poniedziałek, 21 października 2013

Jacek Hugo - Bader - Opowieści kołymskie [recenzja]

Są książki, które czyta się długo, dawkuje się je, wydziela małe fragmenty, by jak najdłużej cieszyć się lekturą. W taki właśnie sposób raczyłam się Dziennikami kołymskimi. Magnetyzująca opowieść drogi, która zniewala, fascynuje, urzeka, choć zwykle historie są gorzkie i przygnębiające. Mimo to czarowność stylu Hugo - Badera i jego fart do ludzi (najważniejsza bodaj cecha reportera to właśnie szczęście), powoduje, że nie sposób oderwać się od lektury.
Kołyma to rosyjska rzeka, dla większości pierwszym skojarzeniem będzie pewnie obóz pracy przymusowej z czasów ZSRR. W Dziennikach kołymskich jest to  trochę nierzeczywista kraina, gdzie nieprawdopodobne życiorysy współczesnych ludzi mieszają się z wstrząsającą historią ofiar łagrów, które budowały tamtejszą infrastrukturę, traciły życie. Po co więc dobrowolnie jechać tam, gdzie kończy się świat, z dala od cywilizacji i jej wygód, do miejsca cieszącego się ponurą sławą?
Odpowiedzi jest kilka. Po pierwsze złoża złota. Po drugie srebra, potem platyny, uranu, kobaltu, rtęci, cyny, ołowiu, żelaza, miedzi, węgla, ropy, gazu. Wymieniać dalej?
Autor jedzie przez te przedziwne, egzotyczne wręcz rejony autostopem. Dzięki temu poznaje coraz to nowe barwne postaci, które tworzą fabułę kolejnych rozdziałów. Warto wiedzieć, że książka biegnie dwutorowo: jest dziennikiem podróży poprzetykanym rozdziałami o napotykanych ludziach i ich opowieściach.
Jest historia babuszki Tani, która przeżyła cara, Lenina, Stalina, a nawet trzech mężów, nie mogła jednak odnaleźć jedynego swojego dziecka, zabranego, gdy skazano ją na łagier. Dziś mówi: Daj, Boże śmierć, jaką tam masz pod ręką. Jest (cóż za gratka dla reportera!) najprawdziwsza przedstawicielka starej, przedrewolucyjnej jeszcze rosyjskiej emigracji, mademoiselle Marianne Juquelier, de domo Wierigina, która przyjechała tu z Paryża, po to, by zrozumieć wybory własnego ojca. Intrygująco wygląda też spotkanie z miejscowym oligarchą, Aleksandrem Basanskim, który do zdjęcia pozuje z pucharem złotych samorodków. Wspomnę jeszcze chirurga alkoholika, któremu jednak nałóg nie przeszkadza w pracy, czy niezwykłego złomiarza z okładki, który wcześniej był operatorem radiolokacyjnym w wojsku. Wszystkie te pojedyncze historie układają się w różnorodną, choć jednocześnie spójną przypowieść o złotym sercu Rosji, jak głosi napis witający przybywających do Magadanu.
Doskonały reportaż, wielka przygoda autora, a pośrednio też czytelnika, który ulegając spisanym w książce historiom, trafi w niezwykłą czasoprzestrzeń, zupełnie różną od znanej nam codzienności. Polecam po stokroć!

3 komentarze:

  1. Niezwykły reportaż. Wprawdzie jego tematyka jest mi obca, ale chce zagłębić się w nią bliżej.

    OdpowiedzUsuń
  2. Lubię takie niecodzienne reportaże.

    OdpowiedzUsuń
  3. Reportaż? Gatunek w gruncie rzeczy mi obcy i chyba jeszcze przez jakiś czas taki pozostanie. Chociaż postacie barwne z tego co czytam :)

    OdpowiedzUsuń