niedziela, 30 czerwca 2013

Bridget Asher - Prowansalski balsam na złamane serca [recenzja]

Nostalgiczna okładka, a wnętrze jeszcze bardziej nostalgiczne, ale nie smutne. Studium godzenia się z żałobą, samotnością, losem. Heidi od dwóch lat próbuje poradzić sobie z tragiczną śmiercią męża. W końcu matka wysyła ją oraz jej syna, Abbota, do swojego starego domu w Prowansji, który wymaga remontu oraz nadzoru. Wyprawa techniczna przemienia się w podróż wgłąb siebie, w podróż do emocji, wyborów. Powrót do przeszłości, dziecinnych lat spędzanych na francuskiej prowincji oraz przebywanie z tubylcami, którzy mają swoją rolę w zabliźnianiu żałobnych ran, staje się początkiem nowego etapu dla Heidi.
Jak strasznie puste może być życie, jak łatwo je złamać, tego doświadcza nasza bohaterka. 
Niespieszna codzienność, ubarwiona pięknem krajobrazu staje się ważną odmianą w monotonnym, dusznym życiu, które gotowe jest na nowe wyzwania, na niespodzianki, na nowych ludzi.
Można było zająć się tym tematem z większym talentem, momentami czuje się, że autorce brakowało pomysłów na prowadzenie fabuły. Bywa nudno, bywa ciekawie, jak to w życiu.
Książka bez powrotów, szybko o niej zapomnę, taka jednorazowa ta historia, jednak nie żałuję lektury, bo lubię dobre zakończenia.

środa, 26 czerwca 2013

Marlena De Blasi - Lavinia i jej córki. Toskańska opowieść [recenzja]

Po kiego czorta znów złapałam za radosną twórczość pani de Blasi, skoro ostatnio wylałam na nią wiadro pomyj? Dlatego, że skoro już ściągnęłam tę książkę z bibliotecznej półki, to należy dać jej cień szansy. A nóż się obroni.
Znów spadła na mnie porcja autobiograficznych wspomnień o tym jak ciężko napisać książkę, jak trudno znaleźć natchnienie. Marlena wyjeżdża do leśniczówki przyjaciela, by tam, w samotności i z dala od pokus, napisać powieść, bo terminy gonią, a honorarium bardzo by się przydało.  W sąsiedztwie leśnej samotni mieszka intrygującą staruszka, Lavinia, charakteryzująca się ciętym i dosadnym językiem. Początkowo próbuje swych sarkastycznych zdolności oratorskich na Marlenie, z czasem jednak przekonuje się do niej i powierza jej historię swojej rodziny.
Właśnie postać Lavinii ratuje książkę (może dlatego, że to prawdziwa postać i równie prawdziwa historia). Jej niewyparzona gęba urozmaica nudę, nadaje charakteru. Bez niej byłoby jak w Tysiącu dni w Orvieto, czyli: umyłam się, kupiłam fasolę, drzemałam, i tym podobne farmazony. Życie opowiadane przez Lavinię ma bogate barwy, mocne akcenty, jest soczyste. Wojna z tragicznymi epizodami, małżeństwo, kolejne córki, wszystko to ma swój smak. Prawdziwe włoskie życie dalekie jest od pocztówkowych widoczków i wspaniałych filmowych plenerów. Rządy silną ręką trzyma tradycja (patrz patriarchat) oraz właściwe jej spojrzenie na rolę kobiety i rodzinę. Jak odnalazła się w tej rzeczywistości twarda Lavinia? Wątki dotyczące Marleny polecam zaś czytać z zamkniętymi oczami lub wcale, żadna strata, wiem co mówię / piszę. Obiecuję solennie następnym razem omijać nazwisko de Blasi szerokim łukiem, mimo tej, nie najgorszej próby.

wtorek, 25 czerwca 2013

Åke Edwardson – Taniec z aniołem [recenzja]

Okładka idealnie wpasowuje się w klimat książki. Jest mgliście, sennie, mrocznie, chłodno.
Intryga kryminalna też nie gra tu pierwszorzędnej roli, ustępuje raczej miejsca wątkowi obyczajowemu.  Męczę się z tą książką ponad miesiąc. Przekładam ją z miejsca na miejsce, odkurzam, zapominam, to chyba najwięcej mówi o nastawieniu do powieści.
No nic, do rzeczy.
Mamy międzynarodowe śledztwo: w Wielkiej Brytanii zamordowano młodego Szweda, w Szwecji zaś Brytyjczyka. Zabójca prawdopodobnie przed śmiercią nagrywał tortury, jakim poddawał swe ofiary. Do wspólnej walki ze złem przystępuje nuworysz, skandynawski komisarz Erik Winter oraz Steve Macdonald z brytyjskiej policji. Snują się uliczkami londyńskiego podziemia, próbując ująć coraz śmielej poczynającego sobie mordercę. Przy okazji śledztwa doprowadzają mnie, czytelniczkę, w ramiona Morfeusza, bo przyznam, że ta książka świetnie robi na sen.
Bardzo cenię wątki obyczajowe w powieściach kryminalnych, pod warunkiem, że nie są mgliste, senne itp.
Umęczyłam się sakramencko, nie podobało mi się, więc nie będę się rozpisywała. Ciekawi mnie tylko informacja okładkowa, zawiadamiająca o wyjątkowości pana autora. Czego to nie wymyślą, by zachęcić do kupienia książki. I znów przywołam mego ulubieńca, Witkacego: nuda, nuda i nudyści.

poniedziałek, 24 czerwca 2013

Rosanna Ley - Dom na Sycylii [recenzja]


Apel do wszystkich wielbicieli wielkiej literatury, pisanej naprawdę wielką literą: nie sięgajcie do tej książki. Nie jest dobra, nie jest nawet średnia, ale ku mojemu zdumieniu czyta się z niejakim zaciekawieniem. Nie pytajcie o przyczyny, może lepiej ich nie zgłębiać. Trochę martwi mnie kondycja i pomysły na publikacje Wydawnictwa Literackiego, mam nadzieję, że nie podąża w  zatrważającym kierunku, jaki obrało znajdujące się parę krakowskich ulic dalej Wydawnictwo Znak...
Wiemy już, że wybitnie nie jest, że to czytadło, ale treść boleśnie nie zgrzyta w zębach, więc do rzeczy.
Bohaterką powieści jest Tess, pół Włoszka, pół Brytyjka, która dziedziczy dom na Sycylii. Gdy wszystko w życiu sprzysięga się przeciwko niej, postanawia pojechać tam na dłużej, przemyśleć sprawę spadku, by podjąć ewentualną decyzję o sprzedaży tegoż. Zdecydowaną przeciwniczką angażowania się Tess w sycylijską awanturę jest jej matka, która wiele lat temu w niejasnych okolicznościach wyjechała ze słonecznej wyspy, po to, by zamienić ją na inną, deszczową i mglistą. 
Tajemnica matki wyjaśnia się na kartach książki, gdy ta postanawia spisać swoje wspomnienia dla córki. Mamy więc wgląd w wojenną Sycylię, powojenną Wielką Brytanię, będące tłem dla historii życia nestorki rodu.
Jednocześnie uczestniczymy w rozterkach Tess, która nie bardzo wie co zrobić z niespodziewanym spadkiem. Dodatkowo mieszają jej w głowie mieszkańcy miasteczka, którzy obarczają ją historiami z przeszłości i pozornie dobrymi radami, które wzajemnie się wykluczają. Tylko czy ich intencje są dobre i czy naprawdę chcą pomóc? Czy Tess może komukolwiek zaufać?
Lekkie czytanie lekkiej historii, którą z lekkim sercem i sumieniem można lekuchno od razu po przeczytaniu zapomnieć. Acz nie poczyni szkody w czytelniczej wrażliwości, więc można się skusić.


niedziela, 23 czerwca 2013

Marlena De Blasi - Tysiąc dni w Orvieto [recenzja]

Jako że w powietrzu czuć wakacje i letnią przygodę, czas najwyższy odkurzyć książki obyczajowe, o posmaku krajoznawczym, z urzekającymi widokami w tle i na okładce też. Na pierwszy ogień idzie Tysiąc dni w Orvieto.
I tu od razu konstatuję, że źle zaczęłam. Perypetie włosko - amerykańskiego małżeństwa poszukującego mieszkania w okolicach Orvieto lepiej wyglądałyby jako krótka dykteryjka w specjalistycznym piśmie architektoniczno - wnętrzarskim, aniżeli na kilkuset stronach powieści. Jest to moje pierwsze zderzenie z twórczością de Blasi. Z dostępnych we wspaniałym internecie informacji wynika, że ta książka nie jest jej debiutem, a kontynuacją innych Tysięcy dni... Zastanawiam się, jak to możliwe, że ktoś uznał za potrzebne wytwarzanie kolejnych. Mam nadzieję, że nie maczała tu lepkich paluchów tak zwana pazerność...
Kąpiemy się, przebieramy, mierzymy ściany, dzwonimy do miejscowego stolarza, kupujemy ser, o tym właściwie jest książka, plus remont mieszkania i codzienne życie w małym miasteczku, ale bez polotu. Perypetie z włoską ekipą budowlaną, troska o pieniądze na  remont, wycieczki amerykańskich turystów po smakowitych miejscach na mapie Italii (organizowane przez głównych bohaterów) itp.
Jest jednak jasna strona tego niepotrzebnego zamieszania, garść lokalnych przepisów kulinarnych na końcu książki. Nie przekonała mnie historia, nie urzekł język. Całość miała pobudzić zmysły. Na zamiarach się skończyło. Szkoda czasu.

piątek, 21 czerwca 2013

Jaumé Cabre – Wyznaję [recenzja]

Powieść, która rzuca na kolana i powoduje, że dalej czyta się ją w tej niewygodnej dość pozycji. Zdumiewającą, prowokująca, wzbudzająca szacunek dla erudycji i zdolności pisarskich autora. Można pokusić się o stwierdzenie, że blisko jej do dzieła sztuki. Gdyby nie moja wrodzona ostrożność, zaryzykowałbym stwierdzenie, że tym dziełem właściwie jest.
Bogata w wątki, świetne konstrukcyjnie postaci, Europa jako kolejna bohaterka, a także historia, będąca często bolesnym tłem dla opowieści. 
Adrian, syn bogatego, zasadniczego i tajemniczego antykwariusza dorasta w samotności, pośród ukochanych książek i pięknych przedmiotów. Zaniedbywany przez rodziców poświęca się nauce, do której ma ogromny talent oraz... szpiegowaniu i podsłuchiwaniu dorosłych, dzięki czemu nabiera wiedzy o ich życiu, z której to wiedzy niewiele zresztą rozumie. Spełnia życzenie opiekunów, gra na skrzypcach. Ojciec udostępnia mu nawet niezwykle cenny, bo pochodzący z XVIII wieku instrument, którego bogata i tragiczna historia przeplata się z losami Adriana. Stąd wątki dotyczące inkwizycji oraz koszmaru II wojny światowej.
Sam Adrian, zupełnie prawie pozbawiony charakteru, obserwowany jest przez czytelnika od dość wczesnego dzieciństwa aż po starość. Śledzimy jego perypetie szkolne, lata studenckie, poszukiwania siebie, miłości oraz odkrycia dotyczące przeszłości rodziny. Jako jeden z narratorów powieści, sili się on na pewnego rodzaju spowiedź z życia, które naznaczone było dylematami moralnymi i ciągłym obcowaniem ze złem, które zajmuje w treści poczesne miejsce, w końcu jest, i było ono wszędzie i od zawsze, tu wyłożone na bardzo jaskrawych przykładach.
Dla czytelnika ta powieść będzie wyzwaniem ze względu na różnorakie podejście do narracji, wielość narratorów, płynność w przechodzeniu między historiami, urywane zdania, osobliwe podejście do interpunkcji, a także występowanie nietłumaczonych (zalecenie autora) fragmentów. Po kilkudziesięciu stronach ta niewygoda zanika i przestaje mieć znaczenie.
Rozmach, a jednocześnie przemyślana struktura, zapewniają tej powieści długie życie w pamięci potencjalnego czytelnika.

czwartek, 20 czerwca 2013

Katherine Webb - Dziedzictwo [recenzja]

Stara prawda głosi, by nie oceniać książki po okładce. Popełniłam ten przyciężkawy grzech wobec Dziedzictwa.  Okładka sielska, anielska, a pierwsze zdania i sytuacje zmroziły mi krew w żyłach (jeśli ktoś jest bardzooooo świeżo upieczoną matką, tak jak ja, to upraszam o zadbanie o nerwy, bo tematycznie będzie początkowo matkom dość drastycznie, na szczęście dla nerwów to fikcja literacka, choć wyobraźnia pracuje...).
Mamy do czynienia z dwiema rzeczywistościami: historią z Nowego Jorku początku XX wieku i opowieścią współczesną. Zazębiają się one dzięki bohaterkom, które są spokrewnione. 
Erica zabiera swoją starszą siostrę Beth do okazałej, acz podupadającej rezydencji na brytyjskiej prowincji, by przejąć odziedziczony po babce pałac. Jedzie tam też po to by odnaleźć prawdę o tragedii sprzed lat, kiedy to właśnie w posiadłości babki zaginął ich kuzyn. Erica przetrząsając rodzinne pamiątki dowiaduje się skrzętnie chowanej prawdy o własnej nowojorskiej prababce, Caroline, postaci osnutej mgłą tajemniczości. Każda z bohaterek ma swoje tajemnice, które czytelnik odkrywa z niecierpliwością. 
Intrygująca jest opowieść Caroline o życiu na prerii i jej losach w nowym środowisku na brytyjskiej ziemi. Jest dreszczyk emocji i dręcząca chęć jak najszybszego odkrycia tajemnic. Kim była Caroline? Co stało się z uznanym za zaginionego kuzynem Beth i Ericki? Jakich zdumiewających odkryć dostarczy bohaterce powracająca po latach pamięć dziecinnych lat?
Wciągająca, żywa, wartka literatura, którą polecam mimo zwolnienia tempa pod koniec książki, niech was nie zwiedzie okładka. Wcale nie jest tu sielsko, na pewno jest zaś ciekawie.