wtorek, 5 czerwca 2018

Andrzej Saramonowicz - Pokraj [recenzja]

Wydawnictwo Muza
Warszawa 2018

Jestem oszołomiona językiem Pokraju, ale też własną odrębnością/i tym, że nie znaniem się na literaturze. Czytałam blurby i opinie o książce sygnowane nazwiskami Agnieszki Holland czy Macieja Stuhra. A tam peany i zachwyty. Robert Makłowicz, który również pokusił się o dobre słowo na temat książki Saramonowicza, poszedł jeszcze dalej, choć jak dla mnie popłynął... 
Porównanie tej powieści do gombrowiczowskiego ścinania się z zastanym światem jest grubo przesadzone i kompletnie nie na miejscu.
Czytając Pokraj czułam się jak na slamie, gdzie dany artysta ma na przykład trzy minuty na wygłoszenie/wykrzyczenie/wyrzucenie z siebie autorskiego tekstu. Efekciarstwo, językowe kuglarstwo i szpan na opozycję. W trakcie slamu publika może wybuczeć, wygwizdać mówcę, zmuszając go tym samym do przerwania. Przez charakter tego dzieła i jego obwarowania formalne, Saramonowicza nie da się wyłączyć. Można jedynie odłożyć książkę.
Ulegając tekstowi książki, wzorując się na nim, także multiplikuję określenia, dookreślenia, doprecyzowania. Ta książka to wywrócony do góry nogami, przemieszany i skotłowany słownik synonimów, używanych raz za razem w nowych konotacjach.
Czytam i czuję, że to znaczeniowe i językowe kuglarstwo nastawione jest na efekt.
Bombardowanie, choć może lepiej zabrzmi - strzelanie słowami ma oszołomić, zdominować i zaszokować czytelnika. Czy tak?
Mnie męczyło, zniechęcało, odrzucało (ale nauka nie poszła w las - multiplikowanie słów idzie mi w najlepsze). Tempo, nagromadzenie przymiotników, epitetów, określników przyprawia o ból głowy.
Przez zabawy słowami umyka sens powieści, neologizmy kradną show, rozbuchany język nie poddaje się łatwo, walczy o pierwszeństwo z satyrą, która ma kryć się za słowami.
Ironiczne podejście do tego czym stała się dziś Polska jest konieczne - jak inaczej dałoby się znieść rzeczywistość kreowaną przez PiSaków? To jedyny bodaj oręż do przetrwania tego trudnego czasu...
Sam pomysł na ukrycie (co prawda tylko pod listkiem figowym) współczesności pod kostiumem neologicznej ojczyzny jest znany i dość dobrze eksploatowany. Pokazywanie śmieszności i jednocześnie grozy, jaką generują politycy też ujdzie, ale ten język!
Manipulacja słowem, żonglerka, przechwałka wychodzą przed szereg, pokazując zręczność i sprawność językową autora, nie zostawiają one jednak miejsca dla refleksji.
Wychodzi z tego pyszałkowatość, a to trudno wybaczyć, nawet ironistom.
W każdym razie, pod grubą warstwą fanfaronady lingwistycznej, ukryta jest historia inżyniera Sebastiana Rawy - zahukanego, prostego zjadacza chleba, który jednak odkrywa, że stać go na więcej. W tle kraj pełen prostaków, nieinteresujących się zastaną rzeczywistością, konsumentów, odbiorców dóbr, skupionych na dobrach. Do tego mowa nienawiści (wzbierające w siłę koszmarne mity Żyda, uchodźcy, geja itp.), chamstwo, przekupstwo, populizm, czyli to wszystko co znamy z rzeczywistości.
Pomysł dobry, gdyż satyra zawsze w cenie, jednak imponujący pawi ogon złożony z podkręconych, efektownych zbitek wyrazowych przysłania clou.
Zamiast satyry mamy podręcznik oratorskich popisów w wersji współczesnej.


Za egzemplarz książki dziękuję wydawnictwu:




2 komentarze:

  1. Ja wręcz przeciwnie - ubawiłem się setnie, podziwiając zręczność językową autora; na pewno formuła książki zmusza do wgryzienia się w rytm narracji, dokładnego czytania zwłaszcza często skomplikowanych neologizmów ale też często powoduje że czytelnik szczerze się śmiejąc czyta niektóre wypowiedzi jeszcze raz oczom nie wierząc... Brawa dla autora; sądzę że ta książka może być kopalnią cytatów, nowych wulgaryzmów, odzywek, niczym scenariusze Rejsu czy sagi o Kargulach i Pawlakach.

    OdpowiedzUsuń