sobota, 31 stycznia 2015

Borys Pasternak - Doktor Żywago [recenzja]

Porywająca, szczególna, urzekająca książka, która na długo zostaje w pamięci czytelnika. Efektownie i malowniczo pokazuje okrucieństwo historii i losy poszczególnych jej świadków. Mamy oto ukazany obraz Rosji początków XX wieku, gdzie w tragiczny sposób dokonały się zmiany ustrojowe. Wybucha rewolucja październikowa, bolszewicy dokonują zbrojnego przewrotu, zaczynają wprowadzać własną nomenklaturę, porządki.
Rewolta okazuje się być niczym nieograniczonym żywiołem, który tak samo przeraża, co fascynuje. Sposobem Pasternaka na jak najbardziej dobitne ukazanie okrucieństw i bezwzględności wojny było posłużenie się pojedynczym losem, który w jaskrawy i dobitny sposób oddaje całą prawdę o tamtych czasach. Mamy oto Jurija Żywago, z zawodu lekarza, z zamiłowania poetę, myśliciela, wywodzącego się ze starej, szanowanej inteligencji. W 1914 roku zostaje zmobilizowany, staje się lekarzem frontowym. Zmuszony pozostawić żonę Tonię, a także maleńkiego synka, rusza na front, gdzie niejednokrotnie jest świadkiem dramatycznych potyczek. Poznaje tam siostrę miłosierdzia, Larę, która ruszyła na wojnę w poszukiwaniu zaginionego męża. W wyniku odniesionych ran zostaje on odesłany do domu, do Moskwy, gdzie w międzyczasie narosło kolejne niebezpieczeństwo - zbliżała się rewolucja. Uciekając przed kolejną historyczną katastrofą rodzina Żywago, po długich dniach tułaczki (opis podróży kolejowej mocno przytłacza i przeraża) dociera na Ural do majątku Warykino, który to w carskich czasach należał do rodziny jego żony. Tam zostaje porwany i wcielony do partyzanckiego oddziału. Na Uralu znów spotyka Larę...
Dalsza historia Żywago jest równie pogmatwana i niejednoznaczna. Na naszych oczach dokonuje się przemiana bohatera - z nieskazitelnego, pełnego ideałów mężczyzny przeradza się doświadczonego przez życia, zamkniętego, nieszczęśliwego człowieka, którego pozbawiono bez mała wszystkiego: domu, rodziny, ale też wolności, oryginalności, sensu życia.
Człowiek zabawką w rękach polityki i historii. Kompletne zniszczenie ideałów, zabicie twórczego myślenia, marzeń. Rewolucja pozostawiła ludzi okaleczonych terrorem, przemocą, głodem. Podarowała im jednowymiarowy system ideologiczny, nie dający marginesu swobody, indywidualności.
Cała powieść to swoisty protest przeciwko radzieckiemu porządkowi. 
Czytając Doktora Żywago czuje się wdzięczność do losu, że umieścił nas w wolnym kraju, pośród obywatelskich swobód. Wciąż jednak powraca myśl o głównym bohaterze i jemu bliskich, którzy tak wiele musieli zapłacić za samo urodzenie się w nieodpowiednim czasie.
Malownicze, pełne ekspresji pióro Pasternaka, melodramatyczność losów jego bohaterów, a także talent kompozycyjny stanowią o niepowtarzalności i wielkości tej powieści. 

sobota, 27 grudnia 2014

Levi Henriksen - Śnieg przykryje śnieg [recenzja]

Dan Kaspersen właśnie skończył odsiadywać wyrok za przemyt narkotyków. Wraca do rodzinnej miejscowości Skogli prosto na pogrzeb młodszego brata. Jacob Kaspersen zginął w niejasnych okolicznościach na terenie własnego gospodarstwa.
To zdecydowanie nie jest dobry początek nowego życia: śmierć brata, wykluczenie ze społeczności i ciągnąca się za Danem łatka przemytnika narkotyków wywołują emocje i ciekawskie spojrzenia. Dodatkowo starzy wrogowie nie zapomnieli o nim i wciąż stanowią zagrożenie, może nawet większe niż przed więzienną odsiadką.
Dom brata skrywa swe tajemnice, niektóre połączone z pewnymi mieszkańcami Skogli, co tylko zagęszcza sytuację.
Utrudzony emocjami, zmęczony życiem Dan postanawia sprzedać wszystko i wyjechać. Niestety dochodzi do incydentu, który rzuca podejrzenie iż to właśnie Dan był jego sprawcą. Jedyną pociechą naszego bohatera jest Mona, dawna przyjaciółka jego brata, szczera, bezpretensjonalna i optymistyczna dziewczyna, która urokiem osobistym potrafi sobie zjednać niemal każdego.
Śledząc koleje losów Dana czytelnik z coraz większą uwagą i ciekawością poznaje zależności panujące na norweskiej prowincji, poznaje codzienność małych społeczności. Autor sugestywnie pokazuje historię człowieka, który usiłuje rozpocząć wszystko od początku. I choć Danowi zawsze towarzyszy żal i tęsknota za bliskimi, to potrafi też żyć tym co tu i teraz. Nadzieja będąca ważnym elementem powieści, doskonale urozmaica całą paletę uczuć i emocji, jakie budują tu napięcie.

Im dalej płynie fabuła, tym bardziej rośnie napięcie. W efekcie czeka czytelnika kilka niespodzianek i zwrotów akcji, co nie tylko uatrakcyjnia opowieść, ale też zapada w pamięć. Czy Dan odkryje wszystkie dotyczące go tajemnice i czy wreszcie wyprostuje swą życiową ścieżkę?

Za egzemplarz książki dziękuję wydawnictwu:


poniedziałek, 1 grudnia 2014

Elle Sussman - Lekcje francuskiego [recenzja]

Zwiodło mnie logo - polegałam na swoim starym przeświadczeniu, że renomowane wydawnictwa (do których wciąż zaliczam WL) nie podejmą się drukowania byle czego, jednak nastały takie czasy, że by przetrwać, każdy musi mieć w swoim repertuarze zarówno kryminały, jak i powieści dla kobiet (często też poradniki). Trudno, taka rzeczywistość.
Pierwszym skojarzeniem jakie wywołuje u mnie ta książka jest smutek: pełno tu niedowartościowanych, zagubionych, nieszczęśliwych bohaterów, którzy za kimś tęsknią, kogoś pragną, jednak nie mają szans na spełnienie swoich oczekiwań. Schemat jest prosty: trójka paryskich znajomych Nico, Philippe i Chantal to lektorzy francuskiego. Wiąże ich skomplikowana relacja: ktoś kogoś kocha, ktoś zdradza, ktoś ma nadzieje.
Akcja powieści obejmuje jeden dzień w którym każdy z nich spotyka się ze swoim uczniem, dzięki czemu poznajemy też tzw. trupy w szafie rzeczonych uczniów. Nico wybiera się na konwersację z Josie, młodą Amerykanką, dla której podróż do Paryża jest swoistym odbyciem żałoby. Philippe również spotyka Amerykankę, Riley, dawniej aktywną businesswoman, dziś przybitą matkę dwójki dzieci oraz zaniedbywana żonę skrajnego pracoholika. Z kolei Chantal odbywa pożegnalną lekcję z Jeremy'm, mężczyzną w średnim wieku, który sam nie wie czego chce.
Każdego gryzie co innego, każdy z szóstki bohaterów dzięki tym spotkaniom uzyskał nowy pomysł na życie i odpowiedź na gryzącego go problemy i bolączki. Stek bzdur i tyle.
Najgorsze w tym wszystkim było chyba posłanie wszystkich bohaterów w pobliże kręcenia mocno roznegliżowanych scen fabularnego filmu, gdzie np. do Chantal, patrzącej na gołego jak święty turecki aktora, dociera co chce zrobić ze swoim życiem. Banał i kicz. Dodatkowo w słabym stylu.
Jedyne co daje się przetrawić jest Paryż ze swoimi kawiarniami, rozlewającym się espresso i przelewającym się winem. Nic poza tym.
Rozpaczliwa proza, bardzo miernej pisarki. Szkoda czasu. Najlepiej jak najszybciej zapomnieć o tej książce, co w tym momencie właśnie robię.

sobota, 29 listopada 2014

Marian Hemar, Jan Lechoń, Antoni Słonimski, Julian Tuwim - Szopki Pikadora i Cyrulika. 1922 - 1931 [recenzja]

Uczta! 
Poznajcie moich ulubionych bohaterów szopek: Osterkaterwa (Juliusz Osterwa), Kakuszyński (Kornel Makuszyński), En - Grosser Spolska (Irena Solska), Tyracz (Stefan Jaracz), Broy (Tadeusz Boy - Zieleński), Fryc - Ścigły (Edward Rydz - Śmigły), Szopenowski (Karol Szymanowski) i Wlejniawa (Bolesław Wieniawa - Długoszowski). Czytając ich kwestie setnie się ubawiłam. Pamiętałam też o podziwie dla autorów szopek, wymienionych w tytule, którzy znakomicie potraktowali swoich bohaterów. Dowcipnie, inteligentnie, błyskotliwie, z przymrużeniem oka, czegóż chcieć więcej?
Prawdą jest, że swobodne poruszanie się w towarzystwie wyżej wymienionych wymaga niejakiej znajomości czasów, obyczajów i ówczesnych (tak zwanych) bohaterów, ale dla mniej zorientowanych autorzy zbioru przygotowali ściągawkę, dlatego spokojna głowa, każdy może sięgnąć po tę wspaniałą kolekcję.
Patrząc na moich ulubionych bohaterów łatwo rozszyfrować, że autorzy na cel brali przede wszystkim osoby publiczne, ludzi kultury, ale także przedstawicieli polityki. Stąd też humor ich pełen jest aluzji, podtekstów, nawiązań do rzeczywistości, bardzo inteligentnego, lotnego humoru, pełnego klasy, dystynkcji, wyrafinowania i uroku. I choć tematem głównym jest przede wszystkim teatr (stąd obecność Osterwy, Solskiej i Boya), to przy okazji trafiają się politycy, będący często w opozycji do partii rządzącej. Łatwo zauważyć, że realia polityczne mocno się zmieniają - w pierwszej szopce Dziadek jest pogodnym, rozgadanym poczciwcem, to w ostatniej odsłonie sanacja zaczęła mocno naciskać na Pikadora i Cyrulika, stąd też mocne i sugestywne zakończenie ostatniej przytoczonej szopki. 
Wysoki poziom artystyczny poszczególnych odsłon gwarantują nazwiska twórców,którzy dodatkowo natrudzili się tworząc nowe teksty do znanych melodii: Yankee Doodle, O mój rozmarynie, aria z Cyrulika Sewilskiego, czy też Wojenko, wojenko
Ach, ta subtelna kpina z czasów, ludzi, obyczajów, szyderstwo z postaw i mód, ubarwiona jeszcze dystansem i dowcipem najwyższej próby gwarantuje najlepszą rozrywkę. Szopki są krzywym zwierciadłem tamtych czasów, świetnym literacko, o wysokim poziomie artystycznym.
Wspaniała książka, będę do niej wracać, a także żałować, że nie dane mi było żyć w tamtych szalonych, błyskotliwych czasach, pełnych literackich luminarzy. 

piątek, 28 listopada 2014

Arthur Gold, Robert Fizdale - Misia Sert. Kobieta, która odkryła Coco Chanel [recenzja]

Zadziwiająca sprawa - tę niezwykłą biografię fascynującej kobiety napisało... dwóch amerykańskich pianistów, grających zresztą w duecie.
Książka jest niezwykle wciągająca przede wszystkim za sprawą samej bohaterki - Marii Zofii Olgi Zenajdy Godebskiej, córki przesławnego Cypriana Godebskiego, kobiety wyzwolonej, skandalistki, charakternej indywidualistki, którą los obdarzył bardzo bogatym życiorysem.
Uznawana na muzę paryskich artystów, była ich protektorką, przyjaciółką, mecenaską. Na swoich obrazach uwiecznili ją chociażby Renoir, Toulouse - Lautrec, Bonnard, czy Vuillard. W powieściach pisali o niej Proust oraz Cocteau. W swej wiejskiej posiadłości, jak i w paryskim mieszkaniu przyjmowała Debussy'ego, Ravela, Strawińskiego, a także Gide'a, Zolę, księstwo Poniatowskich, Picassa, Colette, Valery'ego czy Claudela. Od wielkich nazwisk przyjaciół Misi kręci mi się w głowie i czasem aż trudno uwierzyć, że to barwne, mocne, intensywne życie przynależało tylko do jednej osoby.
Misia kompletnie wyprzedzała swoje czasy: doskonale znała się na trendach, miała nosa do ludzi i ich twórczości (warto tu wspomnieć o silnym popularyzowaniu przez nią Baletów Rosyjskich, jak również o odkryciu samej Gabrielle Bonheur Chanel). 
Kolejną charakterystyczną dla losów panny Godebskiej cechą był brak stałości w uczuciach, nie zawsze stojący po jej tylko stronie. Perypetie i zawirowania miłosne Misi mogłyby posłużyć za scenariusz niejednej miłosnej opowieści (czasem miłosnego dramatu), mnie szczególnie poruszyły kulisy drugiego małżeństwa w panem Edwardsem, które również dzisiaj mogą budzić oburzenie i niejakie zadziwienie.
Tak naprawdę tej książki wcale nie czyta się jak biografii. Bogactwo zdarzeń, przybliżenie ducha epoki, zwyczajów i rozrywek ówczesnych artystów i ich bogatych mecenasów jest bardzo interesujące i w pewnym sensie odkrywcze. Dzisiejsze zmagania ze sztuką oraz codzienność artystów jest zgoła inna niż wówczas, a na pewno pozbawiona blasku i klasy (ach te wspomnienia Pierwszej Wystawy Światowej w Paryżu!).
Mimo iż czasy w których przyszło żyć Misi (zmarła w 1950 roku) dynamicznie się zmieniały, to jednak nad całą biografią czuć wciąż atmosferę fin de siècle'u, czy to ze względu na charakter i temperament bohaterki, czy też ze względu na atmosferę, strefę wpływów i niezwykły krąg przyjaciół, jaki zawsze jej towarzyszył.
Niezwykła książka, niezwykła kobieta. Polecam.



Za egzemplarz książki dziękuję wydawnictwu:






środa, 26 listopada 2014

Wiesław Myśliwski - Ostatnie rozdanie [recenzja]

Po raz kolejny brakuje mi śmiałości. Nie umiem pisać o książkach Myśliwskiego. Jego twórczość jest tak ważna, przenikliwa, mądra, że aż nie godzi się jej oceniać. 
Próbuję jednak zapisać moje wrażenia, by kiedyś móc w ten sposób przypomnieć sobie własne myśli, spostrzeżenia i odczucia, jakie towarzyszyły mi w trakcie i po lekturze Ostatniego rozdania.
Po pierwsze (i nieistotne): przeczytałam wszystkie powieści Myśliwskiego, wszystkie są niezrównane. Po drugie: (i najważniejsze) jego książki wymagają wielkiego skupienia i czasu. Nie sposób przeczytać ich ciągiem. Ta proza domaga się uwagi, smakowania słów, znaczeń, powiązań, odniesień. Nie chodzi tylko o poznanie zapisu literalnego, ale też o to co ulotne, niedopowiedziane, co jest nierozerwalną częścią opowieści.
Myśliwski jest mistrzem słowa. Ma wypracowany, bardzo indywidualny styl, który czasem wręcz onieśmiela. Tym razem Myśliwski nie opiewa kultury chłopskiej, zajmuje się społecznością miejską, a raczej małomiasteczkową, uwikłaną w przeszłość, bo wspominanie tego co było jest najważniejszym bodaj elementem fabuły.
Główny bohater rozpamiętuje swoją młodość, życie w małym mieście, szkołę, a także okres studiów, który trwał dość krótko. Zdolny student ASP porzucił malarstwo, wrócił do domu, by tam wspólnie z matką prowadzić mały domowy hotelik. Za jej namową rozpoczął też terminowanie u przedwojennego krawca, gdzie nie tylko nauczył się odpruwania rękawów i zaprasowywania kieszeni, ale też poznawał historię swego pracodawcy, jego wartości i kodeks. Inną ważną dlań osobą był szewc Mateja z którym grywał w karty. Ich ostatnia rozgrywka ma miejsce wówczas, gdy nasz bohater (jako silnie dorosły człowiek) odwiedza miasteczko i udaje się na cmentarz by na nagrobku szewca symbolicznie pożegnać starego znajomego. To mocna i zapadająca w pamięć scena, która pokazuje, że tęsknota za przeszłością, gloryfikowanie jej, jest immanentną cechą każdego człowieka. To co było (o ile nie kojarzy się ze złem i cierpieniem) zawsze wygląda lepiej, gdyż jest już poznane, przeżyte.
Myśliwski pokazuje swego bohatera jako człowieka niespełnionego, samotnego, bojącego się związków, zobowiązań. Mimo możliwości materialnych nigdy nie kupił domu czy mieszkania, co jakiś czas wynajmuje inne lokum, w którym nie ma nic, z czym mógłby się związać, za czym mógłby zatęsknić, co mogłoby przeminąć. Ostatnie rozdanie pokazuje jak nieubłagany jest czas: chłopak który dopiero był młodzieńcem stał się dojrzałym mężczyzną, jego korespondencyjna ukochana Maria, pamiętana jako kilkuletnia dziewczynka z lalką, skończyła studia, ma dzieci, rozwiodła się. Czas płynie pokazując, że wszystko przemija: ludzie, miłości, pamięć. Pojawia się pytanie o sens, o sens istnienia...
Nie jest to opowieść jednoznaczna: pokazuje życie zarówno z dobrej, jak i złej strony. Nie ma tu ocen, faworyzowania wyborów, jest za to wskazanie na przypadek, który czasem decyduje w ważnych momentach.
Każdy odnajdzie w tej książce inną prawdę wiodącą. inny epizod, który zapadnie w pamięć. Ta książka wymaga nie tylko uwagi i spokoju, ale też powrotów i kolejnych odkryć.
Kopalnia znaczeń i prawd, a przy tym wciągająca opowieść o człowieku.
Polecam.

sobota, 22 listopada 2014

Alice Munro - Taniec szczęśliwych cieni [recenzja]

Po raz kolejny sięgam po opowiadania Alice Munro. I znów jestem pod wrażeniem jej literackiego kunsztu, wyjątkowych proporcji, które dają świadectwo biegłości i artyzmowi autorki.
Nie zważając na chronologię dopiero teraz przeczytałam Taniec szczęśliwych cieni, który jest debiutem pisarki. 
Daje ona obraz powojennej Kanady widzianej z perspektywy małego miasteczka, prowincji, gdzie życie płynie spokojnie i harmonijnie. 
Kilkanaście historii kobiet, dorastających i dojrzałych, pewnych siebie i zgubionych, zwykłych i tuzinkowych. Jak zwykle u Munro nie ma trzęsienia ziemi, wielkich spraw, czy burzliwych rewolucji - jest proza życia, zwyczajność. Opisywane przez nią fragmenty czyichś codzienności dają jednak wyraz niezwykłości poszczególnych ludzkich istnień. W tym całym spokoju i powszedniości, niekiedy całkiem niezauważalnie dzieją się rzeczy ważne i decydujące. Każdy kolejny dzień stanowi o naszym istnieniu, potwierdza ją, stymuluje do działania. Tak samo jest z bohaterkami opowiadań. Dziewczynka, która uczestniczy w spotkaniu swego ojca z jego dawną miłością, pisarka, która toczy niemą walkę z właścicielem wynajmowanego biura, czy też nastolatka próbująca poradzić sobie z odrzuceniem i nieszczęśliwą miłością. Małe, codzienne tęsknoty, zwykłe problemy, poszczególne wspomnienia i niedopowiedzenia, składają się na złożoność życia, często doprawioną dramatem i gorzką nutą zawodu.
Nie trzeba wielkich słów, wymyślnych metafor, by stworzyć sugestywny, zapadający w pamięci świat. Subtelna, wysmakowana, pełna przenikliwości proza, która zostawia czytelnikowi miejsce na refleksję i  własne zdanie. Munro nie opiera się na oczywistościach, wiele jest u niej niedopowiedzeń, znaków zapytania, przemilczeń, które znakomicie wpasowują się w stworzoną przez nią atmosferę.
Czarowna, choć wcale nie bajkowa książka.