niedziela, 14 czerwca 2026

Maryla Szymiczkowa - Tajemnica domu Helclów [recenzja]

 

Wydawnictwo Znak

Litera Nova

Kraków 2025


Wspaniała okładka projektu Kiry Pietrek nie raz powodowała, że zamykałam książkę wracając do obwoluty właśnie. Tajemnica, mrok, pastisz, przepych jako składowe tej ilustracyjnej kompozycji z typografią podkreślającą retro tematykę powieści są do niej najlepszym wprowadzeniem.

Dalej jest Kraków, jego dorożki, błocko utrudniające mieszczańskie życie w deszczowe dni, a także cała potęga galicyjskiego towarzystwa, w którym zmienne wiatry wymagają coraz to nowych dyplomatycznych zabiegów. Powracające i cofające się fale popularności wymagają od mieszkańców ciągłego obserwowania przyjaciół i wrogów, bo nigdy nie wiadomo, kogo jakim tytułem będzie można określać w danym czasie. Strasznie dużo energii musiało kosztować trwanie w rankingach popularności i rozpoznawalności krakusów. Na tym podłożu i w tych okolicznościach swą niespożytą energią chwali się profesorowa Szczupaczyńska. Dzięki świeżo zdobytemu przez męża tytułowi rościła ona sobie prawa do społecznego awansu, a skoro miała prawo, zaczęła z niego raźno korzystać. Jak? Pojawiając się w teatrze, uczestnicząc z zbiórkach charytatywnych, odważając się nawet na tworzenie własnych loterii na rzecz potrzebujących.

W trakcie poszukiwań patronów swoich działań trafia do domu starości w pałacu Helclów, mając nadzieję na pozyskanie znaczących nazwisk do swoich działań. Tam, zupełnym przypadkiem trafia w chwili, gdy jedna z pensjonariuszek pada ofiarą morderstwa. I tutaj zaczyna się przygoda życia profesorowej: ze swadą i zaangażowaniem zaczyna prywatne śledztwo, które prowadzone jest pośród żądlących i opancerzonych podejrzanych. Wśród, potraktowanego z przymrużeniem oka, krakowskiego mieszczaństwa profesorowa bada i tworzy własny styl detektywistycznej roboty, często ubrany w ironiczny i błyskotliwy głos. 

Mierząc się z niechęcią c.k. aparatu policyjnego, z szowinizmem, mając na głowie kolejno zatrudniane służące, opracowywanie menu na nadchodzące tygodnie Szczupaczyńska dziarsko i z odwagą notuje w notesie kolejne skróty myślowe.

I, choć sama intryga jest interesująca to dla mnie po wielokroć większą wartość na inteligencja i wiedza Autorów, którzy czynią z tej powieści okazję do pochwalenia się własną erudycją, znajomością prasy i historii cesarskiego Krakowa. Wspaniały jest ich dystans, językowa swada, sięganie po przepyszne archaizmy w rodzaju antyszambrowania. 

Pyszna zabawa. Pyszna!


sobota, 13 czerwca 2026

Marta Grzywacz - Radość soboty. Archiwum życia i śmierci [recenzja]

 

Wydawnictwo: Czarne

Wołowiec 2025


Emanuel Ringelblum to dla mnie bardzo ważna postać historyczna. Deklaracja cokolwiek niepopularna w dzisiejszym świecie, jednak całkowicie prawdziwa i niewzruszenie niezmienna.

15 grudnia 1940. Hersz Wasser, sekretarz Oneg Szabat pisze: "Dziś jest pierwsza rocznica mojego ślubu - podarowałem mojej Blimele mój sen o pokoju i sny o szczęściu dla wszystkich ludzi. Na następna rocznicę chciałby jej już zrobić prezent ze zrealizowanych fantazji". Bardzo mnie porusza ten wpis. Z jednej strony wiem jak skończy się praca i historia całej organizacji, z drugiej wiem też, że zarówno Hersz, jego żona Bluma, jak i Rachela Auerbach, jako jedyni członkowie Oneg Szabat przeżyją wojnę. Poza tym przetrwają zbiory archiwalne, których lokalizację Hersz wskaże po wojnie.

Nieludzki, niewyobrażalny czas, o którym napisano tak wiele, o którym wciąż powinniśmy pamiętać, ku przestrodze, ale przede wszystkim ku pamięci ofiar.

Autorka pisze swoją wersję tej historii skupiając się na ludziach, którzy ją tworzyli. To najbezpieczniejsze, ale też najlepsze podejście, ponieważ zaczynając od ich biografii, wyborów życiowych,  dróg zawodowych, pochodzenia, mamy pełniejszy obraz. 

Podziemne archiwum getta tworzyło ponad 50 osób (w tym kopiści, maszynistki, pracownicy techniczni). Byli to ludzie o bardzo różnych wykształceniu, światopoglądzie. Biedni i pochodzący z elit, religijni i zasymilowani, kochający język jidysz i lewicowcy, pracujący w grochowski kibucu. Jak pisał Ringelblum, byli jednolitą korporacją, połączonych jedną ideą. Tą ideą było zobrazowanie i zachowanie dla potomnych życia w getcie.

Trzeba oddać Autorce, że prowadzi swoich czytelników w płynny, naturalny sposób, zostawiając uwagę przy kolejnych postaciach, dając czas na ich poznanie i moment na empatyzowanie z nimi. 

Jest skrupulatna, pracująca ze źródłami, zaangażowana w przedstawianą sprawę. Nawet całą książkę dedykuje nieznanemu sobie Nachumowie Grzywaczowi, w przypadku którego zbieżność nazwisk jest przypadkowa. Pielęgnując i przekazując dalej dzieło Oneg Szabat wpisuje się w wielowiekową archiwistyczną tradycję, ale, co ważniejsze z perspektywy tej konkretnej opowieści, kontynuuje ideę Ringielbluma, który chciał, by ludzie wiedzieli, by pamiętali.


wtorek, 9 czerwca 2026

Alicja Kobza - Graficzki. Nieopowiedziane historie polskich projektantek grafiki użytkowej 1945-1989 [recenzja]

 

Wydawnictwo Karakter

Kraków 2026


Liliana (Baczewska) Lampert w liście z Kanady do Henryka Tomaszewskiego: "(...) straciłam resztkę wiary w swoje możliwości TFUrcze. Znów ten sam problem - nikt tego nie potrzebuje, nie mam żadnego dopingu, a widocznie mam za słaby charakter, żeby sama iść pod prąd".

Ten cytat dobrze oddaje nastrój jakim hojnie ulegają kolejne bohaterki tej niezwykłej książki. Bożena Janowska w pierwszych słowach wywiadu powiedziała: "Myślałam, że już nie istnieję". Porażające, jak bardzo twórczynie grafiki użytkowej z czasów PRL-u były pomijane w annałach, jak bardzo nie poświęcano ich twórczości uwagi. W publikacjach dotyczących tamtych lat dominuje (drastycznie wręcz) twórczość mężczyzn.

Alicja Kobza, Autorka tej publikacji, a także absolwentka Wydziału Grafiki ASP w Warszawie zapragnęła poznać zapomniane artystki, a także wyrazić swoją niezgodę na wykluczanie twórczości kobiet ze zbiorowych narracji. I tak rozpoczęła pracę badawczą, w której poznawała i gromadziła informacje, kompletowała archiwum dzieł. 

Bo trzeba wam wiedzieć, że zbiór ten gromadzi wspaniałe prace plakacistek, projektantek okładek książek, płyt winylowych. Jest tam moc prac autorek znaków graficznych, opakowań, materiałów promocyjnych, reklamowych.

W swoich wyborach Autorka skupiła się na wyodrębnieniu tych graficzek, których twórczość bogata i różnorodna jest najlepiej zachowana, a ich działania różnorodne. Co istotne, większość z nich związana była z Warszawą. Obok szkiców biograficznych są rozmowy z ich bliskimi, ich wspomnienia. A co najwspanialsze, są reprodukcje dzieł, artefakty mówiące tak wiele, tak pięknie! Pokazujące, że wyobraźnia, kreatywność, sposób patrzenia na świat, inteligencja, dystans, dowcip i wielka ciekawość świata tworzyły te wyjątkowe postawy twórcze. Nie sposób oderwać się od tej książki. Nie sposób przestać patrzeć na wspaniałe, niepowtarzalne, urzekające i zachwycające prace, tak pięknie zróżnicowane stylistycznie i formalnie, często z widocznym wypracowaniem własnego, rozpoznawalnego języka twórczego.

Książka mówi przede wszystkim o zawodowej stronie życia bohaterek, ale jest jeszcze ta prywatna: skomplikowana i dojmująca - opowieść o wyborach, barierach, problemach. O tym, że prócz pracy twórczej musiały, przede wszystkim, znaleźć czas na rodzinę, dzieci, zarobek, a w chwilach wolnych od codzienności, poświęcały się sztuce. Często nie mając na to dobrych warunków lokalowych. Graficzki ulegały hierarchizacji płci - jako niby predestynowane do określonych ról społecznych miały mocno pod górkę w świecie sztuki. Dźwigały wiele etatów: obowiązki domowe, w których mężczyźni - artyści zwykle nie brali udziału, praca zarobkowa, wychowywanie dzieci. Do tego dochodziła jeszcze niechęć zmaskulinizowanego środowiska, które nieskoro dopuszczało kobiety do niektórych profesji artystycznych i technicznych. Jak pisze Małgorzata Fidelis w książce "Kobiety w Polsce 1945-1989. Nowoczesność, równouprawnienie, komunizm": "Napięcie pomiędzy obietnicą równouprawnienia a praktyką dyskryminacji ze względu na płeć stanowiło być może najgłębszą i najtrwalszą ambiwalencję komunistycznej polityki". 

Autorka chce odzyskać historie swoich bohaterek, oddać im należne w sztuce miejsce. Ich język wizualny, dorobek, jest elementem polskiej szkoły graficznej. Dlatego też każdy powinien zajrzeć do tej książki, by mieć szansę na obcowanie z tą wspaniałą, znamienitą sztuką. Bardzo polecam!

czwartek, 28 maja 2026

Wit Szostak - Suche strugi [recenzja]

 

Wydawnictwo: Powergraph

Warszawa 2026


Nie mogłam zasnąć. Skończyłam czytać "Suche strugi", które tak mocno mnie poruszyły, że długo jeszcze nie byłam w stanie zmrużyć oka. Pod powiekami przesuwały się kolejne postaci i wątki i finał, którego nie zdradzę i wszystkie te sytuacje z powieści, które dzięki niemu nabrały zupełnie nowego znaczenia i wymiaru.

Bardzo cenię literaturę, która porusza, daje do myślenia, czasem jest niewygodna, czasem powoduje czytelniczą udrękę, czasem jest zagadką, a czasem usypia czujność, by w najmniej spodziewanym momencie rozbić w puch całą złudną pewność jakiej nabrał czytelnik w swej naiwności (a może pewności siebie).

"Mam tylko na policzkach suche strugi, bruzdy po łzach, których zabrakło już dawno temu" - cytat ten, będący najbardziej literalnym odniesieniem do tytułu tłumaczy wiele. Opowiadając o życiu pełnym goryczy, trudu, okupionym cierpieniami, które przyszły wraz z historią światową i jej okrucieństwami. Wraz z bohaterami trafiamy na krakowskiej Podgórze, dzielnicę, która w czasie II wojny była przeznaczona na getto. Jednak w czasie, w którym my poznajemy całą topografię ludzi i ich uczuć jest 1980 rok. Stara kobieta każdego dnia przychodzi patrzeć na ruiny swojego starego domu, z którego zostało kilka ścian, odpadające tynki, łuszcząca się farba, odrapane sufity. Siedząc na stercie desek, będąc mijaną przez kolejnych przechodniów zaczyna snuć opowieść o mieszkańcach podgórzańskiej kamienicy, ich codziennościach. Wspomina lutnika mieszkajacego na strychu, tajemniczą redaktorkę, która co chwilę znika za Wisłą. Felicję i jej współlokatorkę, mówi też o swojej rodzinie: mężu lekarzu, córce skrzypaczce, siebie, nazywając "Nieistotną".

Konfrontacja z pamięcią, jej odgruzowywanie, czasem niechętne, czasem z ukrytym przesłaniem, czasem celowym przemilczeniem są rodzajem gry, w której czytelnik musi zmierzyć się z meandrami wspomnień i zadecydować, którym zaufać. Bo czytelnik w całej powieści ma wielkie zadanie - nie dać uśpić czujności, nie poddać się spokojnemu, niespiesznemu procesowi opowiadania. Musi uważać na drobne szczegóły, małe znaki, które kryją prawdę. To rodzaj wyzwania, ale i próby - na ile zaufa Autorowi, na ile poradzi sobie ze narzuconym przezeń stylem? 

Codzienność bohaterów rozpisana na różne lata, w różnych latach miała inne natężenie i uważność: zupełnie inaczej wyglądało życie mieszkańców w latach 50., jeszcze inaczej w 80., również końcówka wieku XX miała inne tempo i charakterystykę. Towarzysząc opowieści o ludziach i historii, o małych sprawach, powszedniości życia poznajemy niuanse, ale też, z rosnącą świadomością wiemy czemu podejmowali kolejne wybory i jak toczyły się ich losy. Jest tu bardzo skondensowana i, siłą rzeczy, uproszczony obraz wycinka polskiej historii, ubrany w najbardziej charakterystyczne jej momenty i potoczne myślenie o niej. Brzmi zagadkowo? Nie. 

Chcąc pisać o narratorce tej powieści trzeba zadać sobie pytanie. Jedno. Jak wygląda rzeczywistość kobiety, która poświęca swoją zawodową ścieżkę, by być w oddaniu dla spraw męża i córki? Jak intrygująca może być jej opowieść. Wymaga to uważności i pełnego oddania słuchacza, ale, dzięki językowi i narracji Szostaka wiemy, że największa akcenty trzeba kłaść na słowa i zdania, które nigdy nie padły. Helena, bo tak ma na imię, żyje w tajemnicy, mówiąc nam o sobie tyle tylko ile chce nam powiedzieć, określa się jedynie poprzez swoich bliskich, jakby sama była niewystarczająca. Jest tajemnicza i co chwilę oddala od siebie uwagę, przekierowując nasze, czytelnicze oczy na kolejnych sąsiadów i ich życiorysy. Odwraca uwagę, ale im bardziej to robi, tym bardziej chcę ją poznać, dowiedzieć się co przed nami ukrywa. I czy ukrywa? Bo może tylko manipuluje moją uwagą?

Szostak ma wielką wyobraźnię. Ma solidne podstawy do opowiadania historii i mocowania ich w kontekstach, formach, sytuacjach. Językowo jest znakomity, potrafiąc żonglować konwencjami, umiarem i nadmiarem, stereotypami, manierami, standardami. Ma wszystko, by być wspaniałym pisarzem, którym przecież jest. 

Dziękuję za te wzruszenia i poruszenia. Będę czekać na kolejną Pana książkę.




sobota, 16 maja 2026

Karolina Dzimira-Zarzycka - Własne pracownia. Gdzie tworzyły artystki przełomu wieków [recenzja]


Wydawnictwo Marginesy

Warszawa 2025

Wydawnictwo Marginesy

Warszawa 2025


Lokal powinien być obszerny, wysoki, by zmieścić płótna i objąć je wzrokiem. Musi być jasny, by twarze i przedmioty miały właściwe refleksy. Otwory okienne winne dawać równomierne i niezbyt ostre światło, stąd najlepiej okno północne połączone z dachowym. Idealnie byłoby mieć puszysty dywan i makartowski bukiet (choć te dwa ostatnie doprowadzały do pasji Konopnicką, uważającą, że to pozerska zagrywka). Do tego: paleta, sztaluga, pudło z farbami, wazon na pędzle, wiadro, zapas ścierek, fartuch, szpachla do czyszczenia palety, zapas terpentyny. Idealnym dopełnieniem byłby składzik na blejtramy, kostiumy (mógłby też służyć jako miejsce do przebierania dla modeli). Do tego podest do ustawienia modela, ładny materiał na tło, drabina, piecyk. Nie można zapomnieć o kosztach związanych z opałem. 

Jeśli udało się znaleźć takie miejsce na pracownie (jeśli miało się na nie fundusze), często pozostawał problem związany z najmem. Samotna kobieta, artystka, malarka miała nikłe szanse na wynajęcie pracowni. 

Tyle trosk, a przecież jeszcze zdobywanie zleceń, przypominanie o sobie "na mieście", często w prasie, no i dbanie o równe traktowanie, w którym płeć nie rzutuje na postrzeganie talentu. Trudności jakie co chwilę napotykały kobiety Artystki jest niezmierzona: wszystko mogło być problemem - od samotnego malowania pejzaży po zazdrość partnera. Siła charakteru, emancypacyjny zew, a także niezłomność i determinacja, oto pierwsze skojarzenia jakie mam z bohaterkami tej opowieści.

Autorka w benedyktyńskiej wręcz pracy, której efektem jest wiele ciekawostek, szczegółów z życia przedstawionych Artystek. Kwerendy, badania dokumentów, współprace z archiwami, muzeami, musiały kosztować wiele poświęceń i czasu. Wybrzmiewa to w pietyzmie jaki charakteryzuje ta publikacja.

Bronisława Poświkowa (prywatnie matka Ireny Solskiej), Aniela Pająkówna, Brosnisława Rychter-Janowska, Anna Bilińska, siostry Bierkowskie, Józefa Geppert, Tola Certowiczówna, Teresa Fedorowna Fies, Zofia Stankiewiczówna, oto niektóre z bohaterek. Prawdziwych bohaterek - bo realizacja pasji i talentu była dla nich wyzwaniem, trudnością i sytuacją w której musiały walczyć o swoje prawa.

I, choć wiele książek o tej tematyce już powstało, miałam dużą przyjemność z lektury.

Holly Ringland - Siedem skór Esther Wilding [recenzja]


Przekład: Ewa Penksyk-Kluczkowska

Wydawnictwo Marginesy

Warszawa 2025


Rodzinna tragedia, lata radzenia sobie z traumą zaginięcia. Bo głównym wątkiem tej powieści jest życie Esther po zniknięciu w morzu jej siostry, Aury. Ciężka, pełna niewyobrażalnego żalu i smutku atmosfera, gdzie gesty, ton głosu próbują zapanować nad stratą, nieprzeżytą żałobą.

Esther poznajemy w dniu, w którym ma się spotkać z rodziną. Rodziną, która w bólu, udręce i tęsknocie stoi nad przepaścią. Sama Esther, zdruzgotana wyborem siostry, porzuciła studia, zaczęła pić, uprawiać przygodny seks, utrzymuje się z pracy na zmywaku, nie mając siły i ochoty na inne życie. Rodzice proszą ją by pojechała do Danii, miejsca w którym Aura studiowała, miejsca, które ja zmieniło, bo, jak zauważył, od czasów Kopenhagi była inna, nieobecna. Odkrywają pamiętnik, który ma część zwaną "Siedem skór". To baśniowy sposób opowiadania historii. Do każdej została dobrana inna ilustracja i wers. Aura pojechała do Danii studiować mity i baśnie, bo to miało pomóc jej odnaleźć sens i życiowy cel. 

Aura żyła opowieściami, zatracała się w nich. A w świecie mitologicznym, folklorystycznym siedem miało wielką moc.

Esther odbywa zatem na poły nostalgiczną, na poły detektywistyczną podróż śladami siostry, przez miejsca i ludzi, którzy byli częścią jej duńskiego życia. Dzięki temu powoli wchodzi w żałobę, a także zaczyna składać Aurę w pełnowymiarową postać jaka ukształtowała się w dorosłości. Uległa ona legendzie o Selce - istocie ludzkiej, która zginęła tonąc w morzu. Aura chciała uwolnić się od wstydu i poczucia winy za młodocianą ciążę.

Jest tu tyle wysiłkowego próbowania bycia światłą Autorką, z wiedzą, przemyślaniami, które ubierane są w mitologiczne kostiumy lub w wątek powieści drogi. Przekombinowane, drewniane, obnażające braki warsztatowe. Nie chcę brnąć w to dalej. Umęczyłam się.

niedziela, 10 maja 2026

Carolyn Boyd - Bon appétit! Jak zjeść Francję [recenzja]

 

Przekład: Natalia Mętrak - Ruda

Wydawnictwo WAB

Warszawa 2026


Czuję głód. Zawsze gdy czytam tę książkę. Autorka ze swobodą, pasją i zaangażowaniem pisze o kuchni poszczególnych regionów Francji, dodając wspomnienia potraw i uczt w jakich brała udział, tak, że nie sposób nabrać ochoty na skosztowanie. 

Francuska sztuka kulinarna na trwałe zapisała się w historii:  pięć sosów Escoffiera, będących podstawą wielu dań, proustowska magdalenka, tarta tatin, a nawet jedzenie z puszki, które wynalazł w czasie wypraw napoleońskich cukiernik Nicolas Appert. Mnogość dań jest oszałamiająca: od płonących naleśników po kurczaka gotowanego w świńskim pęcherzu, ślimaków, sałatki z glonów czy bretońskiego hot doga, czyli kiełbasy w gryczanym naleśniku.

Do tego dbałość o tradycję (wiele spośród lokalnych przedsiębiorstw przechodzi z pokolenia na pokolenie: od piekarni po wytwórnie makaroników). Rolnicy zrzeszają się w kooperatywy i stowarzyszenia walcząc z zalewającą kraj importowaną żywnością marnej jakości. Na szczęście Francuzi wspierają małe firmy, kupują na lokalnych targach lub bezpośrednio od producentów (szczególnie warzywa i owoce), a także odwiedzają muzea poświęcone lokalnym wyrobom (jako pierwsze przychodzi mi na myśl muzeum camemberta), czy też zrzeszają się w bractwach, np. Bractwie Cykorii z Saint - Omer i Bractwo Kalafiora, także stamtąd. W Normandii w październiku świętują zbiory jabłek, a przy okazji wychwalają cydr i sery. 

Autorka zwraca uwagę na niektóre z problemów z jakimi borykają się producenci. Poza wspominaną wcześniej konkurencją wynikającą z importu, pojawiają się susza, globalne ocieplenie, które zubożają populację ryb, małży i muli. w Normandii podwyższająca się stale temp. wody sprzyja rozwojowi jeżokraba, który zaś negatywnie wpływa na powyższe. 

W swej podróży po Francji poszukuje i podkreśla rolę kobiet w całym procesie. W Burgundii na przykład żony właścicieli winnic opiekują się porzeczkowymi likierami, przechowują receptury. W Grand Est producentka dżemu, który nazywa się: caviar de Bar-le-Duc, posługuje się recepturą z 1344 roku. Gęsim piórem wyciąga z każdego owocu porzeczki pojedyncze ziarna, jednocześnie dbając o nienaruszenie struktury owocu.

Francuzi kochają podroby, mają własne określenie na wycieranie chlebem talerza z resztkami sosu  (saucer), mają bagietkę, która od 2022 jest na liście niematerialnego dziedzictwa UNESCO, mają wina, szampany, winiaki, likiery. Szeroką linię brzegową z całym morzem glonów i skorupiaków, mają musztardę dijon i wielkie pola gorczycy. Wiele historii tłumaczących genezę danego dana jest zmyślonych, inne pochodzą z czasów rzymskich, inne powstały przy okazji lub są dziełem rozpaczy i braku składnika w kuchni. Są takie przepisy, które powstały u Stanisława Leszczyńskiego, są i takie, które najlepiej podsumowuje wypowiedź Paula Bocure. Oto ona: "Gdy architekt popełnia błąd, sadzi bluszcz, żeby go ukryć. Kiedy lekarz popełnia błąd, przykrywa go ziemią. Kiedy kucharz popełnia błąd, polewa go sosem i oznajmia, że to nowy przepis". 

Książka Carolyn Boyd to hołd oddany francuskiej historii i kulturze kulinarnej. Jej twórcom, producentom i odbiorcom. Proste, a jednak głębokie przyjemności płynące z jedzenia, bycia razem, ucztowania i doświadczania tych wszystkich receptur, które dziedziczą kolejne pokolenia. 

Smakowite doświadczenie.