wtorek, 30 kwietnia 2013

Opowieści niesamowite. Groza i niesamowitość w prozie rosyjskiej XIX i początku XX wieku [recenzja]


Zbiór zawiera opowiadania między innymi Puszkina, Gogola, Turgieniewa, Lermontowa, Dostojewskiego, czy nawet Czechowa. Opowieści silnie nacechowane paranormalnymi pierwiastkami, na jakie była romantyczna moda. Mamy tu wiedźmy, konszachty z diabłami, powstających z martwych, zaprzedających duszę w zamian za bogactwa, rzucanie uroków, wróżby i inne.
Sięganie po literaturę grozy z XIX wieku to bardzo przyjemne doświadczenie. Dekadencki, irracjonalny świat, ingerencje nadprzyrodzonych i niewytłumaczalnych zjawisk w jak najbardziej racjonalny codzienny byt epoki romantyzmu i późniejszych, ma swój niewątpliwy urok. Dalekie są te opowiadania od jałowej dosłowności i przerażających szczegółów, tak znamiennych dla współczesności. Poetycko, artystycznie, z wyczuciem i smakiem snują autorzy poszczególne niesamowite historie.
Urzeka Dama Pikowa Puszkina, pełna obyczajowych zagadnień i realiów ówczesnych. Ciekawi Gogolowy Wij o opętanej dziedziczce.
Bogactwem tomu są właśnie wspomniane historie poboczne, dotyczące codzienności, związków międzyludzkich. Atmosferę podkreślają również mroczne ilustracje Andrzeja Strumiłły, pełne tajemnicy i zarażające niepokojem.
Niesamowita ta książka o niesamowitości. Tak klasyczna, tak archaiczna, niedzisiejsza, a przez to świeża i ożywcza. Doskonała lektura, nie tylko do gustujących w krótkiej formie, nie tylko dla miłośników twórczości najwybitniejszych rosyjskich pisarzy. To książka dla tych, którzy są otwarci na różnorodność. 

poniedziałek, 29 kwietnia 2013

Kornel Makuszyński – Szatan z siódmej klasy [recenzja]


W ramach samozwańczej akcji odkurzania literatury sprzed lat, gorąco zachęcam do przeczytania tej przepysznej książki. Jest tu uroczy, soczysty, pełen wdzięku i pozytywnej dynamiki język, jest też cała galeria ujmujących bohaterów, a także trącący myszką świat lat trzydziestych, kiedy toczy się akcja książki. Niech będzie, że Szatan z siódmej klasy to powieść młodzieżowa, nic to. Ważne, że po jej przeczytaniu następuje żal, że to już koniec.
Mamy 1937 rok. Kończy się rok szkolny. Adam Cisowski, młodzieniec z silnym drygiem detektywistycznym słynie ze swych umiejętności w całej szkole. Pierwszego dnia wakacji odwiedza chłopaka wychowawca, historyk, profesor Gąsowski. Ma dlań propozycję – wakacje pod Wilnem, w rodzinnym dworze, gdzie bardzo przyda się Adasia szósty zmysł. Dlaczego? Ponieważ majątkiem targa szereg dziwnych kradzieży. Od jakiegoś czasu rabusie wynoszą z domu... drzwi. Jaki sekret skrywają stare mury i czy Adam przeżyje na sielskiej wsi przygodę życia? Jak poradzi sobie z niebezpieczeństwami wynikającymi z misji jakiej się podjął?
Doskonała lektura na poprawę humoru, na deszcz, w oczekiwaniu na lato i wakacyjną przygodę. Ponadto sam świat przedstawiony, za jakim tęskni się, jak za minionym dzieciństwem, taki prosty, pełen wigoru, pasji, różnorakich drak i odrapanych kolan. Książka balsam.
P.s. W 1960 roku powstał film na kanwie książki (reż. Maria Kaniewska). Bardzo wiernie oddaje treść, aczkolwiek może bawić poprawność polityczna ówczesnych twórców – majątek w Bejgole nie był tu własnością Gąsowskich, oni jedynie nim administrowali na czas remontu, pieczę nad wszelkimi antykami przejęła zaś Rada Narodowa. I rzecz przeniesiono do lat sześćdziesiątych. Mimo to film również wart obejrzenia, no i ta piosenka przewodnia: Już za parę dni, za dni parę, weźmiesz plecak swój i gitarę...

niedziela, 28 kwietnia 2013

Jonathan Kellerman – Obsesja [recenzja]


Ceniony, wiodący spokojne życie psycholog dziecięcy, dr Aleks Delaware spotyka swoją byłą pacjentkę. Dorosła dziś Tanya ma do niego bardzo nietypową prośbę. Pragnie by pomógł jej poznać prawdę o kobiecie, która ją wychowała i była dla niej matką. Na łożu śmieci wyznała dziewczynie coś, co mocno niepokoi i ciekawi Tanyę. Czy matka w przeszłości popełniła przestępstwo, z którego chciała się wyspowiadać jedynaczce? Jaką tajemnicę skrywała przez całe życie? W rozwiązanie tej zagadki angażuje się zarówno doktor, jak i jego przyjaciel detektyw Milo. Do jakich rozwiązań dojdą dowie się ten, komu uda się przebrnąć przez książkę.
Początek zapowiadał się zachęcająco, trzymał tempo, dawał nadzieję na sprawne i soczyste poprowadzenie narracji. Z każdą kolejną stroną jest nudniej i nudniej. Wątki się rozciągają niemiłosiernie, momentami zanika charakter powieści, tak, że nie wiadomo po jaki gatunek sięgnęliśmy, ciężko dotrwać do finału.
Sam punkt kulminacyjny również rozczarowuje. Może nie przez sam pomysł, raczej poprzez kulejące tempo i senną atmosferę całości. Miało być tak ładnie, okładkowa zachęta też sprzyjała dobremu nastawieniu, ale na dobrych zamiarach się skończyło. Ja czuję rozczarowanie, mam przed sobą zmarnowany (dobry) pomysł i w efekcie nie bardzo rozumiem popularność serii z doktorem Delawarem w roli głównej.

czwartek, 25 kwietnia 2013

Barbara Engelking, Jacek Leociak – Getto warszawskie. Przewodnik po nieistniejącym mieście


Nareszcie jest! Wydanie drugie, zmienione, poprawione i rozszerzone. Po latach oczekiwań w końcu się doczekałam. Przez ostatnie miesiące obserwacji aukcji internetowych traciłam nadzieję na posiadanie tej publikacji (zazwyczaj pojawiały się dwa egzemplarze, z czego jeden kosztował... dwa tysiące złotych, drugi kilkaset. Komentarz zbędny). Pięknie wydana książka, dodatkowo wzbogacona o drugi tom, który zawiera mapy (np. granice getta, urzędy, życie społeczne, powstanie, współczesny układ ulic, czy też mapa komunikacyjna getta).
Książka legenda, wspaniali autorzy, absolutna perła wydawnicza. Z wielką niecierpliwością zabieram się więc do lektury tej przekrojowej pracy obejmującej między innymi zagadnienia dotyczące życia społecznego i gospodarczego w getcie, działających tam instytucji i urzędów, życia artystycznego, akcji wysiedleńczych czy wreszcie walki powstańczej. Osobne miejsce zajmuje też fragment dotyczący przywracania pamięci o miejscach i czasach.
Bardzo potrzebna książka o widmach. Nie ma przecież ani Wielkiej Synagogi, ani kładki na Chłodnej, nie zachowały się żydowskie uliczki, przede wszystkim nie ma ich mieszkańców, zanikł, a właściwie zamilkł jidysz (na szczęście mamy jeszcze Centrum Kultury Jidysz przy Fundacji Shalom). Lektura tej książki to taka trochę podróż do zapomnianego, zburzonego świata, aż dziw, że istniał, aż dziw, że tak łatwo popadł w niepamięć, przerażające jak łatwo i szybko został unicestwiony. Dla mnie to nie tylko książka, ale też lekcja pokory, świadomości i pobudzenie do gorzkiej niestety refleksji. 

wtorek, 23 kwietnia 2013

Marcin Wroński – Kino Venus [recenzja]


W retro kryminałach najmniejsze wrażenie robi na mnie zbrodnia i wszelkie z nią związane szykany. To, co najciekawsze, kryje się w warstwie obyczajowej, w przybliżaniu starej topografii miejsc, w języku, w kostiumach z epoki. Jeśli autor umie stworzyć sugestywny portret czasów, wówczas jego powrót do historii ma sens. Marcin Wroński proponuje Lublin z okresu dwudziestolecia międzywojennego. Przenosimy się w lata 30., w dość ponure okoliczności czasów wielkiego kryzysu, przemieszczamy się między zaniedbanymi ulicami, odrapanymi kamienicami pełnymi biednych ludzi, ale też cwaniaków i zbrodniarzy. W bogatej galerii postaci są i policjanci, i sutenerzy, tanie dziwki, bogate i zepsute panny, uczciwi, ale cierpiący głód robotnicy i wiele innych.
Głównym bohaterem jest rysowany grubą kreską komisarz Zygmunt Maciejewski, oddelegowany przez wrogo nastawionego doń zwierzchnika do objęcia posterunku policji w biednym kwartale. Boryka się on z trupem młodej dziewczyny, poszukuje zaginionej bogatej Węgierki, trafia na trop handlu żywym towarem. Razem z tajniakami przemierzamy zakazane zaułki, odwiedzamy żydowskie rodziny, jakich było wówczas pełno w Lublinie (autor przemycił nawet twórczość mojego ulubieńca Mordechaja Gebirtiga, załącza też wiele jidyszowych wtrąceń), hoteliki, kina, ot, podróż w przeszłość.
Książka napisana jest szybkim językiem, bohaterowie dialogując niemal na siebie szczekają, niemal każdy ma na ustach ciętą ripostę, starodawny zwrot czy powiedzonko trącące myszką. Odnoszę wrażenie, że postaci rywalizują na słowa. Daje to wrażenie wspomnianej szybkości językowej, ale bywa też przeszkodą, pośród tych replikujących błyskotliwymi (lub dosadnymi) komentarzami bohaterów można się zmęczyć. Nie wpływa to jednak negatywnie na odbiór całości, gdyż realia uchwycone w powieści są na tyle ciekawe, że można przetrawić te goniące się riposty.

niedziela, 21 kwietnia 2013

Harlan Coben – Zostań przy mnie [recenzja]


Z każdą kolejną książką tracę serce do Cobena. Kupił mnie serią o Bolitarze (choć powtarzalną, opartą wciąż i wciąż na tych samych scenariuszach, a jednak!). Z biegiem czasu albo mnie dopadło znudzenie jego twórczością, albo jego już nie trzyma się wena.
Najnowsza publikacja, Zostań przy mnie, to pełna tajemnic książka o tym, jak nawet odległa przeszłość potrafi wrócić, napędzić stracha i nieźle namieszać w życiu. Fabuła skupia się wokół trzech pozornie niemających ze sobą nic wspólnego osób: Megan, dobrze sytuowana gospodyni domowa z przedmieścia, która kryje swą burzliwą przeszłość przed rodziną. Ray, upadły, gardzący sobą fotoreporter, który nie może pozbierać się po wydarzeniach z przeszłości. Trzecia postać to detektyw Broome, który z uporem maniaka kilkanaście lat próbuje rozwikłać sprawę zaginięcia statecznego ojca rodziny. Wszyscy oni skrywają głęboko sekrety, które teraz mogą doszczętnie zmienić, ba! nawet zniszczyć ich życie. Z biegiem czasu odkrywamy mroczne elementy układanki, które zataczają coraz szersze kręgi, dotyczą kolejnych przestępstw, dotykają brudnych i morderczych rejonów rzeczywistości.
Trudno mi to jednoznacznie nazwać, może dlatego, że sprawa jest mocno ulotna. Rzecz w tym, że Coben zgubił szwung, brak mu tej iskry, jaka świeciła nad Bolitarową serią. Polot, lekkość, dystans, tego mu dziś brak (a takie cechy według mnie go reprezentowały). Każdy twórca ma oczywiście niezaprzeczalne, niezmywalne, nieodwołalne, fundamentalne (et cetera...) prawo do zmian stylistycznych, aczkolwiek nie każdemu odbiorcy takie żonglerki formą i charakterem odpowiadają. Mnie nie. Zostań przy mnie dla mnie znaczy mniej więcej tyle co idź i nie wracaj.

sobota, 20 kwietnia 2013

Katarzyna Bonda – Dziewiąta runa [recenzja]


Polskie kryminały wychodzące spod kobiecego pióra to dla mnie rzadkość. Z ciekawością sięgam więc po książkę Bondy. Co tu znajduję?
Prowincjonalny mały świat ludzi ze wschodu Polski, z Mielnika nad Bugiem, gdzie senną atmosferę społeczności, która wie o sobie niemal wszystko, skutecznie rozgania brutalne morderstwo. Ofiara to nowa mieszkanka zabytkowego dworku, znana z telewizji aktorka serialowa, Nina Frank. W sprawę zaangażowany zostaje (ku własnemu zdziwieniu) czołowy polski profiler, Hubert Meyer, borykający się z problemami osobistymi, wybitny specjalista, która trafia na miejsce zbrodni prosto z amerykańskiego szkolenia w Quantico...
Bardzo szybko wdraża się w śledztwo, odkrywa kolejne, coraz bardziej zaskakujące tajemnice denatki. Poznaje jej barwną przeszłość, śledząc zapiski w dzienniku internetowym, przeglądając ukryte pamiątki, co chwilę sięga po nową prawdę o aktorce. Jednocześnie odkrywa, że zabójca rozpoczął serię, teraz zagrożone są wszystkie okoliczne kobiety, narasta panika.
Dodatkowo w sprawę zaangażowane są nadludzkie moce, a ściślej mówiąc runy, których siła sprawcza jest tutaj totalna. Czy runiczny tatuaż Niny przypieczętował jej los?
Bonda bardzo sugestywnie opisuje prowincjonalny świat, jest on bardzo wciągający i prawdziwy. Dla mnie ma największy urok w całej książce. Wszechwiedząca postać kierownika posterunku, kreowanego trochę na szeryfa, małe problemy, zawiści, małomiasteczkowe niechęci, nadają powieści kolorytu. Sama sprawa Niny również zachęca do lektury. Dobre dialogi, spójna, mocna postać profilera dają solidną podstawę do ciekawej lektury. Powtarzam jednak, że dla mnie wygrywa tu portret prowincji, naprawdę żywo i plastycznie odmalowany.