środa, 27 listopada 2019

Paweł Piotr Reszka - Płuczki. Poszukiwacze żydowskiego złota [recenzja]

Wydawnictwo Agora
Warszawa 2019

Po bardzo udanym debiucie z roku 2015 (tutaj) Paweł Piotr Reszka wraca z nowym reportażem.
Wydawało mi się, że w temacie Zagłady nie można już nikogo zaskoczyć. Tymczasem "Płuczki" porażają. 
I, pomijając temat - płuczki jaki miejsce płukania kości, celem odseparowania ich od cennych przedmiotów, najmocniejsza jest relacja świadków, często uczestników tego procederu.
Najstraszniejsze jest to, że większość nie widziała w tym nic złego. Tłumaczenie się powojenną biedą, trudnymi latami 40. może być dla niektórych wytłumaczeniem (o ile w ogóle można tutaj wprowadzić taką kategorię), jednak kolejne pokolenie kopaczy z lat 50. zwanych "złotnikami", czy przekopywanie grobów w latach 70., a także 80. nie ma dla mnie żadnego wytłumaczenia.
Z jednej strony wspomniana wcześniej bieda, proste, pozostające na granicy instynktów zachowania i motywacje powodują, że trudno o ocenę moralną.
Na niemałą ironię zakrawa fakt, że nie przeszukiwali grobów w niedzielę, bo dzień święty trzeba było uszanować...
To zdumiewające, że byli i tacy, którzy znalezione pieniądze przeznaczali na przykład na organizację wesela, wspomniana jest historia kobiety, która kolczyki z płuczek nosiła w każdą niedzielę do kościoła, specjalnie nawet przebiła uszy, by móc dobrze wyglądać...
Proceder kopania nie był postrzegany w kategoriach moralnego zła, niektórzy mówili, że przecież i tak precjoza, znalezione w dołach monety, na nic nie przydałyby się już zmarłym, i tak poszłyby na zmarnowanie.
Jest kilka relacji mówiących, że te pieniądze są "niedorobne", nie do dorobienia się, że przynoszą nieszczęście, bo pochodzą z ludzkiej krzywdy, ale to pojedyncze głosy.
Intrygującą pozostaje kwestia eufemizmów jakimi posługiwali się kopacze - mówią o pracy w żużlu, węglu - to o ludzkich prochach i szczątkach kości, wspominają o rąbance, ale to łagodne określenie oddzielania łopatą kręgów szyjnych. 
Są też fragmenty (choć niewielkie) pokrzepiające, pokazujące, że nie wszystko jest jednoznacznie złe, przegrane. Tym jasnym punktem jest jeden z fizycznych pracowników archeologicznych wykopalisk, który zmienił swój stosunek do Żydów dopiero tutaj. W konkretnej sytuacji - gdy maszyna drążąca ziemię stanęła, ponieważ zablokował ją dziewczęcy warkocz. Wcześniejszy antysemita, pyta teraz o to, kim była ta dziewczyna, jak miała na imię, jakie miała życie? Ofiara stała się człowiekiem. I to największa wartość książki. Przypomnienie, że musimy pamiętać o ofiarach nie jako o bezimiennej masie idącej na stracenie, ale o pojedynczych losach, składających się na tragiczną historię ludu.
Autor bardzo wyważonym, spokojnym tonem opisuje kolejne historie, dając czytelnikowi miejsce na własną ocenę moralną oraz opowiedzenie się w tej, jakże drażliwej kwestii.
Sam pozostaje z boku - występuje tu w charakterze pośrednika pomiędzy relacjami świadków, zebranymi dokumentami, faktami poświadczonymi na papierze, zebranymi w IPNi-e, muzeach. Pokazuje temat, który leżał odłogiem, pomijany czy zapomniany przez historyków. Dzięki Reszce i jego reportażowi stanie się o nim głośno. 
I, podobnie jak było w przypadki "Diabła i tabliczki czekolady" reportaż Reszki boli. Musi boleć.

czwartek, 14 listopada 2019

Édouard Louis - Koniec z Eddym [recenzja]

Przekład: Joanna Polachowska
Wydawnictwo Pauza
Warszawa 2019

Bez wątpienia tę książkę powinien przeczytać każdy homofob. Widziałabym ją w spisie lektur obowiązkowych w klasach licealnych, jednak nie na języku polskim, a na etyce/godzinie wychowawczej czy innym tworze uspołeczniającym uczniów, jaki teraz w szkołach obowiązuje (póki jeszcze obowiązuje).
Językowo i stylistycznie Louis nie wyszedł (trudno mu się dziwić) poza "Historię przemocy" (do przeczytania tutaj). Pod tym względem jest bardzo średnio.
Opowieść o Eddym traktuję trochę jak prequel wcześniejszej powieści, tutaj pokazujący dzieciństwo i wczesną młodość homoseksualnego bohatera.
Jego problemem jest nie tylko wrogo nastawiona rodzina, mieszkanie w małej, hermetycznej miejscowości, gdzie każdy wie niemal wszystko o sąsiedzie, a wyróżniające się zachowanie czy wygląd, stają się pożywką dla plotek na długi czas.
Północna Francja, biedne, robotnicze miasteczko, gdzie większość mężczyzn pracuje w jednej fabryce (póki ona istnieje), później zaś spędzają czas na piciu, czasem biciu (siebie nawzajem, nierzadko też rodzin), kobiety zaś zajmują się domem, plotkują i marzą skrycie o lepszym życiu dla własnych pociech.
Eddy od początku czuje, że jest inny, inadekwatny, niedobrany do szablonu obowiązującego w tamtej właśnie społeczności. Wyróżnia go wysoki głos, pociąg do kosmetyków i damskich fatałaszków, a przede wszystkim do własne płci, co przez długi czas starał się gorączkowo zwalczać.
Tutaj, jak i w "Historii przemocy" kopiuje się ciągłe poczucie samotności, brak akceptacji ze strony rodziny, kompleksy wynikające z pochodzenia, miejsca urodzenia, a przede wszystkim brak samoakceptacji.
Trawiące bohatera poczucie porażki, wyobcowania są jego siłą napędową i lekarstwem na troski dnia codziennego, silnie związane z przemocą, jakiej doświadczał on choćby od rówieśników w szkole.
Dosadność autora, oddawanie sytuacji i przemyśleń jeden do jednego szarpią duszą czytelnika aż do umęczenia.
Jednak opowieść o prymitywnej homofobii musi boleć, musi być mocna, krzycząca do odbiorcy.
Młodość autora, jego doświadczenia życiowe, dają mu przyzwolenie i tłumaczą krzyk jakim jest ta opowieść.
Zmagając się z odrzuceniem, poczuciem inności, odosobnienia, podaje naturalistyczny, często będący na granicy turpizmu, daje nam opis swego życia domowego, rodzinnego, czego skutkiem jest zrozumienie i rosnące współczucie, współodczuwanie przez czytelnika.
Trudna, mocna historia, która jest świadectwem cierpienia, braku szacunku, braku perspektyw i nadziei, zamykająca się w tragicznym wyznaniu bohatera: "nie mam żadnych szczęśliwych wspomnień z dzieciństwa"...
Zatem do lektury. Do uwrażliwienia. Do zrozumienia. 

niedziela, 3 listopada 2019

llona Gołębiewska - Pozwól mi kochać [recenzja]

Wydawnictwo Muza
Warszawa 2019

To moja druga książka Ilony Gołębiowskiej (pierwsza tutaj). Tym razem naprawdę ostatnia. Po "Podaruj mi jutro" napisałam, że więcej po publikacje tej autorki nie sięgnę. Chyba tylko postępująca skleroza spowodowała, że skusiłam się na "Pozwól mi kochać". 
Jednak od pierwszych stron nowej powieści bez trudu przypomniałam dlaczego więcej Gołębiewskiej czytała nie będę.
Po pierwsze: styl - a raczej jego brak: często naiwny, momentami pensjonarski, bez polotu, drygu, kompetencji. Gołębiowska pisze jak autorka szkolnego wypracowania. Tyle w mojej ocenie poziomu pisarstwa. Niestety.
Po drugie: wachlarz wątków. "Pozwól mi kochać" to szaleństwo wyboru: od afery uczelnianej z korupcją w tle, po depresję, aferę mafijną, porachunki z przeszłością, miłość dojrzałą czy ziołolecznictwo. Serio.
Autorka kipi pomysłami i bardzo wiele z nich próbuje wrzucić do pojemnego wora, jakim bez wątpienia jest jej powieść. Pełno tu emocji: porachunki uczuciowe na linii: matka - córka, próba odnalezienia właściwych uczuć na okoliczność odzyskania ojca, poznania nowego mężczyzny (rokującego na miłość życia), a do tego depresja spowodowana niesłusznymi oskarżeniami zawodowymi, to tylko część emocjonalnej karuzeli, jaką zgotowała swojej bohaterce autorka.
Jest nią Sabina Horczyńska, wykładowczyni akademicka podejrzana o sfałszowanie wyników badań oraz łapówkarstwo. Załamana sytuacją ulega namowom córki i wyjeżdża na Podlasie do dworu matki (z którą niemal od zawsze jest skłócona). Spokojna wieś na uboczu zaoferuje jej nie tylko wytchnienie od problemów wielkiego miasta, ale także podaruje nowe znajomości, przyjaźnie i wyzwania, które będą rzutować na przyszłe decyzje.
Nie wątpię w dobre intencje autorki. Chce ona pisać o emocjach, edukować swoich czytelników w kwestii wyborów moralnych i duchowych, przypomina o ulotności czasu, instruuje, że szkoda tracić go na nic nie warte zatargi.
Jednak pewnego rodzaju naiwność, hm... prostoduszność, powodują, że ta opowieść wydaje się być momentami ramotą. Dość nieznośną.
Nie opuszcza mnie także przekonanie, że książka ta powstała trochę na siłę, czy to z powodu umowy wymagającej konkretnej ilości powieści czy też z powodu sprzedaży poprzedniej książki. Brakuje tu lekkości, płynności, finezji, językowej gracji. 
Pastwię się nad autorką i aż mi wstyd, że nie potrafię napisać nic pozytywnego o jej twórczości. 
Staram się przywołać w pamięci jakąkolwiek zacną część "Pozwól mi kochać". Nie potrafię nic znaleźć. Dialogi miałkie, oś fabularna jest pełna zamętu, zaś sam koncept momentami nazbyt infantylny.
Rozumiem, że powieść obyczajowa tej proweniencji musi kipieć optymizmem i łagodnością, jednak tutaj zgrzyta naiwnością. 
Nie dla mnie te mądrości.

Za egzemplarz książki dziękuję wydawnictwu:




piątek, 20 września 2019

Søren Sveistrup - Kasztanowy ludzik [recenzja]

Przekład: Justyna Haber-Biały
Wydawnictwo: Grupa Wydawnicza Foksal Sp. z o. o.
Warszawa 2019

Wszystko mnie w tej książce przeraża. Począwszy od makabrycznej okładki aż po gargantuiczny rozmiar.
Przebrnięcie przez tę historię było nie lada wyczynem, gdyż autor wziął sobie za cel powiązanie tak wielu wątków, że trudno je zliczyć.
Jest polityka, nawiązanie do trudnych rodzinnych relacji, przemocy, molestowania, krzywd z przeszłości, problemów teraźniejszych (szczególnie w kwestii zawodowych potyczek jednego z policjantów prowadzących śledztwo), osobowe i finansowe problemy policji, które mają chyba przybliżyć powieść zwykłemu zjadaczowi chleba, a tak naprawdę stanowią dodatkowy obciążnik, który z wielką siłą ciągnie powieść na samo dno.
Pominąwszy powolność akcji, jej rwanie realizowane za pomocą nieznośnie krótkich rozdzialików cała ta historia nie trzyma się kupy.
Drastyczne, psychopatyczne zamiłowanie mordercy do konstruowania kalekich ludzików z kasztanów jest tak marnym i tanim zabiegiem, że aż człowieka przechodzi dreszcz, który z biegiem czasu (a potrzeba go naprawdę dużo na ten rozbuchany rozmiarowo koszmarek literacki) przeradza się we współczucie.
Toporne, naiwne, pseudo psychologiczne tłumaczenie mordercy z jego zbrodni obezwładnia mnie swoją infantylnością i rodzi pytanie - jakim cudem znalazł się wydawca tej naiwnej, wydumanej i przekombinowanej opowieści? Czy naprawdę ze światem literackim jest już tak źle, że na decyzję wydawnictwa wpływa przede wszystkim popularność nazwiska autora?
Czy dobrze utkana historia nie ma już racji bytu? Wystarczy okładkowe wspomnienie, że autor był współscenarzystą popularnego serialu, by dać mu przyzwolenie na publikowanie? Litości.
Jednak do rzeczy. Czas pochylić się nad tym okazem.
Mamy więc seryjnego mordercę, który poza okrutnymi mordami zajmuje się też teatralizowaniem miejsc zbrodni poprzez dodawanie scenografii, której trwałym i powtarzalnym elementem jest wspomniany wcześniej kasztanowy ludzik.
Sprawę prowadzi para bardzo niedobranych policjantów, których różni wszystko, od płci począwszy, po kraj zamieszkania. Zabieganie o sympatię czytelnika opartą na antagonizmach jest dość wytarte, jednak zawsze się sprawdza. Tutaj mamy do czynienia z dziarską policjantką Thulin oraz relegowanym ze struktur międzynarodowych Hessem, kreowanym na postać outsidera, policjanta będącego ponad prawem, trochę szeryfa, trochę renegata. Drocząc się i walcząc, współpracując i czasem schodząc sobie z drogi te dwie zdolne, rzutkie policyjne charty ruszają w pościg za przebiegłym złoczyńcą. Ten bawi się z nimi pozostawiając na miejscach zbrodni kasztanowy tworek, na którym zawsze znajdują się odciski palców nastolatki, córki prominentnej polityk, która zaginęła jakiś czas temu.
Presja czasu, zainteresowanie opinii publicznej, a także widmo kontrolowania sprawy przez wysokich rangą polityków predestynuje policjantów do żmudnej i wykańczającej pracy.
Efekt miał być zaskoczeniem.
Cóż. Z tego co wiem książka spotkała się z życzliwym przyjęciem czytelników i należę do bardzo wąskiego grona osób zażenowanych fabułą. Wydaje mi się, że jestem w tym odosobniona i tworzę jednoosobowy klub. Okopuję się więc w mojej niechęci i dodam na koniec, że momentami czułam, że autor mniej lub bardziej celowo obraża czytelnika inteligencję (szczególnie na finał, gdzie wyjaśnia motywy seryjnego, a także zdradza jego tożsamość).
Cały czas nie mogę wyjść ze zdumienia, jakim cudem autorowi udało się znaleźć wydawcę.

Za egzemplarz książki dziękuję:


poniedziałek, 9 września 2019

Strofy o teatrze. Antologia [recenzja]

Wybór, opracowanie i posłowie Katarzyna Madoń i Piotr Mitzner
Wydawnictwo: Iskry 1982

Naprawdę warto spojrzeć na teatr oczami poety - uwypukli on wszystko to co dla poety widoczne, istotne, czami mroczne, kiedy indziej niepokojące. 
Na co więc zwracają uwagę poeci? - czy na osobę aktora, na scenę, uczucia, tło społeczne? Autorzy tomu dokonali podziału, który pokazuje teatr wielowymiarowo.
I, choć niektóre z wierszy brzmią śmiesznie, będąc silnie drewnianymi, jak choćby ten o warszawskim teatrze dworskim Adama Jarzębskiego, to większość nieźle się komponuje z wizją autorów opracowania.
Istnieje tu przedział dla hołdów, jakie oddają poeci ulubionym artystom scen polskich, m. in. Helenie Modrzejewskiej. Większość to jedynie mdłe wspomnienie kompletnie zapomnianych aktorskich talentów, które nie przetrwały próby czasu.
Znamienne, że większość utworów zawartych w tomie inspirowała się teatrem, powiedzmy delikatnie, niedoskonałym, z niedopracowaną scenografią, nie dość dobrym aktorem, nie potrafiącym stworzyć wrażenia obcowania z prawdziwą sztuką.
Niektórzy poeci szukali prawdy w teatrach wędrownych, których nomadyczni aktorzy występowali w miejscach nietypowych, niezwykłych dla sztuki teatralnej, jak choćby stodoła, próbując przekazać zwykłym ludziom, choć część swojej wrażliwości.
Inny nurt przedstawiony w zbiorze to marzenia o "teatrze ogromnym" jak u Wyspiańskiego, gdzie śmiałość i. wizjonerstwo twórców są największymi wartościami, podobnie jak ich reagowanie na pulsującą rzeczywistość, na mody i kaprysy odbiorców.
Zresztą, ważną część widowiska teatralnego - publiczność ma też swoje miejsce w antologii. Bilans poetyckich sympatii nie plasuje się jednak po ich stronie. Publika okazuje się być gnuśna, hałaśliwa (skarży się Słowacki w "Beniowskim", że nie podobają się jej rozwiązania dramaturga), grzmiąca wrzawą (Leon Jaruszewski "Do nieobecnej"), wątpiąca w talenta aktorskie (Anonim "Na aktora, dawniej balwierza" czy chudeusze u Artura Bartelsa w "Stronie ujemnej Warszawy").
Sam wybitny historyk sztuki, Karol Estreicher, chwycił za pióro, by w wierszu "Kraków narodowej sztuce" dać upust swym rozczarowaniom - trudnemu losowi artysty.
Na koniec szybka runda moich ulubionych autorów. Boy "?" - pochwała aktorki, podróżniczki i pisarski Jadwigi Mrozowskiej.
Słonimski "Adamita w teatrze" - o sile przeżycia teatralnego.
Szymborska "Buffo" - o miłości komediantów, a także o wrażeniach z teatru, tym co chwyta za gardło.
Tuwim "Minister i sztuka": "Pan minister się spóźnił na początek.
A gdy przyszedł - z oburzenia zbladł:
Podejrzany, niebezpieczny wątek...
Skonfiskować! Niech mają naukę!
... Pan minister się spóźnił na sztukę
O pięć minut i piętnaście lat." (1932)

By mieć zdanie w danej materii trzeba dużo wiedzieć, czytać, poznawać, konfrontować. Pieczołowicie zebrana antologia państwa Mitznerów to znakomite narzędzie w tej materii. Więcej takich!

sobota, 7 września 2019

Jan Kreczmar - Drugi notatnik aktora [recenzja]

Wydawnictwo PIW
Warszawa 1971

Uwielbiam wspomnienia aktorów. Najbardziej ze względu na anegdoty ze sceny. Kreczmar znakomicie w tym temacie.
Wspomina między innymi własne początki, gdy uciekał wzrokiem przed publiką - zarówno z tremy, jak i z ... obawy przed zezem do którego miał skłonność.
Kreczmar przypomina, że fatalne reżyserskie pomysły (koszmarne angażowanie psa w jednej ze sztuk Och-Teatru) z umieszczaniem na scenie zwierząt, mają długie tradycje. Sam grał w sztuce Władysława Anczyca "Kościuszko pod Racławicami" znienawidzoną przez siebie postać mdłego amanta, który dodatkowo krążył po scenie na białym koniu. Zwierzę na próbie generalnej, znudzone przeciągającą się akcją zmiotło ze sceny fragment scenografii.
Kreczmar co chwilę sypie anegdotami i ważnymi dla siebie wydarzeniami. Okazuje się, że "Pigmaliona" Shawa grali w latach 30. 133 razy, co i dziś oznaczałoby wielką popularność.
Wspomina on w pewnym momencie swoje zetknięcie z Marią Pawlikowską-Jasnorzewską, która przychodziła na próby własnej sztuki "Zalotnicy niebiescy", w której to sztuce Kreczmar grał Porucznika Kobuza. Jakież było jego rozczarowanie osobą wielkiej poetki. Otóż autorka eterycznej poezji była tylko "obrazem mieszczańskiego wyglądu starzejącej się kobiety". Pewnie dlatego wszyscy zaangażowani w sztukę aktorzy nazywali ją "ciocią Jasnorzewską".
Jest też króciutkie wspomnienie Ireny Solskiej, którą oglądał z widowni w "Zbrodni i karze", gdzie grała ona Katarzynę Iwanownę. Patrzenie na wielką aktorkę było jak "muśnięcie powiewu wielkiej sztuki aktorskiej".
Warto też wspomnieć Arnolda Szyfmana, wspaniałego dyrektora i reżysera teatralnego. We wspomnieniach Kreczmara jawi się jako prężny artysta, goniący wciąż za sukcesem frekwencyjnym, a co za tym idzie - finansowym. Był świetnym przykładem na to jak od wielkich ambicji artystycznych przechodziło się do mozolnej walki o powodzenie i trwanie danej sztuki.
Ważnym elementem wspomnień są wspaniałe fotografie dokumentujące ważne dla autora role. Zwracają uwagę bajecznymi pozami, kostiumami, scenografią (jak choćby ta ze "Snu nocy letniej" w reż. Leona Schillera).
Nie brak wspomnień najbardziej dekadenckich spektakli w których brał udział, tutaj prym wiodą "Dziady" Schillera, które były bardzo kosztowne ze względu na doangażowanie aktorów, tłum statystów i orkiestrę (od razu stanęły mi przed oczami 14-godzinne "Dziady" Michała Zadary sprzed kilku lat). Inna rzecz, że w XX - leciu międzywojennym aktorzy grający w sztukach współczesnych występowali we własnych frakach lub smokingach, było to dla marnie zarabiających adeptów sztuki nie lada wyzwanie. Tylko sztuki kostiumowe, historyczne doposażane byłī w "państwowe" kostiumy.
We wspomnieniach Kreczmara pojawia się sam wielki Edward Gordon Craig, który swego czasu odwiedził Warszawę. Zasiadł on w teatralnej loży z Schillerem i oglądał "Judasza", by podziwiać 60. lecie pracy twórczej znakomitego Ludwika Solskiego. Po spektaklu powiedział ponoć, że to fenomenalne grać tyle lat i wciąż tak źle...
Kreczmar chwali w swoich wspomnieniach Jarosława Iwaszkiewicza, którego "Lato w Nohant" grano jak na tamte warunki bardzo długo, bo ponad pięć miesięcy. Uważano ogólnie Iwaszkiewicza za pełnego humoru i wzruszająco gościnnego.
W końcowej części wspomnień poświęca autor wiele miejsca swemu dyrektorowi, Arnoldowi Szyfmanowi. Pisze o Szyfmanie "dnia codziennego": troszczącego się o teatralne gospodarstwo, nerwowego, ruchliwego, nieustannie czujnie kontrolującego pracę i każdy szczegół w teatralnej machinie. Wszystkie składowe dzieła teatralnego były dla niego jednakowo ważne, żądał więc od współpracowników, poprawiania niedociągnięć - od aktora do teatralnego krawca. Cechowała go żelazna wola, chłód, trzeźwy obiektywizm, co nie przysparzało mu przyjaciół. Oddawał się pracy, trudnym zadaniom, toteż w teatrze Szyfmana wszystko szło jak w zegarku, organizacja pracy była wzorowa.
Zaskoczeniem było dla mnie... wspomnienie Zbyszka Cybulskiego. Kreczmar przyznaje, że początkowo miał o nim jak najgorsze zdanie i kiepskie relacje, jednak z biegiem czasu objawił się mu jako inteligentny, nonkonformistyczny talent obserwacyjny.
W końcowej części wspomnień pisze też Kreczmar o wartości metody Stanisławskiego, o tym, co z jego spuścizny jest trwałe i aktualne. Rozważa też aktualne (stan na 1964 rok) problemy aktorstwa i teatru, próbuje analizować polską sztukę aktorską powojenną, a także odnosi się do metody Grotowskiego (choć jak sam podkreśla w sposób "nieuczony").
I już zupełnie na finał daje Kreczmar wskazówki do gry aktorskiej, czerpiąc ze swego bogatego repertuaru. Posiłkując się własnymi rolami, np. Fantazego czy Horsztyńskiego, daje rady dotyczące warsztatu i przygotowania do ról.
Niezwykłą podróżą są wspomnienia Kreczmara, pokazują przede wszystkim trudy i radości aktorskiego fachu, ale też dają wiedzę o dawno minionych ludziach i obyczajach, Niezwykle cenna lekcja dla tych, którzy potrafią poddać się refleksji.

czwartek, 5 września 2019

Wiktor Suworow - Akwarium [recenzja]

Przekład: Andrzej Mietkowski
Editions - Spotkania
Paris - Warszawa 1990

W świecie radzieckich szpiegów nic nie jest takim jakim się początkowo wydaje. Fabryka części do traktorów to tak naprawdę jednostka zbrojeniowa, która niejako przy okazji produkuje też części dla ciągników. Jedno z najcięższych więzień kryje w swym wnętrzu ściśle tajny obóz szkoleniowy dla radzieckich szpiegów z GRU.
Wiktor Suworow, a raczej były szpieg ukrywający się pod tym pseudonimem, opowiada swojemu czytelnikowi drogę jaką przebył od kołochoźniczego sprzedawcy arbuzów (według mnie ten fragment to najlepsza część książki, nie tylko fabularnie, ale też językowo), po dowódcę czołgu, aż po sam Olimp radzieckich służb - bycie agentem specjalnym w placówkach dyplomatycznych zachodniej Europy.
I, choć dla postronnych jego praca była elitarna, sam miał o niej gorsze zdanie - poza okazjonalnym werbowaniem współpracowników, każdego dnia wykonywał niebezpieczną i niegratyfikowaną pracę "charta" - ubezpieczanie akcji wyższych rangą i zadaniami oficerów.
Zresztą, cała jego droga na szczyt opowieść o morderczej, tytanicznej pracy, która opierała się na sprawności fizycznej (skoki z pędzącego pociągu, mostu, ze spadochronem), psychicznej (testy, walki charakterologiczne), nauce języków (conajmniej dwa), pamięciowego opanowywania amerykańskich baz w Europie, a także walki wręcz, nie tylko z ludźmi, ale też ze zwierzętami.
Ogrom programu szkoleniowego, jego "finezja", pomysłowość oficerów prowadzących naukę, nie miała granic.
Brak życia prywatnego, ciągła inwigilacja, wieczne sprawdzanie kandydatów pod kątem ich lojalności, poświęcenia i prawdomówności nie miały końca. Donoszenie, pisanie raportów, brak zaufania wśród współpracowników - oto codzienność Suworowa szpiega i jemu podobnych.
Poraża w tej relacji nieustająca tymczasowość i wieczne poczucie zawieszenia. Nigdy nie wiadomo kiedy na szczytach władzy nastąpi tąpnięcie, które przyniesie zmianę kierownictwa, a co za tym idzie strącenie w niebyt całych zastępów protegowanych zdymisjonowanych dowódców.
Elektryzuje czytelnika wyścig sił jaki prezentuje KGB i GRU. Powala bogactwo i hojność przekupujących agentów.
Jednocześnie Suworow z przekąsem i ironią pisze o oddaniu służbie - po prostu nie było innego wyjścia: z Akwarium, czyli najważniejszej jednostki najwyższego pionu GRU nie ma wyjścia, chyba, że przez komin...
Suworow uciekł na Zachód. Ciąży na nim wyrok śmierci za zdradę narodu. Czy może spać spokojnie mając w pamięci własną przeszłość?
Czy może nadto ubarwił własne wspomnienia, przygody, akcje w których brał udział?
Papier wszystko przyjmie, nawet najdziwniejszą prawdę.