poniedziałek, 30 września 2013

Camilla Läckberg - Fabrykantka aniołków [recenzja]

Długo oszczędzałam Fabrykantkę aniołków. To ostatnia książka Läckberg na mojej półce. Odwlekałam przyjemność czytania jak długo się dało. Ciekawość zwyciężyła, przeczytałam.
I nadeszło rozczarowanie. Wiele osób polecało mi tę książkę jako najlepszą z serii. Być może to sprawa wielkich oczekiwań, być może tego, że wyjątkowo szybko udało mi się rozwikłać zagadkę, a może moje prywatne zblazowanie spowodowały zawód...
Wszelkie cechy pisarstwa Läckberg, o których wielokrotnie pisałam we wcześniejszych recenzjach, zostały tu utrzymane, wciąż na świetnym poziomie. Mnie zawiódł wątek kryminalny. Nadal pozostaję oddaną czytelniczką autorki, aczkolwiek teraz wystrzegać się będę pewnych nastawień.
Intryga mnie nie przekonała, ale wątek obyczajowy jak zwykle frapował i dawał przyjemność. Wciąż mam ochotę śledzić perypetie Eriki, Patrika, Anny, Mellberga, którego zaczynam lubić (sic!), wciąż mi mało ich życia prywatnego. Tutaj dostałam solidną dawkę ich codziennego życia. Tylko ten wątek kryminalny... Tym razem nie można mieć wszystkiego, a szkoda.
Rzecz dotyczy historii z lat siedemdziesiątych. Z małej wyspy w okolicy Fjällbacki znika rodzina. Policja odnajduje jedynie roczną dziewczynkę, Ebbę. Gdzie podziali się jej rodzice i rodzeństwo, skoro stół wciąż zastawiony był wielkanocnymi potrawami, a łódka zacumowana u brzegu? Funkcjonariuszom nie udało się odnaleźć prawdy, ani rodziny, ni żywej, ni martwej. Po latach na wyspę wraca dorosła już Ebba, która postanawia rozpocząć tutaj nowe życie. Jednak pewne wypadki powodują, że policja na nowo zaczyna interesować się zaginięciem sprzed lat. Sama Ebba będzie zaś musiała zmierzyć się z przeszłością, a także poradzić z teraźniejszymi zmorami.

piątek, 27 września 2013

Sébastien Japrisot - Pasażer w deszczu [recenzja]

Atrakcyjna wydaje się sama forma książki. Poza standardowymi opisami i przedstawieniami akcji, wszelkie dostępne tutaj dialogi zapisane są w formie dramatycznej lub, jak kto woli, w formie scenopisu filmowego. Ten zabieg znacząco wyróżnia, odświeża i nadaje charakteru całości.
A ogół również jest warty uwagi. Otóż mamy deszczowe, szare, nadmorskie francuskie miasteczko, poza sezonem turystycznym. Jego mieszkanka, Mellie staje się ofiarą przyjezdnego, tajemniczego mężczyzny, którego najbardziej wyróżniająca cechą była czerwona torba.
Dziewczyna nie dzieli się swoją tragedią nawet z mężem, zachowując tajemnicę, początkowo nie zdaje sobie sprawy, że jest ktoś, kto jednak o wszystkim wie. Niestety sytuacja wymyka się spod kontroli, pojawia się trup, zaczyna się policyjne śledztwo.
Jaką rolę w tej dziwnej sprawie odegra kolejny przyjezdny, równie tajemniczy Harry Dobbs? A także, co jest we wzmiankowanej wcześniej czerwonej torbie, która staje się obiektem gorączkowych poszukiwań?
Niepokojąca, niewygodna atmosfera książki, pytania, emocje, wszystko to kłębi się w czytelniku szukając ujścia, i szybkiego rozwiązania. Bardzo lubię utwory, które nie pozostawiają obojętnym, a mocno trzymają w nerwowym napięciu. Ta książka właśnie taka jest. Szara, czasem odpychająca, złowieszcza, może nawet dziwna, choć nie będzie to najpełniejsze określenie. Bardzo ciekawe doświadczenie poznawcze na mojej kryminalnej mapie książek wartych przeczytania.

czwartek, 26 września 2013

Magdalena Witkiewicz - Milaczek [recenzja]

Różowy bije po oczach nie tylko na okładce książki, ale również w jej treści. Wszystko tam jest słodkie, milusie, akuratne, zabawne, niestety też przewidywalne. 
Milena, tytułowy Milaczek, to samotna dziewczyna przed trzydziestką, która trafia na randkę w ciemno, zaaranżowaną przez własną ciotkę, Zofię. Boryka się z własną wagą, narosłymi kompleksami nią powodowanymi oraz chęcią posiadania męża, dzieci itp. Mieszka ona na piątym piętrze trójmiejskiego wysokościowca, zaś na pierwszym, swoje miejsce ma Bachor, czyli rezolutna siedmiolatka, Zuza, która autorskimi i pomysłami, odwagą i spostrzegawczością, urozmaica życie niektórych mieszkańców bloku oraz osób ich odwiedzających.
Ciotka Zofia zaś, to zaprzeczenie typowej emerytki, bo bogata wdowa, bo świadoma swych wdzięków, korzystająca z życia, energiczna i przebojowa. 
Losy tych trzech niewiast wciąż się przeplatają, łączą, powodują zabawne sytuacje.
Mężczyźni w tej książce to zwykle dodatek do kobiet, zarówno absztyfikant Mileny, przyjaciel Zofii, czy ojciec Zuzi, są tłem dla ich aktywności.
Nie ma nad czym się rozwodzić, toż to typowe czytadło. Bez aspiracji artystycznych, nie sięga nieba, ni innych wymiarów literatury. To proste, lekkie, przegadane do granic możliwości powieścidło, które trafi na pewno do tych czytelników, którzy cenią znieczulające głaskanie słowami po ciężkim dniu. Autorka strzela lekkimi metaforami niczym samopowtarzalny pistolet, stara się wciąż wtrącać zabawne sformułowania, walczy o dobre samopoczucie czytelnika. Czy uda się jej sprzedać Wam trochę dobrego nastroju? 

środa, 25 września 2013

Joël Dicker - Prawda o sprawie Harry'ego Queberta [recenzja]

Jeśli by przyjąć, że bestseller jest bestsellerem ze względu na prostotę i łatwość językową, to mamy tu do czynienia z samą wisienką na torcie. Czytając dialogi miałam wrażenie (wielokrotnie), że to ćwiczenie stylistyczne szóstoklasisty.
Nużące, pęczniejące w oczach strony, ciągnące się niemiłosiernie. Intryga rozmywa się przez słowotok twórcy, który smakuje w opisach drobnych kroczków samozwańczego detektywa, przybliżaniu małomiasteczkowych charakterów oraz cierpień twórców, uskarżających się na syndrom pustej kartki.  O ile obserwacje dotyczące amerykańskiej prowincji są trafione, wnikliwe i absorbujące, to wątek wypalonego pisarza, jak i główna, tytułowa sprawa Queberta, zostają daleko w tyle. Nuda. Nie przemawia do mnie wątek kryminalny, gdzie policja kompletnie nie radzi sobie ze sprawą, a dopiero przyjezdny pisarz z NY dosięga prawdy. Naiwna jest też kwestia powstawania jego kolejnej książki, którą tworzy niemal w pięć minut, choć wcześniej nie mógł się z nią uporać przez bardzo długie miesiące. Może trzeba zrzucić te zastrzeżenia na karb debiutu i młodego wieku pisarza? Być może z wiekiem osiągnie więcej umiejętności kompozycyjnych i obyczajowych, okrzepnie jego styl. Może.
Co do treści. Młody pisarz, Marcus Goldman, jakiś czas po debiucie, próbuje spełnić oczekiwanie wydawcy i stara się stworzyć książkę lepszą od poprzedniej. Zupełnie mu to nie wychodzi, a termin i surowa umowa wydawnicza grożą poważnymi konsekwencjami. W poszukiwaniu natchnienia jedzie do małego miasteczka, Aurory, gdzie mieszka jego dawny wykładowca i przyjaciel, Harry Quebert. Nie dane im będzie długo się cieszyć własnym towarzystwem, wkrótce na posesji Harry'ego odkryte zostają zwłoki piętnastolatki, Noli Kellergan, która zaginęła w latach siedemdziesiątych. Przy ciele znaleziono też rękopis książki Queberta, co rzuca na niego podejrzenia. Harry trafia do więzienia, zaś Marcus poprzysięga wyciągnąć niewinnego (jego zdaniem) mentora z problemów. Zaczyna śledztwo, poznając kolejne tajemnice mieszkańców spokojnego, uroczego miasteczka. Sprawa komplikuje się gdy samozwańczy detektyw zaczyna dostawać listy z pogróżkami. Sięgając w przeszłość otrzymuje coraz bardziej zadziwiające informacje dotyczące Noli...
Postscriptum, wydanie tej książki jest tragiczne. Odkąd wydawnictwo przeniosło druk niektórych pozycji za granicę, spadł poziom wykonania: łamią się grzbiety i zachodzi obawa, że klejenie też nie wytrzyma lektury do końca.

wtorek, 24 września 2013

Wojciech Wiśniewski - Smak dzieciństwa [recenzja]

Niezwykła, bardzo nostalgiczna, ale i pełna uroku książka. Często opisuje autor tragiczne, smutne zajścia, w końcu częścią jego dzieciństwa była wojna i powstanie warszawskie, ale opisy, język i ta nuta tęsknoty za dawnym, powodują, że lektura jest prawdziwą przyjemnością.
Nie bez kozery na okładce zamieszczono opakowanie po czekoladzie produkowanej w zakładach Wedla. Ojciec głównego bohatera prowadził w stolicy biuro reklamy, jego największym klientem była ta popularna firma cukiernicza. Przez całe sielskie przedwojenne dzieciństwo, ale także w czasie pożogi, nazwisko Wedla przenikało losy bohatera. W czasie wojny, w letnich miesiącach mały Wojtek z siostrami i ojcem spędził nawet jakiś czas w podwarszawskiej posiadłości właściciela fabryki, co wiąże się z ciekawymi wspomnieniami, które dokumentuje w książce, dodając również fotografie.
Książka jest tak urocza w opisach lat trzydziestych, tradycji i zwyczajów rodzinnych, niedzielnych spacerów do Łazienek, do kawiarni Lardellego, są tu portrety wspaniałych ludzi, zobrazowanie ulic, sklepów. Stanowczo za mało tych kolorowych, sielskich wspomnień, które rzucają tak ciekawe światło na codzienność mieszczańską krótko przed wojną. Na szczęście język autora, choć żywy i potoczysty, nie jest brutalny, reporterski, nie obnaża potworności okupacji, których świadkiem nie raz był mały Wojtek i jego rodzina. Dzięki temu książka jest spójna, utkana łagodnością i subtelnością, właśnie takimi barwami powinno się znaczyć dzieciństwo. 

poniedziałek, 23 września 2013

Joanna Gromek - Illg - Skarby [recenzja]

Debiut powieściowy, który autorka sprawiła sobie po pięćdziesiątce. Bardzo lubię takie historie i mocno im dopinguję, bo udowadniają, że zawsze jest czas na spełnianie marzeń, nawet tych zapomnianych i odległych. Już sama ta wzmianka spowodowała, że poczułam sympatię do autorki i do książki.
Powieść jest na wskroś krakowska. Listopadowy deszcz, piwniczne knajpy, stare cmentarze, rynek, klimatyczne kawiarnie, to wszystko zarysowała pisarka na miejsca akcji. Mimo jesiennej słoty i przenikliwych chłodów, atmosfera jest tu gorąca. Przyczyniają się do tego trzy energiczna emerytki, które upatrzyły sobie elegancką kawiarnię Starowolską, na miejsce pogaduszek i ćwiczeń umysłowych ( wymyślają epitafia, limeryki). Próżno szukać w nich zwątpienia i zgrzybienia, jakimi to cechami zwykle stygmatyzuje się starszych. Te rześkie, aktywne i serdeczne kobiety biorą się za rozwiązywanie kryminalnej zagadki, powiązanej z poszukiwaniem skarbu w podziemiach rynku oraz pomagają dojrzeć, a przede wszystkim odkryć, uczucie, które rodzi się między kawiarnianą kelnerką Moniką, a szatniarzem Mikołajem. Gdyby dla kogoś była mało, okazuje się, że jedna nich, Jadzia, znika i od kilku dni nie daje znaku życia. Czy ma to związek ze wzmiankowanym skarbem?
Naprawdę przyjemna, lekka, zgrabna historia. Pisana potoczystym, żywym językiem, uatrakcyjniona dodatkowo fragmentami utworów Szymborskiej, Turnaua, Maja. W sam raz na jesienną słotę. Odrobina starego, dobrego Krakowa w lekko kryminalnym sosie.

niedziela, 22 września 2013

Hanna Kowalewska - Tego lata, w Zawrociu [recenzja]

Kolejna rozpaczliwa okładka. Szkoda słów. A sama historia, cóż... Odnoszę wrażenie, że autorka miała duże aspiracje językowo - fabularne. Moim zdaniem na aspiracjach się skończyło.
Przebrnięcie przez powieść było dla mnie nie lada wyzwaniem i udręką, niesmak wciąż przy mnie trwa. Jeżeli ta książka wygrała konkurs literacki, to na jakim poziomie były pozostałe propozycje? Umiłowanie przez autorkę metafor nie wyszło jej na dobre. Przykłady? Proszę bardzo: 
- klosz prowincji zamknął się (...) nade mną;
- niebo opiera się ciężkim brzuchem aż o rynny domu;
- zwiedzam bosymi stopami dno kałuży.
Czy to tylko pretensjonalność czy już grafomania? Spuszczam zasłonę milczenia na odpowiedź, zaś czytelnikom zalecam własną ocenę poprzedzoną lekturą.
Co do treści. Pomysł był dobry: Matylda dziedziczy po nieznanej sobie babce umiejscowiony na spokojnej prowincji piękny, pełen bibelotów dom. Tocząc wewnętrzny monolog, odnosi się wciąż do zmarłej krewnej, zastanawiając się czemu to jej przypadł w udziale tak duży spadek? Odkrywając kolejne pomieszczenia, przedmioty, natrafia na pamiątki, często listy, kartki, pamiętniki, które pokazują jej kim naprawdę była babka Aleksandra. Poznaje historię rodziny, obnaża tajemnicę, odsłania namiętności przodków oraz ich wybory. Przy okazji sama dojrzewa, dorasta do pewnych decyzji.
Wszystko byłoby pięknie, gdyby nie ten afektowany język. On położył cały pomysł. Doceniam sam pomysł, ale ten język.... Zdecydowanie nie moja estetyka.