sobota, 13 czerwca 2026

Marta Grzywacz - Radość soboty. Archiwum życia i śmierci [recenzja]

 

Wydawnictwo: Czarne

Wołowiec 2025


Emanuel Ringelblum to dla mnie bardzo ważna postać historyczna. Deklaracja cokolwiek niepopularna w dzisiejszym świecie, jednak całkowicie prawdziwa i niewzruszenie niezmienna.

15 grudnia 1940. Hersz Wasser, sekretarz Oneg Szabat pisze: "Dziś jest pierwsza rocznica mojego ślubu - podarowałem mojej Blimele mój sen o pokoju i sny o szczęściu dla wszystkich ludzi. Na następna rocznicę chciałby jej już zrobić prezent ze zrealizowanych fantazji". Bardzo mnie porusza ten wpis. Z jednej strony wiem jak skończy się praca i historia całej organizacji, z drugiej wiem też, że zarówno Hersz, jego żona Bluma, jak i Rachela Auerbach, jako jedyni członkowie Oneg Szabat przeżyją wojnę. Poza tym przetrwają zbiory archiwalne, których lokalizację Hersz wskaże po wojnie.

Nieludzki, niewyobrażalny czas, o którym napisano tak wiele, o którym wciąż powinniśmy pamiętać, ku przestrodze, ale przede wszystkim ku pamięci ofiar.

Autorka pisze swoją wersję tej historii skupiając się na ludziach, którzy ją tworzyli. To najbezpieczniejsze, ale też najlepsze podejście, ponieważ zaczynając od ich biografii, wyborów życiowych,  dróg zawodowych, pochodzenia, mamy pełniejszy obraz. 

Podziemne archiwum getta tworzyło ponad 50 osób (w tym kopiści, maszynistki, pracownicy techniczni). Byli to ludzie o bardzo różnych wykształceniu, światopoglądzie. Biedni i pochodzący z elit, religijni i zasymilowani, kochający język jidysz i lewicowcy, pracujący w grochowski kibucu. Jak pisał Ringelblum, byli jednolitą korporacją, połączonych jedną ideą. Tą ideą było zobrazowanie i zachowanie dla potomnych życia w getcie.

Trzeba oddać Autorce, że prowadzi swoich czytelników w płynny, naturalny sposób, zostawiając uwagę przy kolejnych postaciach, dając czas na ich poznanie i moment na empatyzowanie z nimi. 

Jest skrupulatna, pracująca ze źródłami, zaangażowana w przedstawianą sprawę. Nawet całą książkę dedykuje nieznanemu sobie Nachumowie Grzywaczowi, w przypadku którego zbieżność nazwisk jest przypadkowa. Pielęgnując i przekazując dalej dzieło Oneg Szabat wpisuje się w wielowiekową archiwistyczną tradycję, ale, co ważniejsze z perspektywy tej konkretnej opowieści, kontynuuje ideę Ringielbluma, który chciał, by ludzie wiedzieli, by pamiętali.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz