Przekład: Andrzej Milcarz
Wydawnictwo Dolnośląskie
Wrocław 2015
A na zimę potrzebny mi był Herkules Poirot - belgijski oryginał zaskakujący swą intensywnością cały brytyjski, obwarowany etykietą i podlany herbatą światek arystokracji i wyższych sfer średnich, jeśli można o takich mówić w kontekście tej właśnie powieści.
Wąs ułożony w ostry szpic, przyciasne skórzane buty, wymuszające na Poirocie ciągłe przystanki i przysiadanie na krzesłach, a do tego nienaganna prezencja i wysublimowane maniery. W standardzie.
Powojenny czas. Majątek Nasse House w Nassecombe trafia w ręce bardzo bogatego, acz uważanego za bardzo prostolinijnego sir George'a Stubbsa. Urządza on w swej posiadłości festyn, którego główną atrakcją ma być gra towarzyska będącą inscenizacją morderstwa i śledztwa.
O fabułę tej gry ma zadbać sama pani Ariadna Oliver, autorka poczytnych powieści kryminalnych. Sęk w tym, że zaczyna ona podejrzewać, że celem gry jest ukrycie prawdziwego morderstwa. Zaprasza więc do posiadłości Poirota, by uspokoić własne nerwy i zapobiec prawdziwej zbrodni.
Detektyw przyjeżdża na miejsce i poznaje, zgodnie ze schematem stworzonym przez Autorkę, całą galerię postaci, z których każda na sekrety i utajone motywy. Czas wolno płynie, zabawa jest przygotowywana, herbatka się leje, rozmowy ostrożnie i z uwagą toczą w atmosferze konwenansu i podniosłości, a prawdziwa ludzka natura skrycie i zapałem realizuje morderczy scenariusz.
Jest trup, jest wielu podejrzanych, jest interpretacja i proce myślowy, jest wolna i systematyczna praca nad procesem zbrodni i jej stymulantami.
Bardzo klasycznie, bardzo przyjemnie i relaksująco (w odniesieniu do odczuć czytelniczych).
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz