poniedziałek, 26 maja 2014

Maciej Wasilewski - Jutro przypłynie królowa [recenzja]

Dopóki nie sięgnęłam po książkę, nie miałam pojęcia o istnieniu wyspy Pitcairn. Leży ona na Oceanie Spokojnym, najbliżej jej do Nowej Zelandii, politycznie przynależy do zamorskich kolonii Wielkiej Brytanii, więc władzę sprawuje królowa, która nie cieszy się wśród tubylców szczególnym poważaniem. Z historii i filmów wiedziałam o statku Bounty, który w końcu XVIII wieku (w wyniku buntu) trafił najpierw na Tahiti, z potem właśnie na (bezludną wówczas) wysepkę Pitcairn. 
Dzisiejsi mieszkańcy szczycą się pochodzeniem od ówczesnych piratów, każdy napływowy mieszkaniec jest na straconej pozycji - nie może pochwalić się wyjątkowym historycznym pochodzeniem.
W zasadzie nawiązanie do tamtych okrutnych czasów ma uzasadnienie, gdy spojrzymy na kolejne historie przytaczane przez autora. Jest przerażająco, ponuro i niewiarygodnie.
Już sam fakt, że Wasilewski został przyjęty na wyspę jest wyjątkowy, ponieważ autochtoni ostro selekcjonują gości, odrzucając dziennikarzy i reportażystów, Autor podał się jednak za antropologa, dodatkowo wykazywał nadzwyczajne zainteresowanie technologią budowania tamtejszych łodzi, zyskał więc pozwolenie na pobyt. Prawdziwe motywy postępowania odkrywa przed nami opowiadając historię Veroniki, kobiety poznanej w Nowej Zelandii, dziewczyny z Pitcairn, która uciekła przed tamtejszą wspólnotą, swoją przeszłością i dramatycznymi wspomnieniami. Jak większość kobiet (wówczas dziewcząt, czasem ledwie trzynastoletnich) była gwałcona przez nieformalnych przywódców wyspy, zwanych Chłopcami. Żaden ojciec, brat, nawet matka nie upominał się o krzywdę córki, nikt nie pomścił dziewcząt. Dopiero proces z udziałem zewnętrznych władz ukazał ogrom procederu, wielość ofiar, ich tragiczne historie.
Czytając kolejne historie przytaczane przez ukrywających się pod pseudonimami mieszkańców odkrywamy, że wyspą rządzi terror, twarde reguły, skomplikowana sieć zależności, strach.
Zamknięta, samowystarczalna wspólnota, z zewnątrz wyglądająca na idealnie uporządkowany modelowy wręcz świat. Diabeł tkwi w szczegółach, mroczne rysy pojawiają się im mocniej zaczniemy się przypatrywać społeczności.
Patrzę na tę książkę z niepokojem, niedowierzaniem, zdumieniem. Teoretycznie świat pędzi naprzód, w praktyce okazuje się, że postęp muska jedynie niektóre społeczności i terytoria, pozostawiając ludzi prostym, atawistycznym wręcz odruchom. Po przeczytaniu tej książki poglądy wszystkich tych, którzy tęsknią za zorganizowanym, wspólnotowym życiem pewnie się zmienią.

niedziela, 25 maja 2014

Yasmina Reza - Bóg mordu [recenzja]

Nie pamiętam kiedy ostatnio ubawiłam się czytając współczesną komedię, dodatkowo rozpisaną na utwór dramatyczny. Zaczynam mieć wątpliwości czy kiedykolwiek mi się to zdarzyło... Klasycy, i owszem, mistrzowsko doprowadzają do śmiechu, ale teraźniejsi autorzy mają z tym problem.
Wyjątkiem jest Reza, której Bóg mordu mnie olśnił i rozłożył na łopatki. Kameralna, prosta historia, która pozornie wygląda zwyczajnie i nie rokuje fajerwerków, z każdą kolejną minutą nabiera tempa, gubi kontrolę, ukazuje skrywaną pod osłoną poprawności prawdziwą ludzką naturę, która jest podła i samolubna. Niestety.
Reza obnaża słabości i temperamenty swoich bohaterów, pokazuje ich pokręcone, głęboko ukrywane oblicza. Nikogo nie oszczędza. Dostaje się kobietom i mężczyznom. Te pierwsze, z pozoru dystyngowane, oczytane i pełne miłości dla świata, pod płaszczykiem górnolotnych pozorów są kipiącymi od emocji pieniaczkami. Płaczliwe, wybuchowe, nieobliczalne, a także lubiące sobie popić (dla animuszu czy ukojenia nerwów), bywają złośliwe i agresywne. Mężczyźni zaś to typy dużo chłodniejsze, z emocjami trzymanymi na wodzy. Co z tego, skoro jeden z nich to wielki arogant i impertynent, drugi zaś, cynik i złośliwiec, powarkujący na żonę. Gdy zaś dochodzi do konfrontacji obu par, zaczyna się walka na płcie, ale przede wszystkim na skrywane żale. Konflikt narasta, napięcie też, czytelnik coraz lepiej się bawi, ciekaw finału, który również nie rozczarowuje.
Pamflet na nas samych, pielęgnujących swój wyidealizowany obraz, który w rzeczywistości ma bardzo wiele niewyjściowych rys.
Cała historia zaczyna się bardzo niewinnie. Dwa małżeństwa spotykają się po to, by omówić sprawę bójki ich synów. Początkowe gładkie formułki mające załagodzić i rozwiązać konflikt między chłopcami, z czasem zamieniają się w otwartą wojnę rodziców. Agresja narasta, osoby dramatu coraz bardziej wiją się w swojej złości, zmierzając do nieuchronnego wybuchu. Dokąd zaprowadzi ich tłumiona  agresja, jakie będą skutki ujawnienia prawdziwych twarzy? Zachęcam do lektury.
Na koniec dodam tylko, że sztuka jest wybitnie sceniczna, jest ona znakomitym materiałem dla aktorów, którzy mają szansę pokazać całą paletę swoich umiejętności. Zatem najpierw do lektury, potem do teatru!

czwartek, 22 maja 2014

Jean Des Cars - Kobiety, które zawładnęły Europą. Najpotężniejsze królowe [recenzja]

Historia jest pasjonującą dziedziną wiedzy do której łatwo się jedna zrazić uznając ją (nie wiedzieć czemu) za nudną. Jak wiele zależy od siły przekazu, umiejętnego przedstawienia, zobrazowania faktów z historii. Kto sięgnie po książkę Jeana Des Carsa będzie ukontentowany. Ze swadą, pasją, narracyjnym talentem przedstawił autor sylwetki dwunastu europejskich władczyń, które czasem z pierwszego rzędu, czasem z dalszego szeregu, wpływały na losy świata. Opowieść zaczyna się od srogiej i krwawej Katarzyny Medycejskiej, kończy się na powszechnie szanowanej Elżbiecie II.
Charakteryzując poszczególne życiorysy, nie zapomniał autor o szczegółach z życia prywatnego, które to znacznie ubarwiają opowieść, dodają jej wyrazistego kolorytu, powodują, że bohaterki książki nie są tylko papierowym wspomnieniem, stają się pełnokrwiste. Zdrady, intrygi pałacowe, zakulisowe umowy, surowość, której czasem bliżej do okrucieństwa, a do tego wielkie zasługi na polu kultury i sztuki, rozliczne mecenaty. Oto częściowy portret kilku z opisywanych władczyń.
Mnie poraziła bezwzględność i zimna kalkulacja Katarzyny Medycejskiej, zachwyciła niezłomność i dalekowzroczność Elżbiety I (zresztą od dawna mam słabość do tej postaci). Niewiele wiedziałam o szwedzkiej Krystynie, która miała swój udział w zakończeniu wojny trzydziestoletniej. Ciekawie brzmią słowa Katarzyny Wielkiej, która nakazała ponoć swoim medykom, by wytoczyli z niej ostatnią kroplę krwi niemieckiej, by w jej żyłach płynęła jedynie krew rosyjska...
Wiele tu smaczków, szczegółów, ciekawostek. W końcu są to niezwykłe życiorysy wielkich kobiet, nie może być inaczej. Były tak różne, tak wieloznaczne, trudne do sklasyfikowania i jednoznacznej oceny. Ich życie i działalność spowodowała, że dziś każdy wie kim była Maria Antonina czy królowa Wiktoria.
Każda z nich żyła w niezwykłych czasach pełnych konfliktów, zmian, tworzenia się potęgi danego kraju lub jej umacniania. Każda z nich miała swój udział w tych politycznych, państwowotwórczych wydarzeniach, pewnie dlatego tak zgoła inaczej smakują fragmenty odnoszące się do życia prywatnego, związków, miłości, dzieci.
Każdą z władczyń poznajemy już w dzieciństwie, śledzimy pokrótce ścieżkę edukacyjną, pierwsze zauroczenia, wybory, fascynacje, mocne i słabe strony. Śledzimy ich strategie, prowadzone przez nie gry polityczne.
Dla estetów są też portrety bohaterek poszczególnych biogramów, informacje dotyczące panujących w danych czasach mód, trendów, obyczajów. Naprawdę duże jest spektrum zainteresowań autora.
Wielka dbałość o szczegóły, rzetelność i język pełen pasji, plus znakomite wydanie książki sprawiają, że czytanie jej staje się swego rodzaju wyróżnieniem, świętem, przyjemnością naznaczoną pewnym wyrafinowaniem. To poczucie jest bardzo przyjemne, polecam wszystkim takie doznania książkowe.


Za egzemplarz książki dziękuję wydawnictwu:





środa, 21 maja 2014

Camilla Läckberg - Zamieć śnieżna i woń migdałów [recenzja]

Napisanie dobrego opowiadania jest sztuką, i to trudną. Nie każdy musi, nie każdy powinien się za nie zabierać. Po lekturze Zamieci..., wiem, że Läckberg powinna zostać przy powieściach. Łatwiej jej wtedy zbudować dramaturgię, oddać klimat, nawet dialogi są lepsze u niej w dłuższych formach.
Tutaj mamy nawiązanie do twórczości Aghaty Christie, może było to puszczenie oka do czytelnika, sama nie wiem.
Mamy więc zamknięte grono osób, trupa, bibliotekę, kominek i pogawędki przy pięknie nakrytym stole. 
Policjant z Fjalbacki, Martin Molin zgadza się poznać rodzinę swojej nowej dziewczyny, Lisette. Uroczyste spotkanie ma odbyć się na chwilę przed świętami Bożego Narodzenia na małej, odosobnionej wysepce.
Molin ma złe przeczucia, całkiem słusznie, ponieważ już przy pierwszej uroczystej kolacji umiera senior rodu, Ruben. Okazuje się, że został otruty cyjankiem. Wszyscy są podejrzani, wszyscy mieli powody, by życzyć starszemu panu jak najgorzej. Obaj synowie, nawet wnuki. 
Dodatkowo za oknem szaleje zamieć, wszyscy goście wyspy są na niej uwięzieni.
Martin zaczyna przesłuchania, poznaje rodzinne tajemnice, niesnaski, głęboko schowane sekrety. Dedukuje, szuka prawdy, nie zdając sobie sprawy, że śmierć wciąż czai się w pobliżu.
Opowiadanie w stylu Christie można potraktować jak hołd, całkiem słusznie oddany królowej gatunku. Mimo wszystko wolę, gdy Camilla jest sobą, powieściopisarką zmieniającą oblicze malowniczej Fjalbacki.
Nie żałuję jednak lektury tego opowiadania. Było pewnym urozmaiceniem, aczkolwiek ani fabuła, ani postaci bohaterów nie porywają. Po prostu Läckberg miała tu zbyt mało miejsca by rozwinąć skrzydła. Czekam na jej kolejne powieści.

wtorek, 20 maja 2014

Nikita Lalwani - Utalentowana [recenzja]

Przytrafiła mi się dziwna sytuacja. Po raz pierwszy książka, którą rozpoczęłam czytać z ciekawością,  już po kilkudziesięciu stronach mnie rozczarowała. Parafrazując stare przysłowie: dobre złego początki...
Bardzo to nietypowe zjawisko, skoro autorka wykazała się pomysłem, stylem i nastrojem, który potrafił mnie urzec. Dlaczego nie umiała tego pociągnąć, wykorzystać, rozwinąć pomysłu? 
Choć sam temat wyglądał obiecująco, został udziwniony, rozmyty, z każdą chwilą tracił na lekkości i powabie. Nie udźwignęła autorka swojego pomysłu, a szkoda, bo był bardzo dobrze rokował.
Rzecz dotyczy rodziny hinduskich emigrantów, którzy próbują lepszego życia w Wielkiej Brytanii. W ich życiu pełnym dyscypliny i żelaznych zasad, pojawia się pewne novum, które na zawsze zmieni ich wzajemne relacje. Okazuje się, że starsze dziecko, dziewczynka Rumi, jest bardzo utalentowana matematycznie. Chorobliwie ambitny ojciec narzuca córce trening umiejętności, nakłada metody pracy, organizuje czas wolny, tak, by jak najwięcej czasu poświęcała doskonaleni talentu. Zapomina o zwyczajnych dziewczyńskich potrzebach, powodując rozterki i złość dziewczynki. Matka staje po stronie ojca, wierna jest tradycji i kodeksowi przywiezionemu ze starej ojczyzny. Jak bardzo zmienią się relacje w rodzinie, jak wiele ów talent będzie kosztował Rumi dowie się ten, komu bliskie są takie właśnie powieści społeczne, traktujące o odnajdywaniu się emigrantów w nowych ojczyznach.
Wciąż pobrzmiewają tu echa uprzedzeń, zazdrości, odosobnienia, lęki separacyjne, potrzeba udowodnienia swojej wartości, na przekór całemu światu.
Opowieść o samotności pośród najbliższych, o trudnych relacjach rodzinnych, a także o samotności przejmującej do głębi. 

niedziela, 18 maja 2014

Wiech - Cafe "pod Minogą" [recenzja]

Francuzi maja wspaniałego Rabelais'go, Brytyjczycy niezrównanego Dickensa, Rosjanie - niedościgłego Czechowa, my zaś mamy prześwietnego Stefana Wiecheckiego, niech nam go wszyscy zazdroszczą!
Poza wieloma felietonami, popełnił Wiech również powieści, w tym Cafe "Pod Minogą", będącą ucztą dla duszy.
Choć akcja sytuuje się w czasach bardziej strasznych niż śmiesznych, potrafił Wiech  tak zaczarować okupowaną przez hitlerowców Warszawę, że czytając powieść bawimy się setnie od pierwszej po ostatnią stronę.
Cafe "Pod Minogą" usytuowana była na Starym Mieście, na ulicy Zapiecek. Wojenne losy jej właścicieli (państwo Aniołkowie), pracowników, a także stałych bywalców jak wielki sowizdrzał, szofer Maniuś Kitajec, czy uroczy właściciel zakładu pogrzebowego, pan Konfiteor (który miał szczególną właściwość polegająca na określaniu znajomych za pomocą numeracji przyjętej dla trumien), stanowią wspaniałą scenerię dla opowieści.
Wojenne przygody, galeria charakterów i charakterków (np. Murzyn Jumbo ukrywający się w przebraniu wdowy), konfidenci i bohaterska ferajna cały czas zapewniają przednią rozrywkę.
Wielkim atutem opowieści jest wiech (tym razem jako styl gwarowy), który gromadząc żargon ze Starówki, Szmulek czy Pragi dał świadectwo różnorodności językowej oraz uchronił przed zapomnieniem dawną Warszawę. Figury stylistyczne, zlepki tego przedwojennego slangu mają wielką moc. Nagromadzenie tychże buduje nastrój, bawi i śmieszy. Ciekawi też spojrzenie na ówczesną Warszawę, życie jej mieszkańców.
Na koniec etymologia nazwy. Swego czasu do restauracji Aniołków trafił alkoholik Millerek, który mając za złe właścicielce odmowę kredytu, tak ją zbeształ: Ach, ty minogo z małem łebkiem, za wieczne ondulacje szarpana, ja cię tu zaraz nauczę szaconku dla gościa!. Pozostali biesiadnicy wyrzucili awanturnika z lokalu, jednak zgodnie orzekli: Pan Aniołek właściwie nie ma się na co obrażać, bo [żona, mój przypis] faktycznie na minogie podobna. Długa, mizerna na urodzie, z małą mordką, tylko z tą różnicą, że nogi posiada, ale za bufetem nie widać.

piątek, 16 maja 2014

Heather Graham - Mordercze grono [recenzja]

Uwaga, szmira!
Jeżeli jeszcze raz pokuszę się na okładkowe hasło: autorka bestsellerów New York Timesa, to za karę zaordynuję sobie od początku czytanie wszystkich koszmarnych książek np. A. Ficner - Ogonowskiej.
Podpuszczona zachętą lubianego przez mnie wskazanego wyżej pisma, wpadłam na literacką minę. Autorka wymarzyła sobie połączenia kryminału z romansem. Wyszło tanio i konfundująco. Niedopracowane postaci, płaskie i papierowe, do tego historyjka z przeszłości, która została tak mizernie sklecona, że aż trudno w nią uwierzyć. 
Wszystko tu dzieje się od razu, z rozpędu, jakby bohaterowie nie mieli przemyśleń i zahamowań. Trójkąty, natychmiastowy powrót do wielkiej przyjaźni sprzed nastu lat, korne, gotowe na każde zawołanie rodziców nastolatki (rodzice niemal w tym samym wieku co dzieci), wszyscy piękni, młodzi, optymistyczni, czasem tylko wystraszą się (między drinkiem a wizytą na polu golfowym) zabójcy, który morduje coraz częściej.
Do tego kiepsko poprowadzony, godny pożałowania wątek miłosny, który zamiast dodać pikanterii całej tej historyjce, tylko ją dobija. Nic tylko usiąść i płakać, a potem zastanowić się jakim cudem znalazł się wydawca, który po przeczytaniu tego tworu ludzkiej wyobraźni, zdecydował się na jej opublikowanie...
Szybko o treści, a potem od razu wyrzucam tę książkę z pamięci.
Paczka licealnych przyjaciół przeżywa tragedię, jedna z dziewcząt zostaje zamordowana, podejrzenia padają na jej byłego chłopaka, Seana. Ten jednak zostaje oczyszczony z zarzutów, morderca pozostaje niewykryty, zaś drogi przyjaciół rozchodzą się na lata.Sean postanawia wrócić do miasta, by uporać się z demonami przeszłości. Spotyka tu starych przyjaciół, a przede wszystkim Lori, która kiedyś była mu najbliższa.
Całą sielankę przerywa seria morderstw jakie stają się udziałem kolejnych osób ze starej paczki. Zabójcą jest najpewniej jeden z nich.