornie prostą i lekką fasadą daje duże możliwości interpretacyjne. Złożoność znaczeń i symboli powoduje gorączkowe rozglądanie się  i poszukiwanie kontekstów. Ich bogactwo i różnorodność pokazują wiele okoliczności, spojrzeń na daną sytuację. Nic nie jest takim jak się wydaje, wiele zależy od punktu widzenia, wiele od wyznawanych poglądów, nastroju jaki przytrafia się nam danego dnia.
Mamy oto polskiego (czy może raczej krakowskiego naukowca, a to przecież jest różnica) humanistę, dra Lesława Srebronia, który trafia do małego (fikcyjnego) irlandzkiego uniwersytetu umiejscowionego na mikrej wysepce. Jako stypendysta dostał on możliwość prowadzenia zajęć ze studentami, a przede wszystkim dopracowywania monografii o polskim pisarzu fantasy, Filipie Włóczniku. Pewna część opowieści umiejscawia się wokół streszczeń kolejnych jego dzieł, a także nieustannego potwierdzania domniemanego geniuszu Włócznika (a jest to wielce jednostkowe przekonanie). Pozostałym komponentem książki jest tak zwany dziennik pobytu Srebronia na wyspie, który pokazuje środowisko akademickie z wszelkimi jego przywarami. Wydaje mi się, że cały zestaw uczonych zesłanych na wyspę jest dość koślawy i nie pierwszej świeżości. Większość grzeje się blaskiem dawnych sukcesów, inni wcale ich nie mają, zaś nasz prostoduszny bohater widzi tą rzeczywistość w zgoła innych barwach. Uważa towarzystwo osobliwych naukowców za wybitny zestaw specjalistów, którzy mają wszelkie predyspozycje do odnalezienia nowych prawd i wprowadzenia humanistyki na odkrywcze tory. O słodka naiwności! Postawa Srebronia przepełniona donkiszoterią początkowo drażni, z czasem zaczyna bawić i budzić sympatię. Ten prostolinijny, wyznający pewne ideały humanista zyskuje przy bliższym poznaniu, nie tylko dlatego, że dowcipnie podaje uniwersytecką rzeczywistość, ale przede wszystkim poprzez własną prostoduszność i łatwowierność.
W  powieści bardzo płynnie przebiega granica między tym co realne, a tym co zupełnie fantastyczne, dodatkowo potęgując wrażenie pewnej śmieszności miejsc, osób i ich tytułów. Satyra na środowisko uniwersyteckie ma w sobie wiele dziegciu. Choć kpina z konserwatyzmu kryje się za tweedowymi marynarkami i pykaniem fajeczki, to jednak jest bardzo czytelna i bystra.
Naprawdę dobra książka. Inteligentna, wieloznaczna, zabawna. Duża przyjemność.

wtorek, 17 lutego 2015

Adam Węgłowski - Bardzo polska historia wszystkiego [recenzja]

Książka nietuzinkowa, zaskakująca, niespodziana. Jej autor, miłośnik sekretów i historycznych łamigłówek wziął na warsztat zupełnie nieoczekiwane biografie postaci, które w przeszłości, tej odległej, jak i całkiem niedawnej, próbowano zrobić Polakami, jak i o tych, którym polskości odmawiano.
Mowa tu nie tylko o rzeczywistych, faktycznych osobach, które posiadają prawdziwą biografię, ale także o mitycznych czy literackich tworach, którym również doszywa autor polską łatę i spogląda czy dobrze leży.
O Kubie Rozpruwaczu co jakiś czas przypominają sobie media i  na siłę próbują dobrać mu narodowość, dopisać mocną i chwytliwą biografię, nie raz brano go za Polaka, bądź też osobę polskiego pochodzenia. Stąd odniesienie do tego mrocznego wiktoriańskiego mordercy nie jest dla mnie niespodzianką, rzeczywiście przywykłam już do obdarzania go polskim paszportem. Zaskoczeniem było za to odniesienie się do Jamesa Bonda czy Indiany Jonesa, dwóch, skądinąd chwackich literackich herosów.
W zgrabny, foremny, naszpikowany szczegółami i historycznymi ciekawostkami sposób, autor podrzuca pewne teorie, które dla jednych będą dobrą zabawą, dla innych zaś, pewną ciekawostką i nowością.
Rzetelnie przygotowany materiał pokazuje jak wiele czasu i sił zabrało autorowi odnalezienie materiałów, osób, dokumentów. I choć wiele z tych historii jest zadziwiających (a ja nawet bym nie pomyślała o łączeniu ich z polską historią), to jednak jest to pewne ćwiczenie na ukonstytuowanie własnych poglądów, wiedzy, przekonań.
Bo, choć wiele teorii jest kontrowersyjnych, to wyartykułowanie ich jest już celem samym w sobie. Pokazują pewną lekkość i nonszalancję w podejściu do narodowej historii i tradycji.
Ponadto, co ważniejsze, informacje zgromadzone przez autora odkurzają i przywracają nazwiska zupełnie zapomniane, a warte polskiej pamięci (jak chociażby Ferdynand Ossendowski czy prof. Kazimierz Michałowski). Pamiętajmy więc o polskiej historii, szczególnie wtedy, gdy jest ona podana w tak lekkim i przystępnym stylu.


Za egzemplarz książki dziękuję wydawnictwu:





czwartek, 12 lutego 2015





Parę dni temu wpadłam na pomysł by zacząć spisywać swoje wrażenia po lekturze książek dla dzieci. Nie chciałam w to mieszać mojego starego BuchBuchBucha, stąd pomysł na Książniczkę
W związku z sytuacją rodzinną coraz więcej w naszym domu kolorowych, pogodnych książek dla maluchów. By o nich nie zapomnieć mam teraz Książniczkę.








środa, 11 lutego 2015

Nadia Szagdaj - Kroniki Klary Schulz. Sprawa pechowca [recenzja]

Temat Wrocławia w wersji retro (kryptonim Breslau) uważam za wyeksploatowany do granic możliwości. Nurzanie się w tym nieświeżym sosie postrzegam jako akt skrajnej desperacji i zupełnego braku pomysłu na książkę. Po kiego diabła sięgnęłam więc po tekst Nadii Szagdaj? 
Albo sama straciłam rozum albo z wrodzonego wścibstwa próbowałam dociec co za desperacja przywiodła autorkę do popełnienia tej książki.
Zasadniczo nie ma tu niczego, co winno wyróżniać retro kryminał: ani klimatu epoki, ni przybliżenia miejsc czy tamtej obyczajowości, o jakości intrygi nie wspomnę... Mierne, drewniane dialogi, tylko potwierdzają poziom książki, choć poziom jest tu zawyżonym pojęciem.
Problemem jest też główna bohaterka, postać miałka, papierowa, pozbawiona rysu psychologicznego, przez co wątpliwa, mało przekonująca.
Zachowanie bohaterów (w szczególności zaś Klasy Schulz) kompletnie odstaje od norm uznawanych w początkach XX wieku: szanowana doktorowa na potęgę flirtuje z mężczyznami, bez problemów zwiedza kostnicę, prowadzi śledztwo na własną rękę i do tego serwuje ludności usługi detektywistyczne (lub jakby powiedziała pani Basia z Wrocławia: dedektywistyczne). Koszmarna lektura, która na długo pozostawi po sobie niesmak.
Najbardziej dziwi mnie to, że wydawnictwo zdecydowało się wydrukować tę wątpliwego talentu tom, zdumiewa mnie, że nie jest to jedyna książka z serii, która doczekała się publikacji. Wydawało mi się, że do pisania książek potrzebny jest talent...
Co do treści: podczas spektaklu operowego w tragiczny sposób ginie jeden ze śpiewaków, Okazuje się, że jego śmierć nie była przypadkiem. Na zlecenie przyjaciela denata Klara Schulz, prywatna detektyw (sic!) rozpoczyna śledztwo, które odkrywa kulisy następujących po sobie kolejnych morderstw.