wtorek, 31 marca 2026

Anna Burns - Raczej bohater [recenzja]

 

Przekład: Aga Zano

Wydawnictwo Art Rage

Warszawa 2026


Co tu się odjaniepawla! Co? Już Wam piszę: cała radość płynącą z zabawy literackimi konwencjami, archetypami postaci, stereotypami z popkultury, zachodniego świata, a wszystko to ubrane w giętki, sprawny i nie bojący się nikogo i niczego język. Ponad podziałami!

Bogactwo charakterów, intryg, sparingi z kolejnymi spiskami - cały arsenał nieprzystających do niczego sytuacji i mimikra zachowań, czasem sterowanych z arcyszybkiej windy ciotecznej babki (Apollo-winda!). Poza wspomnianą arcyzłą starszą panią, mamy jeszcze femme fatale, która sama będą pod wpływem zaklęcia próbuje pozbawić życia super bohatera, który jest jej kochankiem. Jest też Freddie, pierdołowaty kuzyn tej fatalnej, który zakochując się coraz to bardziej nietrafionych kobietach obiecuje pozbyć się babki, w imię miłości do aktualnej narzeczonej. Jak w kolejnych oknach komiksu - bum!, trach!, bam! Nigdy nie wiesz co i kiedy wybuchnie. Jedno jest pewne - co by to nie było, zostanie podane w dowcipny, krotochwilny sposób.

Autorka rozpędza się coraz bardziej, ale paradne sekwencje zdarzeń są bardzo trafione, czasem bardzo zawiłe, z piramidalną intrygą, szkatułkowym poczuciem winy (czy każdy programowo dobry jest dobry, czy jednak czasem zły?) i galerią najbardziej szalonych, zuchwałych, pokręconych bohaterów.

Zło, dobro, przemoc, miłość, kłamstwo, magia, wojny gangów i mafinych rodzin, klify i pistolety, obietnice i mordy na zamówienie, kompletne szaleństwo i bardzo odświeżające ćwiczenie stylistyczne. 

Bo stylami żongluje Anna Burns z nieukrywaną przyjemnością. W poczuciu prawdziwej literackiej przyjemności poznawczej polecam tę książkę z całą odpowiedzialnością.

Pyszna zabawa formą.


niedziela, 29 marca 2026

Gregor von Rezzori - Niegdysiejsze śniegi [recenzja]

 

Przekład: Małgorzata Gralińska

Wydawnictwo Czarne

Wołowiec 2025


Jakże słusznie tłumaczka książki nazwała Autora "tragarzem minionej epoki". Jest w tym stwierdzeniu i magia i nostalgia. Pisarz przyszedł na świat w czasach dynamicznych zmian geopolitycznych na rubieżach monarchii habsburskiej. Bukowina była wówczas obszarem, który zamieszkiwany był przez poddanych cesarza, choć już pod panowaniem rumuńskiego króla. Z czasem Austria zamienia się w republikę, ojciec pisarza, realizując własne pasje łowieckie woli dostatnie rumuńskie lasy, niż upolityczniony świat zachodniej Europy.

Wpojone w domu wartości i przekazy sytuują Autora jako piewcę starego porządku, ale tylko do czasu. Mit kulturotwórczej siły Austriaków trwa do lat nastoletnich, kiedy Rezzori trafia do szkół w Bukareszcie. Zakochuje się w Rumunii, przestaje wierzyć w cywilizatorską misję Zachodu. 

"Niegdysiejsze śniegi" to nie tylko opowieść o upadku starego świata, zmiecionego przez politykę i wojny. To także historia o upadku rodziny, jej rozpadzie i rozłamie - rozstaniu rodziców, odchodzeniu ważnych osób, które kształtowały osobowość i codzienność Autora - interesujący rozdział o fascynującej Kasandrze, huculskiej mamce, która z czasem zamieniła się w wierną opiekunkę. Rozdarty między domami matki, ojca, odwiedzaniem dziadków w Wiedniu, internatami kolejnych szkół był Rezzori w ciągłej zmianie, która trwała przez niemal całe życie pisarza.

Bardzo interesujące są portrety kobiet, z którymi wzrastał: "dzięki nim poznałem kobietę w trzech archetypicznych postaciach: w Kasandrze zobaczyłem matkę osłaniającą i chroniącą swoje pisklęta, w siostrze, zawsze wyprzedzające mnie o cztery lata, widziałem nimfę - dzięki łasce lub niełasce natury wznioślejszą, lżejszą, bardziej uduchowioną, zręcznie wymykającą się istotę - i wreszcie w matce dostrzegłem splot wszystkich arcykobiecych cech - a jakże, w zgodzie z teoriami profesora Freuda - zmysłowy uroki jednocześnie niestałą, kapryśną naturę potencjalnej kochanki miotającej się między wybuchami namiętności a rzekomą obojętnością, najczulszą, miłosną wielkodusznością a okrutnie karzącym chłodem". Rozdziały o kobietach są nie tylko pełne subtelności, tęsknoty, tajemnicy, ale przede wszystkim miłości i oddania, są pomnikiem i hołdem, wdzięcznością i tęskną melancholią.

Niespieszne tempo, obrazy z przeszłości, szacunek do wspomnień, czasów, ludzi i uczuć, jakie im towarzyszyły, to pierwsze skojarzenia, jakie pojawiają się w odniesieniu do tej niezwykłej książki.

niedziela, 22 marca 2026

Jacqueline Harpman - Orlanda [recenzja]

 

Przekład: Katarzyna Marczewska

Wydawnictwo: Art Rage 

Warszawa 2025


Lubię opowieści niewygodne, ciasne, klaustrofobiczne, które są dalekie od miękkich i bezpiecznych przestrzeni literackich.

Taka jest opowieść "Orlando". Grząska, niebezpieczna, dotykająca newralgicznych i trudnych zagadnień jak tożsamość i granice, jakie sobie stawiamy i jakie jesteśmy gotowi przekroczyć.

Okazją do rozważań jest "Orlando" Virginii Woolf, książką, z którą pracuje jedna z bohaterek książki, Aline. Drugi bohater to Lucien, młody chłopak, który zyskuje męską część osobowości Aline. Trochę jak dybuk, trochę jak dr Jekyll i mr Hyde, historia o tym jak dusza się dzieli i przekracza granice ciała.

Obserwując działania i codzienność tej dwójki bohaterów Autorka daje pole do rozważań na temat krzyżowania się tożsamości, dwoistości ludzkiej natury, czy też kryzysów i wątpliwości dotyczącej wyborów i własnej drogi. Frapujące, nie dające spokoju, bolesne, czasem przerażające. 

Autorka, której biografię i jedną z przetłumaczonych na polski opowieści pamiętam, już przy pierwszym literackim spotkaniu szarpała duszę, powodowała dyskomfort, a jednocześnie wciągała, trzymała uwagę i nie pozwalała się oderwać od treści.

Tutaj kobiecość jest dość nudna, zachowawcza, obarczona ograniczeniami, schowana za naukowymi tytułami. Męskość zaś jest dzika, wyzwolona, wyuzdana, wolna seksualnie i pełna energii oraz humoru, odwagi. Skorelowanie tych dwóch części osobowości pozwala na pełne spojrzenie na świat pełen pytań, wątpliwości, wyborów, czasem bardzo radykalnych i nieodwaracalnych.

Bardzo interesująca, wymagająca rozważań książka.


Maurice Carr - Singerowie: kolejne wygnanie [recenzja]

 

Przekład: Kaja Kotańska

Wydawnictwo: Fame Art

Niemce 2021


Ester Kreitman była starszą siostrą Izaaka Baszewisa Singera i Izraela Joszui Singera. Urodziła się w Biłgoraju, mieszkała w Warszawie, później Antwerpii (wydana za szlifierza diamentów), później w Paryżu, a do śmierci w Londynie. Była znakomita jidyszową pisarką, mocno skupioną na wątkach feministycznych. I smutne jest to, że w pierwszym zdaniu wspomniałam o tym czyją była siostrą, a nie to jak bardzo zdolną i wyjątkową Autorką, która pisała w jidysz. Smutne.

Jednak do rzeczy: Maurice Carr to syn Ester Kreitman, który rzuca kolejne światła na biografie członków swojej rodziny.

Rozpoczyna on swoją opowieść z perspektywy dziecka, które obserwuje rodzinną przeprowadzkę, walkę o ekonomiczne przetrwanie, szkołę londyńską w której nie jest traktowany dobrze, a także czas Wielkiej Wojny i związaną z nią nieobecność ojca, ciągłą walkę matki o miejsce do mieszkania i godną pracę. Rodzina mieszkała w londyńskiej diasporze, wśród Żydów austriackich, holenderskich i niemieckich. 

Jednym z ciekawszych fragmentów książki jest opis wakacji, która Maurice wraz z matką spędził w Polsce, na letnisku w okolicach Otwocka i Śródborowa. Spotyka tam dziadków, obserwuje wujów i ich dziwactwa. Co znamienne, widzi jak bardzo ostro traktują oni swoją siostrę. To pierwsza okazja do tego, by na żywo poznać i usłyszeć jidysz w Polsce, wśród najbliższej rodziny, w wakacyjny czas, beztroskę i swobodę. Ostatni taki czas z polskimi krewnymi.

Smutek, trudy codzienności, skomplikowane relacje rodzinne, poszukiwanie własnej tożsamości i pomysłu na własną drogę, oto niektóre ze składowych tej układanki. 

Ester Kreitman w innej roli: matki, kobiety samotnej w aranżowanym małżeństwie, osoby, która musi sprostać ciężkim czasom, zarobić na dom, utrzymać go, a także odkrywać swoją literacką mobilizację i otwartość.

Mimo cały starań i wątków, literackich prób i ciekawostek cała ta opowieść nie jest dla mnie szczególnie interesująca, trudno było dotrwać do końca.


niedziela, 8 marca 2026

Anthony Passeron - Uśpione [recenzja]

 

Przekład: Jacek Giszczak

Wydawnictwo Czarne

Wołowiec 2024


Sięgnęłam po tę książkę głównie przez jej ulokowanie geograficzne: gdzieś między Włochami a Francją, Nieceą a małymi (tu bezimiennymi) francuskimi miasteczkami. 

Dopiero później przyszedł temat: biograficzna historia rodziny Autora, która mierzy się z rodzinnym smutkiem. To  po trosze opowieść o obowiązku (ojciec Passersona, który wziął na siebie odpowiedzialność za utrzymanie rodziny i podtrzymanie tradycji zawodowej), o wolności i dezynwolutrze stryja Desire, a także o odwadze, na którą zdobył się Autor, by podzielić się najtrudniejszą rodzinną historią, w której śmierć i choroba dotknęły zbyt wiele osób.

Rozdziały o rozwoju AIDS czyta się jak wciągający scenariusz filmowy, choćby ze względu na zaangażowanie i bezprecedensowe działania francuskich lekarzy. Przeplatane są one historią stryja, która już od początku miała znane wszystkich czytającym zakończenie - wiemy jakie będzie, a mimo to trudno się z nim pogodzić. 

Tradycje rodzinne, silny konserwatyzm, przywiązanie do tradycji, i takichże ról społecznych, budowanie pozycji w społeczności lokalnej poprzez wartości, normy społeczne znane i szanowane od lat, oto krótka charakterystyka rodziny, w której wychował się stryj. 

Ciekawości Anthony'ego towarzyszy szacunek i zrozumienie, empatia i chęć podtrzymania pamięci, o tych, których odebrała nieuleczana choroba. Zwraca uwagę na problemy społeczne, jakie miały miejsce w latach 80., na uzależnienia, brak świadomości społecznej i medycznej, na to jak jednostkowa historia mocno obrazuje lawinę i tragedię choroby, która w tamtych czasach była dopiero rozpoznawana i dokumentowana.

Początkowo książka wciąga i zachęca do poznawania kolejnych stron, z czasem traci impet i moc, spowalnia i zmienia się, zupełnie jak nastrój rodziny, która wie, że w przypadku Desire wszystko jest już skończone.

Ta książka to przykład oddania, szacunku i troski o pamięć i o rodzinną ciągłość. 


Benny Mer - Smocza. Biografia żydowskiej ulicy w Warszawie [recenzja]

 

Przekład: Piotr Paziński

Wiersze w przekładzie Belli Szwarcman-Czarnoty

Wydawnictwo Czarne

Wołowiec 2025


Bardzo czekałam na tę książkę. Opowieść o Smocza sprzed II wojny światowej brzmi jak dobry temat. Wędrówka Mera przez archiwa światowe, a także współczesne warszawskie ulice na których próbuje odnaleźć fragmenty dawnego świata to fascynująca podróż.

Zarówna ta przez piętra i mieszkania poszczególnych kamienic, historie mieszkańców, opisy codziennych zmagań z rzeczywistością.

Fascynujący jest fragment w których Autor poszukuje informacji o bohaterce słynnej pieśni Binema Hellera "Majn szwester, Chaje", a także przedstawienie literackiego wizerunku Smoczej na podstawie opowiadań Abrahama Rajzena. Cudowne są przekłady poezji jidyszowej znakomitej Belli Szwarcman-Czarnoty, które nie tylko dają przestrzeń i tło dla smoczych historii, ale są, przede wszystkim, wspaniałymi przykładami talentu i zmysłu obserwacyjnego ich autorów. To wielka przyjemność móc czytać te literackie perełki.

Dla mnie jednym z najważniejszych rozdziałów w książce jest ten o teatrach ze Smoczej. Teatry, które zmieniały się w kina i na odwrót, repertuary, które przynosiły sławę lub zrzucały na samo dno artystycznej drabiny sławy, wszystko to w szybkiem tempie działo się w przestrzeniach teatralnych korytarzy żydowskich teatrów. Najgorsze co mogło się zdarzyć to szund (tandeta, szmira, kicz) - jidyszowe przekleństwo, które wprowadził na salony sam Szolem Alejchem pisząc o tym w jednym z artykułów z 1888 roku. odnosząc się do popularnych wówczas "powieści dla kucharek". Wiele z teatralnych sztuk nosiło to niepopularne brzmię, najczęściej w warstwie dramaturgicznej, gdzie kontekst i ciąg przyczynowo-skutkowy nie miały żadnego, bodaj, sensu. Interesujące, a często komiczne są skróty fabularne niektórych dzieł dramaturgicznych proponowanych w ówczesnych teatrach. 

Jedna z teatralnych piosenek "Dziewczyna jak cedr" ma taki fragment o Smoczej: "A ja lubię Smoczą, bo jest przystojna ulicą". Dzięki Merowi odkrywamy to z każdą kolejną stroną. U niego każdy człowiek urasta do postaci wartej zapamiętania, zwykłe życie staje się kanwą do intrygującej opowieści o tym jakim przemianom i zależnościom podlegała żydowska ulica. Im dłużej czytam tym bardziej słyszę gwar rozmów, ciasnotę kramików, przekomarzania sprzedawców bajgli, czy hałas fabryczek. Mikrokosmos makro spraw. Spacer przez strony książki, która mówi o utraconym mieście, minionym czasie, nieodżałowanym losie tych, których już nie ma.

Książka składa się z fragmentów. Nie ma tu ogólnego, szerokiego spojrzenia na geopolitykę ulicy, zainteresowanie Autora zawęża się do wybranych fragmentów, nie chciał on zamieszczać okupacyjnych zdjęć, nie korzystał z polskiej przedwojennej prasy, nie ma odniesienia do miasta. Jest Smocza i to w urywkach zaproponowanych przez Autora. Nie jest to zarzutem, raczej spostrzeżeniem. Zamiast panoramy - wąski kadr, ale taki był wybór Mera.

Będę wracać do tłumaczeń Belli Szwarcman-Czarnoty, to bardzo istotna i skłaniająca do powrotów część książki.

niedziela, 22 lutego 2026

Katarzyna Rzehak - Wanda Telakowska. Piękno dla wszystkich, czyli jak powstało polskie wzornictwo powojenne [recenzja

 

Wydawnictwo Marginesy

Warszawa 2026


Jakże pięknie wydana jest ta książka: staranność, dbałość o każdy element: od struktury papieru, okładki po font i rozmieszczenie fotografii i jeszcze te znakomite (fotograficzne właśnie) przykłady polskiej sztuki użytkowej! Bardzo przyjemne doznanie estetyczne.

Sama opowieść jest zaś mocno fragmentaryczna, skupiona na, jak rozumiem, najbardziej jaskrawych i interesujących szczegółach, jak otrzymanie kwiatów imieninowych od Iwaszkiewicza czy wpis Tuwima do sztambucha. O losach podczas drugiej wojny jest tylko kilka informacji, jak ten o rejsie statkiem do Kazimierza Dolnego nad Wisłą, później zaś wspomnienie powstańczej fabryczki świec i niewiele więcej.

Wybiórcze, selektywne, losy Telakowskiej budzą głód czytelniczy, zaś fabularyzowanie rozdziałów (tu była zła, tam niechętnie jechała na spotkanie, tu rozmyślała nad ubiorem) są dość nieznośne dla czytelnika. Rozumiem potrzebę tworzenia krótkich bardzo rozdziałów - 2-3 strony to w zasadzie rodzący się standard w czasach "second screen", ale, jednak szkoda.

Autorka, historyczka sztuki, zdobywa moje serce podjęciem się zadania przekazania nam, czytelnikom postaci Telakowskiej, jednak brak jej literackiego zacięcia, talentu pisarskiego, tworzone przez nią rozdziały są jak wprawki literackie - tam zanęci ciekawostką, tutaj znów fragmentem listu. Nie uważam, by była to udana próba konstrukcji postaci, która oddaje jej charakter, motywacje. Potrzebny jest balans między faktami, a pasjonującą opowieścią. Tutaj zbyt mało tego pierwszego, parę prób fabularyzacji.


piątek, 20 lutego 2026

Agata Christie - Zbrodnia na festynie [recenzja]

 

Przekład: Andrzej Milcarz

Wydawnictwo Dolnośląskie

Wrocław 2015


A na zimę potrzebny mi był Herkules Poirot - belgijski oryginał zaskakujący swą intensywnością cały brytyjski, obwarowany etykietą i podlany herbatą światek arystokracji i wyższych sfer średnich, jeśli można o takich mówić w kontekście tej właśnie powieści. 

Wąs ułożony w ostry szpic, przyciasne skórzane buty, wymuszające na Poirocie ciągłe przystanki i przysiadanie na krzesłach, a do tego nienaganna prezencja i wysublimowane maniery. W standardzie.

Powojenny czas. Majątek Nasse House w Nassecombe trafia w ręce bardzo bogatego, acz uważanego za bardzo prostolinijnego sir George'a Stubbsa. Urządza on w swej posiadłości festyn, którego główną atrakcją ma być gra towarzyska będącą inscenizacją morderstwa i śledztwa.

O fabułę tej gry ma zadbać sama pani Ariadna Oliver, autorka poczytnych powieści kryminalnych. Sęk w tym, że zaczyna ona podejrzewać, że celem gry jest ukrycie prawdziwego morderstwa. Zaprasza więc do posiadłości Poirota, by uspokoić własne nerwy i zapobiec prawdziwej zbrodni. 

Detektyw przyjeżdża na miejsce i poznaje, zgodnie ze schematem stworzonym przez Autorkę, całą galerię postaci, z których każda na sekrety i utajone motywy. Czas wolno płynie, zabawa jest przygotowywana, herbatka się leje, rozmowy ostrożnie i z uwagą toczą w atmosferze konwenansu i podniosłości, a prawdziwa ludzka natura skrycie i zapałem realizuje morderczy scenariusz. 

Jest trup, jest wielu podejrzanych, jest interpretacja i proce myślowy, jest wolna i systematyczna praca nad procesem zbrodni i jej stymulantami.

Bardzo klasycznie, bardzo przyjemnie i relaksująco (w odniesieniu do odczuć czytelniczych).



niedziela, 15 lutego 2026

Ana Maria Matute - Pierwsze wspomnienie [recenzja]

Przekład: Ewa Zaleska

Wydawnictwo Cyranka

Warszawa 2026

Hiszpańska wojna domowa. Dojrzewanie w cieniu konfliktu zbrojnego.

14-letnia Matia, buńczuczna jedynaczka i jej o rok starszy kuzyn Borja, chłopak o mocnej osobowości, pełen brawury, dumy, o twardym sercu, kryjący się za swoją samotnością i okrucieństwem. Oboje spędzają ten trudny czas w domu babki, wpatrującej się w morze przez teatralną lornetkę. Wyczekuje ona końca wojny, powrotu bliskich. Odcina się od świata, uciekając w przestrzeń saloniku i jego bezpieczne ramy, które zakłócają gazety codzienne pełne koszmarnych zdjęć z wojny.

Matka Matii nie żyje, ojciec walczy, walczy też ojciec Borji. Stoją oni po przeciwnych stronach barykady, co mocno akcentuje Autorka w słowach: "Twój ojciec jest wstrętnym czerwonym, który w tej chwili może strzela do mojego ojca". Bratobójcze walki, sąsiedzi, którzy darzą się szczególną nienawiścią, samosądy na tzw. placu żydowskim, gdzie "za bezczelność" kobietom goli się głowy. Tragiczne sploty historii. Wojna jest w ludziach, w ich relacjach, ich reakcjach, ich oddechach. Zadawnione spory i waśnie przybierają nowe oblicze - walka o dominację sąsiedzką, hierarchizacja stosunków, relacji międzyludzkich, pogłębiające się podziały (także rodzinne) dla których idealnym paliwem jest wojna domowa.

Jak poradzić sobie z koszmarem tej wojny, z nienawiścią jaką zrodziła i dodatkowo pogodzić to z dorastaniem bohaterów? Co ma wpływ na ich dojrzewanie? Konkluzja jest przykra i bolesna: to przez przemoc i okrucieństwo stajemy się dorośli. Bohaterowie tej książki co chwilę doświadczają nowych wyzwań i trudności. Sama Autorka pyta: "Czy to prawda, że będąc dziećmi, przeżyliśmy już całe życie, łyknęliśmy je jednym haustem, by potem powtarzać się głupio, ślepo i bez żadnego sensu?". Mrok i smutek, niepewność i brak zgody, oto w jakich warunkach egzystują bohaterowie.

Pewnym pocieszeniem dla czytelników jest język tej powieści: pełen sensualności, jak opis dłoni babki, zmysłowości, jak w opisach przyrody (skały, morze, niebo, flora Majorki, jesienny letarg odczuwalny przez kartki książki). 

Mimo to, bardzo trudno było wejść w tę historię, zaufać jej, znaleźć w niej miejsce dla siebie. Doceniam talent i kunszt pisarski Autorki, ale nie udało mi się w pełni zaangażować w tę fabułę.


piątek, 30 stycznia 2026

Fiodor Dostojewski - Potulna [recenzja]

 

Przekład: Gabriel Karski

Państwowy Instytut Wydawniczy

Warszawa 1974


Dostojewski to fascynująca postać. Gdy rewolucyjne (i socjalistyczne) ciągoty przyczyniły się do wyroku śmierci, jego ratunek był iście epicki: niemal pięć minut przed egzekucją, w ostatnim momencie został ułaskawiony przez cara Mikołaja I. Karę śmierci zamieniono na cztery lata katorgi, które zmieniły go i wzmogły ataki epilepsji. 

Mając, mgliste nawet, pojęcie o jego biografii zupełnie inaczej czyta się poszczególne dzieła Mistrza. Badacze twórczości Dostojewskiego mówili o nim: "okrutny talent".

Opowiadanie "Potulna" drukował w czasopiśmie "Grażdanin". Sam Autor wspominał, że stworzenie tegoż zajęło mu większą część miesiąca. I, choć, dał mu podtytuł "fantastyczne", to uważał, że jest jak najbardziej realne. Fantastyczna, według Autora jest forma, nie treść. Już na początku widzimy bohatera, męża, który jest silnie wzburzony samobójczą śmiercią żony.  Mąż, z gatunku tych, którzy sami ze sobą rozmawiają. Dlatego też referuje do siebie, wyjaśnia sobie to, co zaszło. Raz siebie usprawiedliwia, obarczając za wszystko żonę, to znów ucieka myślami w poboczności. Kluczy, coraz to bliżej zbliżając się do prawdy.

Sama opowieść zajmuje kilka tylko godzin i jest dość zawikłana: od wspomnianych wyżej samorozmów bohatera, po zwroty do wyimaginowanego sędziego, to znów wracając do momentu poznania żony, by znów uciec w dalszą przeszłość do własnej służby wojskowej. Jest rodowitym szlachcicem, emerytowanym sztabs - kapitanem ze świetnego pułku. Ona, samotna, wcześnie odumarła przez rodziców, trafiła na niełaskę okrutnych ciotek, które postanowiły ją sprzedać. Chodziła do niego, do prowadzonego przezeń (i nienawidzonego przezeń) lombardu, gdzie wyprzedawała marne pamiątki po swoim życiu, by uratować się przed strasznym losem. On miał 41 lat, ona 16. Ona była płochliwa i przerażona, on ujęty poczuciem nierówności, które prezentowała ich relacja. To poczucie było dlań miłe, bardzo miłe. Gdy oświadczał się w bramie wspomniał jej, że nie jest ani nazbyt dobry, a nawet, że jest dość tanim egoistą, ale w sytuacji bez wyjścia dziewczyna zgodziła się na zamążpójście. Od początku uśmiechała się niedowierzająco i głucho, i tak jakoś niedobrze, jakby wiedziała, że trafia w zło i puste milczenie. On decydował o wszystkim: wydatkach, przyjemnościach ("raz w miesiącu będziemy chodzić do teatru - i to elegancko: do krzeseł"), on nie pozwalał jej wychodzić z domu samej, wychodzili razem na wieczorny spacer, po zamknięciu interesu. 

Matnia, więzienie, kraty reguł i podporządkowanie zasadom męża, oto rzeczywistość młodziutkiej, niepełnoletniej żony, która ze złego trafiła w gorsze?

Dostojewski jest bardzo subtelny w mówieniu o uczuciach i namiętnościach. Widać w tym opowiadaniu jak bardzo jest on w stanie zrozumieć najgłębsze ludzkie przeżycia i jak je pokazać czytelnikowi. To opowiadanie jest bez wątpienia ważne w twórczej ewolucji pisarza, bo podejmuje mocno nurtujący pisarza temat ludzi potulnych, pokornych i bezbronnych. I to opowiadanie jest głośnym protestem przeciwko krzywdzącym stosunkom społecznym.

czwartek, 29 stycznia 2026

Paweł Sołtys - Monolok [recenzja]

 

Wydawnictwo Czarne 

Wołowiec 2026


Rzadko kiedy w literaturze coś mnie zaskoczy. Jeszcze rzadziej coś mi się spodoba. A już sytuacja w której ze zdziwieniem i niechęcią kończę czytać, bo muszę wysiadać ze środka transportu w którym pochłaniałam lekturę jest prawdziwie rzadka. 

No i przytrafiło się to wszystko o czym wyżej. Paweł Sołtys i jego "Monolok" mnie zaskoczyli, spodobali mi się i spowodowali, że w biegu zbierałam swoje rzeczy wysiadając ze środka lokomocji. W oczarowaniu, ciekawości, przyjemności przekładałam kolejne kartki, w uciesze prawdziwej.

Lirycznie, nostalgicznie, a przede wszystkim gawędziarsko zjednuje sobie Autor czytelniczkę, z każdym akapitem bardziej. Wracają do mnie grochowskie uliczki, własne wspomnienia miejsc i ludzi, budynków i trotuarów. Miasto, jego dzielnica, jego codzienność, zbudowane z pamięci i niepamięci. Z rozmów o ludziach, którzy byli, wspomnieniach mocniejszych i lżejszych, postaciach, które widać bardziej i tych zacierających się. Prawdziwych i zmyślonych, takich, którzy żyli głośniej, i takich, którzy cicho i powoli spełniali swój los. Grochów stworzony ze wspomnień i o wspomnieniach, które sączą się powoli na fryzjerskim fotelu. I dużo ciszy, i dużo milczenia, i wszystko to co jest pomiędzy słowami - urzekające, oddające szacunek i pamięć. Potrzeba uważności na ludzki los, na zwyczajność i codzienność są tak niedzisiejsze i nieoczywiste, a tutaj są solą opowieści,.

Bardzo dobrze się czyta tę grochowską gawędę, nie tylko dzięki swobodzie w prowadzeniu wątków, w odwołaniach do rzeczywistych miejsc i danych geograficznych, ale, przede wszystkim, przez łaskawość i przychylność do bohaterów. A przez to chce się żyć wolniej. Choć przez chwilę, choć na czas lektury. Za to Autorowi dziękuję.


niedziela, 18 stycznia 2026

Dorota Grabek - Zmartwychwstanki [recenzja]

 

Wydawnictwo Czarne

Wołowiec 2025


Debiut. Opowiadania ubrane bardzo przyjemny kolaż na okładce. Już on wskazuje nam kierunek z którego dobrze jest spoglądać na zbiór, jaki otrzymujemy. Będzie dziwnie, niepasująco, czasem odpychająco, czasem bez zrozumienia, a czasem cudacznie.

Wydaje mi się, że większość utworów jest pozą, sztucznością, tworem zaprojektowanym tak, by zamanifestować wyjątkowość i niepowtarzalność prozy Autorki, ale proza ta zbyt jest mała, by się wybronić. Koncepty też nie są nadzwyczajne, a całość zamyka się w zwyczajności przyprawionej zwietrzałą dość "oryginalnością". Są też bon moty, które streścić można tym cytatem: "Jak oryginał i podróbki; prawdziwa historia to kamień szlachetny, a wyobrażone scenariusze to kolorowe szkiełka".

Pierwsze opowiadanie w zbiorze - "Po jednym palcu" to historia klaustrofobiczna, a jednocześnie światowa. Z jednej strony: winda, która jest głównym miejscem dziania się fabuły, z drugiej winda, która jest miejscem wymiany poetyckiej, zagadki, tajemnicy, twórczość "melancholijnego szczupaka". 

"Włosy" - o złodziejce ściętych włosów. Fryzjerce z zacięciem łupieżcy, która uważa, że "włosy to najmilsza część ciała". Klient z ekspresowo rosnącymi włosami, przyjaciółka od rzucania klątw i klęska urodzaju pod postacią pigwy - oto esencja tego opowiadania. Surrealistyczne tempo wzrostu, cicha obserwatorka - fryzjerka, które narracja przywodzi na myśl kino noir, ale nim nie jest. 

"Piesek kiwaczek" - o człowieku, który nie chce spać. Postanawia pobić rekord w niespaniu, w zmęczeniu i wysiłku zaczyna inaczej patrzeć i inaczej widzieć rzeczywistość. W pewnym momencie odbywa dialog z kosmitką, wciąż marząc o tym, by zostać psem kiwaczkiem. Bardzo swobodne przechodzenie ze świata realnego w imaginacyjny sprzyjają narracyjnej ciągłości i wiarygodności, a dla czytelnika są naturalnym sposobem na zaangażowane czytanie.

Im dalej w las, tym lepiej. Mimo początkowej nieufności, z każdym kolejnym opowiadaniem miałam coraz większą radość i ciekawość czytania.



poniedziałek, 5 stycznia 2026

Tobias Wolff - Oto początek naszej historii [receznja]

 

Przekład: Krzysztof Umiński

Wydawnictwo Czarne 

Wołowiec 2025


Wszystkie kolejne opowiadania kojarzą mi się z niepewnością i ulotnością. Bohaterowie trafiają w nasze ręce (przed nasze oczy) w momentach życia, które ukazują ich jako zagubionych, skrzywdzonych i (znów chciałabym powtórzyć niepewnych) wahających się. 

W nastroju ponurego poczucia braku i odrzucenia przemierzają kolejni bohaterowie kolejne strony tworząc spójną opowieść o swoich smutkach i niedolach: bardzo przemyślaną, klarowną, ujętą w literacko bogatą i wyraźną rzeczywistość, która swoją sugestywnością i konceptem czaruje czytelnika.

"Palacze" przejmują powidokiem walki o wpływy i zaszczyty. Pokazują na ile można się wystawić, pozbyć wartości, skryć je głęboko, by zyskać dobra materialne i pozycję w społeczeństwie.

"Myśliwi na śniegu" z trwającym cały czas niepokojem i niepewnością, kruchością relacji i ich zafałszowaniem są wyczerpujące, ale i wciągające czytelnika zarówno w zależności między bohaterami, jak i śrubujące ciekawość co do finału.

"W ogrodzie północnoamerykańskich męczenników" to jedno z moich ulubionych w tomie, co powinno mnie mocno zaniepokoić, bo to rzecz o manipulacji i wykorzystywaniu ludzi. Również w środowisku akademickim, co nie jest żadnym wyznacznikiem człowieczeństwa, bo zawód i tytuł nie świadczą o etyczności.

"Kłamca"  - rzecz o solipsyście, człowieku, który z kłamania zrobił swój sposób na życie. Uważając, że stwarza wszystko wokół siebie, definiując rzeczywistość na własną korzyść.

"Epizod z życia prof. Brooke'a" kolejne z ulubionych opowiadań pokazujące jak ciasnota umysłowa, posługiwanie się stereotypem, utartym schematem i poleganie na pozorach definiuje niektórych ludzi. Na poły moralizatorska, na poły prześmiewcza historia o kanciastych poglądach i pułapkach w jakie można z tego powodu wpaść.

Tytułowe opowiadanie ze swoim znakomitym zdaniem rozpoczynającym: "Znowu wcześnie nawiało mgły". Pyszna wprost opowieść rodem z San Francisco, gdzie w jednej z restauracji z widokiem na Golden Gate poznajemy kończącego zmianę kelnera, który wracając do domu wstępuje do kawiarni i tam mimochodem, a później już z pełną premedytacją podsłuchuje rozmowy czwórki klientów.

Świetna jest także opowieść "Zaginiony", w której ksiądz Leon, od początku swej duszpasterskiej kariery wystawiany jest na ciągłe próby i wyzwania. Gdy trafia do klasztoru opanowanego przez 'rozbrykane mniszki" jego życie ulega kompletnej zmianie. Nie ma tu żadnych odniesień do Iwaszkiewiczowskiej "Matki Joanny od Aniołów", choć może dezynwoltura w zachowaniu wszystkich bohaterów będzie pewnym nawiązaniem. Ksiądz, pieniądze, kłamstwa, podróże, siedlisko zła, jakim można tytułować Las Vegas, a także mierzenie się z własnymi słabościami i demonami będą drogą i solą Leonowej podróży przez "Zaginionego". 

Znakomite są opowieści Wolffa. Wyraziste, intensywne, jaskrawe, z dobrze zarysowanym wprowadzeniem, wejściem w historię, z pełnymi, opracowanymi i wymyślonymi bohaterami, a także przesłaniem (czy to demaskującym zło, zgniliznę, egoizm, konturowość, czy opisującym codzienność zwykłych ludzi różnych stron Ameryki, czy też moralizującym i puszczającym oko do świata odbiorców).

Bardzo polecam.

piątek, 2 stycznia 2026

Joanna Rudniańska - Obudziła się zimną nocą [recenzja]

 

Wydawnictwo Nisza

Warszawa 2025

Pierwszy jest utwór dramatyczny pod tytułem "Marznący deszcz". W dialogu biorą udział On i Ona, mówią o doświadczeniu spod białoruskiej granicy, o klątwie dziedziczonej co drugie pokolenie, o śmierci w różnych okolicznościach. W nastroju rezygnacji, zwątpienia i bezradności próbują poradzić sobie z doświadczeniem tego co widzieli. Przemykają różne obrazy, choć najmocniej przemawia nawiązanie do literackiej i filmowej dziewczynki w czerwonym płaszczyku, która w TYM lesie ma czerwony kombinezon.

W kolejnej odsłonie poznajemy inną perspektywę. kobiet zza granicy. Spowita dymem papierosowym, smutkiem, troską, niepokojem o niewłasne (choć może przez to własne) dziecko boryka się z codziennością, wykluczeniem, kontrolami, łowcami, dla których dziecko robi laurki z karabinami.

Jedna z kobiet mieszka w domu, który jest granicą, druga w lesie. E-ściana i zimno lasu. Każdy fragment, każda mała forma zawarta w tym zbiorze przedzielona jest od innej fotograficzną granicą, a każde zdjęcie jest autorstwa Rudniańskiej. Każde przygnębiające, niepokojące, bolesne. Albo wywołuje smutek, albo niepokój. Jak i cały ten zbiór.

Czytelnik ma czuć niewygodę. Ma mieć poczucie niepewności, czasem może zmieszanie wynikające z tego, że czyta książkę siedząc w wygodnym otoczeniu, cieple i bezpieczeństwie. Marastyczne ujęcia przygnębiają, ale nie odpychają od lektury - jej siła tkwi w szczególnej poetyce, stylistyce. Język Rudniańskiej jest mocno osadzony w literackim artyzmie. Plastyczny, sugestywny, czasem dosadny, ale bez grubiaństwa - dosadny sensem, nie leksem.

I, choć po stokroć bardziej wolę wcześniejsze odsłony twórczości Autorki, to polecam ten zbiór, będący mocnym, osobistym akcentem i deklaracją wobec współczesności i geopolityki europejskiej.

czwartek, 1 stycznia 2026

Ota Pavel - Jak tata przemierzał Afrykę [recenzja]

 

Przekład: Mirosław Śmigielski

Wydawnictwo Stara Szkoła

Wołów 2024


Nikt tak jak Ota Pavel nie pisał o sporcie. Jego reportaż z biegu maratońskiego z Sieni do Koszyc to wspaniała literacka przygoda, która ukazuje sportowego ducha Etiopczyka Bikile, Japończyków Nakao i Wakanabe czy praskiego lekarza Vaclava Chudomela. Dopingujemy, wspieramy, choć zwycięzca był jeden, typowany długo przed biegiem.

Mecz hokejowy dziennikarzy czeskich i kanadyjskich to mały majstersztyk, zaś "Pisanie to moja praca" wzrusza najmocniej osobistą historią Autora. 

Często pisał o trudnych, smutnych sprawach, ale zawsze ubierał je w pocieszenie będące łagodnym żartem, ciepłą anegdotą. Historie ludzi z małych miejscowości Beskidów, Karkonoszy, Niżnych Tatr, którzy pieką harule, budują wyciągi, obsługują turystów, uczą dzieci obsługi skrzynkowego aparatu fotograficznego - są bohaterami dnia codziennego. Dzięki językowi Pavla ich zwyczajność zmienia się  w niezwykłość i wyjątkowość, nabiera wyrazistości, ciepła, serdeczności. Bo każdy bohater kreślony piórem Autora ma wrażliwość i nieprzeciętność, blask i urok. 

Każdy element zbioru - od wspomnień afrykańskich ojca po anegdoty sportowe, wędkarskie opowieści czy historie z czeskiej prowincji są pełne czułości dla ludzi i ich życia. Dal historii, wspomnień, relacji i decyzji. Ota Pavel sam wiele przeżył, stąd płynące z jego doświadczenia wyrozumiałość i otwartość na bohatera i to co z sobą niesie.

Wspaniały, jak zawsze, podszyty, jak zawsze, głębokim smutkiem. Wielki talent.