niedziela, 7 lipca 2013

Håkan Nesser - Samotni [recenzja]

Dość niefortunnie zaczęłam. Okazało się, że Samotni to czwarta z serii opowieści o policyjnych partnerach: Gunnarze Barbarottim i Evie Backman. Powieść nie nosi jednak znamion ciągłości, więc nie ma tu odniesień do przeszłości czy spraw z wcześniejszych tomów.
Jak to często bywa w kryminałach, akcja dzieje się dwupłaszczyznowo: współcześnie oraz w przeszłości, tutaj w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku. Teraźniejszość obarczona jest śledztwem w sprawie śmierci doktora fizyki, który umarł wskutek upadku z wysokości, w wąwozie Gåsa. Okoliczności wskazują na samobójstwo, jednak policjanci nie dają temu wiary. Według nich bardzo podejrzane jest, że trzydzieści kilka lat wcześniej, w ten sam sposób, i w tym samym miejscu, zginęła narzeczona naukowca. Stąd też podróż do przeszłości, gdzie powoli odsłaniają się przed nami zależności między młodymi ludźmi, przyjaźnie przez nich zawarte oraz wspólne wyprawy, które zmieniły życie szóstki studenckich przyjaciół, wśród których byli nasi denaci. Podróż po Demoludach, jaką odbyli młodzi Szwedzi w czasie wakacyjnej przerwy, skrywa bolesną, potworną tajemnicę. A mnie pozostaje się cieszyć, że na miejsce tej dramatycznej historii autor wybrał Rumunię, a nie Polskę, którą, jako pierwszą, zwiedzają przyjaciele. Czy wydarzenia z przeszłości miały wpływ na losy fizyka? Czy śmierć jego i Marii, ówczesnej narzeczonej były dziełem przypadku? 
Prawdę powiedziawszy książka nie rzuca na kolana. Wciągnęłam się dopiero w studencką podróż po Europie Wschodniej, a nim to nastało, trzeba było się trochę pozmagać z fabułą. Nie czuję związku, ni sympatii do prowadzących śledztwo, może dlatego, że nie zdołałam ich wystarczająco dobrze  poznać, może we wcześniejszych tomach było o nich więcej?
Nic nadzwyczajnego. Martwię się, bo powolutku, po cichutku, zaczynają mnie nużyć skandynawskie kryminały. Czyżby przemęczenie materiałem? Zrobię sobie wakacyjną przerwę, może pomoże...

piątek, 5 lipca 2013

Stefan Grabiński - Wyspa Itongo [recenzja]

Stefan Grabiński to zapomniany i rzadko doceniany pisarz międzywojnia. Zajmowały go parapsychologia, demony, szeroko pojęta magia. O tych właśnie zagadnieniach traktuje "Wyspa Itongo", jedna z niewielu powieści popełnionych przez pisarza. 
Widnieje w niej wyraźny podział na dwie części: pierwszą magiczną i nadnaturalną oraz drugą, egzotyczną i podróżniczą. Niezwykłe połączenie, a przez to ciekawe i wabiące.
Dla mnie bardziej interesujący jest początek i część skupiająca się na wydarzeniach toczących się w Polsce, na początku XX wieku. Najpierw autor oszołomił mnie znajomością botaniki (dziędzierzawa, lulek, szalej, pokrzyk, tojad, blekot i czartopłoch, które to nazwy chwastów atakują czytelnika w niezbyt rozległych opisach), potem zaintrygował historią nawiedzonego i opuszczonego wiejskiego domu, a także życiorysem Janka Gniewosza, który w stolicy zrobił karierę jako medium (tu trochę zapachniało "Wampirem" Wł. Reymonta). Z czasem, w miarę dorastania i nabierania życiowej świadomości, Jankowi przestaje wystarczać rola dziwadła, obiektu badań i rozrywki dla bogatych, a przy tym nawiedzonych warszawiaków, i usamodzielnia się. Dalsze jego losy prowadzą na zagubioną, zapomnianą (czy raczej niepoznaną) wyspę Oceanii, gdzie ląduje jako rozbitek, podczas katastrofy morskiej. Jak potoczą się jego losy pośród tubylców? Nie zdradzę, jednak piętno medium dosięgnie go i tutaj. 
Zawsze ciekawiło mnie podejście do fantastyki, demonów i ciemnych mocy ludzi XIX wieku, stąd też lektura "Wyspy Itongo". Polecam bardziej jako ciekawostkę, aniżeli wielkie wydarzenie literackie, jednak warto poszerzyć horyzonty o nieznaną szerzej "Wyspę...".

czwartek, 4 lipca 2013

Stephen King - Pod kopułą [recenzja]

Wcale nie sięgnęłabym po książkę, gdyby nie serial pod tym samym tytułem. Z dużą ciekawością obejrzałam pierwszy odcinek  "Pod kopułą", niecierpliwie czekam na ciąg dalszy. Z braku wspomnianej  cierpliwości i równie szybko przyrastającej ciekawości, wzięłam do ręki książkę. Bardzo chętnie dałam się porwać wydarzeniom, trwałam w tym przyjemnym czytelniczym stanie gdzieś tak do osiemsetnej strony, z każdą następną było mi coraz trudniej. Pomysły fabularne, jakie na finał obmyślił sobie King przestały mi się zwyczajnie podobać, końcówka wyraźnie kuleje. Cała ta historia skórzanogłowych mnie zawiodła. Wiadomo, że alegorie (bo tak odbieram ten wątek), metafory, parabole i inne przypowieści czule łechtają inteligencję czytelnika, dla mnie były jednak nietrafione. Odniosłam wrażenie, że w końcówce powieści z autora zeszło powietrze, że moc wydarzeń, postaci i sytuacji tworzących powieść, wyssała inwencję na zakończenie. Jednak warstwa fabularna jest znakomita. Doskonały obraz małego miasteczka, jego mieszkańców oraz przypadających im ról społecznych, wzajemnych zależności. Dobrze skonstruowane postaci, bogata panorama politycznych i obyczajowych figur, które szeregują wyraźnie bohaterów powieści. Zatrważający portret faktycznego zarządcy miasta, Rennie'go, który pałając szaleńczą wręcz żądzą władzy, zrobi wszystko by ją utrzymać, a nade wszystko powiększyć. Przeraża także ogłupiały tłum, mieszkańcy miasteczka, którzy niczym bezwolne manekiny słuchają tego, kto ma więcej do zaoferowania, nie zaś tego kto ma rację. Prawdziwy to horror, najlepiej uwypuklony w scenie najazdu mieszkańców na Food City. Skóra cierpnie, bo pokazuje czarną, ale jakże prawdopodobną naturę człowieka.
Fabuła opiera się na wydarzeniach w miasteczku Chester's Mill, na które pewnego październikowego popołudnia spada niewiadomej konstrukcji i pochodzenia kopuła, która izoluje mieszkańców od świata i za nic nie daje się przekroczyć, ni zniszczyć. Jak działa na ludzi świadomość zagrożenia, uwięzienia i brak jasnych perspektyw? Wyzwala w nich demony, na szczęście jednak nie u każdego. W tej dusznej, klaustrofobicznej atmosferze, która dopada i czytelnika, dobro musi zmierzyć się ze złem w najczystszej postaci. Naprzeciw siebie staje więc przyjezdny były wojskowy Dale Barbara, który okazuje się być uosobieniem ładu i porządku oraz reprezentant czarnej strony mocy, wiceprzewodniczący Rady Miasta, Big Jim Rennie, wspierany przez swego szalenie agresywnego syna, Juniora. Big Jim traktując miasto jako prywatny folwark, systematycznie i skutecznie poszerza zakres swojej władzy, wprowadza zamęt, strach i trwogę.
Z rosnącym napięciem czyta się kolejne strony powieści, patrząc na rosnącą w siłę dyktaturę, która nie cofnie się przed niczym. Brrrrr. Jak potoczy się historia? Czytelniku, uzbrój się w cierpliwość i dotrwaj do końca dusznej, gorzkiej opowieści o małym amerykańskim miasteczku, pełnym demonów, które mieszkają w głowach i sercach mieszkańców. 

wtorek, 2 lipca 2013

Camilla Läckberg - Syrenka [recenzja]

Kolejna odsłona kryminalnej strony szwedzkiego miasta  Fjällbacka. Starzy znajomi wiernych czytelników serii: Erika, Patrik, Annika, Martin i inni, zajmują się sprawą tajemniczych anonimów, jakie otrzymuje będący na fali popularności pisarz, Christian. Pełne zawoalowanych gróźb epistoły zmieniają go w strzępek nerwów, jednak nie chce on pomocy policji. W tym samym czasie, w jeziorze, przypadkowy spacerowicz odkrywa zwłoki poszukiwanego od miesięcy Magnusa. Jakie znaczenie ma fakt, że denat pozostawał w przyjaźni z zaszczutym pisarzem? Sprawy nabierają rozpędu, gdy życie traci kolejna osoba. Jakie tajemnice skrywa Christian? Czy przeszłość próbuje wziąć na nim odwet? Pasjonująca rozgrywka!
Tyle w wiodącym wątku kryminalnym. Dalej jest równie interesująco, tyle że w warstwie obyczajowej. Znów śledzimy codzienność poszczególnych bohatarów, na niekórych patrząc z rosnącym zdumieniem (np. Mellberg), innym dopingujemy (Anna), jeszcze inni wzbudzają w czytelniku żywą i nieustającą sympatię (Patrik).
Jak zwykle dobra książka. Każdy tom traktujący o   Fjällbace ma solidną i wciągającą konstrukcję. Widać gołym okiem, że autorka zna się na swoim rzemiośle. Mnie najbardziej przypadł do gustu poprzednik "Syrenki", czyli "Niemiecki bękart", jednak i ta część wciągnęła mnie w skomplikowaną sieć zależności i intryg różnej maści. Seria wprost stworzona na wakacyjne czytanie, choć "Syrenka" dzieje się mroźną zimą.

niedziela, 30 czerwca 2013

Bridget Asher - Prowansalski balsam na złamane serca [recenzja]

Nostalgiczna okładka, a wnętrze jeszcze bardziej nostalgiczne, ale nie smutne. Studium godzenia się z żałobą, samotnością, losem. Heidi od dwóch lat próbuje poradzić sobie z tragiczną śmiercią męża. W końcu matka wysyła ją oraz jej syna, Abbota, do swojego starego domu w Prowansji, który wymaga remontu oraz nadzoru. Wyprawa techniczna przemienia się w podróż wgłąb siebie, w podróż do emocji, wyborów. Powrót do przeszłości, dziecinnych lat spędzanych na francuskiej prowincji oraz przebywanie z tubylcami, którzy mają swoją rolę w zabliźnianiu żałobnych ran, staje się początkiem nowego etapu dla Heidi.
Jak strasznie puste może być życie, jak łatwo je złamać, tego doświadcza nasza bohaterka. 
Niespieszna codzienność, ubarwiona pięknem krajobrazu staje się ważną odmianą w monotonnym, dusznym życiu, które gotowe jest na nowe wyzwania, na niespodzianki, na nowych ludzi.
Można było zająć się tym tematem z większym talentem, momentami czuje się, że autorce brakowało pomysłów na prowadzenie fabuły. Bywa nudno, bywa ciekawie, jak to w życiu.
Książka bez powrotów, szybko o niej zapomnę, taka jednorazowa ta historia, jednak nie żałuję lektury, bo lubię dobre zakończenia.

środa, 26 czerwca 2013

Marlena De Blasi - Lavinia i jej córki. Toskańska opowieść [recenzja]

Po kiego czorta znów złapałam za radosną twórczość pani de Blasi, skoro ostatnio wylałam na nią wiadro pomyj? Dlatego, że skoro już ściągnęłam tę książkę z bibliotecznej półki, to należy dać jej cień szansy. A nóż się obroni.
Znów spadła na mnie porcja autobiograficznych wspomnień o tym jak ciężko napisać książkę, jak trudno znaleźć natchnienie. Marlena wyjeżdża do leśniczówki przyjaciela, by tam, w samotności i z dala od pokus, napisać powieść, bo terminy gonią, a honorarium bardzo by się przydało.  W sąsiedztwie leśnej samotni mieszka intrygującą staruszka, Lavinia, charakteryzująca się ciętym i dosadnym językiem. Początkowo próbuje swych sarkastycznych zdolności oratorskich na Marlenie, z czasem jednak przekonuje się do niej i powierza jej historię swojej rodziny.
Właśnie postać Lavinii ratuje książkę (może dlatego, że to prawdziwa postać i równie prawdziwa historia). Jej niewyparzona gęba urozmaica nudę, nadaje charakteru. Bez niej byłoby jak w Tysiącu dni w Orvieto, czyli: umyłam się, kupiłam fasolę, drzemałam, i tym podobne farmazony. Życie opowiadane przez Lavinię ma bogate barwy, mocne akcenty, jest soczyste. Wojna z tragicznymi epizodami, małżeństwo, kolejne córki, wszystko to ma swój smak. Prawdziwe włoskie życie dalekie jest od pocztówkowych widoczków i wspaniałych filmowych plenerów. Rządy silną ręką trzyma tradycja (patrz patriarchat) oraz właściwe jej spojrzenie na rolę kobiety i rodzinę. Jak odnalazła się w tej rzeczywistości twarda Lavinia? Wątki dotyczące Marleny polecam zaś czytać z zamkniętymi oczami lub wcale, żadna strata, wiem co mówię / piszę. Obiecuję solennie następnym razem omijać nazwisko de Blasi szerokim łukiem, mimo tej, nie najgorszej próby.

wtorek, 25 czerwca 2013

Åke Edwardson – Taniec z aniołem [recenzja]

Okładka idealnie wpasowuje się w klimat książki. Jest mgliście, sennie, mrocznie, chłodno.
Intryga kryminalna też nie gra tu pierwszorzędnej roli, ustępuje raczej miejsca wątkowi obyczajowemu.  Męczę się z tą książką ponad miesiąc. Przekładam ją z miejsca na miejsce, odkurzam, zapominam, to chyba najwięcej mówi o nastawieniu do powieści.
No nic, do rzeczy.
Mamy międzynarodowe śledztwo: w Wielkiej Brytanii zamordowano młodego Szweda, w Szwecji zaś Brytyjczyka. Zabójca prawdopodobnie przed śmiercią nagrywał tortury, jakim poddawał swe ofiary. Do wspólnej walki ze złem przystępuje nuworysz, skandynawski komisarz Erik Winter oraz Steve Macdonald z brytyjskiej policji. Snują się uliczkami londyńskiego podziemia, próbując ująć coraz śmielej poczynającego sobie mordercę. Przy okazji śledztwa doprowadzają mnie, czytelniczkę, w ramiona Morfeusza, bo przyznam, że ta książka świetnie robi na sen.
Bardzo cenię wątki obyczajowe w powieściach kryminalnych, pod warunkiem, że nie są mgliste, senne itp.
Umęczyłam się sakramencko, nie podobało mi się, więc nie będę się rozpisywała. Ciekawi mnie tylko informacja okładkowa, zawiadamiająca o wyjątkowości pana autora. Czego to nie wymyślą, by zachęcić do kupienia książki. I znów przywołam mego ulubieńca, Witkacego: nuda, nuda i nudyści.