piątek, 17 lipca 2015

Elsa Triolet - Antoni Czechow. Jego życie i twórczość [recenzja]

Debiutował w małych pisemkach humorystycznych, w których podpisywał się: Antosza Chechonte, Człowiek bez żółci, Brat swojego brata
W dzieciństwie nie miałem dzieciństwa - mówił zagadywany o najdalszą przeszłość. Ojciec, surowy i wymagający właściciel maleńkiego sklepu kolonialnego, upór i bezwzględność odziedziczył po własnym rodzicielu, który był zwykłym chłopem pańszczyźnianym. 
Całe dzieciństwo, młode życie, różne koleje losu ukształtowały Czechowa pisarza. Znakomity, pierwszorzędny zmysł obserwacyjny stanowi o wielkości twórcy. U Czechowa wielka kariera zaczęła się po opublikowaniu opowiadania Step. Z jednej strony był to zasłużony sukces i odkrycie nadzwyczajnego talentu, z drugiej zaś ciemna strona sławy: poczucie odpowiedzialności, zazdrość innych literatów, ciągłe obrony własnego zdania, wdawanie się w dyskusje...
Elsa Triolet nawet stara się być bezstronną, obiektywną historiografką Czechowa. Nie zawsze jej to jednak wychodzi. Podaje ona wiele ciekawych faktów z życia pisarza, zarysowuje fabułę co ważniejszych opowiadań, ale z każdego niemal akapitu wyziera szacunek, podziw i sympatia zarówno do dzieł, jak i ich autora. Dzięki Triolet chodzi na jaw szereg związków pomiędzy rzeczywistością zawartą w twórczości, a faktycznym otoczeniem Czechowa. Okazuje się, że w miłości był on skryty, bojaźliwy, w przyjaźni zaś - oddany, wierny. Żywił wielki szacunek do nauki, przez wiele lat oddawał się zresztą wyuczonemu zawodowi - w swym wiejskim domu w Mielichowie stał się domowym lekarzem dla okolicznych mieszkańców.
Był wielkim społecznikiem: wybudował kilka szkół, izbę chorych, wieże strażackie. Fakt ów zdumiewa, gdyż sam był ciężko chory na gruźlicę, ale też depresję.
Nie sposób zawrzeć tu wszystkich ciekawych informacji o Czechowie. Zainteresowanych odsyłam do powyższej biografii. Nie spodziewajcie się jednak wielkich sensacji czy niegodziwych plotek, autorka jest subtelna i delikatna, stonowana i dyskretna. Dobre, rzetelne wspomnienia w starym stylu - bez gonienia za sensacją, z wielkim szacunkiem dla bohatera.
Ta książka była bardzo miłym przyczynkiem do ponownego sięgnięcia po opowiadania i dramaty Czechowa. Dla miłośników autora - istna gratka.

piątek, 26 czerwca 2015

Lee Child - Echo w płomieniach [recenzja]

Pierwsze co uderza to temperatura. Znajdujemy się w upalnym Teksasie, pełnym nieużytków, pustych dróg, sennych, wyglądających na opuszczone miasteczek, gdzie prym wciąż wiodą konserwatywni teksańscy ranczerzy, dla których samodzielne wymierzanie sprawiedliwości stoi na porządku dziennym.
Jest gorąco, upalnie, czytam i nie mam czym oddychać. To dobrze. Książka ma wciągać w świat przedstawiony, ma urzekać, ma sprawiać wrażenie prawdziwej i dotykalnej,
Tym razem Lee Child ubrał się w kostium Aghaty Christie - mamy jednego trupa, potem następnego, a kandydatów do zabójców na tym końcu świata wcale nie jest tak wielu. Reacher zaczyna po kolei, metodycznie sprawdzać kto zabił...
Wałęsający się po USA Jack Reacher trafia do Teksasu. Gdy (zupełnie bez nadziei na powodzenie) łapie okazję w koszmarnie upalny dzień, niespodziewanie zatrzymuje się na jego drodze Carmen Greer, żona bogatego i ustosunkowanego właściciela roponośnych pól. W drodze poznaje on historię jej życia, okazuje się, że pani Greer jest ofiarą przemocy domowej i drży o własne życie. Nasz bohaterski Reacher postanawia pomóc bidulce, a co za tym idzie, sam pcha się prosto w paszczę kłopotów. 
Wszystko staje na głowie, gdy rzekomy kat staje się ofiarą, zaś wystraszona, potulna ofiara zostaje postawiona w stan oskarżenia. Reacher chcąc pomóc Carmen, musi najpierw odsiać wszystkie kłamstwa których się dopuściła. Nie ona jedna zresztą, okazuje się, że niemal każdy zamieszany w sprawę ma coś do ukrycia, bądź też skrzętnie chowa prawdę o sobie. Jak odnaleźć się w tej trudnej sytuacji, podkręcanej dodatkowo niemożebnym upałem?
Reacher musi działać szybko, zabójca przygotował kolejną, okrutną niespodziankę, czas nie jest sprzymierzeńcem naszego bohatera, a ten musi dokonać niemalże cudu, by sprawiedliwości (i prawdy) stało się zadość.

czwartek, 25 czerwca 2015

Lee Child - Podejrzany [recenzja]

Lee Child zaczyna bawić się konwencjami. W przypadku Podejrzanego sięga po sprawdzony (i jakże nośny) motyw seryjnego zabójcy. 
Jack Reacher wciąż przyciąga kłopoty. Pewnego razu postanawia pomóc właścicielowi nowojorskiej restauracji, zastraszonemu przez mafię zbierającą haracze. Pomimo skutecznej i z pozoru ukrytej akcji wpada on w ręce FBI. Okazało się, że (nazwijmy to) wypadek za restauracją, w wyniku którego z rąk Reachera ucierpiało dwóch mężczyzn, jest dowodem w sprawie przeciwko niemu. By ocalić skórę musi zgodzić się na współpracę z Biurem.
Reacher trafia do grupy dochodzeniowej badającej morderstwa dokonane na kobietach - żołnierkach, które padły ofiarami molestowania seksualnego, zgłosiły sprawę do władz, po procesach odeszły ze służby, a teraz nie żyją. Na razie ofiary są dwie, ale według wszelkiego prawdopodobieństwa to dopiero początek działań mordercy.
Okazuje się, że Reacher znał każdą z zamordowanych. Tworząca portrety psychologiczne Julia Lamarr tworzy teorię, z którą nijak nie chce zgodzić się Reacher. Para od początku nie przypada sobie do gustu. Atmosfera wciąż się zagęszcza, aż do momentu w którym ginie kolejna kobieta. Czas przyspiesza, ekipa dochodzeniowa musi zmobilizować wszystkie siły, by zatrzymać koszmarną falę zbrodni.
Lee Child w dobrej formie. Jak zwykle składa wszystko na karb osiłka o wyostrzonych cechach myśliwego - Jacka Reachera. Ten pewny siebie, dumny i odważny były wojskowy idzie na wojnę z całym światem i za każdym razem ją wygrywa. Do letniego poczytania.

poniedziałek, 22 czerwca 2015

Magdalena Tulli - Szum [recenzja]

Od wielu lat próbuję przekonać się do pisarstwa Magdaleny Tulli. Miałam wielką nadzieję, że tym razem się uda. Bez rezultatu. Doceniając talent i kunszt, nie potrafię polubić poetyckiego stylu autorki, jej sposobu narracji. Mimo to mam za sobą lekturę Szumu.
Ostatnimi czasy zabieram się do książek z mocnym rytem autobiograficznym, tak jest i tym razem. Autorka wraca do czasów swego dzieciństwa, które w żadnym razie nie można nazwać sielskim. Córka byłej więźniarki obozów koncentracyjnych, która na skutek traum wyniesionych z tamtych straszliwych miejsc nie potrafiła zapewnić dziecku czułości ni należytej uwagi. Zimna, twarda, jakby rozczarowana dzieckiem, pozostawiła trudne wspomnienia. Ponadto temat swej przeszłości obarczyła ciężkimi kajdanami tabu, nie pozostawiając szans na wspólne przepracowanie tematu, emocji.
Samotnej, bardzo wrażliwej dziewczynce bardzo było trudno dorastać w takich warunkach. Może dlatego zaczęła sprawiać trudności wychowawcze. Kolejne wezwania do szkoły, brak obecności ojca kończą się dla niej przyjmowaniem środków uspokajających.
Strach i niepewność towarzyszą bohaterce / autorce również wtedy, gdy sama osiąga już dorosłość, jest matką...
W dojrzałym życiu mocnym wsparciem był mąż, który podczas rodzinnym spotkań stawał po jej stronie, nie gardził, nie szydził.
Obcość, brak dostosowania, wielka samotność, poszukiwanie zrozumienia wśród innych, znaczą życie bohaterki.
W pewnym sensie udaje się jej dotrzeć do sedna. Poprzez opiekę nad starą, schorowaną matką dowiaduje się wielu rzeczy, które były dotąd zabronione. Majacząca matka sięga do obozowych wspomnień. Przeszłość zaczyna się rozjaśniać...
Tulli jest niezmiernie specyficzną autorką. Mocną, intensywną, bardzo charakterystyczną.
Szum jest tego najlepszym przykładem. Świadczy on o wielkim talencie Tulli, jednak jest on na tyle charakterny, że dla wielu trudny w odbiorze.
A ja dalej szukam dostępu do autorki, nie składam broni.

sobota, 20 czerwca 2015

Anna Janko - Mała Zagłada [recenzja]

Och, jaki mam problem z twórczością Anny Janko! Nie lubię jej języka, sposobu narracji, jestem zupełnie zniechęcona Dziewczyną z zapałkami. Tamta książka dała mi (bardzo zresztą subiektywny) obraz jej sposobu na literaturę i opowiadanie, kompletnie różny od tego co leży w obszarze moich sympatii i zainteresowań.
Tutaj muszę jednak (mimo całej niechęci) oddać autorce sprawiedliwość i szacunek. Mała Zagłada jest inna. Wiele jej składowych konstrukcyjnych mnie bulwersuje (jak choćby rozprawianie o zbrodniach między Tutsi a Hutu czy też namolne powracanie do faszystowskich obozów zagłady i wyłuskiwanie swego zdania o nich), gdyż uważam, że autorka nie jest w żadnym razie autorytetem, którego opinia miałaby jakikolwiek sens, więc czytanie jej dywagacji nad wojennym stanem rzeczy jest dla mnie męczące i niewygodne, bo drażniące.
O ile fabularyzacja dnia pacyfikacji rodzinnej wsi matki autorki (1 czerwca 1944 roku, wieś Sochy na Zamojszczyźnie) porusza i wzdryga, o tyle dalsze rozważania nad kondycją współczesnego świata, nad określeniem zła i tego, czym się staje, czym jest, w jakiej formie trwa wydaje mi się wydumane, by nie powiedzieć wymuszone. Zwyczajnie (bez urazy) wydaje mi się (tak to odbieram jako czytelniczka), brakuje autorce prerogatyw, by wysnuwać wnioski, by ferować wyroki, by być zasadniczą i pewną swego.
Niemal każda rodzina ma swoje historie wojenne, które są jednoznacznie bolesne i niepowetowane. Ja też mam taką opowieść.
Jakkolwiek nie można ogarnąć rozumem wielości zła jaką wyrządzili w tamtym czasie hitlerowcy, jakkolwiek nie da się opisać ogromu cierpienia, ba! - nie da się go ogarnąć umysłem, to jednak to wszystko miało miejsce, a teraz potrzebuje przypomnienia, zwrócenia uwagi, nawiązania do losów ludzi, których jednym grzechem było zamieszkiwanie tej, a nie innej wioski.
Wielkie wrażenie robią na czytelniku te fragmenty, które poświęcone są małej Reni, która w latach 40. była kilkuletnią zaledwie dziewczynką, ale i tak najstarszą z trójki rodzeństwa. Gdy widzi śmierć własnych rodziców, gdy dociera do niej, że teraz na zawsze już pozostanie sama na tym świecie, jest to bardzo ponura perspektywa. Czytelnik identyfikując się z bohaterką też odczuwa ten smutek i boleść, dojmującą samotność i strach przed przyszłością, bo jaka może ona być po tym, co zdarzyło się 1 czerwca...
W tej materii Anna Janko poradziła sobie kompletnie, Gdy skończyła jednak monolog Reni, a zaczęła własne wynurzenia na temat komunizmu, wojen współczesnego świata itp. poczułam mocny zgrzyt i ten właśnie brak kompetencji. Trzeba być nie lada autorytetem, o wielkiej wiedzy by móc opowiadać i snuć wnioski na takie tematy. Mnie brakuje odwagi, ustępuję pola mądrzejszym. Szkoda, że w tej kwestii autorka nie zachowała ostrożności.
Część fabularna, opowieść o pacyfikacji i odczucia Reni absolutnie wciągające, wnioski i refleksje Anny Janko nad współczesnym światem, dla mnie, absolutnie nie do przyjęcia.

czwartek, 18 czerwca 2015

Ewa Świerżewska, Jarosław Majewski - Co czytali sobie kiedy byli mali? [recenzja]

Cóż za urocza książka, jakby napisana specjalnie dla mnie. Lubię poznawać gusta literackie artystów, którzy są mi szczególnie bliscy (Cygan, Gajos, Turnau), a także tych, których szanuję ze względu na osiągnięcia, osobowość (Bralczyk, Wajda, Kamiński).
Jak miło jest odkryć, że tak naprawdę fascynowały nas te same postaci literackie (często pojawiał się Koziołek Matołek czy Dzieci z Bullerbyn), czy autorzy (Brzechwa, Nesbith, Molnar).
Każda z opowieści dotyka odległej przeszłości, dzieciństwa i czasów dawno minionych. Każdy kolejny interlokutor ujawnia tajemnice dzieciństwa, wspomina tamte czasy, obyczaje, rodzinne historyjki.
Dużym plusem są też fotografie okładek tych ulubionych książek. Wiele z nich to absolutne perły graficzne, bardzo stare, które dziś znajduję już tylko w antykwariatach, a i to rzadko.
Zdjęcia kolejnych bohaterów przedstawiają ich w dzieciństwie, co również bardzo sympatycznie wpływa na atmosferę czytania i odbiór książki.
Serdecznie polecam tę lekturę jako odpoczynek od codzienności, przypomnienie sobie własnego dzieciństwa, a przede wszystkim przybliżenie znanych postaci, które (być może) dzięki tej lekturze staną się czytelnikowi bliższe, sympatyczniejsze, czy bardziej zwyczajne.

poniedziałek, 15 czerwca 2015

Lee Child - Wróg bez twarzy [recenzja]

Kolejna z serii powieści o Jack'u Reacherze. Całkiem udana, na pewno lepsza niż poprzedzający ją Uprowadzony.
Tym razem spędza on czas w sennym miasteczku, gdzie zatrzymał się na dłużej, by dorabiać... kopaniem basenów.
Spokój naszego bohatera zakłóca pewnego dnia prywatny detektyw, który go poszukuje. Reacher nie przyznaje się do tego kim jest. Krótko po ich spotkaniu detektyw zostaje zamordowany. Jack nie ma innego wyjścia, musi odkryć kim był człowiek, który go szukał.
Tropy zaprowadzą Reachera do przeszłości, w której dużą rolę odgrywał generał Garber i jego piękna córka Jodie. Wspólnie z nią odkrywa, że detektyw działał na polecenie pary staruszków poszukujących zaginionego w Wietnamie syna.
Reacher przejmuje śledztwo, a tym samym dotyka bardzo zagadkowych i niebezpiecznych wątków historii. Wszystkie tropy prowadzą do niejakiego Hobiego, koszmarnego, przerażającego, bezwzględnego kryminalisty, który w sytuacji zagrożenia nie ma żadnych oporów. Własnie nastała taka sytuacja, Reacher staje w obliczu śmiertelnego zagrożenia. Jak sobie z nim poradzi?
Lee Child ukuł sobie w głowie pewien schemat, który przyniósł mu niesamowitą popularność. Pomysł prościutki, a jaki chwytliwy: jeden człowiek z mocną przeszłością, przyzwoity, rycerski, diablo inteligentny i do tego sprawny jak jakiś nie przymierzając robot. 
Co i rusz wpada w koszmarne kłopoty, zawsze towarzyszy mu w tych kłopotach piękna i równie zdolna kobieta, a potem następuje wielki i oczekiwany zewsząd happy end.
A czytelnik, mimo całej wiedzy o tym schemacie kupuje, czyta kolejne odsłony przygód Reachera i nawet nie ma autorowi za złe tego szablonowego podejścia do literatury popularnej. 
No nic, idę po kolejną część.