poniedziałek, 10 lutego 2020

Serhij Żadan - Internat [recenzja]

Przekład: Michał Petryk
Wydawnictwo Czarne
Wołowiec 2019

Od pierwszych stron wiadomo, że to dobra książka. Stylistyka, aura powieści, ale też jej ciężar gatunkowy wyostrzają uwagę czytelnika. I jeszcze ta wielka prostota, pozbawienie treści niuansów i ornamentów, która jest chyba najmocniejszym elementem estetyki.
"Ma ochotę usiąść i odpocząć. Żeby nikogo nie widzieć. Żeby nikogo nie słyszeć. Żeby zapomnieć wszystkie te dźwięki i zapachy. Zapomnieć dworzec, zapomnieć autobus, rozwaloną drogę, księżycowe krajobrazy za oknem, czarny przestrzelony na wylot las, ciemne budynki, przerażone głosy, okna, za którymi nie ma żadnego życia, skrzyżowania za którymi może czekać na ciebie śmierć".
Współczesna Odyseja, dziejąca się w gdzieś na wschodniej Ukrainie, pełna smutku i dojmującego poczucia absurdu. Jej bohaterami są zwykli ludzie próbujący przejść, przejechać, dostać się do strefy wolnej od walk i wystrzałów. 
Przez całą 3-dniową podróż towarzyszy bohaterom zimno, mróz, opady. W powietrzu czuć bardzo wyraźny zapach zmokłego psa. Ta wiadomość mocno działa na świadomość czytelnika. Zaczynam czuć to samo. 
Spalone domy, wybite szyby, dziury w ścianach po pociskach, odgłosy strzałów, patrole. To pośród nich przemykają uchodźcy, uciekinierzy, ludzie, którzy z jakichś powodów musieli zostać w ostrzeliwanym mieście.
Jednym z nich jest nauczyciel ukraińskiego, niepełnosprawny Pasza, który rusza do miasta, w którym pozostał jego siostrzeniec. Niebezpieczna i znojna droga prowadzi przez wiele etapów, które stanowią dla bohatera wielkie zagrożenie. 
Pasza za każdym niemal razem zastanawia się jakiego języka użyć w rozmowie z kolejnym patrolem, by nie podpaść i nie stracić szansy na odnalezienie siostrzeńca.
Choć polskiemu czytelnikowi trudno będzie w to uwierzyć, za każdym razem gdy Pasza mówi, że jest nauczycielem, jest traktowany z szacunkiem. W tej książce wzgardzany i obśmiewany u nas zawód, wciąż cieszy się zaufaniem. 
Pasza rusza ze swojej bezpiecznej, nieobjętej wojną strefy do miasta, w którym znajduje się tytułowy internat. Już samo wspomnienie tego miejsca przyprawia o słabość. Zsyłane są tam bowiem dzieci problematyczne, których rodzice nie potrafią lub nie chcą zapewnić im godnego dzieciństwa.
Pasza czuje się odpowiedzialny za chłopca, odnosi wrażenie, że musi sprowadzić go do domu i ta świadomość powoduje, że bez ceregieli i zawahań pokonuje kolejne etapy swej prywatnej Odyseji. Nie skupia się na wojnie i jej zmorach. Po prostu, jego misją jest chłopiec. Na okropieństwa jakie znajduje po drodze, stara się nie zwracać więcej niż koniecznej uwagi. Pasza musi wykazać się trzeźwym umysłem, sprytem i silną wolą, by z piekła wojny, czasem też środka niczego, miejsca gdzie nie można nikomu ufać, nikt niczego nie wie, wyciągnąć siostrzeńca.
Tę niezłomność widać zarówno w chwilach jego pasywności (jazda samochodem, czas na dworcu, przeprawa przez tory), jak i w aktywności (reprezentant ludu, szpital).
Pasza widzi zagubionych cywilów, ukrytych w piwnicach. Patrzy na żołnierzy, tępych i chamskich, który nie wiedzą o co walczą i czego dotyczy konflikt. Widzi bagaże uciekających - kradzione futro, pusta walizka, plik dokumentów. Absurd, bezsens, niedorzeczność. Jednak taka jest wojenna rzeczywistość: pusta, grubiańska, skołowana, niepewna.
Pasza powtarza jak mantrę, że nikogo nie jest mu szkoda - ani polityków, ani wojskowych, ani narodu znajdującego się po drugiej stronie barykady, nawet swojego narodu nie jest mu żal. Ten konflikt nie ma rozwiązania, tak jak nie ma nadziei na poprawę.
Pasza bardziej milczy, nie afiszuje się ze swoim zdaniem, które jest asekuranckie, bo powtarza też, że to nie jego wojna, nie jego konflikt, nie jego problem.
Bezradność, której udziałowcami stają się wszyscy ci, których nieszczęsny los rzucił w trudne geograficznie rejony staje na pierwszym planie. Bezsilność wobec wojennych prawd jest jedyną stałą. Zniszczenia ściśle materialne, ale też te ulotne, ze strefy pozamaterialnej są nie do odtworzenia. 
Wojna niszczy wszystko. Od zawsze.

środa, 29 stycznia 2020

Martyna Bunda - Kot niebieski [recenzja]

Wydawnictwo Literackie
Kraków 2019

Początek zachęca i nęci. Autorka znakomicie stwarza nastrój, wprowadza w powieść, czarując czytelnika konceptem, który jawi się intrygującym.
Niestety, im dalej w lasy, tym mniej uroku, a więcej literackich zgapień.
Nadszedł bowiem moment lektury, w którym nie wiedziałam czy czytam wtórnik "Podkrzywdzia" Andrzeja Muszyńskiego, czy może replikę "Baudolino" Umberto Eco. Najwięcej jednak nawiązań jest  do Olgi Tokarczuk, a to nieznośne.
Mimo całej gamy możliwości i dowolności, jaka przysługuje autorom, sięganie po pewne tematy wygląda czasem kulawo. To męczące dla czytelnika, który wiedząc, że autor może sięgać po dowolną materię, czepia się, że właśnie to zrobił. Idiotyzm.
Jednak niektóre materie, raz tknięte doskonałą ręką/językiem/historią stają się nagle oznakowane jako zdobyte, zamknięte. Nie da się bowiem nic lepszego, wartościowszego w nich dokonać. Są skończone i zamknięte we wcześniejszym wykonaniu. Nic na to nie poradzę. Jednak historia dawna, wsparta opowieścią o miejscach, ludziach, zdarzeniach nie smakuje już tak dobrze jak podana w formie proponowanej przez wzór niedościgniony. I tutaj właśnie przegrywa Bunda - brzmi jak kopia Tokarczuk. I nie jest to komplement.
Próbuje autorka epickim rozmachem mierzyć się z literackimi tuzami, ale brakuje jej możliwości. Rozpoczęte wątki efemerydalne, a także naukowe, filozoficzne nie są doprowadzone do końca, niezbyt pogłębione, czasem ledwo muśnięte, a przez to nijakie, miałkie. 
Kaszubskie prastare puszcze, które w XIV wieku stają się areną wydarzeń, które będą narastać i zmieniać się przez niemal siedemset niepotrzebnych lat rozpiętych na kartach książki. Mamy mnichów opieczętowanych surową regułą zakonną, mamy oszalałego z miłości i nieszczęścia donatora klasztoru, mamy kolejne równie nieszczęśliwe jego nałożnice. Jest zazdrość, pieniądze, władza, a także niewyjaśnione zjawiska, jak choćby przeorysza, opuszczająca własne ciało, czy mnich zamieniający się ciałem z własną siostrą.
Ponury, paskudny kat, który traci głowę (choć, wyjątkowo, niedosłownie), jego córka akuszerka, naznaczona pewnym tajemnym rytem, narażona na niebezpieczeństwa, jednak silna i odważna, na tyle, by być sobą, do końca. Są i pomniejsi bohaterowie, towarzyszący tym wiodącym: czasem źli i niszczący, innym razem oddani, ale zbyt słabi, by pomóc wiodącym w mierzeniu się z własnymi ograniczeniami, czy, wręcz przeciwnie - z nadnaturalnymi mocami.
Są też tytułowe koty niebieskie - obdarzone wyjątkowymi cechami, symbolizującymi czasem równowagę, czasem nieuchronność, czasem spokój i naturalny porządek. Ich symbolika, uwypuklana przez autorkę mierzi mnie i powoduje przewracanie oczami. Nie raz podczas lektury zapachniało mi Coelho czy innym Schmittem. Dlaczego? Bo ów koci wątek brzmi tanio, efekciarsko, momentami wręcz dyletancko.
Przy pozostałych zaś zagadnieniach wszystkie zabiegi autorki wydają mi się marną kopią autorów wymienionych na początku moich utyskiwań.
Na koniec.
Wydaje mi się, że przeczytałam rodzaj ćwiczenia stylistycznego, które zadała sobie Martyna Bunda. Jego tytuł mógłby brzmieć: "a teraz będę jak..." (dla przykładu: Muszyński/Eco/Tokarczuk). I choćby z tego względu nie umiem potraktować tej książki poważnie. Być może zasługuje na dobre słowo. Ja wygodnie tkwię w przekonaniu, że to tylko literacka wprawka.

środa, 22 stycznia 2020

Karolina Kuszyk - Poniemieckie [recenzja]

Wydawnictwo Czarne
Wołowiec 2019

Niezwykle ważne dla odbioru tej książki jest geograficzne usytuowanie czytelnika. Zupełnie inaczej przeczyta ją mieszkaniec centralnej Polski (zwanej przez moich znajomych poniemieckich przyjaciół Azją Zachodnią), inaczej zaś mieszkańcy Zielonej Góry, Szczecina czy Wrocławia, którzy żyją na Ziemiach Odzyskanych.
Konfrontując opinie obu stron zauważam jak emocjonalnie podchodzą do tematu ci ostatni. Każdy rozdział niesie im wspomnienie własnych doświadczeń i historii związanych z pozostałą po dawnych mieszkańcach solniczką/makatką/dekoracyjnym talerzem. Każdy rozdział to osobne westchnienie i pamięć przedmiotów czy zdarzeń, nierozerwalnie związanych z poniemieckimi duchami.
Mieszkający w poniemieckich domach czy kamienicach, mijający każdego dnia budynki z przebijającymi spod pastelowej zaprawy poniemieckimi napisami są uwikłani w pamięć. Nawet niechcący.
Moja geograficzna predestynacja sytuuje mnie wśród życzliwych obserwatorów. Czytam, poznaję, nie mam uczuć bezpośrednich. 
Późnowojenne i powojenne ucieczki właścicieli niemieckich wówczas dóbr stałych i ruchomych, dostała się nagle polskim przesiedleńcom. Historie o tym jak zdobywano mieszkania, co w nich zastawano, jak przebiegał częsty szok cywilizacyjny wśród nowych użytkowników, wiele mówi o ówczesnej kondycji społeczeństwa.
Autorka przywołuje jednostkowe historie przybyszów, którzy zyskiwali meble, obrazy (ach ta opowieść o oleodrukach), a także weki (to jest historia!), podwórka (czasem z grobami) i cmentarze. 
Przybysze długo żyli w strachu o tymczasowość własne egzystencji na zachodnich rubieżach, bojąc się powrotu wcześniejszych właścicieli. 
Dobrze, że autorka poświęca miejsce również tym, którzy uciekli. Jaka nieciekawa przyszłość czekała większość tych, którzy zawędrowali do Rzeszy - uważani za gorszych, pozbawieni ufności i wsparcia, nie zawsze związani byli z ideologią nazistowską. Ofiary historii. Bezwzględnej.
Jak zwykle w przypadku książek poruszających drażliwy i dość jednak solidnie umocowany w polskiej historii temat, dziwi mnie, że został poruszony dopiero teraz.
Dla jednych niewygodny, dla innych atrakcyjny, pozostaje wciąż niewyczerpanym źródłem inspiracji dla odnotowywania i podejmowania pojedynczych historii i wspomnień. 
Czekam zatem na kolejne relacje.

Deborah Levy - Płynąc do domu [recenzja]

Przekład: Marcin Sieduszewski
Wydawnictwo ZNAK
Kraków 2019

Od początku nie umiem podporządkować sobie tej książki. Uwiera mnie i drażni swoją ulotnością, wieloma momentami ciszy między kolejnymi zdaniami i wątkami, wydaje się być celowo niedokończona, niewysłowiona, mętna.
Mozaikowa narracja irytuje i przyciąga jednocześnie.
Książka w dużym stopniu intryguje postaciami, które w znacznej mierze łagodzą tę enigmatyczną, rwaną formę na jaką zdecydowała się autorka.
Szczególne miejsce w strukturze powieści mają dwie postaci: Jo i Kitty.
Jo Jacobs to "brytyjski poeta, słynny poeta, poeta dupek, żydowski poeta, poeta ateista, poeta modernista, poeta ocalały z Zagłady, poeta kobieciarz", pełen tajemnic i niewiadomych, mówiący do siebie, uciekający w stronę własnych myśli. Urodził się w 1937 roku w Łodzi jako polski Żyd, Jozef Nowogrodzki, któremu udaje się uciec do Wielkiej Brytanii w wieku 5 lat (ta kwestia interesuje mnie najbardziej - na cud zakrawa jego udana ucieczka z Polski 1942 roku). Nazwisko zmienili mu nauczyciele w szkole z internatem, z troski o wymowę.
Kitty Finch jest z kolei wielką entuzjastką, zagorzałą fanką twórczości Joe'go, która również próbuje pisać. Stworzyła niepokojący wiersz, który bardzo chce pokazać mistrzowi. Jednocześnie jej codzienne zachowanie powoduje (szczególnie u czytelnika) pewną ostrożność i niepokój, który wynika z uzasadnionych podejrzeń co do jej stanu psychicznego. Jak podsumowuje jedna z bohaterek powieści, Madeleine: "Katherine Finch wykazywała oznaki psychozy na tle nerwowym, (...) nieuzasadnionego pobudzenia, myśli samobójczych, pesymistycznego spojrzenia na przyszłość i zaburzonej koncentracji". Cała Kitty - kasandryczna, chmurna, dziwna. Jej destrukcyjna osobowość przyciąga uwagę, każe analizować zachowanie, domyślać się jego przyczyn i następstw. Czytelnik czuje, że jest ona główną bohaterką dramatu, nie wiemy tylko jakiego.
I, choć akcja powieści rozgrywa się w bajkowych pejzażach południowej Francji, to próżno szukać tego piękna w nastroju i tonie narracji, gęstej, złowieszczej, wróżącej tragedię.
Fabuła osnuta jest wokół wątku grupy przyjaciół spędzających wakacje w podnicejskiej willi. Leniwie płynący czas zaburza pojawienie się Kitty - zagadkowej, rudowłosej dziewczyny, która dziwnym trafem zyskuje pozwolenie na zatrzymanie się w domu. 
Wzajemne obserwacje, rozmowy, spotkania pokazują schemat zależności pomiędzy bohaterami: relacje między Jo a jego żoną, Isabel, ich córką, Niną, a także stosunki z małżeństwem przyjaciół - Mitchellem i Laurą.
Jak to zwykle bywa, wszystko z pozoru wygląda bajecznie - uznany poeta i jego odważna żona reporterka, odwiedzająca najniebezpieczniejsze rejony świata, nastolatka, która ma na zawołanie dobra materialne, o jakich marzyć mogą inni, wreszcie kryjący się za fasadą kolekcjonerów Laura i Mitchell - faktyczni bankruci, kryjący swoją plajtę nawet przed przyjaciółmi, którzy ich goszczą.
Krucha siatka pozorów ledwo wytrzymuje kolejne wydarzenia, epizody. Jak zachowają się bohaterowie, gdy opadnie kurz iluzji?
Autorka sprawnie buduje niepokój, aurę niepewności, zmierzchu półprawd. Jej sprawność językowa, umiejętność wyjaskrawiania rzeczywistości zdaje egzamin.
Ta książka raczej nie zmieni niczyjego życia, ale jest dobrym pomysłem na jego urozmaicenie.

poniedziałek, 6 stycznia 2020

Andrzej Sapkowski - Ostatnie życzenie [recenzja]

Wydawnictwo: superNOWA
Warszawa 2004


"Co to takiego jest, wiedźmin? (...) Najemny czarownik. (...) Kuglarz za garść srebrników (...), wybryk natury. Obraza praw ludzkich i boskich. Takich powinno się palić". 
Początek jest trudny, bo nudny. Z kolejnymi stronami robi się jakby lepiej, ciekawiej, ale styl Sapkowskiego wymaga od czytelnika dłuższego oswajania. Głównym problemem jest struktura książki, niemal całkowicie pozbawiona opisów. W treści aż huczy od jędrnych, zuchwałych dialogów, ale strefa charakterystyki miejsc i postaci jest szczątkowa, niezwykle oszczędna, jakby autorowi było żal miejsca na portretowanie otoczenia. Akcja ponad wszystko!
I, choć świat wyobrażony przez Sapkowskiego aż prosi się o większe pole dla odautorskich komentarzy, objaśnień, wizji, to mogę sobie o tym jedynie pogdybać. 
Autor opiera się na mitach, podaniach, legendach, zgrabnie wplata je w losy swoich bohaterów, jednak robi to w tak oszczędny sposób, że moje serce rozkochane w tołstojowskich gwałtownych opisach przyrody, proustowskich niepohamowanych eksplikacjach czy knausgardowym szaleństwie ekstrawertyzmu cierpi i płacze.
Ukierunkowanie narracji na prosty język, pełen swobody, poufałości, a nawet sprośności pcha kolejne opowiadania o Wiedźminie na tory wesołkowatości, mimo przygód mrożących krew.
Potwory, leśne stwory, magowie i inne istoty podejrzanej proweniencji wypadają z kolejnych stron czyniąc Wiedźminowi zamęt lub pomagając w nieprostych zdarzeniach.
Główny bohater wędruje bowiem ze swoim dzielnym rumakiem Płotką przez kolejne magiczne krainy, w których co chwilę potrzebna jest jego pomoc. Walcząc z potworami, czasem je ratuje, czasem staje przeciwko ludziom, czasem współpracuje z czarodziejami, zawsze jednak działa zgodnie z sobą.
Ostatni sprawiedliwy w magicznym świecie Sapkowskiego.
Charakterystyczny, białowłosy, z barwną legendą ciągnącą się przez krainy, wędruje przez świat szukając zarobku. "Biały wilk", "Rzeźnik z Blaviken", to najtrwalsze z określeń jakimi tytułowany jest Wiedźmin. Silny, odważny, rzucający wyzwania przeznaczeniu. Jego głośno manifestowany brak wiary w przeznaczenie popychał Geralta, pozwalał mu na szaloną odwagę i niezwykłej mocy nieustraszoność, którą opiewali w piosenkach powieściowi bardowie (piję do postaci Jaskiera). opowiadali sobie w karczmach zlęknieni prostaczkowie.
W kolejnych opowiadaniach odsłania się coraz ciekawszy jego obraz - szczęśliwie niejednoznaczny, złożony z fragmentów, o które początkowo nie dałoby się go nawet podejrzewać (jak choćby o zaprzyjaźnienie się z kimkolwiek).
Interesująca opowieść o fantastycznym świecie w którym pierwszoplanowe miejsce zajmuje absolutnie fantastyczny Geralt. So: "Toss a coin to your Witcher".

piątek, 3 stycznia 2020

red. Małgorzata Nocuń - Ojczyzna dobrej jakości. Reportaże z Białorusi [recenzja]

Wydawnictwo Czarne
Wołowiec 2019

Fundacja Współpracy Polsko-Niemieckiej sfinansowała projekt "Dekodowanie Białorusi. Wyjazd studyjny na Białoruś dla polskich i niemieckich dziennikarzy". W ramach grantu młode pokolenie żurnalistów ruszyło za naszą wschodnią granicę po codzienne historie nadniemeńskiej krainy. 
Starali się dotrzeć do zwykłych ludzi, pomijając politykę, choć na Białorusi to, jak wiadomo, nie zawsze możliwe.
Pierwszy z reportaży wybranych do zbioru mówi o paragrafie 328, który reguluje sprawę kar dla osób posiadających narkotyki. Przerażająca i zdumiewająca jest opowieść o systemie, który na równi traktuje wszystkich, bez względu na stopień winy czy jej istnienie w ogóle. Lekceważenie jednostkowych historii, metryki podejrzanych i skazanych, ich rzeczywistych zeznań, wszystko to nicość w zetknięciu z prawem - bezwzględnym i nieżyciowym, a surowym niemalże jak za czasów najsławniejszego babilońskiego władcy, Hammurapiego.
Reportaże zebrane w tomie, co oczywiste, sięgają po różną tematykę. Interesująco zapowiadał się ten o obcokrajowcach, którzy wybrali sobie Białoruś na nową ojczyznę. Ciekawie wyglądał ten o Białorusinkach szukających mężów za granicą.
Każdy z powyższych tematów był materiałem na ciekawy artykuł, jednak według mnie na dobrych intencjach się skończyło. 
Pewnym wytłumaczeniem tego faktu jest sama idea powstania książki - skoro był grant, trzeba się wywiązać z zadań powstałych na jego mocy. Skoro jednym z nich była publikacja - umarł w butach, książka musiała powstać. To tłumaczy nierówny poziom, który w najlepszych swoich momentach jest zaledwie średni. Uważam, że literacko ta książka jest pewną niestosownością: mierny język, brak dynamiki, słabo rozegrana dramaturgia, niedopracowany szkielet fabularny,  pozbawione redakcji wypowiedzi bohaterów (według mnie), oto główne zarzuty wobec zbioru. 
Poziom tych prób literackich jest dla mnie porównywalny z efektami warsztatów dziennikarskich dla licealistów. Wyjazdowych zresztą warsztatów. 
Konkretna wpadka wydawnicza i przykład tego, że nie wszystko na tym świecie nadaje się do druku. Niektóre ćwiczenia i wprawki w pisaniu powinny pozostać w brudnopisach.


sobota, 7 grudnia 2019

Jarosław Mikołajewski - Cień w cień. Za cieniem Zuzanny Ginczanki [recenzja]

Wydawnictwo Dowody na Istnienie
Warszawa 2019

Bardzo cenię erudycję i wrażliwość Jarosława Mikołajewskiego. Ważne miejsce w tym poszanowaniu ma wielka skromność autora. 
Spotkania autorskie z Jarosławem Mikołajewskim to uczta dla ducha: pełne mądrości, wiedzy, wyważenia, humoru, empatii. Niezwykły człowiek.
Każda jego książka to niezwykłe doświadczenie czytelnicze. 
Opowieść o Ginczance jest mi szczególnie bliska. Dzięki Mikołajewskiemu poznałam ją kilka lat temu, dzięki niemu usłyszy teraz o niej szerszy świat.
Zuzanna Ginczanka to nieodżałowana poetka, autorka mocnych, jędrnych, wyrazistych wierszy, często dobitnie manifestująca swoje przekonania, tocząca walkę o równość w prawach i możliwościach.
Jej niezwykłe życie - urodzona w Kijowie, wychowana w międzykulturowym Równem, gdzie przez lata współistniały kultury: polska, żydowska, ukraińska, rosyjska, z wyboru została Polką. Po polsku pisała wiersze, w Polsce wygrywała konkursy literackie, publikowała wiersze. Tutaj też została zadenuncjowana i zginęła w 1944 roku.
Mikołajewski: "Już mnie uwiera to pisanie o Ginczance. Męczy. Wyżyma. Czuję, że powinienem dać komuś za Ginczankę w pysk..."
Jego przywiązanie do poetki jest wyczerpujące, czasem wręcz żałuję, że wraca o niej pamięć, moda na Ginczankę.
Sam tropi jej ślady, szuka wspomnień, ludzi, którzy ją znali, o niej słyszeli, czy choćby mieszkali w tych samych miastach, jednocześnie pisze listy do włoskiego przyjaciela, próbując przybliżyć mu postać poetki.
Mikołajewski podróżuje do Lwowa, Równego, ale też Paryża, gdzie po kolei znajduje jej dawne mieszkania, jej dawne znajomości.
Szuka nieistniejącego. Odtwarza, czy bardziej domyśla się przeszłości.
Fascynująca podróż do własnych emocji i pragnień, gniewów i lęków. Poetycka, często oniryczna, często pełna tęsknoty i żalu za bezsensownie utraconym losem.
Wspaniałe są te podróże do dawnych miast Ginczanki - miejsc, gdzie nic już nie ma, nawet pamięci (w Równem napotykani po drodze młodzi autochtoni nie przypuszczali nawet, że kiedyś mieszkali tam Żydzi), zburzono budynki, pozostaje tylko relacja dawnych świadków.
Mikołajewski potrafi z tych szczątków stworzyć intrygująca opowieść. 
Dodatkową nagrodą dla czytelnika jest sztuka jaką dla Ginczanki napisał autor. Porażająca, choć statyczna, głośna, choć ukryta w ciszy skrywającej się poetki.
Wysmakowana, kunsztowna opowieść o tęsknocie za talentem i zaprzepaszczonym, zniszczonym młodym życiem, przed którym tyle jeszcze było do odkrycia i przeżycia.
Po lekturze od razu przychodzi ochota na tomik Ginczanki.