wtorek, 4 marca 2014

Magdalena Grzebałkowska - Beksińscy. Portret podwójny [recenzja]

Lektura tej książki nastręczyła mi wielu trudności. Poznawanie życia dwóch tak silnych, tak ogromnie trudnych osobowości, wymagało czasu i częstego odchodzenia od książki (dla komfortu psychicznego). O ile strony poświęcone Zdzisławowi Beksińskiemu były w pewien sposób ciekawe (choćby ze względu na historię rodziny, specyficzny nerw twórczy i niepokój jakie go całe życie trawiły, a także ze względu na sposób radzenia sobie z własnymi demonami poprzez przekładanie je na obrazy), to zaznajamianie się z ustępami poświęconymi Tomaszowi Beksińskiemu były dla mnie udręką. Przeraziły mnie zapisy z rozmów tzw. dziennika fonicznego prowadzonego w rodzinie. Już w dzieciństwie dał się on poznać jako niepokojący i trudny charakter. Z biegiem lat (i stron) mój dyskomfort wynikający z poznawania sposobu życia Tomasza, jego wyborów tylko się pogłębił.
Nigdy nie należałam do zwolenniczek malarstwa Beksińskiego seniora. Zbyt mroczne i złowrogie były jego wizje. Nie wyobrażam sobie dorastania w miejscu pełnym tych ponurych płócien...
Najpełniej i zarazem najkrócej o panach Beksińskich wypowiedział się krytyk Tadeusz Nyczek: Moja prymitywna teoria - Zdzisław wypluwał demony z siebie na obrazy. A Tomek nie. W nim to wszystko siedziało w środku.Był potworem nie do opanowania od dzieciństwa. Już jako nastoletni chłopak próbował popełnić samobójstwo, potem wydrukował i rozwiesił w mieście własne nekrologi. Autodestrukcja miała tu różne oblicza.
Oj, nie jest to sielankowa saga rodzinna.
Pominąwszy trudny temat omawianej książki, na uwagę zasługuje jej autorka, która potrafiła zebrać wiele tropów, utrzymać wiele wątków i stworzyć z nich spójną całość, wyróżniającą się rzetelnym, dobrym stylem.
Ta książka, a raczej jej bohaterowie, mogą budzić kontrowersje. Jej autorka zaś, budzi szacunek i poważanie.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza